szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: wiersze

Pani Magda

Biega, krzyczy pani Magda:
„Gdzie jest obiektywna prawda?”
Szuka w jodze i w buddyzmie,
W jednym „izmie”, w drugim „izmie”
Setek ksiąg kartki przewraca,
W tę i nazad się nawraca,
„Szukam – płacze – od tak dawna!
Gdzie jest najprawdziwsza prawda?”
Pojechała do Bombaju,
Do Tybetu, do Szanghaju!
Jada grzybki, pali ziele,
Leży krzyżem, wcale nie je,
Wierzy w Boga wpierw, potem nie,
Zamiast jaśniej – coraz ciemniej!
Wtem – trzasnęła jakaś gałąź,
I się pojawiła – całość…
„Szukam prawdy – powiem panu
– Tak jak kropla oceanu.”

Na Wirwajdy

Pojechałem przez Wirwajdy,
Sporo z tego mając frajdy:
Droga krótsza, chociaż chudsza,
Patrzeć żeby nie wpaść w rów trza.

* * *

Powiedział mi anioł
patrząc prosto w oczy
że jest w tobie siła
księżycowych nocy

powiedział mi anioł
z dłońmi na mych włosach
że wolność i piękno
cię wszędzie zaniosą

gdy długo klęczałem
nie wiedząc czy odejść
przemówił wichrem
wyjącym w mej głowie

i kazał mi wrócić
do ciebie bez broni
bym znowu poczuł
w sobie twój płomień

powiedział mi anioł
gdy zabrał mój strach
że nic do stracenia
nie mamy i tak

o Witku Różańskim w dzień po odejściu

WitekWitek. Poeta i tylko poeta. Nie obchodziło go nic poza poezją, której był sługą i ofiarą. Spotkałem go dwa razy, z 8 lat temu. Mieszkał w kawalerce, którą prócz mikroskopijnej kuchni, starego telewizora, tapczanu i biurka wypełniały sterty pudeł z rękopisami, maszynopisami, listami i wycinkami.

Posyłałem mu do oceny swoje wiersze. Zawsze odpisywał. Szczerze, rzeczowo, czasem bezlitośnie, ale zawsze ciepło i w tonie pełnym przyjaźni. Przerażała mnie i fascynowała jego obojętność i niefrasobliwość w stosunku do wszystkiego, co nie wiązało się z poezją. Nie wiedziałem jak się do niej odnosić. Przerwałem korespondencję podczas jednego z ostrych życiowych zakrętów, a później już jej nie wznowiłem – nie wiedziałem, co napisać…

Witek mówił, że nie da się wyżyć z pisania, choć żył tylko tym, co mu pani poezja zechciała przynieść. A było tego naprawdę niewiele. Nie zawsze miał na jedzenie. Ale zawsze miał na znaczki pocztowe i koperty, by napisać list. Odtrąciłem ten jego wdowi grosz. Teraz, kiedy go nie ma, bardzo żałuję, że nie napisałem do niego znów, kiedy moje własne życie przestało mnie przerastać.

Witek, jego żona, śnieżący obraz w telewizorze i ja – młody z gitarą. Jedliśmy w ciemnej Witkowej klicie zimne klopsy, zagryzając bułką. Zaśpiewałem mu wtedy swoją piosenkę do jego tekstu, o tę:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

A potem on powiedział, że poezja to surowa pani. Ze poezja niszczy. Tak jak zniszczyła jego przyjaciela Steda (Edwarda Stachurę), tak jak zniszczyła Milczewskiego-Brunona. Żebym zawrócił, póki nie jest za późno.

Panie Witku, nie wiem czy lubił Pan Herberta, ale to dla Pana:

a którzy tylko osierocą
wyziębły pokój parę książek
pusty kałamarz białą kartę –

zaprawdę nie umarli cali

Leonard Cohen, How to Speak Poetry

Te słowa postawiły mnie, jako muzyka, na baczność:

…Grasz dla ludzi, którzy przeżyli katastrofę.
To powinno cię mocno uciszyć.
Wymawiaj słowa, przekazuj dane, zejdź na dalszy plan.
Wszyscy wiedzą, że przeżywasz ból.
Nie możesz przekazać publiczności wszystkiego, co wiesz o miłości
w każdym wymawianym przez ciebie wersie.
Odsuń się, a dowiedzą się co wiesz,
bo oni już to wiedzą.
Nie ma nic, czego mógłbyś ich nauczyć…

(przekład mój)

Wszystkiego najlepszego, Mistrzu! Niech kolejny rok będzie dla Ciebie jeszcze wspanialszy. Niech nadal nic nie będzie czarno-białe w Twym tajnym życiu, a światło, które pada z pęknięć w strukturze świata niech oświetla Twą drogę!

znowu wierszem

Przez lata nowe koryta dla poetyckich strumieni żłobiła w mojej głowie popoetyka, czyli takie wiersze jak ten, który napisałem ostatnio w pracy:

Naści szpadel

Naści szpadel panie władco!
Jejmość przecie ma pojemność,
A szkarłatka niezłowroga
Dzieje pisze – taki z niej gość.

Naści szpadel panie władco!
W krocza wrót dostojnych wpląsaj.
Na gdzieniegdziu gdzieniegdź złoty
Kręci wąsa, kręci wąsa.

Szpadel naści mimo maści!
Gdy namaści już cię, zgaśnij.
Było w chlebie nie rujnować
Tamtych koryt. Tu jest paśnik.

Od dawna nie były to już zwykłe wygłupy. Bo jak wygłupami można nazwać słowa kołaczące się po głowie tak, że nie można zasnąć, które trzeba zapisać, których zapisanie jest jedynym uspokojeniem? Dlatego, że nic nie znaczą, że z definicji nie mogą składać się w żadną logiczną całość?

Sens ma jednak znaczenie. Dlatego raczej nie dzielę się swoimi popoetycznymi wypisami. Ale po napisaniu Naści szpadla w głowie mi nagle zabulgotało i oto wytrysnęło spomiędzy zarośli stare, dawno już zablokowane czymś źródełko, które przez długi czas nie miało czym płynąć. Kiedyś dawało początek sporej rzeczce, której szum słychać w moich wierszach sprzed 2005 roku. A teraz nagle odnalazło nurt wyżłobiony przez popoetykę i śladem Naści szpadla popłynęły kolejne, już inne wiersze. Inne niż te, które pisałem wcześniej.