szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: zwierzęta

Potęga teraźniejszości

To, co negatywne, jest absolutnie sprzeczne z naturą. Ponieważ zaś wszystko, co negatywne, zanieczyszcza psychikę, istnieje głęboki związek między zatruciem i zniszczeniem przyrody a ogromnymi pokładami negatywizmu, nagromadzonymi w zbiorowej psychice ludzkiej. Żadna inna forma życia na kuli ziemskiej nie wie, co to negatywizm: znany jest on wyłącznie ludziom; żadna też spośród innych form życia nie zadaje gwałtu planecie, której zawdzięcza samo swoje trwanie, ani planety tej nie zatruwa. Widziałeś kiedyś nieszczęśliwego delfina, żabę, która miała problemy z samooceną, kota, co nie potrafił się zrelaksować, albo ptaka hołubiącego nienawiść i urazę? Jedynie zwierzęta żyjące w bliskim kontakcie z ludźmi i poprzez nich wchodzące w kontakt z ludzkim umysłem oraz jego obłędem zdradzają czasem coś w rodzaju negatywnych skłonności czy objawów nerwicy. Przyjrzyj się dowolnemu zwierzęciu lub roślinie i ucz się od tego żywego organizmu, jak w pełni akceptować to, co jest – jak poddać się teraźniejszości. Niech zwierzę lub roślina uczy cię Istnienia. Niech cię uczy rzetelności – tego, jak być jednią, jak być całym, być sobą, być rzeczywistym. Niech cię uczy, jak żyć i umierać – i jak z życia i z umierania nie robić problemu.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości

potega terazniejszosciMógłbym cytować Tollego tutaj cały czas. Od kilku tygodni mój umysł zanurzony jest w treści jego książki, a ja dość często w medytacji, która wykroczyła poza siedzenie przed ścianą i zajmuje coraz więcej miejsca w codziennym życiu. I jest tak, jak autor pisze we wstępie – nie czytam niczego nowego. Przypominam lub uświadamiam sobie to, co już wiem lub gdzieś tam we mnie trwało od zawsze.

Trudno jest pisać o życiu, o tym, co było, gdy człowiek nie zajmuje się przeszłością. Ale chciałbym napisać o takiej jednej przygodzie, która mi się przytrafiła kilka dni temu w Portugalii. Zatem „stay tuned”. W końcu się zbiorę i napiszę.

o niemalże wiosennej niedzieli na wsi i o rusałkach w kościele

W małym kościółku kameralna msza, trochę dla dzieci, trochę dla dorosłych. Taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. W kazaniu skierowanym do najmłodszych proboszcz porównał rozwój człowieka do przepoczwarzania się gąsienicy w pięknego motyla. Wysoko pod sklepieniem o kolorowy witraż obijało się kilka przykładowych egzemplarzy, chyba rusałek. Dojrzały po to, by umrzeć tu z głodu.

Nie wierzę, że zwierzęta są pozbawione duszy, jak utrzymuje wielu chrześcijan (i Kartezjusz, a za nim, świadomie lub nie, większość członków naszej cywilizacji). Wszystko przenika ten sam duch, a cierpienie i ból odbierane przez układ nerwowy są cierpieniem i bólem bez względu na to, czy dotyczą człowieka czy motyla. Coś we mnie bardzo buntowało się przeciwko losowi rusałek z wiejskiego kościółka. Coś innego mówiło mi jednak, że taki jest porządek ich życia, takie są prawa natury. Pomyślałem sobie, że one nie mają chyba na szczęście świadomości beznadziejności swojego położenia i dlatego mimo wszystko nie da się porównać ich sytuacji z sytuacją beznadziejnie uwięzionego i pozbawionego środków do życia, umierającego z głodu człowieka. Wierzę, że życie jest częścią nie mającej początku wędrówki. Te motyle nie były na najszczęśliwszym etapie i moja modlitwa popłynęła w kierunku radośniejszej manifestacji ich kolejnych żywotów.

Lody pomału topnieją. Jezioro ma kolor cyny. Wciąż można po nim chodzić. Warstwy śniegu rozmarzają i zamarzają znów, wrastając w lodową pokrywę, dzięki czemu lodu raczej przyrasta niż ubywa. Nie jest jednak zbyt miło zapadać się co chwila w dziesięciocentymetrową breję. Znacznie fajniej jest leżeć sobie w pełnym słońcu na drewnianym pomoście, chłonąc nadchodzącą wiosnę.

Gdyby mi ktoś dwa lata temu powiedział, że w ostatni dzień lutego 2010 r. pójdę do kościoła, a potem powygrzewam się w słońcu na pomoście przy jeziorze koło domu, nie uwierzyłbym.

Jest takie jedno uczucie, które sprawia, że czuję się zupełnie szczęśliwy. Jest nim wdzięczność.

ślimak bonsai

Jest noc. Stoję w kuchni, jedząc kanapkę i spoglądam przez okno. Podwórko. Przeciwległa klatka schodowa owinięta snopem światła 40-watowej żarówki. Cisza. Doglądam swojego nowego drzewka bonsai i co widzę? Ślimaczka! Malutkiego, bez skorupki, pod doniczką. Można by powiedzieć – ślimaczka bonsai. Jak on się tam uchował? Skąd się wziął? Wyrósł po podlewaniu?

Chciałem w pierwszej chwili wziąć go na papierek i wystawić za okno. Ale on nam przecież zdechnie w przeciągu doby. Dałem mu listek sałatki i obfotografowałem razem z drzewkiem. Ciężko było, bo skubaniec uciekał. Co ja z nim teraz zrobię? Chyba poczekam aż troszkę urośnie i wypuszczę w jakimś w miarę bezpiecznym miejscu. A na razie zakryję go na noc jakąś szklanką, żeby nie zwiał i nie wlazł w jakiś kontakt lub wejście w mikserze.

Przecież to jest piękne!

o tym kiedy jedzenie staje się istotą

Taką oto informację znalazłem na Interii: upolowana przez pewnego człowieka kaczka została schowana do lodówki. Następnego dnia okazało się, że ptak żyje. Rodzina uleczyła go i wypuściła.

To specyficzne, że ludzie odkryli w biednym ptaku żywą i czującą istotę w momencie odnalezienia go umierającego we własnej lodówce, a nie w momencie, gdy do niego mierzyli ze strzelby…

o tym, że prawdziwe „teraz” jest jak bańka mydlana

I znowu ten moment. Cała jaskrawość. Przysypianie w pekaesie. Błyski słońca prześwitującego przez przydrożne drzewa w oczach. Skrzypienie osi. Szum silnika. W tym cały wszechświat, cały wszechświat w tym. Żadnego poza. Żadnego tu, żadnego tam. Jechanie. Szum silnika. Skrzypienie osi. Żadnego myślenia. Żadnego potem, żadnego przedtem. Błyski słońca.

I jak zwykle – kiedy tylko pomyślałem, że to znów ten moment, znowu to, kiedy tylko zapragnąłem bezwiednie, automatycznie, zatrzymać chwilę, przedłużyć… prysło. Zniknęło. Było już tylko skrzypienie osi, widziałem te osie oczami wyobraźni, ilekroć o nich pomyślałem, ilekroć je nazwałem. Błyski słońca rażące w oczy, słońce tam, ja tu. Wiosna. Jakiś ptak, kremowo-czarny, z czubkiem, sójka czy czajka – nie wiem. Bartek z Chełma by wiedział, on się trochę zna na przyrodzie.

Droga z przystanku do chatki. Inne ptaszątko wykonujące wygibasy w powietrzu, fruwające tam i z powrotem, szczebiocząc jak najęte. Widziałem je tutaj drugi raz i znów parsknąłem śmiechem. Żywy dowód na to, że nie wszystko, co istnieje, musi być zaraz do czegoś przydatne. Bo do czego, po co takie maleństwo komu? Co to może? Co to umie?

A kiedy zobaczyłem dwie dzikie gęsi lecące na wprost mnie, machające wielkimi skrzydłami w pełnym zespoleniu, w równej odległości od siebie – przystanąłem i patrzyłem jak wryty. Odleciały, pokrzykując rytmicznie, w stronę zachodzącego słońca, wyrywając boleśnie jakąś część mnie i zabierając ze sobą. Kolejny z wielkich znaków, od których aż roi się wczesną wiosną, a z których każdy jest ponad siły mojego pojmowania.

gołębie

B. napisała wiersz, poruszona romantyzmem umierających ptaków. Dobrze, że chociaż taką uwagę ktoś na nie zwrócił.

Z reportażu na gazeta.pl:

„Brunon Elendt martwi się o ptaki: – Moja samica, nakrapiana, jest bezcenna. Gdyby to było lato, wróciłaby sama do domu. Zimą nie ma szans.”On się nie martwi o ptaki. Martwi się o pieniądze, tak jak ci, którzy chcieli zaoszczędzić na odśnieżaniu dachu.

„Francis Nolmans, szef Britcon, ranny w oko machnął ręką na zniszczony towar (…) Wystawcy zapowiadają, że będą się domagali odszkodowania za zniszczony towar.” Towar… Wiedziałem, że w naszej kulturze nie istnieje coś takiego jak szacunek do zwierząt (o wyższych uczuciach nawet nie wspominam). Ale to, co się tam dzieje jest już nieludzkie… Dobrze, że chociaż ludzi ktoś żałuje na tyle, by poświęcić im te kilka dni żałoby narodowej.

*

„klatki były zamknięte i zabezpieczone”… „Na całej wystawie było ponad tysiąc gołębi. Pracownicy z Wojewódzkiego Centrum Koordynacji Ratownictwa wstępnie szacują, że uratowało się 60 proc. ptaków”