szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: zen (page 2 of 2)

o tym, że dość jest wszystkiego i dojść można wszędzie

Blask Słońca drżący w Wiśle
zapach wody
nie trzeba nigdzie jechać
nie trzeba niczego się trzymać

„Świat nie jest materialny, świat jest duchowy” – mówił mistrz Kaisen, akcentując każde słowo.

Chodzenie po wodzie i lilie z Ewangelii: „Więc i wy nie pytajcie o to, co będziecie jeść i co będziecie pić, i nie martwcie się przedwcześnie. (…) Lecz szukajcie Królestwa jego, a tamto będzie wam dodane!”

o diable, który nie jest wcale taki straszny

Spotkaliśmy dziś Mistrza Kaisena, o którym wiedzieliśmy do tej pory tyle, że miał wspaniałych uczniów, że napisał kilka dziwnych książek, że są jakieś problemy z jego przekazem Dharmy, że wygląda mało charyzmatycznie (na zdjęciach przynajmniej) i że pali papierosy, choć nie powinno mu wypadać.

Tymczasem okazało się, że wygląda bardzo sympatycznie, a przy tym dostojnie, charyzma od niego bije i że ma w sobie to Coś, co z niektórych ludzi aż promieniuje (zetknąłem się z kilkoma takimi jedynie). Mówił bardzo naturalnie, precyzyjnie i niezbicie o zazen, o zen, o miłości…

Mówił w jaki sposób wytwarzamy sobie wirtualne „ja”, dzięki któremu łatwiej nam rozumieć świat, jak do niego przylegamy, jak powstaje przez to moja prawda i prawda innych, moje szczęście i szczęście innych, moje dobro i dobro innych. Zaczynamy poświęcać dobro innych dla dobra własnego, walczymy o własną prawdę z prawdą innych. Nasze „ja” staje się oddzielone, specjalnie lub niechcący czyni krzywdę innym lub samemu sobie, myśli, że nikt go nie lubi, staje się coraz bardziej samotne.

Mówił o tym, że miłość nie daje się pogodzić z tą oddzielnością i że „nie ma miłości bez uważności”, ukazujac obraz kogoś, kto idąc myśli o miłości, depcząc jednocześnie mrówki. Kiedy się jest uważnym, wtedy idąc, idzie się po prostu, patrząc pod nogi, by starać się nie skrzywdzić żadnego żywego stworzenia, na ile tylko jest to możliwe.

To wszystko stara buddyjska śpiewka, ale Kaisen opowiadał o tym z taką spontanicznością, tak autentycznie i prosto od siebie, że słuchało się tego jak czegoś całkiem nowego.

I już głupio było pytać go o te papierosy.

Jutro kolacja w ośrodku. Zapytam go, z jakimi wyrzeczeniami wiąże się bycie mnichem w jego szkole. Bo jeśli jakimś cudem można to pogodzić z tworzeniem rodziny z Karolinką…

Wraca do mnie spokój.
Wraca do mnie spokój.
Pracy ni ma, ze studiami nie wiadomo, z kasą tak sobie…
ale wraca do mnie spokój. Odkąd znów medytuję.

o umyśle osamotnionym

Kiedy zbyt długo przebywa się samemu ze sobą i swoją niespokojną głową, sny zaczynają mieszać się z rzeczywistością. Rano człowiek budzi się zmęczony i całkowicie nieprzygotowany na przebycie dnia. Ma poczucie, jakby właśnie wrócił skądś, gdzie jest zupełnie inaczej.

Jeśli sny dotykają ran, nawet tych zabliźnionych (we śnie nie ma niczego, co już się skończyło), jest jeszcze gorzej.

Mieszkałem, zasypiałem i budziłem sie sam przez ponad cztery miesiące. I teraz, kiedy Karolinka wyjechała na kilka dni, wszystko powróciło. Miesiąc wspólnie spędzony nie sprawił, że stałem się bardziej wytrzymały na rozstania. Jeszcze trochę czasu musi minąć.

Siedzę w pracy przy biurku, ale tak naprawdę to sam nie wiem gdzie jestem.

I jeszcze te mądrości, które tak ciężko do mnie docierają:
„…logika i znaczenie – z zakodowaną w sobie dwoistością – są własnością myśli i języka, a nie otaczającego nas świata.”

„Jeśli pracujesz nad swym umysłem swoim umysłem,
Jak możesz uniknąć wielkiego poplątania?”
(Chuan Deng Lu)

(cytaty pochodzą z: Allan W. Watts, Droga zen, Poznań 2003)

o jedności i o tym, że brak jedności również się w niej zawiera

Podział na przedmiot i podmiot jest sztuczny. Kiedy piszę, nie ma osobności pomiędzy mną a tekstem. Kiedy piorę, nie ma osobności pomiędzy mną a praniem. Kiedy zakładam struny, nie ma osobności pomiędzy mną a gitarą. Źle założone struny wiążą się z przykrymi doznaniami u mnie. Choroba mojego umysłu oznacza źle założone struny.

Przywołuję te truizmy, które każdy interesujący się filozofią Wschodu czytał nie raz, dlatego, że dziś przestały być dla mnie truizmami. Po dwóch jałowych dniach spędzonych przy grach komputerowych, rachunkach i kombinowaniu w sprawach zawodowych, wziąłem znów do rąk „Zen i sztukę obsługi motocykla”. Przeczytałem tam:

Malowanie obrazu czy naprawa motocykla nie jest czymś odrębnym od reszty twojego istnienia. (…) W rzeczywistości nie pracujesz nigdy nad motocyklem, lecz nad samym sobą. Maszyna, która wydaje się być na zewnątrz ciebie i osoba, która wydaje się być wewnątrz ciebie, nie są odrębnymi bytami. Wspólnie oddalają się od Jakości lub się do niej zbliżają.”

Słowa podobne do wielu innych, czytanych przeze mnie na ten temat. Ale właśnie teraz, nie wiadomo dlaczego, nagle golfowa piłeczka wpadła do odpowiedniego dołka w moim umyśle i POCZUŁEM to. Zasypiając, w tak niesamowity sposób odbierałem skrzypienie łóżka, zintegrowane z moim przewracaniem się z boku na bok i w ogóle – noc, niebo, ziemię i wszystko wokół, również to, o czym wzmiankowałem w poprzednim wpisie, że straciłem całe poczucie wyobcowania. Niesamowita siła i poczucie bezpieczeństwa sprawiły, że zasnąłem szybko i spokojnie, jak za starych, dobrych, studenckich czasów. Co z tego, że wiele rzeczy poszło i nadal idzie źle. One są we mnie, ja jestem nimi, a zatem nie są dla mnie niedosiężne, nie mogą mnie przerastać. To jest najważniejsze. Opisuję to teraz za pomocą słów, ale to wszystko nie działo się w myślach. To było poza myślami, słowami i jakimikolwiek poglądami. Dlatego piszę, że to poczułem, a nie że zrozumiałem.

Niestety gdy się obudziłem, wszystko chyba wróciło do starego stanu, choć i tak czułem się zdecydowanie lepiej. Potrafię to czuć – to najważniejsze. Choć jak zwykle mój analityczny umysł podstawia w miejsce tej niesamowitej bezpośredniości własne konstrukcje. Trzeba wciąż uważać, żeby intelektualny model rzeczywistości nie zastąpił samej rzeczywistości. Takie chwile, jak ta, o której piszę, dają mi wiarę w to, że pod skorupą codziennego odbioru rzeczywistości płynie prawdziwa, bezpośrednio doświadczalna egzystencja. I że – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, mieści się w niej, JEST nią również ta skorupa i cała moja głupota.

Shunryu Suzuki, Umysł zen, umysł początkującego

Kiedy coś mówimy, zawsze wplątany jest w to nasz subiektywny zamiar czy sytuacja. Nie ma doskonałego słowa, pewne zniekształcenie jest zawsze obecne w każdym stwierdzeniu. Ale pomimo to poprzez wypowiedź naszego mistrza musimy zrozumieć obiektywny fakt sarn w sobie – fakt ostateczny. Poprzez ostateczny fakt nie rozumiemy czegoś wiecznego lub stałego, rozumiemy przez to rzeczy takimi jakie są w każdej chwili. Możecie nazwać to „bytem” lub „rzeczywistością”.

(…) Podkreślamy bezpośredniość. Powinniście być wierni swoim uczuciom i umysłowi, wyrażając się bez jakichkolwiek zahamowań. Ułatwia to słuchaczowi rozumienie.

Kiedy kogoś słuchacie, powinniście porzucić wszelkie z góry powzięte wyobrażenia i subiektywne opinie; powinniście po prostu go słuchać, obserwować, jaka jest jego droga. Kładziemy bardzo niewielki nacisk na to, co właściwe lub błędne, dobre czy złe. Po prostu widzimy o co mu chodzi i akceptujemy to. Oto w jaki sposób porozumiewamy się ze sobą. Zazwyczaj kiedy słuchacie jakiejś wypowiedzi, słyszycie ją tak, jak gdyby była ona echem was samych. Właściwie słuchacie swojej własnej opinii. Jeśli to się zgadza z waszą opinią, możecie ją przyjąć, lecz jeśli się nie zgadza, to odrzucacie ją lub też możecie jej nawet nie usłyszeć. Oto jedno z niebezpieczeństw, gdy się kogoś słucha. Inne niebezpieczeństwo to dać się usidlić wypowiedzi. Jeśli nie rozumiecie prawdziwego sensu wypowiedzi swojego nauczyciela, łatwo wpadniecie w pułapkę spowodowaną waszym subiektywnym rozumieniem lub szczególnym sposobem wyrażania tej wypowiedzi Weźmiecie to, co mówi mistrz, jedynie za stwierdzenie, bez zrozumienia ducha poza słowami. Takie niebezpieczeństwo zawsze istnieje.

Trudno o dobre porozumienie pomiędzy rodzicami a dziećmi, ponieważ rodzice zawsze mają jakieś intencje. Ich intencje są prawie zawsze dobre, ale sposób w jaki mówią czy sposób w jaki wyrażają siebie, często nie jest swobodny, lecz zbyt jednostronny i nierealistyczny. Każdy z was ma własny sposób wyrażania siebie i trudno jest zmieniać go stosownie do okoliczności. Jeśli rodzice zdobędą się na wyrażanie siebie na różne sposoby, stosownie do sytuacji, wychowanie ich dzieci nie będzie zagrożone. Jest to jednak trudne. Jest bardzo trudno być naturalnym w stosunku do siebie, a równie trudno jest stosować się w odpowiedni sposób do tego, co mówią czy robią inni. Jeśli celowo próbujemy przystosować się w jakiś sposób – nie możemy być naturalni. Jeśli będziecie próbowali nastawić się w pewien sposób, zgubicie się. A więc swobodne wyrażanie siebie, bez nastawiania się w jakiś określony, wynikający z upodobań sposób to najważniejsze dla uszczęśliwienia siebie i innych. (…) Powinniśmy więc być skoncentrowani całym naszym umysłem i ciałem na tym, co robimy, i powinniśmy być wierni sobie samym, obiektywnie i subiektywnie, wierni szczególnie naszym uczuciom. Nawet kiedy nie czujecie się zbyt dobrze, lepiej wyrazić to, jak się czujecie, bez jakiegoś szczególnego przywiązania czy zamiaru. Możesz więc powiedzieć: „Och, przepraszam, nie czuję się dobrze”. To wystarczy. Nie powinieneś mówić: „To twoja wina!”. To za dużo. Możesz powiedzieć: „Och, przepraszam, tak, jestem zły na ciebie”. Nie ma potrzeby mówić, że nie jesteś zły, kiedy jesteś zły. Powinieneś po prostu powiedzieć: „Jestem zły”. To wystarcza.

Prawdziwe porozumiewanie się zależy od tego, Czy jesteśmy w stosunku do siebie całkowicie szczerzy. (…)

medytacja w syfie

Siedziałem na przystanku Opolska Kładka. Padał lekki śnieg, prawym pasem, oddzielonym od lewego antyhałasową ścianą, pędziły samochody, rozbryzgując śniegowo-błotną papkę. Panował hałas i smród. Oparłem nogi mocno na ziemi, złożyłem ręce w medytacyjnej postawie i siedziałem tak. Samochody nie przeszkadzały mi od momentu, w którym wyobraziłem sobie, że przewożą moje myśli. Przelatywały przed oczami tak, jak przelatują przez umysł niezatrzymywane na siłę, uwalnianie myśli. Ryk silników wlatywał jednym uchem, wylatywał drugim. Multisensoryczna obserwacja przemijania. Bardziej namacalna niż zazen w cichym pokoju. I skutki tej medytacji odczułem dużo wyraziściej.

Zanim przyjechał autobus, rozejrzałem się wokół. Łuna na niebie, rzadkie płatki śniegu ginące w asfalcie, porosła roślinnością ściana antyhałasowa i biało-rdzawa breja na chodniku – to wszystko, razem z moim tu przebywaniem, parą z ust wydało mi się w pewien sposób piękne… Wcześniej łapał mnie taki klimat przypadkiem, przeważnie w małym miasteczku lub podczas wędrówki – niesamowitość świata, poczucie, że naprawdę tu jestem i – jakby to wszystko było w mojej głowie, jakby to był jakiś odurzający sen… Nie wiem czy o to chodzi w zen, czy w ogóle w buddyjskiej medytacji, nie wiem, czy to zjednoczenie ze światem, lekko, nieznacznie tylko i na chwilę odemknięte trzecie oko, harmonia, cała jaskrawość… Dlatego prosze nie traktować tego co wyżej jako opisu wrażeń początkującego buddysty, lecz – po prostu – jako zupełnie subiektywne moje odczucie.

zazen w Krakowie

Byliśmy z Karolinką w ośrodku zen. Wstęp za dyche, ale poszliśmy. Dwoje mnichów w czarno-szarych szatach, na bosaka, kilkoro świeckich, wynajęte mieszkanie na ostatnim piętrze kamienicy, ascetyczny wystrój, maty i poduszki (mieliśmy własną). Kilka niezwykle cennych uwag co do pozycji. Myślałem, że już to wiem, ale przekazane i zademonstrowane na żywo – to co innego. Okazało się, że wiem mało. Podczas siedzenia młoda mniszka mówiła spokojnym, nierozpraszającym głosem to, co już wielokrotnie czytałem, ale tym razem – mówione znów na żywo – odebrałem znacznie lepiej.

Medytacja była znacznie bardziej mechaniczna i prosta niż moje samotne usiłowania w domu. Siedzieliśmy 15 minut. „Jeśli pojawi się jakaś myśl, zauważcie ją, pozwólcie jej się uwolnić i wróćcie do oddechu”. Gdy rozległ się kończący sesję czysty dźwięk pałeczki uderzanej o porcelanowe naczynie, ktoś zapytał o to, czy można medytować z zamkniętymi oczami, a ja spytałem o poduszki, na których siedzieliśmy. Potem mniszka powiedziała: „To wszystko”, ale nikt sie nie podniósł i zapadło krępujące milczenie. Pomyślałem sobie, że ludzie sobie pomyśleli pewnie: „Co? Za 10 zł. tylko tyle?” Skończyło się na tym, że usiedliśmy na kolejne 15 minut, podczas których zarówno mnie, jak i Karolince trudniej już było się skoncentrować.

Następnie mnisi zapytali kto chce zostać na herbatce. Rozmawialiśmy sobie z Rafałem, który powiedział, że Karolinka ma naturalne predyspozycje fizyczne do medytacji i sądzi, że wcześniej czy później zacznie praktykować. Pogadaliśmy jeszcze trochę, Rafał usiłował leciutko wskazać wyższość zen nad Przyjaciółmi Zachodniej Wspólnoty Buddyjskiej (FWBO), zaś ja – leciutko odwrotnie. W końcu nieco się zagalopowałem w potwierdzaniu występujących u mnie pozytywnych skutków medytacji, ale gdy tylko powiedziałem coś nieprzemyślanego, co chyba nie było do końca prawdą, Rafał roześmiał się, klepnął mnie po ramieniu i poszliśmy do kuchni. Tam popijaliśmy herbatkę i pojedliśmy trochę łakoci, między którymi znalazły się grzanki z pastą oliwkową i serem. Poznaliśmy członków sanghi. Było wesoło i przytulnie, jak przy ognisku. Dawno nie znalazłem się w tak kojąco przyjaznej gromadce. Była nawet gitara, na której Rafał, ubrany już po cywilnemu, blondynka z Norwegii i ja pograliśmy i pośpiewaliśmy. Chyba trochę urzekły ich piosenki Jacka Kleyffa. Zanim jednak instrument wszedł w użycie, rozśpiewane towarzystwo podjęło… kolędy. Mniszka Ola miała urodziny, więc wypiliśmy po kilka łyczków szampana w kubkach i szklankach i zaśpiewaliśmy „Sto lat”. Solenizantka zwróciła uwagę, że życzenia „jeszcze raz, jeszcze raz niech żyje, żyje nam” są bardzo niebuddyjskie. Taki to krakowski zen. Muszę trochę nad tym pomyśleć, ale chyba tam pojawię się jeszcze nie raz. Troszkę nas dziwnie zdumiał widok mnichów palących papierosy, ale to chyba objaw tego, co mi się w zen akurat nie podoba – medytacja jest tam najważniejsza, co do reszty – panuje stosunkowo spory relatywizm etyczny. A może to po prostu swoisty – i bardzo moim zdaniem słuszny – liberalizm buddyjski, który pozwala na łamanie zasad, ale tylko wtedy, jeśli ktoś naprawdę czuje, że do nich jeszcze nie dojrzał i praktykuje solidnie i właściwie (bo jeśli tak, to szybko zarzuci złe nawyki i szkodliwe działanie z własnej, nieprzymuszonej woli).

Newer posts