szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: wspomnienia (page 1 of 3)

o tym, co w międzyczasie

2011.11.01 13-22-28-P1060821Myślałem, żeby wrócić do tego opuszczonego, a przecież najstarszego i najdłużej prowadzonego z moich nielicznych blogów, już od pewnego czasu. I wracam, choć nie wiem, jak często będę pisał. W międzyczasie sporo się u mnie pozmieniało.

Przede wszystkim jestem starszy. Nie czuję się dwudziestotrzylatkiem, jak jeszcze kilka lat temu. Świadomość towarzyszy chyba mojemu prawdziwemu wiekowi, a w tym roku stuknie mi już trzydzieści pięć… Tak jest lepiej i dobrze mi z tym. Rzadko łapię się na tym, że chciałbym mentalnie wrócić do młodości. Cenię sobie cierpliwość, której całe pokłady ułożyły się we mnie i wokół mnie jak miękka zbroja, odkąd mam dziecko (chłopczyk, o którym pisałem tutaj, ma już cztery lata…), całe doświadczenie tylu bogatych lat, różnych miejsc, stanów ducha, poszukiwań, lubię spokojną stanowczość, na jaką mnie stać, siłę, którą czuję. Świat i jego wyzwania przestały być zbyt wielkie, czuję się jego pełnoprawnym mieszkańcem.

Brakuje mi tylko tej bezpośredniości, świeżości i koloru patrzenia na świat gołymi oczyma. Teraz czuję ciążące na nosie, głowie i karku wielkie szkła 2011.12.10 15-01-24-P1070168światopoglądu, różnych obaw i lęków. Góra nie jest już górą, woda nie jest już wodą. Droga to nie tylko droga, to też paliwo, ceny paliwa, niebezpieczeństwo wypadku, woda i kurz na szybach, opony letnie i zimowe… Metaforyzuję, ale i dosłownie tak jest: obfitość różnych przedmiotów, akt własności domu, samochód wiążą i ciążą. Niech bym się o to wszystko tylko martwił, byłoby dobrze. Ale cały ten domowy inwentarz ciąży na percepcji, odwraca uwagę od tego, co tak zawsze było dla mnie drogie – od natury, powietrza i przestrzeni. W bezpiecznych ścianach własnego domu, w ciepłym i otulonym muzyką wnętrzu samochodu to, co na zewnątrz, staje się obce, czasem nawet groźne.
2011.12.21 14-14-07-P1070336To zabawny paradoks, bo przecież mieszkam na wsi, a od ponad trzech lat na znacznie większym wygwizdowie niż Dorotowo, gdzie pisałem ostatnie słowa na tym blogu. Co z tego, skoro wszelkie zakupy, odwiedziny, sprawy codzienne i niecodzienne nie wymagają już pójścia na miasto, bezpośredniego kontaktu ciała i oddechu z otoczeniem, czucia wiatru na twarzy i ziemi pod stopami. W mojej wiosce nie ma nic i nikogo, poza kilkorgiem dobrych sąsiadów. Wychodzę z domu, wsiadam w auto, odgradzając się metalem i szybami od świata, i jadę. A gdy nie jadę – siedzę przed komputerem, bo pracuję, albo bawię się z dzieckiem w domu. Na specjalnie wydzielone, regularne godziny spaceru, kontaktu z naturą itp. brakuje czasu, samozaparcia i motywacji. Jak już pisałem, jestem w swoim wieku, a to wiąże się też z wyborem tych aktywności, które połączyłem już ze swoim życiem i odrzucenie tych, do których nie do końca jestem przekonany. Tak się składa, że niemal wszystko, co lubię i potrafię robić, robi się w domu przy klawiaturze. Cóż, jeśli idzie o naturę, pozostaje jej obecność dookoła i przebogate wrażenia wzrokowe (patrz zdjęcia przy tym wpisie – wszystkie pochodzą z pierwszej jesieni spędzonej tutaj).

Co jeszcze działo się u mnie przez te lata? Smutno było nam opuszczać nasz domek nad jeziorem i nadal trochę do niego tęsknimy. Gdy jedziemy na południe, czasem skręcamy do Dorotowa i przejeżdżamy sobie powoli przez nie. W pewnym momencie przestałem to robić, bo wspomnienia bolały. Chcieliśmy co prawda mieć swój dom, ale trochę się pogubiliśmy w wyborze miejsca – niby wszystko się zgadzało nawet z piosenką o wymarzonym miejscu, którą jeszcze nad jeziorem napisałem, ale… Własny, kupiony za ciężko pożyczone od banku pieniądze stuletni dom i hektar ziemi, na który przenieśliśmy się jesienią 2011 roku (błąd – takie przeprowadzki urządza się wiosną), i opieka nad maluchem przytłoczyły nas z początku, mnie w pewnym momencie nawet bardzo. To wszystko razem było chyba większą rewolucją i wstrząs niż szukanie sobie miejsca na świecie po skończeniu studiów, które tu opisywałem osiem, dziesięć lat temu. Ale i ja miałem więcej siły. Powrót do miasta – absolutnie! Jeszcze jedna przeprowadzka blisko jeziora i lasu, tam gdzie do sklepu można na piechotę – całkiem możliwe.2011.10.30 16-12-39-P1060800

W pewnym momencie założyłem bloga o nazwie Neowieśniak Codzienny. Nie traktowałem go zbyt poważnie – ot, miał mnie rozruszać i utrzymać w formie, jeśli idzie o pisanie. Spełnił swoje zadanie i opuściłem go już być może na dobre. Ale jeśli chcecie poczytać trochę śmiesznych, trochę błahych wpisów o życiu mieszczuchów na wsi, zapraszam. Teraz piszę i redaguję różne rzeczy mniejsze i większe, mam nadzieję, że raz na jakiś krótszy czas znajdę chwilę, by coś skrobnąć do starej Szuflady. A jeśli nawet nie, zawsze mogę wrzucić tu kilka zdjęć. :)

Kraków revisited

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chodzę po starych uliczkach, które przemierzałem przez tyle lat, i szukam siebie, nas… Zaglądam w podwórka i patrzę w okna, za którymi mieszkaliście i gdzie spędziliśmy tyle niezapomnianych chwil, z których co najmniej kilku nie zapomnę nigdy. Na przykład oglądania Siekierezady w ogrzewanym kozą mieszkaniu Patryka w kamienicy, gdzie nikt inny nie mieszkał. Albo konduktu pogrzebowego gitary, z którym przeszliśmy obok młodziutkiej jeszcze Cafe Szafe.

o starych kasetach Babci

Zdartych kaset z występami Jana Pietrzaka słuchałem w dzieciństwie u Babci. Pamiętam jak Dziadek kazał mi ściszyć to, żeby nikt nie usłyszał czego słuchamy. W czeluściach mojego twardego dysku znalazłem dziś przez przypadek to nagranie:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Pamiętam słowa. Przechodzą mnie ciary, kiedy tego słucham. Wielkie były to pieśni…

o tym, że rozmnażanie może być zaskakujące, jeśli punkt odniesienia przesunąć ku dalszym wspomnieniom

bies1przed2Były wzloty, upadki, chwile wielkiej przyjaźni, chwile milczenia. Długie rozmowy, długie przesiadywania w ciszy przy przydrożnych ogniskach, tysiące kilometrów przejechanych wspólnie auto-stopem, tysiące słów wymienionych w listach… I gdy łapaliśmy okazję na kolejny zlot naszej Stachuriady, ani razu Obraz 02407nie przeszło mi przez myśl, że kiedyś zarówno ja, jak i moja żona dostaniemy od Niego smsy, że urodziła mu się córka.

Gratulacje, stary! To będzie bardzo szczęśliwa i piękna rodzina.

o tym, że czas legend i mitów się skończył

allelujaKiedy moja fascynacja twórczością Leonarda Cohena po raz pierwszy osiągała wyżyny intensywności, chodziłem jeszcze do podstawówki. Rodzice znaleźli gdzieś i podarowali mi gazetkę ze słowami piosenek, zdjęciami i tekstami na temat pierwszych  koncertów Mistrza w Polsce z 1985 r. Obecnie gazetka ta jest rozczłonkowana, popisana ołówkiem i wygląda jak psu z gardła wyjęta. Czytałem dziesiątki razy dwa teksty w niej zamieszczone – notkę biograficzną na temat artysty oraz artykulik traktujący o koncertach. Również piosenki i tłumaczenia – porównywałem, uczyłem się mozolnie grać na gitarze, czytałem, zgłębiałem. Ta gazetka była jednym z moich skarbów.

Koncerty z 1985 r. były dla mnie niedostępną, owianą mgłą tajemnicy legendą. Wyobrażałem sobie tłumy na Sali Kongresowej i Cohena, siedzącego na scenie z gitarą i snującego pomiędzy piosenkami opowieści, popijającego wino. Kilka razy ledwo mogłem znieść myśl o tym, że nie mogłem w tych koncertach uczestniczyć – miałem 5 lat, a z piosenkami Cohena zetknąłem się dopiero trzy lata później. Wizja Cohena z lampką wina i gitarą na kolanach, siedzącego w bladym świetle reflektorów przed tłumem miłośników pojawiała się w mojej wyobraźni zawsze, gdy marzyłem o tym, by kiedyś dane mi było w tym tłumie się znaleźć.

Ale dziś legenda przestała być legendą. Każdy może sobie usłyszeć i zobaczyć nagrania z koncertu w Warszawie w 1985 r. na YouTube. O, proszę bardzo:

Bardzo ucieszyłem się gdy znalazłem te klipy, napisałem o nich na Schronisku, ale jednocześnie… poczułem się uboższy. Znacznie uboższy.

o paryskim wałęsaniu się wspomnień kilka, cd.

Dobra. Wróciłem z tej Warszawy, choć ze spaceru przez Pola Mokotowskie nic nie wyszło. Ładną pogodę zostawiłem w Łodzi. W stolicy myślałem, że zamarznę.

Pola MarsoweWracając do Paryża zaś… We wspomnieniach najbardziej żywy we mnie jest opisany już poprzednio spacer przez Lasek Buloński i smętne szwendanie się po centrum miasta. Ale wspomnienia wypada dokończyć, tym bardziej, że nie tylko najbardziej żywe wspomnienia są żywe. Szczególnie jeśli chodzi o Montmartre.

Pod Wieżą Eiffela złapały mnie dwie rzeczy: pierwszą była lodowata zawieja, uniemożliwiająca dalsze fotografowanie i czerpanie jakiejkolwiek przyjemności z wędrowania, drugą – czeczeńscy żebracy, którzy tak mnie ze wszystkich stron z zaskoczenia osaczyli, że pozbyłem się ostatnich czterech euro jakie miałem przy sobie. Wróciłem zatem na La Defence, by dłużej powłóczyć się po tej księgarni, gdzie w przeddzień kupiłem płyty Nicka Drake’a.

nocne La DefencePóźnym wieczorem udaliśmy się w trójkę – z Karolinką i z moją siostrzyczką na sziszę. Tyle tylko, że z powodu wprowadzonego dwa miesiące wcześniej zakazu palenia tytoniu w miejscach publicznych nie znaleźliśmy ani jednego lokalu oferującego podobną rozrywkę. Skończyło się na piwie w sympatycznej knajpce z grającym na fortepianie i śpiewającym panem i polską kelnerką, z którą porozmawialiśmy dłużej. Nocny Paryż nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ani też małe piwo w wysokiej cenie. Bardziej cieszyłem się z towarzystwa. Do hotelu wróciliśmy bardzo późno. Po drodze dałem się po raz kolejny przytłoczyć monumentalnemu La Defence, które rozświetlały teraz miliony świateł w oknach.

Ostatniego dnia mojego pobytu w Paryżu wybrałem się na Montmartre. Po drodze zrobiłem sobie zdjęcie pod wiatrakiem stojącym na dachu Moulin Rouge, podobne do zdjęć jakie zrobił sobie mój tata w tym samym miejscu w latach 70. i chyba 90. Rozreklamowana paryska dzielnica artystów wcale nie jest przereklamowana. p1010562Spodziewałem się czegoś w rodzaju Krakowskiego Kazimierza – zaniedbanych ulic, zadbanych budek z zapiekankami i hord turystów. Tymczasem zastałem tam tylko czyściutkie, wąskie, brukowane ulice, białe kamieniczki, uliczny grajek, platany,  nienachalne i niedrogie sklepiki z pamiątkami i ciekawostkami, galerie i pracujących w plenerze rysowników i malarzy. Wokół panowała pogodna, pełna spokoju cisza. Momentami czułem się jak w jakiejś bajce albo pięknie narysowanej komputerowej przygodówce. Znów poczułem się jak intruz z zupełnie innego świata, a otoczenie wydało mi się nienamacalne, niedostępne, złudne.

p1010558Montmartre, jak sama nazwa wskazuje, położony jest na wzgórzu. Z kilku tarasków i tarasów widokowych, szczególnie z największego z nich – na dziedzińcu bazyliki Sacre Coeur – można podziwiać naprawdę rozległą panoramę Paryża. Postałem tam przez chwilę, po czym skierowałem się w dół, żeby coś przekąsić. W planach miałem jeszcze Miasto Muzyki.

Miasto Muzyki to duży kompleks muzealno-biblioteczny. Umówiłem się tam z siostrzyczką, by obejrzeć wystawę starych instrumentów. Wcześniej zagłębiłem się w przepastne zbiory audio- i wideoteki, którą udostępniano z poziomu komputerów podłączonych do słuchawek. Znalazłem między innymi film o Woodym Guthrie, kilka koncertów kapel, o których nigdy nie pomyślałbym, że ktokolwiek je nakręcił kamerą w akcji i mnóstwo ciekawych artykułów i nagrań. Gdyby taka instytucja jak Cite de la Musique istniała w Polsce, przesiedziałbym tam chyba cały tydzień, od otwarcia do zamknięcia, by potem nieraz jeszcze tam zaglądać.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Miato MuzykiTej nocy nadszedł czas pożegnania z miastem, ukochanym dziewczęciem, siostrzyczką i nowo poznanym, wbrew wszelkim obawom polubianym kolegą E. Karolinka miała wrócić do Polski dopiero za tydzień. Z Three Hours Nicka Drake’a na uszach (odtwarzacz powyżej), gapiąc się w ciemny i zimny krajobraz podparyskich pustkowi, terenów przemysłowych i miejscowości, jechałem ostatnim pociągiem na lotnisko, by tam znaleźć sobie wygodny kącik i z głową pełną wspomnień i tęsknoty przedrzemać czas dzielący mnie od porannego samolotu.

Być może czas zniekształcił nieco te wspomnienia, ale nie zniekształcił tego, co opowiedziała mi po powrocie Karolinka. Spotkali się w trójkę – ona, moja siostrzyczka i kolega E. Kolega E., hmm… nie ujął siostrzyczki. Przekonaliśmy się, że mimo mojego w tej kwestii sukcesu, rzeczywiście można go nie polubić. E. zapytał:
– Co studiujesz?
– Antropologię kultury – odpowiedziała siostrzyczka.
A kolega E. na to:
– Przecież antropologia kultury nie istnieje!

untitled_panorama800

o paryskim wałęsaniu się wspomnień kilka

Słońce i wiatr. Prawie wiosna. A ja siedzę nad kubkiem kawy, słucham Dominika Księskiego i kolejny raz powtarzam wirtualną podróż po Paryżu na Google Maps. Korzystając z dostępnej od niedawna trasy przez Lasek Buloński, mogę „strzałkować” niemal dokładnie tą trasą, którą rok temu przemierzałem w Paryżu prawdziwym. Stęskniłem się za tym miastem. Choć ta moja zeszłoroczna wycieczka była krótka, dziwna, dość samotna i nieco smutna, dziś z radością wróciłbym tam. Wygląda na to, że po to odwiedzam nowe miejsca, by za nimi tęsknić.

Wyjazdowi do Paryża nie poświęciłem nawet notki na blogu. Niesłusznie. Znalazłem się tam ze względu na Karolinkę, która odbywała tam taki mały firmowy staż wraz z koleżanką i z kolegą E., człowiekiem, o którym mówiła że albo go znienawidzę za jego radykalne poglądy polityczne, pogardę dla buddyzmu i sposób, w jaki wyraża swoje zdanie albo pokocham za poczucie humoru, gust muzyczny i… powyższe poglądy. W Paryżu studiowała też (i nadal studiuje) moja ukochana siostrzyczka cioteczna, podobnie jak ja jedynaczka i podobnie jak ja osobowość niepokorna i neurotyczna, współautorka niesamowitego świata naszego dzieciństwa, odpowiedzialna za najlepsze wspomnienia z lat – żeby być dokładnym – 1986-1999. Ona właśnie odebrała mnie z lotniska im. Charlesa de Gaule’a. W jej kawalerce spędziłem, głównie śpiąc, pierwsze trzy godziny we francuskiej stolicy.

kamieniczkiW krajach dalekich wszystko wydaje się inne, egzotyczne, tajemnicze. Nawet zwykłe patrzenie przez okno, bez względu na to, że za tym oknem zza labiryntu kamieniczek wyłania się widok na wielką, tonącą we mgle spalin i pyłu metropolię i sterczącą mniej-więcej po środku znaną na cały świat strzelistą stalową konstrukcję. Inaczej wygląda owo miasto, inaczej kamieniczki, inaczej okno, parapet, gzyms, inaczej klamki, inaczej biegną po ścianie kable, inaczej zamocowane są rynny. Różnice trudno wyodrębnić, są drobne, ale składają się one na tę specyficzną atmosferę inności, zatrzymującą skrótowe myślenie i ignorancję z jaką przemierzamy przestrzenie naszej codzienności. Zwykłe nawet elementy otoczenia są niezwykłe. Jakbym urodził się wczoraj.

La DefenseW takim stanie udałem się na stację metra, wsiadłem w pociąg i pojechałem na La Defense, gdzie byłem umówiony z wracającą z pracy Karolinką. La Defense to wielki betonowo-marmurowo-szklany kompleks drapaczy chmur, w których znajdują się biura tysięcy firm i wielkich korporacji. Atmosfera tego miejsca przytłoczyła mnie od samego początku. Poczułem na sobie ciężar wszystkich małych i wielkich decyzji, wyroków i oświadczeń oznajmianych milionom ludzi na świecie przez dzienniki telewizyjne, gazety, zbiorowe e-maile. Decyzji, które ktoś przecież podjął, ale od których nie ma odwołania, bo nikt nie jest za nie odpowiedzialny. Czułem się tam jak w miejscu, do którego mały zdeterminowany do granic możliwości człowieczek mający sprawę do wielkiej korporacji musiałby dotrzeć po kolejnych szczeblach urzędniczej drabiny, zaczynającej się u pani w okienku, biegnącej przez kierownika placówki, biuro ds. kontaktu z klientem itd. W miejscu, gdzie ta drabina kończy się i po prostu rozpływa w powietrzu. Od głuchych szklanych ścian biła wielka moc. Na dole czuło się wielką bezradność. Ciekawe dlaczego dzielnice finansowe wyglądają właśnie tak, a nie np. jak dawne parki francuskich królów? Dlaczego marmur i beton, a nie trawa i drzewa? Czyja dusza odbija się w takiej, a nie innej estetyce?

To zdjęcie zrobiłem sobie czekając na Karolinkę pod łukiem na La DefenseZanim doszło do spotkania, udałem się do pobliskiej księgarni literacko-muzyczno-multimedialnej w rodzaju polskiego EMPiKu, gdzie znalazłem wszystkie pięć płyt niedostępnego w Polsce w żadnym sklepie Nicka Drake’a. Stały sobie w osobnej, podpisanej przegródce, po 6-8 euro sztuka. Kiedy już pozbierałem z podłogi opadłą szczękę, zakupiłem dwie (bez sensu, ale to był czas dziwnego spięcia i neurozy w relacjach my-nasze pieniądze). Znalazłem też sporo innych interesujących mnie płyt w podobnej cenie. Później Karolinka uzupełniła moje zapasy o The Future Cohena i World Gone Wrong Dylana.

Wieczór i noc spędziliśmy w hotelu bardzo blisko La Defense, posilając się odmrażaną pizzą i całkiem znośnym winem za dwa bodajże euro. Takie ło tam se ze sadzwki wystawałoKolega E. okazał się typem tyleż irytującym co zabawnym i niezwykle ciekawym. Wyczułem w nim dość szybko ogromną dozę dystansu do siebie, co przesądziło chyba o tym, że jednak go bardzo polubiłem. Nie mówiąc już o tym, że rzadko spotyka się Polaków w moim wieku słuchających starego amerykańskiego folku i folk-rocka. A gdzieś pomiędzy Johnnym Cashem a Bobem Dylanem, w punkcie gdzie znajdowały się cztery folkowe płyty Bruce’a Springsteena nasze gusta zgrywały się idealnie.

Następnego dnia obudziły mnie narzekania Karolinki i kolegi E., który pojawił się gotowy do wyjścia. Poranna wyprawa do pracy, szczególnie po ciągnącej się do późna imprezie, to niewesoła sprawa. Zdając sobie z tego sprawę, zakrzyknąłem jednak wrednie:
– Cicho tam, idźcie już stąd! Nie widzicie że śpię?!
Jak to zwykle bywa w przypadku bezczelnej złośliwości kierowanej wobec innych bezczelnych złośliwców, których uwielbiam, moje słowa zamiast ich dobić, poprawiły im humor. Ponabijawszy się trochę ze mnie zamknęli drzwi. Hotelowa cisza brzmi egzotycznie nie tylko w Paryżu. Wsłuchałem się w nią i zasnąłem znów.

Łuk w oddaliDwie godziny później zszedłem na dół, wziąłem kilka mapek i turystycznych prospektów, by korzystając z nieobecności towarzystwa pozwiedzać. Pogoda była mroźna, przewiewało mnie na wylot, ale co miałem robić? Odkąd Karolinka tu przyjechała tęskniłem za nią bardzo i fakt, że znajduję się w pobliżu i że za dwa dni odlecę stąd znów bez niej wcale tej tęsknoty nie zmniejszał. Odbijała się echem od egzotycznej, jakby nieobecnej atmosfery obcego miasta, potęgując uczucie pustki we mnie. Wzmagała się momentami jak dźwięk sprzężenia, gdy zbliża się włączony mikrofon do kolumny. To sprawiło, że nie miałem siły zastanawiać się w jaki pociąg wsiąść i szedłem po prostu pieszo. Na wiadukcie oddzielającym szklane, zimne piekło La Defense od właściwego Paryża mogłem uchwycić wzrokiem zostawiony w tyle nowoczesny łuk triumfalny zbudowany pośrodku głównego placu dzielnicy finansowej, a dokładnie "A nad Sekwaną..."naprzeciw niego, gdy patrzyłem wdłuż biegnącej pod wiaduktem wielopasmowej alei de Gaulle’a, majaczył w oddali zabytkowy i znany powszechnie łuk. Tak jakby stary Paryż sygnalizował nowemu Paryżowi: „U mnie wszystko w porządku, kolego!”. Przechodząc mostem przez Sekwanę przypomniały mi się Ostatnie dni Norwida śpiewane przez Kaczmarskiego. Kolejna tęskna melodia na moją głowę niesioną przez obce miasto jakby mimochodem.

Huk węzła komunikacyjnego przeszedł łagodnie w miękką ciszę osiedla willowego rozciągającego się po prawej stronie alei de Gaulle’a. Było tu sporo kamienic w stylu hiszpańskim. Za czarnoskórą nianią pchającą wózek otoczony małą gromadką przypominającą ruchome ziemniaczki w kolorowych kurteczkach powlokłaem się w stronę Lasku Bulońskiego. Chciałem posiedzieć tam chwilę, ale mróz szybko podniósł mnie z ławki i popędził dalej.

Paryż, gdzieś łoIdąc przez ogromny opustoszały park naszła mnie ochota by sprawdzić czy pamiętam jeszcze tekst Take This Waltz Cohena. Zacząłem go recytować półgłosem i wtedy coś w moim umyśle pękło, z oczu poleciały mi łzy, a kiedy się uspokoiłem, ciężar tęsknoty i samotności był już znacznie łatwiejszy do zniesienia. Udało mi się chyba nawet po długim marszu znaleźć stację metra, wsiąść gdzie trzeba i ruszyć ku centrum. Byłem ciekaw wyspy, na której dawno temu, jako Lutecja, stolica Galii, powstał Paryż.

Zwiedziłem w ten sposób Notre Damme (a właściwie muzeum z rzymskimi ruinami, znajdujące się pod katedrą – do katedry była zbyt duża kolejka), wiele ulic i uliczek zabytkowego centrum, a nawet wybudowane w stylu starojapońskim kino specjalizujące się w filmach azjatyckich, gdzie na ławce w cieniu bambusa pod spiczastym, wygiętym dachem zjadłem bułkę z serem. Skierowałem To i tak nie to samosię stamtąd w stronę Wieży Eiffela, by przekonać się z bliska o tym jakie robi wrażenie. Rzeczywiście – mimo tego, że widziałem tę konstrukcję na tylu zdjęciach i w tylu filmach, nie spodziewałem się, że jest tak ogromna. Jej monumentalność wbiła mnie w ziemię. Nie wiedziałem do tej pory, że znalezienie się w pobliżu czegoś ogromnego może wywołać jakieś głębokie i obezwładniające uczucie. Próbowałem oddać to w fotografii, ale okazało się to niemożliwe. W reprodukcjach Wieża Eiffela to po prostu ciekawa budowla. Oglądanie jej na zdjęciach nie ma zupełnie nic wspólnego z wrażeniem, jakie wywołuje na żywo.

No dobra, kończę. Może wrócę do tych wspomnień kiedy indziej. Teraz wybieram się w inną podróż. Do Warszawy. Pospiesznym. Przejdę się do jednego z miejsc, które chcę odwiedzić piechotą. Przez Pola Mokotowskie. To może nie to co Lasek Buloński, ale…

o odkryciu drugiej twarzy Miasteczka

Moje Miasteczko. Shambala dzieciństwa. Migotliwy, niesamowity świat zabaw, dziecięcej fantazji, nieposkromionej radości i szczęścia. Zdaje się wciąż pogodnie uśmiechać, jakby nadal zapraszało do tajemniczych gajów, czarodziejskich jarów, które wciąż jeszcze potrafię dostrzec w blokowych ogródkach, pod balkonami, wzdłuż chodników. Nad budowaniem tego świata czuwali nasi rodzice i dziadkowie. Ale oni noszą w sobie zamkniętą na cztery spusty tajemnicę tego, co działo się w tym samym Miasteczku przed naszymi narodzinami. Bo Miasteczko nie do każdego się tak uśmiecha.

Są kamienice, podwórka, klatki schodowe, które ze spuszczonym wzrokiem milczą, zaciskając zęby. Nikt nie chce już ich odwiedzać. Nasi rodzice mijają je nie patrząc nawet w ich stronę, starając się myśleć o czymś innym. Miasteczko jest nie tylko starym, zarośniętym placem zabaw. Jest też pustym, wymarłym cmentarzem. Głęboką, wyschniętą studnią na pustkowiu, z której dobywa się krzyk. Pękniętym sercem. Obojętnym, głuchym bogiem.

Z takich miejsc wyszli nasi rodzice. I z bólem uwięzionym w sercach starannie położyli ciężkie pieczęcie na gorejących ranach, żebyśmy mogli przemalować Miasteczko na niewinne barwy całkiem innego dzieciństwa. Żebyśmy nawet nie wiedzieli, że kiedykolwiek było inaczej. Potem oni odeszli, odjechali gdzie indziej, razem z nami. Ale my – my tęskniliśmy.

o tym, że w Święta jestem zawsze tam, ale wcale nie do końca wtedy

i tak od wielu lat...Choć w otoczeniu moim, również wśród koleżanek i kolegów bloggerów, mnóstwo ateistów, agnostyków, antyklerykałów, buddystów, pogan i wszelkiej maści innowierców, którzy nie lubią Świąt, ja – nie będąc zapisanym ani do żadnej z wymienionych grup, ani do chrześcijaństwa i innych -aństw i -izmów (a wspaniale udaje mi się godzić niebycie teistą z niebyciem ateistą) – na Święta czekam z niecierpliwością.

Prawie zawsze był to czas spokoju, dobrych rozmów, ciekawych obserwacji i bardzo, bardzo silnych wspomnień – przepięknych wspomnień z dzieciństwa, z zaczarowanego świata, w którym żyliśmy z moją siostrzyczką, a który sycił się również atmosferą bożonarodzeniową. Bardzo niewiele zmieniło się od tamtych czasów zarówno w mieszkaniu Babci, gdzie Święta spędzamy, jak i we wszystkim, co temu rodzinnemu zjazdowi towarzyszy. Niektórzy nie lubią tej rutyny, ale dla mnie w przedziwny sposób łączy się tam wówczas cudowna kraina przeszłości z teraźniejszością, nasycając ją nową energią i poezją.

Był czas kiedy zżymałem się na całą tę szopko-papkę, telewizję, supermarkety, Mikołaje i inny świąteczny syf tak, że mocno popsułem sobie, i trochę też innym, świąteczny wyjazd. Przez ostatnie dwa lata nauczyłem się jednak w znacznym stopniu nie zwracać uwagi na to, na co nie mam wpływu. I teraz znów zostają wspomnienia, rozmowy i przebywanie z bardzo przeze mnie lubianą częścią rodziny. Staram się, żeby nie przeciekało mi to przez palce, bo przecież kiedyś i to się skończy. Ciężko mi myśleć o tym, że to stracę. Cóż, trzeba będzie otrzeć łzy i budować nowe Święta, nowy świat dla nowych dzieciaków, które przecież się w końcu pojawią.

Tymczasem po raz pierwszy jedzie ze mną Karolinka. Ona też wszystkich tam lubi. Będzie pięknie!

Takiego lub całkiem innego piękna, związanego ze Świętami lub w ogóle nie mającego z nimi nic wspólnego życzę Wam. I – jak zawsze – miłości, dużo, dużo miłości, tej najprostszej i najprawdziwszej!

(pisane i zaprogramowane na publikację
dzień wcześniej – dostęp do Internetu w Miasteczku
również nie zmienił się przez te ćwierć wieku :o)

Older posts