szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: zen (page 1 of 2)

Nad wodospadem

Gdybym miał użyć porównania ze światem religii katolickiej, mógłbym śmiało rzec, że woda płynąca jest dla mnie jak kościół. A wodospad – jak wielka msza po długiej pielgrzymce.

Podczas podróży po Portugalii poszliśmy zatem na taką mszę. Zaczęła się już właściwie wtedy, gdy kilka kilometrów niemalże górskim szlakiem dzieliło naszego niezdolnego do jazdy po wyboistej drodze, pożyczonego fiacika od wodospadu Pulo do Lobo.

2015-04-12 14-58-36 - Parque Natural do Vale do GuardianaPo długim czasie obcowania z przyrodą, a właściwie z resztą przyrody, bo sam się czuję jej częścią, czułem taką tęsknotę do rzeki, że mimo ostrych i niebezpiecznych skał otaczających Guardianę, postanowiłem zejść do samego wodospadu.

2015-04-12 15-34-06 - Pulo do Lobo

Samo przechodzenie z kamienia na kamień stanowiło świetny trening uważności. Świadomość nie mogła opuszczać mojego ciała, inaczej zsunąłbym się w jedną z wypełnionych wodą szczelin, w najlepszym razie mocząc ubranie i obcierając skórę, a w najgorszym łamiąc kończynę.

2015-04-12 15-34-12 - Pulo do Lobo

Piękno tych skał, przez tysiące lat żłobionych przez wodę, zamieszkałych przez dziesiątki gatunków płazów rozpraszało mnie na początku. W pewnym jednak momencie uznałem, że potrafię świadomie stawiać kroki i jednocześnie cieszyć się widokiem. Nie miałem już jednak głowy… do myślenia.

2015-04-12 15-42-03 - Pulo do Lobo

Przechodząc z kamienia na kamień, zbliżałem się do huczącej gniewnie rzeki – tak łagodnej przed wodospadem i w miejscach, gdzie spotykaliśmy się z nią wcześniej.

2015-04-12 15-41-56 - Pulo do Lobo

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie krople spadającej wody mogłem poczuć na twarzy, huk wodospadu zagłuszał mój oddech, a kamienie oddzielające mnie od rzeki były zbyt mokre i śliskie, by dalej iść. Zresztą nie było mnie tam w takim sensie, w jakim jeszcze niedawno byłem na drodze. Czułem się częścią nieograniczonej całości. Uwolniony od wszystkiego – przeszłości, przyszłości, problemów, stresów i konieczności. Szczęśliwy jak prawie nigdy. Jak małe dziecko. I było tak, jakby cała ta droga została wyrzeźbiona przez żywioł specjalnie po to, by człowiek mógł ją uważnie przejść i zjednoczyć się świadomością z Guardianą, Strażniczką. Jakby człowiek był tą drogą, jakby wszystko nią było, a potem wpadało silnym, zdecydowanym strumieniem w skalne rozlewisko rzeki. Sekundy, chwile, godziny, dni i lata stały się kroplami wody rozbijanej o skałę. Mijały w mgnieniu oka, a jednocześnie trwały nieprzerwanie. Stałem tak, śmiejąc się jak głupi, bo i żadna konkretna myśl, która mogłaby mnie zatrzymać, nie pojawiała się w mojej głowie. Przelatywały pewnie przez głowę ich strzępki z taką prędkością, że wyraźnie widać przez nie było świat. Nawet teraz śmieję się, wspominając to wydarzenie.

2015-04-12 15-36-00 - Pulo do Lobo

Tamtego dnia ziemia dała mi lekcję uważności, a spokojna, gniewna i znów spokojna rzeka nauczyła mnie czegoś o moim własnym gniewie i spokoju.

2015-04-12 15-38-32 - Pulo do Lobo

Wracając, zdałem sobie sprawę z tego, o ile łatwiej było ludziom przed wiekami nie zapomnieć o tym, że są częścią natury. Nie potrzebowali do tego książek, filozofii, mistycyzmu itp., bo ich codzienne życie polegało na przemierzaniu trudnego terenu, nasłuchiwaniu każdego szmeru, unikaniu niebezpieczeństw. Musieli wtedy często „przebywać” w takim stanie umysłu jak ja nad Pulo do Lobo. Jak żałośnie brzmią w tym świetle hasła typu „zen w biurze”, „świadomość a efektywność” itp. Człowiek odszedł od świadomości daleko, daleko w stronę tożsamości intelektualnej i teraz usiłuje zaprząc wszystko w jej służbę, nawet to, co najbardziej pierwotne. Ale na szczęście wszystko, co najważniejsze, dostępne jest zawsze, wystarczy się ku temu zwrócić.

 

 

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o tym, że Droga buddyjska jest Drogą buddyjską, a moja Droga – moją Drogą

Nie wiem gdzie teraz bym był (i czy w ogóle bym był), gdyby nie jedna wspólna kolacja z Kaisenem – mistrzem soto-zen, opiekującym się ośrodkiem, w którym medytowałem w Krakowie. Nie wiem gdzie byłbym, gdyby nie medytacja, gdyby nie zen, gdyby nie buddyzm. Właśnie zdałem sobie jednak sprawę, że bałbym się kolejnego takiego spotkania z Mistrzem. Że przerosłoby mnie. Że mogłoby oderwać mnie od tego, co dla mnie tak drogie. Że całe buddyjskie uwolnienie się mogłoby uwolnić mnie też od Karolinki, od domu, od mojego kącika z komputerem, gitarą i sprzętem do nagrywania. A ja nie chcę się od tego uwolnić. Jestem od tego uzależniony. Ale nie jest mi już z tym źle. Nie chcę już oświecenia i nirwany.

Idę własną drogą. Drogą, która istniała na długo przed moim urodzeniem, której nie wymyśliłem, której nie wybrałem. Odkryłem ją. Wiem co mi wolno, a czego nie. Wiem, że nie udźwignę sam całego mojego życia. Wiem, że nie mam potrzeby go dźwigać. Wiem, że ono jest jak rzeka i widzę, że kiedy nią płynę, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wiem, że kiedy próbuję zmieniać jej bieg, zaczyna się cierpienie, a wraz z nim gniew, rozpacz i niespełnienie.
I smile when Im angry.
I cheat and I lie.
I do what I have to do
To get by.
But I know what is wrong,
And I know what is right.

Religia jest tak skomplikowana, a moje życie – takie proste. Jestem szczęśliwy.

o moim małym przekazie Dharmy

Cały impet twórczy kieruję w stronę tłumaczeń piosenek Nicka Drake’a. Tej nocy skończyłem wstępnie kolejny utwór. To zamiast tłumaczenia się z tego, że ostatnio żadnych nowości na blogu nie było.

Wielkanocne przebywanie w moim miasteczku zaskoczyło mnie pozytywnie. Dzięki utyskiwaniom babci na moją religijną konwersję zostały przetarte nowe szlaki pomiędzy członkami rodziny. Dużo rozmów o duchowości, o tolerancji, dużo głębszych dyskusji na temat problemów ze światem i ze sobą, w których czasem brałem udział, choć częściej – nie chcąc psuć intymnej więzi umysłowej, jaka ujawniła się pomiędzy dorosłymi – z zadowoleniem przysłuchiwałem się im z innego pokoju.

Wieczorami spotykałem się ze znajomymi i przyjaciółmi. Miasteczkowe knajpy aż wrzały od powitań, radosnych spotkań po latach i nigdy nie dokończonych rozmów. Kolega, który dwa lata temu usłyszał ode mnie o Dharmie promieniuje dziś szlachetnym spokojem i dobrocią – jest daleko, daleko przede mną na ścieżce. Zupełnie nieświadomie podzielił się swoją energią ze mną – coś się znów łagodnie tli nad moją głową. Może to tylko wiosna, ale chyba nie.

Soto zen okazuje się dla mnie zbyt trudny. W sobotę idę do ośrodka Karma Kagyu. Kupiłem nową książkę lamy Olego Nydahla, Buddę i miłość.

W leniwe wiosenne popołudnie przejażdżka rowerem do sklepu stanowi dla mnie najwyższą przyjemność.

A Wam, wszystkim bez wyjątku, życzę sił potrzebnych do przekształcenia każdej cząsteczki gniewu, nienawiści i smutku w miłość, radość i spokój. Om Mani Padme Hum lub – jeśli wolicie – niech Bóg będzie z Wami.

o tym jak się chodzi po wodzie

Nad nadwiślańskim Grodem unosiła się mgiełka blichtru i tajemniczości. Leniwym krokiem wyszedłem z bramy i skierowałem się na przystanek. Z tramwaju wysiadł kolega w towarzystwie jakiejś dziewczyny, którą przedstawił jako swoją współlokatorkę. Szli właśnie do Cafe Philo na wernisaż. Oświadczyłem im, że tak naprawdę wcale nie chce mi się wracać do domu i poszedłem z nimi. Zadymione i gwarne wnętrze kawiarni kontrastowało z orzeźwiającym i z lekka mroźnym powietrzem listopadowych uliczek Starego Miasta. Usiedliśmy.

Oprócz nas było tu wielu artystów, rozmyślaczy i dziwaków, obdarzonych talentami niemającymi zastosowania na współczesnym rynku pracy, wynajmujących mieszkania lub kawalerki po kilka osób, szukających dorywczych zajęć, sępiących papierosy – na wpół bezrobotni geniusze.

Mimo tego, że tacy z nas byli ciekawi ludzie, nie dogadaliśmy się jakoś. Kolega wypełniał swoją część audialnej przestrzeni powitaniami i krótkimi rozmówkami ze znajomymi, którzy co chwila na niego wpadali, jego koleżanka była bardzo zestresowana faktem, że zapytałem ją czym się zajmuje, ja zaś próbowałem zadawać neutralne pytania i być dowcipnym. Najchętniej pogrążyłbym się w myślach, czekając aż jakiś ciekawy temat się pojawi na horyzoncie. Zapytano by mnie jednak szybko dlaczego się nie odzywam. Każde słowa, prócz zdawkowych żarcików, były nie na miejscu. Wziąłem więc płaszcz i oświadczyłem towarzystwu, że naszło mnie na romantyczny spacer po krakowskich uliczkach.
– Ee, co ty robisz? – zapytał kolega, marszcząc brwi.
– Idę – odparłem z promiennym uśmiechem.
– Weź się nie wygłupiaj. Mam się obrazić, czy co?
– Chodźcie ze mną – odparłem.
– Nie, no, przyszliśmy na wernisaż.
– No to do następnego, trzymajcie się.
Towarzyszka kolegi popatrzyła na mnie żywiej. Może dlatego, że dałem się poznać jako ktoś, kto mimo towarzyskich okowów potrafi wyjść, kiedy ma na to ochotę, nie urażając innych. A może dlatego, że to obecność mojej obcej osoby była powodem jej dotychczasowego milczenia.

Tymczasem to wcale nie ja wyszedłem z knajpy. Nie zrobiłbym tego, nie potrafiłbym. Taki był bieg wszechświata, a moje miejsce było na zewnątrz, na ulicy św. Krzyża, potem na Plantach, na ławce przy przystanku obok dziewczyny czytającej z wielkim zainteresowaniem jakąś książkę, w pierwszym wagonie tramwaju nr 2, pośród płochliwych cieni na Salwatorze, w ciemnościach ulicy Królowej Jadwigi i w naszym cichym mieszkanku, które dziś – opuszczone przez Karolinkę – jakby przygasło.

„Oddychanie razem z wszechświatem”, jak to ujął mistrz Kaisen, przenosi się powoli, coraz większymi falami poza zazen, do tak zwanej codzienności. Jest jak chodzenie po wodzie. Kiedy idę, z pełną miłości do wszystkiego ufnością, kiedy idę, nie myśląc o tym iściu, nie dochodząc, nie kierując się, po prostu – idąc, wtedy nie tonę. Kiedy myślę, pojawia się obawa, a potem lęk. I – co brzmi jeszcze dziwniej – kiedy myślę, nie wiem. Kiedy nie myślę – wiem, widzę to, co zasłaniają mi myśli.

Nie potrafię i nie potrzebuję tłumaczyć sobie lub komuś tego racjonalnie. Kto to wie, ten wie. Kto chce iść ścieżką, której to wszystko towarzyszy, ten idzie. To pewnie dlatego niektórzy nauczyciele, jak np. Budda, polecali swym uczniom głosić swoją naukę tylko tym, którzy szczerze i z otwartym sercem chcą ją poznać. Innym i tak nic to nie da. Będą domagali się coraz to nowych argumentów racjonalnych, które nie zaprowadzą ich donikąd, a sprawią tylko, że uznają nauki za bezwartościowe.

Idę obejrzeć sobie Blues Brothers.

o chwilach wspólnej praktyki z Leonardem Cohenem

Byliśmy dziś z Karolinką w kinie na filmie o „Tybetańskiej Księdze Umarłych”. Przybyliśmy późno, a ludzi było sporo. Wszystkie miejsca w fotelach i pod ścianami były zajęte, natomiast przed pierwszym rzędem jacyś młodzi ludzie urządzili sobie miejsca leżące i półleżące. Dołączyliśmy do nich. Niewielka sala kinowa, pełno ludzi siedzących, kucających, stojących i leżących, blask ekranu, opowieść o tybetańskich rytuałach i buddyjskiej kosmologii, Leonard Cohen w roli lektora – klimat iście beatnikowski!

Mało kto wie o tym, że Cohen jest lektorem w tym filmie. Ja nie wiedziałem. Ogarnęło mnie trudne do opisania przyjemne uczucie, gdy usłyszałem jego głęboki, niesamowity głos. Była to być może osłabiona wersja wrażenia, jakie miałby miłośnik muzyki Cohena praktykujący zen, który trafił na odosobnienie akurat do tego klasztoru, z którym związany jest artysta. I oto ów miłośnik siedzi w dojo gotów do medytacji, a w drzwiach zjawia się jego idol w mnisich szatach, po czym okazuje się, że będzie prowadził medytację.

Ja również poczułem się nagle tak, jakbym w pewnym sensie był z Cohenem w jednej paczce. Oto pojawił się nie jako muzyk, którego twórczość od ósmego roku życia podziwiam, lecz jako kapłan, by wziąć udział w przekazaniu Dharmy dla naszego wąskiego grona praktykujących.

Co do kosmologii – zauważyłem, że cały ten system światów i sfer (dewowie, asurowie, ludzie, zwierzęta, pretowie i demony), wędrówka świadomości, brak początku i końca, cała buddyjska koncepcja wszechświata wydaje mi się dziś znacznie bardziej naturalna i „trzymająca się kupy” niż chrześcijańskie niebo, piekło, ziemia, prapoczątek, chaos i Słowo. Jeszcze trzy lata temu patrzyłem na ten cały wschodni majdan jak na radosną twórczość wariata, a w wizjach biblijnych nie widziałem nic dziwnego.

Kto ma więc rację? Która wizja jest prawdziwa? Logicznie wywnioskować się tego nie da w żaden sposób – nie możemy przeanalizować racjonalnie czegoś, co jest poza nami. Intuicja okazuje się z kolei zwodna, skoro wskazuje mi na tę koncepcję, z którą po prostu częściej obcuję. Wgląd mistyczny zatem? Ten jest ponoć z kolei w dużej mierze uwarunkowany kulturą i wierzeniami.

Rację chyba mają może nie tyle buddyści, ile Budda, gdy mówił o tym, że takie spekulacje do niczego nie prowadzą i że szkoda na nie drogocennego czasu.

Allan Watts, Droga zen, tłum. Sebastian Musielak, Poznań 2003, s. 50-51

Jedna z podstawowych zasad konfucjanizmu głosiła, że „to człowiek czyni prawdę wielką, a nie prawda człowieka”. Z tego też powodu zawsze uważano, że „humanitarność”, „człowieczeństwo” czy „ludzkie serce” (jen) góruje nad „prawością”, „sprawiedliwością” (i), gdyż sam człowiek jest wspanialszy od każdej myśli, która może w nim powstać. Zdarza się, że namiętności człowieka są bardziej wiarygodne od jego zasad moralnych. Z powodu niemożliwości pogodzenia przeciwstawnych zasad czy ideologii wszelkie wojny toczone o słuszność jakiejś sprawy muszą prowadzić do wzajemnego unicestwienia. O wiele mniej wyniszczające są natomiast zwyczajne wojny grabieżcze: agresor stara się nie zniszczyć tego, co ma nadzieję zdobyć. Rozsądni, „ludzcy” antagoniści są zawsze zdolni do osiągnięcia kompromisu, podczas gdy jednostki „odczłowieczone” poprzez ślepe ubóstwianie jakiejś idei lub ideału są fanatykami, których oddanie się abstrakcjom uczyniło wrogami życia.

o różnych twarzach Krakowa i o tym, jak mocno trzymam się w siodle

Kraków jest zupełnie inny niż jeszcze pół roku temu. Wtedy mieszkałem na brudnym, szarym i śmierdzącym osiedlu na Azorach w ciemnej klitce. Na zajęcia jeździłem zatłoczonym autobusem, przez okno – z powodu mojego wzrostu – widząc jedynie asfalt, chodnik i podstawy budynków. Wysiadałem przy Kampusie UJ, tworze przypominającym swoim wyglądem i dziwnym napięciem wewnątrz panującym instytut badań nad UFO.

Teraz jeżdżę rowerkiem wzdłuż Wisły z Salwatoru – najpiękniejszej moim zdaniem dzielnicy, lądując na Franciszkańskiej, na Grodzkiej, w najgorszym razie w Kolegium Patafianum, gdzie mam zajęcia, ewentualnie na Kazimierzu, gdzie mieści się ośrodek zen soto.

Dzielę swój czas pomiędzy przyjemności niższe, jak np. gry komputerowe i surfowanie po sieci, a wyższe jak pisanie i nauka. Praktyka zen działa na mnie natychmiastowo, kiedy tylko ją odstawiam, powoli zaczyna się bałagan, kiedy siedzę regularnie dzień w dzień, przez pozostałe 23-23,5 godziny pozostaję wyczulony na wszystko, co się we mnie dzieje i choćby chwilowa utrata kontroli nad sobą w kontaktach z innymi nie wchodzi w rachubę.

Jeszcze nigdy – mówię to z pełną odpowiedzialnością i po długim zastanowieniu – nigdy nie czułem się bardziej na swoim miejscu.

Allan Watts, Droga zen, Rebis 2003, s. 177

Gdy tylko spontaniczność staje się dla mnie ważna, wzmacnia się moje zamierzenie bycia spontanicznym; nie mogę się go pozbyć, choć jest to jedyna rzecz, która stoi na drodze do spełnienia samej siebie. To tak samo, jakby ktoś dał mi lekarstwo i ostrzegł mnie, że nie poskutkuje, jeśli zażywając je, będę myślał o małpie.

Pamiętając, aby zapomniec o małpie, znajduję się w sytuacji „podwójnego związania”, w której „robić” znaczy „nie robić” i na odwrót. Z „tak” wynika „nie”, a z „idź” wynika „stój”. W tym momencie zen podchodzi do mnie i pyta: „Skoro nie możesz przestać myśleć o małpie, czy robisz to celowo?” Innymi słowy: czy mam zamiar mieć zamiar, czy mam cel w tym, że mam cel? Nagle uświadamiam sobie, że właśnie owo zamierzenie jest spontaniczne, czyli że moje kontrolujące „ja” – ego – bierze się z mojej niekontrolowanej i naturalnej istoty. (…) Jak powiedział pewien mistrz zen: „W tym momencie nie pozostaje ci nic innego, jak tylko szczerze się roześmiać.

Older posts