szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: włóczęga

o wędrówce, tym razem raczej po płaskim, i okolicznych dziwach

Nie chcąc dać sobie spocząć po niespodziewanej górskiej wędrówce, ruszyłem dziś do lasu. Myślałem o krótkim spacerze, jednak przeszedłszy las na wylot, zrobiłem szeroką pętlę przez inny las i przez moczary. Bogowie, jak mi tego brakowało! Trafiłem w miejsca niesamowite, bo też i w niesamowitej krainie zamieszkałem.

Czasem łapałem się na „dorosłym” myśleniu, które psuło mi wrażenia z wędrówki. Gdy mój wzrok mieszał się z przestrzenią, a ja na wpół tylko istotny szedłem asfaltem ku swojej wiosce, pomyślałem, widząc stodołę: „Ile czasu musieli układać te dachówki?” i zacząłem obliczać przybliżony metraż. Zaraz spostrzegłem, że cały urok chwili prysł i dałem sobie spokój. Ta chwila dała mi jednak pewną wiedzę o tym, co tak naprawdę zestraja mnie z pejzażem i światem. Jest to nic innego jak myślenie niewinne, patrzenie na wszystko, tak jak na rzeczy będące od zawsze, zastane, niestworzone i nienarodzone. Tak pewnie patrzy dziecko. Stodoła i jej czerwony dach stają się Zjawiskiem tylko wtedy, gdy po prostu są, wystają z krajobrazu. Gdy zmieniam je w metraże, gabaryty, odtwarzam strukturę, budowę, a już nie daj Boże koszta, oddzielam się, staję się panem wszelkiego stworzenia, przestaję być kroplą w rzece, a staję się wioślarzem. Wędrują tylko nogi, a głowa kalkuluje. Złe przyzwyczajenie, wredny efekt uboczny bycia odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem.

Na szczęście to był tylko ten jeden moment. Gdy człowiek widzi tyle nowego, spojrzenie samo mu się uniewinnia, tak jak na przykład podczas wypraw w dalekie kraje. Może dlatego są one tak odświeżające i piękne? Najfajniej było, gdy na jakieś pół godziny zabłądziłem na bagnach. Dookoła las, drogę zagradza woda i błoto. W pewnym momencie poczułem, że jest jakoś inaczej. Przestrzeń ustępowała przede mną jak dotknięty rożek ślimaka, niechętnie wycofując się. Panowała zupełna cisza, tylko od strony moczarów co chwilę krzyczały żurawie. Po chwili zobaczyłem powalone, ostro zakończone pnie i pogryzione gałązki, a zaraz potem charakterystyczne bobki. Trafiłem w miejsce, gdzie bardzo dawno nie było człowieka. W ostoję zwierzyny. Nie pasowałem tu.

Nie robiłem zdjęć – wydawało mi się to jakieś niewłaściwe. Moje oczy to już było zbyt wiele, co dopiero obiektyw i wywołany na ekranie obraz tego sanktuarium, które powinno pozostać tajemnicą. Przedzierałem się ostrożnie naprzód przez knieję, aż zobaczyłem strumień. Po drugiej stronie zaczynało się przestronne wzgórze, na którego szczycie mogłem się zorientować, w którą stronę iść. Przebyłem strumień, położywszy w poprzek grubą gałąź, po której posuwałem się ostrożnie, trzymając się konara rosnącego przy strumieniu drzewa.

Poza tym robiłem zdjęcia, proszę bardzo:

P1140599

 

Mimo tego, że przymrozek daje o sobie lekko znać tylko nocami, w dzień zaś od co najmniej tygodnia mamy 5-15 stopni, a śniegu nie widziałem już dawno, to bajoro było całkowicie zamarznięte. Sprawdzałem ciężką, grubą, gałęzią – odbiła się jak od kamiennej posadzki.

P1140611

 

A to ani chybi dawny szlachecki dworek. Dziś mieszka tu rolnicza rodzina, zapewne przesiedleńców. Obok wala się zardzewiały pług, plastikowe beczki i inne graty. Malowniczą alejkę prowadzącą do dworu pomiędzy wzgórzami stratowały opony ciągników. W moich okolicach historia aż krzyczy.

I na koniec…

P1140648

Potwierdzone! Żurawie wróciły i mają się dobrze.

Przeszedłem razem ok. 10 kilometrów, więcej niż w górach tydzień temu. A jakże było przyjemniej! :) Zróżnicowanie terenu w mojej okolicy jest na tyle duże, że pieszo jestem w stanie zrobić przez dzień tyle samo kilometrów co rowerem, i to bez zbytniego forsowania się. Na dodatek rowerem nie wszędzie wjadę, a sam wejdę, jak to dziś udowodniłem, wszędzie.

marudzenie sezonowego włóczęgi i o tym co dobrego jest w byciu wystawionym do wiatru

Nie wiem czy w tym roku pojadę na włóczęgę. Koledze, który z takim entuzjazmem odnosił się do naszego wspólnego wyjazdu dwa tygodnie przed startem, coś wypadło i zostałem bez towarzystwa. Żeby jeszcze odwołał swój udział w normalny, koleżeński sposób. Niestety, po kwiecistych zapewnieniach, że nie może się doczekać, nagle przyszedł lakoniczny list, że ma koncert i czy możemy przełożyć wyjazd. Na informację, że ja z powodu naszego wyjazdu zrezygnowałem z jednego grania i na pytanie co będzie, jak w nowym terminie też mu coś wypadnie, nie odpisał nic. Nie podjął rozmowy. Urwał kontakt.

Niemiłe uczucia rodzą się we mnie gdy ktoś mnie wystawia do wiatru w sposób kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek klasy. Jak to mówią, bez jaj. Trzy razy w życiu zawiodłem się tak konkretnie na kimś, kogo naprawdę lubiłem. Wszyscy byli z Krakowa. Nie znaczy to oczywiście, że krakusy tacy są. Po prostu mam pecha do kilku spraw związanych z tym miastem.

Cóż – teraz jestem po drugiej stronie Polski, gdzie mogę sobie pozwolić na to, by zarówno z Krakowa, jak i zewsząd docierały do mnie same pozytywy. W sumie to dobrze, że człowiek nie zostawił mnie na lodzie już w trakcie wyprawy, tylko przed. Mając lat 30 trudno znaleźć dogodny termin i towarzystwo na takie wyprawy, ale lepiej nie znaleźć nikogo, niż znaleźć kogoś, kto potrafi zrobić cię w balona i nawet nie zatroszczyć się o to jak się z tym czujesz. Cóż… temu panu już dziękujemy. Chcąc nie chcąc. Ale na szczęście.

Kiedy ktoś odpowiedzialny za przyczynę moich niemiłych wrażeń nie wykazuje poczucia owej odpowiedzialności, odpowiedzialnym staję się ja sam. Zamiast odpowiadać sobie na pytanie „jak fajnie będzie powłóczyć się właśnie z tą osobą?”, odpowiadam sobie na pytanie „dlaczego ta osoba jest nieodpowiednia?” Już od wczoraj pojawiają mi się w głowie ciekawe scenariusze alternatywne, spotkania, których wcześniej nie planowałem. Pozostaje stworzyć drużynę z kimś bardziej odpowiedzialnym, zaś od tamtego pana nie oczekiwać cywilizowanej współpracy, a nawet ostrzec przed nim innych.

A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem…

skrótowo o faktach minionych

Jeśli ktoś myślał, że żadnego noworocznego podsumowania nie będzie, na przykład z powodu moich myśli o śmierci, mam dla niego wiadomość:

animalHa! Będzie! Za bardzo lubię podsumowania!

Here we go:

Leonard Cohen w Amsterdamie

Leonard Cohen w Amsterdamie

2008 r. zastał mnie w Krakowie jako oficjalnego już tylko doktoranta-buddologa, pracownika ochrony i początkującego muzyka bez zespołu. Dziś mieszkam w Łodzi, zarabiam grając i pisząc scenariusze, mam dwa zespoły. Po drodze wydarzyły się prawie same wspaniałe rzeczy. Ubiegły rok uważam za udany w 100%. Był to rok spełnionych marzeń i rok wolności. Rok wielkiej przeprowadzki i rok podróżowania.

Amsterdam

Amsterdam

Przede wszystkim w ubiegłym roku byłem na koncercie Leonarda Cohena, i to dwa razy. Po drugie – byłem na koncercie Boba Dylana. Przy okazji znacznie rozszerzyłem swoje horyzonty i poznałem bliżej dwa niesamowite miasta: Amsterdam i Paryż.

Moja kariera naukowa okazała się zmierzać ku ślepemu zaułkowi. Ale dzięki coraz większym trudnościom i bezsilności w tym względzie oraz dzięki temu, że muzycznie i twórczo zaczęło mi się powodzić naprawdę dobrze, lepiej niż cokolwiek kiedykolwiek – zarówno pod względem satysfakcji i poczucia sensu tego co robię, jak i pod względem finansowym – wybór jednej z dotychczasowych dwóch możliwych dróg spełnienia pozbawiony był dramatyzmu i niepotrzebnych poświęceń.

Paryż

Paryż

Po prostu życie samo poniosło mnie tam gdzie chciało. I oby tak dalej, bardzo polecam ten środek lokomocji.

W czerwcu podpisałem umowę na 24 scenariusze i ścieżki dźwiękowe do serialu animowanego (tu ślad owego wydarzenia, a tu serial). Mogłem dać sobie spokój z pracą w ochronie i zająć się wymyślaniem. Jeszcze w tym samym miesiącu Zagraliśmy z B. (vel Karoliną) pierwszy od kilku lat wspólny koncert – i tak się zaczęła nowa historia.

Bob Dylan w Warszawie

Bob Dylan w Warszawie

Pierwszego września porzuciliśmy jednak nielubiany Kraków i wraz z nim, niestety, bardzo lubiany Salwator oraz przyjaciół i znajomych. Nie widziałem już dla siebie żadnych nowych możliwości. Karolinka znalazła pracę w Łodzi i oto jestem. W międzyczasie wyruszyłem po czterech latach na włóczęgę. Coś mi w głowie zaczęło jeszcze rok wcześniej zawracać w stronę młodości i znów zaczynają mnie cieszyć i kręcić książki, przestrzeń, łażenie po bezdrożach, łapanie stopa w nieznane, gadanie o wierszach, snucie się z gitarą po rubieżach miasta… Tylko nie mam z kim. U innych nic nie „zawraca” – odpływają w życie rodzinne, w odpowiedzialność, pracę. Jak to w tym wieku.

Gdzieś w Polsce

Gdzieś w Polsce

Od razu znalazłem współpracownika – wspaniałego gitarzystę Mateusza. Nawet nie potrzebowałem ogłoszeń w sieci. Tutaj – w przeciwieństwie do Krakowa – środowisko folkowe działa znakomicie i jest na bardzo wysokim poziomie. Wystarczy w nie wejść.

W pamięci zostaną mi na długo: leniwie płynąca rzeka Rudawa wzdłuż cichej uliczki Emaus w Krakowie, podążanie Laskiem Bulońskim ku centrum Paryża podczas długiego, samotnego spaceru, widziana przez łzy szczęścia, wzruszenia i tęsknoty scena w Amsterdamskim Westerpark i Leonard Cohen, zupełnie inny, ale totalny, wielogodzinny odpływ, kiedy okrutnie zjarałem się połową słabego skręta w jednym z Caffe Shopów, biwakowanie w Jerzwałdzie podczas wakacyjnej włóczęgi i kilka innych, szczególnie muzycznych obrazów, które jednak nie zamknęły się w minionym roku i wcale nie muszę po nie sięgać do wspomnień.

Kraków - pożegnanie z Salwatorem

Kraków - pożegnanie z Salwatorem

W tym roku:

  • nagrywam płytę
  • zdaję wreszcie egzamin na prawko i kupuję samochód
  • kupujemy mieszkanie

Poważne plany. Ale jak najbardziej wykonalne. Oby nie zabrakło na nie energii i odwagi. Bo ciągle jeszcze walczę ze starymi uwikłaniami mentalnymi, ciągle nie mogę do końca uwolnić się od niektórych schematów i pozbyć się szkodliwego wpływu niektórych ludzi. Ciągle potykam się o siebie samego.

Łódź

Łódź

Lato 2001 revisited

A propos podróżowania jeszcze, znów mnie chwyciła nostalgia za wakacyjną włóczęgą. Pisałem już o tym jednak, zarówno w słowach piosenki „Lato 2001”, jak i na niniejszym blogu, chociażby w cyklu „Droga stanem ducha” i w notkach z lipca i sierpnia 2002 (bo akcja „Lata 2001” działa się latem 2002 :o). Postanowiłem zatem niczego nowego w tej gestii nie wymyślać, przynajmniej na razie. Zrobiłem natomiast teledysk do wspomnianego utworu, wykorzystując zdjęcia i filmy nakręcone przy różnych okazjach przeze mnie i przez Chicka. Zapraszam:

o tym jak znika mój dom

Wspomnienia potrafią zabarwić na dowolny kolor każde miejsce. Nowo poznane okolice, budynki, wnętrza w większości mają już odcień swoich odpowiedników, w których już coś kiedyś się wydarzyło. Powoli, w miarę jak coś nowego się w nich wydarza, nabierają pełni kolorów. Zapach miejsca ma tutaj niebagatelne znaczenie. Czasem jednak trafia się w życiu jakiś zupełnie nowy mikro-świat. Jest on dla mnie wtedy martwy, obcy, mieszka w nim lęk.

Miejsce w którym pracuję było takim właśnie siedliskiem obcości. Dziś jednak z kątów wyłażą wspomnienia najmilszych chwil spędzonych tutaj dwa, cztery dni temu. Znika uczucie uwięzienia, napięcie i to coś, czego nie potrafię nazwać jednym słowem: połączone z pewną tęsknotą wrażenie, że jestem w jakimś innym, kompletnie niemoim świecie, z którego nie ma wyjścia.

Kiedyś, kiedy niemal każdy wolny dzień przeznaczałem na włóczęgę, mawiałem, że mój dom rozprzestrzenia się na nowo po każdym poboczu, każdej łące, każdym przedziale pociągu, każdej stacyjce, każdej ławce, wszędzie gdzie jestem. A kiedy odchodzę, on odchodzi wraz ze mną. Dziś widzę, że straciłem zdolność czucia się wszędzie jak u siebie. A może po prostu bywam znacznie rzadziej tam, gdzie naprawdę jest moje miejsce.

o tym, że chciałoby się w drogę

Kiedy Słońce dopiero zaczyna rozgrzewać poranne powietrze i blaszaną budę przy parkingu dla pracowników i klientów, widzę zza drucianej siatki grupkę młodych z wielkimi plecakami i karimatami, jak raźno zmierzają w stronę wylotówki na południowy wschód. Bardzo wtedy tęsknię.

Podobnie się czuję, kiedy Chick pisze o swojej włóczędze po Beskidzie Niskim. Dobrze, że chociaż wpadnie do nas na chwilę w drodze powrotnej. Jak Włóczykij do Doliny Muminków…

Dopiero wieczorem, kiedy siedzimy w recepcji popijając herbatę, czuję się lepiej. Szczególnie gdy toczą się długie rozmowy i dyskusje na okołoduchowe i okołoreligijne tematy. Kiedy pan Dozorca przedstawia swój światopogląd, spoglądam bezwiednie na zegarek, żeby z zadowoleniem stwierdzić, że pozostała jeszcze godzina do jego wyjścia i niejedną kwestię będzie jeszcze można poruszyć. Kolega Strażnik wychodzi z psem. Nic nie mówi, ale mam nadzieję, że nie ma już dość tych tematów.

I znów szósta rano. Czas do domu. Mam dwa dni na to, żeby się wyspać, załatwić kilka niezałatwionych spraw i pojechać gdzieś na rowerze. Chociaż na jedno popołudnie. Chociaż kilkanaście kilometrów w stronę ginących na horyzoncie gór…

o śmierci i miłości w codziennym życiu

Przy Bramie Floriańskiej jak zwykle grali „Indianie”. Przeważnie omijałem ich pospiesznie, dziś jednak z ich muzyki spłynął prosto na mnie Duch Podróży. Flety, piszczałki, fujarki i bębny opowiadały o prowadzących daleko traktach, o bezkresnych łąkach i wysokich górach. To nic, że kiedy wrzuciłem grajkom przyodzianym w tradycyjne indiańskie stroje do dzbana dwa złote, usłyszałem w odpowiedzi „Gracias!” Ważny jest duch. Ci ludzie – a jeśli nawet nie ci, to inni, których Ci przypominają – jeżdżą po Europie, zarabiają na swojej muzyce i jadą dalej, wesoło gwarząc na tyłach rozklekotanych furgonetek, z których jedna stała w pobliżu.

I ja chciałem kiedyś wybrać podobny los. Kilka chwil zachwytu nad tą czy inną dziedziną życia zaważył na tym, że najprawdopodobniej zostanę tu. Nie żałuję. Wielu z nas, mając lat kilkanaście lub dwadzieścia, dwadzieścia dwa, marzyło o rzuceniu tego wszystkiego i ruszeniu w nieznane. Z moich przyjaciół pozostał tylko jeden, nad którym nadal wieje wiatr i nie wiadomo w którą stronę go zaniesie. Jednak bez względu na to, czy puls odmierzać mu będą jego własne kroki wzdłuż poboczy i górskich ścieżek, czy ścienny zegar w biurze, czy może – dajmy na to – dzwon na wieży jakiegoś kontemplacyjnego klasztoru – będę mu życzył szczęścia i będę dumny z tego, że pozostał do końca wierny sobie. Bo jestem o to spokojny.

Tak myśląc, wróciłem do swojego mieszkanka nad rzeczką. Kiedy otworzyłem drzwi, usłyszałem tylko tykanie zegara i szum lodówki. Zajrzałem do pokoju. Fotel, który zwykle zajmuje Karolinka, siedząc z podkulonymi nogami i pracując na laptopie, był pusty. Uczucie tęsknoty i braku, które towarzyszy takim chwilom w codzienności, kiedy wiem, że ona jeszcze ma zajęcia lub załatwia inne sprawy to zaledwie mała kropla w morzu różnych doznań. Ale dziś pomyślałem sobie, że – jakkolwiek niecodziennie to brzmi – jeśli sam wcześniej nie umrę, taki pusty fotel i taka cisza któregoś dnia spadnie na mnie jak grom i będzie nabrzmiewać, sprawiając niewyobrażalny ból. Wtedy będzie za późno na wszystko.

Kiedy nachodzi mnie taka myśl, wiem, że tego dnia na pewno nie sprawię jej żadnej przykrości. Będę czuły, kochający i najlepszy jak tylko się da. Wartość moich zachcianek, mojego komfortu i moich spraw spadnie do minimum wobec jednego spojrzenia ukochanej istotki. Oto cud miłości. Rozkwitający dzięki myślom o śmierci…

Tymczasem Duch Podróży objawił się mi dziś nie tylko w muzyce Indian. Przywiał go też pod zachmurzone niebo wiosenny wiatr. Jutro idę po raz pierwszy do pracy, a pojutrze z samego rana ruszamy na szosę wylotową w głąb kraju.