szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: wspomnienia (page 2 of 3)

na peronie

Mała podmiejska stacyjka pachnie trawą, zbożem i pieczonym gdzieś, w którymś z pobliskich domów ciastem. Na peronie kilka osób. Po prawej tory zakręcają, wiodą w głąb Miasteczka. Z lewej – nikną w przestrzeni, gdzie niegdyś przewędrowałem tyle kilometrów. Lekki, cichy oddech miasta przerywa na chwilę dźwięk megafonu. Pociąg wjeżdża na stację. Ostatni pocałunek, uścisk dłoni i ukochana istotka o roześmianych oczach znika w wagonie. Machanie dłonią. Ludzie, szukający wolnych siedzeń. Żeliwne tłoki przy kołach, brudne nadwozie wagonu. Ciemna, twarda przestrzeń pomiędzy peronem a szynami. Lekki podmuch wiatru, zgrzyt maszynerii, pociąg rusza. Ludzie, brudne okno, ostatnie spojrzenie znad czyjegoś ramienia i jej postać w mgnieniu oka znika z pola widzenia. Pozostaje cicha stacyjka. Wspomnienie ostatnich słów. Żal za lekkie zniecierpliwienie w głosie. Każde pożegnanie to jakby taka mała śmierć.

o zawszości Świąt

Święta były od zawsze. A dla wielu to „zawsze” wiąże się nie tylko z czasem, ale także z ludźmi i miejscem, gdzie się je spędza. Miejscem naznaczonym tą żywą i najprawdziwszą magią, która – jeśli jej epicentrum osadzić w czasie i przestrzeni – emanuje z dzieciństwa i z tego kąta, gdzie stoi choinka.

Moje Święta zawsze miały miejsce w Miasteczku, w dużym pokoju u Babci i Dziadka, a oprócz nich w domu byli rodzice, siostra prawie jak rodzona i jej rodzice. Razem osiem osób najbliższej rodziny. Może ta część mojej rodziny jest mi najbliższa właśnie dlatego, że razem spędzaliśmy tam każde Boże Narodzenie? W każdym razie rozświetlony światłem choinki i telewizora, pachnący makiem i igliwiem duży pokój był jeszcze większy, wręcz ogromny, i jeszcze bardziej czarodziejski kiedy byłem mały, choć z najdawniejszych Świąt pamiętam tylko fragmenty – ogromne bombki, dywan w najróżniejsze wzory, klocki Lego, najukochańszych ludzi i pełen niesamowitości świat jaki tworzyliśmy z siostrą.

Tak było zawsze. A to, z czego zdałem sobie sprawę w tym roku, podczas pierwszej Wigilii spędzanej z Karolinką w domu jej rodziców, powinno – zdałoby się – odkryć mistyfikację, przebić bańkę mydlaną, odsłonić kulisy warsztatu iluzjonisty i coś zniszczyć. Tymczasem magia Świąt nagle ożyła jeszcze bardziej i została złożona prosto do moich rąk. Kiedy bowiem śledziłem wzrokiem na innych ścianach i na innym suficie odbicia świateł innej choinki, kiedy siedziałem z innymi ludźmi w innym pokoju i w innym, równie wspaniałym, choć nie docierającym jeszcze w pełni do mnie świątecznym świecie, nagle skonstatowałem, że przecież tamte Święta u Babci wcale nie były od zawsze. Moja siostra urodziła się gdy miałem cztery lata, a moi rodzice spędzają Wigilię u Babci dopiero od moich narodzin. Wcześniej wszystko było inaczej. Tak jak inaczej było teraz, kiedy przy ul. Pięknej w Miasteczku przy stole siedziały tylko cztery osoby.

Ale Świąteczny świat Karolinki i jej rodziców zaczyna się właśnie przebudowywać. Najdalej za kilka lat narodzi się w nim nowa istotka. I ona też długo nie będzie zdawać sobie w pełni sprawy z tego, że kiedyś było inaczej. A to, żeby Święta były dla niej tak samo niesamowite, pełne magii i miłości, zależy od nas. To my wyczarowujemy dla niej nowe „zawsze”. A ja zrobię wszystko, by ta cudowność, która wciąż żyje we mnie najjaśniejszym wspomnieniem, stała się jej udziałem. Bo z tych wszystkich starych i nowych „zawsze” jest takie jedno, które naprawdę powinno być pisane bez cudzysłowów.

o koncertach W górach jest wszystko co kocham

Nowy Sącz

Zaskakująco udane granie prawie bez próby z Peltonem, który stał się już chyba basistą najwyższych lotów. Nigdy z nikim tak mi się nie współpracowało, a i jego styl gry odpowiada mi w 100%. Na scenie zadebiutował kupiony na Allegro chorus – podniosło to jakość brzmienia niektórych piosenek tak bardzo, że nawet ja byłem bardzo zadowolony. Szkoda, że pan akustyk postanowił sobie poćwiczyć na nas włączanie i wyłączanie mikrofonów.

Nie spodziewałem się tego, że „kilkadzieści” kilometrów na północ od Nowego Sącza są takie miejsca jak schronisko w Jamnej. Przemili gospodarze, drewniane belki pod drewnianym sufitem, ręcznie malowane ikonki, kominek i prawdziwie górskie powietrze. Nie brałem jednak zbyt aktywnego udziału w nocnym śpiewograniu. Atmosfera nie przemawiała do mnie zbytnio. Wolałem oglądać zdjęcia Roberta, które wyświetlał na laptopie.

Aż żal było rano opuszczać drewniany domek z oknami na daleki horyzont, gdzie lśniły w Słońcu ośnieżone szczyty Tatr. Chciałbym kiedyś schować się w takim miejscu na co najmniej dwa tygodnie. Tak, żeby świat na dole stał się daleki i nierzeczywisty.

Rzeszów

Moje piosenki przypadły chyba szczególnie do gustu tamtejszej publiczności. Wykupiła bowiem cztery płytki, które mi pozostały, jeszcze przed koncertem. Już po wszystkim rozdałem kilka wizytówek tym, którzy chcieli mimo wszystko się w nie zaopatrzyć. Jutro wysyłam.

Postanowiliśmy wraz z Peltonem i Robertem nie uczestniczyć w wieczornej imprezie w jednym z lokali przy Rynku. Zamiast tego poszliśmy wypić po piwku do baru przy hotelu Metalowiec, w którym nas ulokowano. Robert zwrócił tam moją uwagę na fakt, że od jakiegoś czasu zza naszych pleców dobiegają dźwięki gitary i wyjątkowo zgrany śpiew kilku głosów. Po jednym z utworów wychyliłem się zza wysokiego oparcia ławy i zagadnąłem:
– A znacie może taką piosenkę…

Cztery godziny później wracaliśmy lekko podchmieleni, w nowym towarzystwie, z zupełnie innego lokalu samochodem jednej z pań. Dodatkowo, po wyśpiewaniu kilkunastu utworów Jacka Kaczmarskiego dostałem niezłej chrypki.

Kraków

Salka za kulisami Rotundy kojarzy mi się z najszczęśliwszymi chwilami w moim grajkowym życiu. Pierwszy raz byłem tu oczekując na swój debiut w projekcie „W górach jest wszystko co kocham” . Potem co roku przygotowywaliśmy się do coraz lepiej i radośniej przyjmowanych przez publiczność koncertów. Dziś dołączyli do nas nieobecni w Rzeszowie Mieszko i Wiwi. Bębny i skrzypce dodały imprezie tyle energii, że ulotniło się zupełnie moje zmęczenie i złe samopoczucie.

Robiłem co mogłem żeby przed koncertem nie wychodzić z Rotundy. Na zewnątrz roztaczał się codzienny szary krajobraz, kojarzący mi się z rannym pedałowaniem do pracy, z zajęciami i pośpiechem. Krajobraz, w który dzisiaj znów będę musiał się wtopić.

o grypy wpływie na wyobraźnię

Zamiast na połoniny, gapię się w sufit, leżąc trzeci dzień w łóżku i lecząc ostre przeziębienie. Ale i taki stan jest nieraz potrzebny. Wyobraźnia działa wtedy jak telewizor, oprócz tego, że obrazy przez nią emitowane są po stokroć piękniejsze. Tylko w stanie podgorączkowym z taką wyrazistością jawią się wspomnienia, atmosfera dawno zapomnianych miejsc i czasów.

Zapach jesiennego powietrza z miasteczka mojego dzieciństwa, niewygodna puchowa kurtka, zapinana na mnie przez mamę, gdy miałem 5 lat – nie tylko obrazy i dźwięki, ale też dotyk i zapach, tak jakby osłabione przez chorobę zmysły oddawały pamięci dostęp do mojego umysłu.

o tym jak znika mój dom

Wspomnienia potrafią zabarwić na dowolny kolor każde miejsce. Nowo poznane okolice, budynki, wnętrza w większości mają już odcień swoich odpowiedników, w których już coś kiedyś się wydarzyło. Powoli, w miarę jak coś nowego się w nich wydarza, nabierają pełni kolorów. Zapach miejsca ma tutaj niebagatelne znaczenie. Czasem jednak trafia się w życiu jakiś zupełnie nowy mikro-świat. Jest on dla mnie wtedy martwy, obcy, mieszka w nim lęk.

Miejsce w którym pracuję było takim właśnie siedliskiem obcości. Dziś jednak z kątów wyłażą wspomnienia najmilszych chwil spędzonych tutaj dwa, cztery dni temu. Znika uczucie uwięzienia, napięcie i to coś, czego nie potrafię nazwać jednym słowem: połączone z pewną tęsknotą wrażenie, że jestem w jakimś innym, kompletnie niemoim świecie, z którego nie ma wyjścia.

Kiedyś, kiedy niemal każdy wolny dzień przeznaczałem na włóczęgę, mawiałem, że mój dom rozprzestrzenia się na nowo po każdym poboczu, każdej łące, każdym przedziale pociągu, każdej stacyjce, każdej ławce, wszędzie gdzie jestem. A kiedy odchodzę, on odchodzi wraz ze mną. Dziś widzę, że straciłem zdolność czucia się wszędzie jak u siebie. A może po prostu bywam znacznie rzadziej tam, gdzie naprawdę jest moje miejsce.

nostalgia

Obejrzałem na dobranoc kilkanaście dobranocek i innych filmików dla dzieci naraz. Aż dziwne, że nazwisko zmarłego Zygmunta Kęstowicza kojarzył mi się tylko z telenowelą. Pamiętam go przecież z okresu, kiedy byłem zagorzałym telewidzem – z lat 1983-1986. Złotawo-brunatny, szorstki dywan w dużym pokoju u babci, Piłkarz – srebrna statuetka stojąca przy telewizorze, wznoszący się nade mną stół, dalekie i niedosiężne głowy dorosłych majestatycznie szybujące pod sufitem… i „Piątek z Pankracym”.

Każdy ma swoją opowieść. Szczęśliwi ci, dla których – tak jak dla mnie – jest ona pełna ciepła i poczucia bezpieczeństwa. O czym szumią wierzby… muszę znów przeczytać tę książkę. Skończyło się dzieciństwo, ale w  nowej zabawce – w Internecie – jest jeszcze tylne wejście w tamten świat: Nostalgia.pl

o powrocie, na który od dawna się zanosiło

Kiedyś, poczas częstych spacerów na Salwator w Krakowie, Karolinka zauważyła nowoczesny blok mieszkalny, otoczony ogrodzeniem. Przy nim był plac zabaw i stylowe ławeczki.
– Ale super byłoby tam mieszkać! – westchnęła.

Dokładnie za tydzień, w piątek, wniesiemy do jednego z mieszkań w tym bloku nasze graty. :)

Zawsze lubiłem Salwator. Mówiłem, że to jedyne miejsce w Krakowie, gdzie mógłbym mieszkać z przyjemnością. Ale tym razem, mimo, że oba dni spędzone przez nas w „Mieście Smoga” były niezwykle wyczerpujące, układało mi się z Krakowem bardzo miło i harmonijnie. To pewnie wpływ przyjaciół i znajomych, których brakuje nam tak w Radomsku i których obecność dopiero teraz doceniamy. Ale niekoniecznie. Chyba sam siebie wykiwałem. Kraków z oddali nie jest tym samym Krakowem, do którego zraziłem się sześć lat temu w ciągu niecałego tygodnia. Kraków widziany przeze mnie teraz to siedlisko wielu wspomnień, miejsce, w którym uczyłem się żyć. I miejsce, gdzie przeżyłem najfajniejszy czas – lata studenckie.

Radość Karolinki z nowego mieszkanka (i z tego, ze podobnie jak ja, dobrze się czuła w Krakowie, ale to jest chyba pochodną tego, że bardzo, ale to bardzo się ze sobą zżyliśmy. Nawet brzuchy bolą nas w tym samym czasie, w tym samym czasie chce nam się spać, w tym samym czasie robimy się głodni i w ogóle) nie miała granic. Moja owszem. Zdałem sobie sprawę, że energia, która mnie przyjemnie rozpierała jest tą samą energią, która włada mną w chwilach rozpaczy lub gniewu. Tylko inaczej nieco działa.

Nie sądzę, żebym potrafił poskromić tę energię, popatrzeć na świat nie przez pryzmat emocji wtedy, gdy łapie mnie smutek, jeśli folguję jej w chwilach radości. Kiedy człowiekowi jest źle, chciałby umieć postawić się z boku, trzeźwo ocenić sytuację i nie przejmować się. Kiedy ogarnia nas gniew, chcielibyśmy opanować go i nie krzywdzić innych i siebie. Ale gdy się ktoś cieszy, ma gdzieś neutralność, trzeźwość i opanowanie. Czy w tym się przypadkiem nie kryje przyczyna porażek ponoszonych w złych chwilach?

Nie chcę w ten sposób gloryfikować ponuractwa. Ale to wśród ludzi opanowanych, a nie impulsywnych jest więcej pogody ducha, uśmiechu i zwykłej ludzkiej życzliwości. To raczej opanowanie, a nie emocjonalność pozwala czuć się w każdej sytuacji jak ryba w wodzie.

o pierwszym weekendzie sierpnia w tym samym miejscu, co zwykle

I rzeczywiście – powrót do przeszłości prawie zupełny. Mimo, że kilka budynków odmalowano, układ Bazy pod Ponurą Małpą zmieniono, a oczyszczalnia ścieków zajeżdża jeszcze mocniej niż dwa lata temu, kiedy tu byłem ostatnio.

I jakoś tak inaczej jest ze wspólnym graniem. Mam wrażenie, że proponując wspólny występ komuś, o kim się mówi, że dobrze gra, robię coś głupiego. Reakcją jest zakłopotanie i niezgrabne próby wykręcenia się jak od jakiegoś przykrego obowiązku. Może chcą, żebym im płacił? Chyba trzymając się tyle czasu ze swoją stałą ekipą festiwalową, straciłem zdrowy osąd sytuacji ogólnej.

Nic to. Jest pięknie.

o najbardziej oczekiwanym powrocie ostatnich lat

Kiedy pierwszy raz od czasu ukończenia studiów odwiedzam miejsca, gdzie ostatni raz byłem jeszcze w poprzedniej, całkiem innej rzeczywistości, jak na przykład osiedle Karolinki w Lublinie, smutno mi. Mam podobnie jak wtedy na moim poddaszu ze słońcem na tapczanie. Sentyment i ból po utraconym świecie.

Kiedy jechałem po Karolinkę PKSem do Warszawy, na jednym z przystanków wsiadła kobieta, która wmurowała mnie w siedzenie. Nie wiem w jakim była wieku, nie dało się tego poznać po wyglądzie. Było w niej coś niesamowitego. Nie mogłem się powstrzymać przed zerkaniem na nią ukradkiem co jakiś czas. Jej uroda całkiem z kosmosu, zupełnie nie przystająca do uznanych kanonów piękna, a jednak niesamowita, pozornie niewinna bezczelność i ogromna zmysłowość przejawiająca się w każdym ruchu i bezruchu… Cały autobus wypełnił się nią. Taka kobieta potrafi zniszczyć faceta lub zmienić jego życie w raj.

Ale ja nie szukam raju. Gardzę nim. Chcę po prostu kochać. Moje jedyne kochanie wysiadło wczoraj o 6:05 z samolotu na Okęciu. Teraz wszystko będzie inaczej.

Older posts Newer posts