szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: umysł

o zapalaniu światła w ciemnym pomieszczeniu

Świadomość własnych myśli… Jest ich po kilka na sekundę, ale nawet kiedy w świadomości zostaje tylko ich część, kiedy wiemy, że jesteśmy świadomi tego, co myślimy bardziej niż, powiedzmy, kilka miesięcy temu… Wtedy czasem można się przestraszyć…

Samoświadomość to także szkoła samoakceptacji.

o tym dlaczego ludzie wierzą w życie po życiu

Znalazłem wyjaśnienie ludzkiej wiary w tak zwane życie po życiu. Oczywiście wyjaśnień może być wiele, jedne z możliwych stanowi po prostu istnienie życia po życiu. Dla mnie jest to jednak nic więcej tylko hipoteza. Póki nie przeżyję, nie uwierzę.Nie uwierzę też, że jest inaczej.

Wyjaśnienie, które przyszło mi do głowy, opiera się na przyzwyczajeniu ludzkiego umysłu do tego, że każde przeżycie, każde doświadczenie i każda nauka ma przynosić nam jakąś korzyść. Studia mają dać nam pracę.  Bliska relacja – wrażliwość na drugiego człowieka, piękno i poczucie bezpieczeństwa. Narodziny dziecka – świadomość, że życie jest cudem i zbliżenie się do tego, co naprawdę istotne (przynajmniej może tak być). Podobnie doświadczenie własnej śmierci. Zbliża do podstawy działania świata – przemijania, i to w sposób gwałtowny. Zmienia optykę. Bezlitośnie rewiduje światopogląd i hierarchię wartości. Uszlachetnia. Ale po co, skoro oznacza jednocześnie koniec i do niczego już się nam nie przyda?

Nieścisłość tkwi przynajmniej w jednej z tych dwóch rzeczy: w wierze w życie pozagrobowe albo w oczekiwaniu, że wszystko musi mieć cel, a każda przyczyna – odczuwalny dla nas skutek.

o tym kiedy nie mogę zrozumieć drugiego człowieka

Przebywając z ludźmi, rozmawiając z nimi i dyskutując, czytając blogi, listy, pisaniny, rozumiem ich lepiej lub gorzej – to jasne. Ale czasem jest tak, że w ogóle nie dochodzi do procesu rozumienia lub rozpoczyna się on bardzo ciężko. Dzieje się tak w trzech przypadkach:

  • Kiedy ktoś ukrywa się za skorupą jakichś przyjętych przez siebie odgórnych zasad, które mają charakter skończony (gorliwy, dosłowny wyznawca jakiejś religii czy filozofii);
  • Kiedy dominuje w jego postawie jakiś prosty, bardzo łatwy do wychwycenia mechanizm (np. skrajny intelektualizm, silny odruch obrony własnego ego, skłonność do sprowadzania rozmowy na jeden temat itp.);
  • Kiedy mam do czynienia z osobowością bardzo silną, agresywną, dominującą, śmiałą w swoich osądach i dosadną w wyrażaniu ich.

W pierwszym przypadku wyznawane odgórne zasady są jak tarcza, którą człowiek taki niesie przed sobą. Nieistotne, czy widać go zza tej tarczy, czy nie. Pod oczy pcha się owa tarcza właśnie. Intelekt zaś mój upaja się tym, że jest w stanie łatwo przewidzieć co taka osoba powie lub jak zareaguje na dany bodziec. Antysemita każdy głębszy problem polityczny lub społeczny sprowadzi do destruktywnej działalności Żydów. Gorliwy wyznawca jakiejś teorii czy idei zawsze podniesie głos w jej obronie, gdy padnie choć jedno słowo z nią związane. Bardzo łatwo w komunikacji z takim człowiekiem na tym poprzestać.

W drugim przypadku jest dość podobnie, choć mamy tu do czynienia nie tyle z tarczą, ile z mieczem. Od skrajnie intelektualnych lub skrajnie intuicyjnych reakcji, ambicjonalnej obrony własnego zdania nawet gdy nikt go nie atakuje, by przyjrzeć się komuś dokładniej,trudno jest uciec, gdyż osobnik taki wymachuje nimi na wszystkie strony. A może to mnie się tak wydaje? Intelekt chwyta ów mechanizm, który wyznacza zasadę postępowania takiego człowieka i trudno mu go wypuścić. Nie da się takiego mechanizmu zignorować, nie dostawszy przy tym po grzbiecie. A to już jest poświęcenie, które może sprawić sporą trudność. Tym bardziej, że ktoś taki może wcale nie chcieć być zrozumianym. Wygodniej mu zawsze mieć rację, stosując intelektualny trik i żonglując np. logiką, która przecież – zręcznie użyta – może potwierdzić nawet największy absurd.

Dwa pierwsze przypadki są ze sobą związane. W obu mamy do czynienia z bardzo jaskrawym elementem, dominującym w relacjach z drugim człowiekiem.Trzecia sytuacja jest zgoła inna, choć można ją rozpatrywać również jako mechanizm. Z tym, że impet, z jakim ktoś przebija się przez życie i własny umysł, zdaje mi się przeważnie być raczej cechą charakteru lub przejawem desperacji niż przemyśleń i świadomego poszukiwania. W kontakcie z człowiekiem, który nie zasłania się żadną tarczą lub mieczem, ale do którego nie prowadzą też żadne drzwi, pędzi zresztą zbyt szybko, żeby dało się takie drzwi w ogóle otworzyć, czuję się słaby, powolny i mały. I choć nieraz widzę, że ktoś taki pędzi na zatracenie, jestem bezradny.

Czogiam Trungpa, Mit wolności a droga medytacji, Jacek Santorski & Co, 2007, s. 42-44

Na pewno każdy z Was zna kogoś obdarzonego opisaną poniżej umysłowością, a i pewnie w sobie czasem coś takiego dostrzega. Jeżeli nie, może to oznaczać, że siedzi w tym po uszy:

Gdy słuchamy taśmy z nagraniem swojego głosu lub oglądamy kasetę wideo, na której nas sfilmowano, często szokuje nas ten kontakt z własnym stylem, oto bowiem stykamy się z nim tak, jak postronny obserwator. Czujemy wtedy straszną obcość. To, co widzą inni, przeważnie nas irytuje lub krępuje.

Niezdolność ujrzenia własnego stylu, ślepota na to, jak jesteśmy odbierani, najostrzej objawia się w świecie zwierząt. Nie mam tu na myśli dosłownego odrodzenia się w postaci zwierzęcej, lecz zwierzęcy aspekt umysłu – mentalność, która uparcie prze naprzód, do z góry wytyczonego celu. Umysłowość zwierzęca jest bardzo poważna. Nawet z humoru robi poważne zajęcie. Osobnik o takiej umysłowości stara się w wymuszony sposób stworzyć przyjacielską atmosferę, opowiadając kawały i wstawiając gotowce, sili się na zabawne, poufałe albo błyskotliwe zachowanie. Ale zwierzęta właściwie nigdy się nie uśmiechają ani nie śmieją: po prostu robią swoje. Owszem, czasem się bawią, rzadko jednak zdarza im się naprawdę śmiać. Mogą wydawać przyjazne dźwięki, wykonywać życzliwe gesty, lecz brak w tym wszystkim subtelnych niuansów poczucia humoru. Umysłowość zwierzęca patrzy prosto przed siebie, jakby miała klapki na oczach. Nie spogląda w prawo ani w lewo, tylko bardzo prostolinijnie zmierza przed siebie, brnąc ku najbliższej dostępnej sytuacji i wiecznie manipuluje okolicznościami, próbując je dostosować do swoich oczekiwań.

Ze światem zwierzęcym związana jest głupota: mieszkaniec tego świata woli udawać głuchoniemego, przestrzegać reguł dostępnych mu gier, zamiast samemu na nowo je określać. Może oczywiście próbować manipulować swoją wizją danej gry, lecz w gruncie rzeczy tylko sunie wyjeżdżoną koleiną, posłuszny instynktowi. Chciałby ziścić jakieś skryte, tajemne pragnienie, ilekroć więc napotyka przeszkodę lub trudność, po prostu przedziera się przez nią, nie zważając na to, czy kogoś przy okazji zrani lub zniszczy coś cennego. Podąża za tym, co się akurat nasuwa, a jeśli nadarzy się inna sposobność, z niej także skorzysta i ruszy za nią w pogoń.

Niewiedza (czyli głupota) świata zwierzęcego rodzi się ze śmiertelnie uczciwej, poważnej mentalności (…) Zwierzęca niewiedza narzuca ci pewien styl odnoszenia się do samego siebie i nie pozwala spojrzeć nań pod odmiennym kątem. Zupełnie ignorujesz takie możliwości. Jeśli ktoś cię atakuje lub krytykuje twoją niezręczność, nieumiejętność poradzenia sobie z sytuacją, potrafisz się usprawiedliwić, dorabiając ideologię, dzięki której zachowasz szacunek dla siebie. Nie zależy ci na prawdomówności, póki możesz utrzymać wobec ludzi fasadę pozorów. Jesteś dumny, że starcza ci sprytu alby skutecznie kłamać. Gdy ktoś cię atakuje, prowokuje lub krytykuje, automatycznie zadajesz ripostę. Taka głupota bywa bardzo sprytna. Nazywamy ją niewiedzą albo głupotą, ponieważ dotknięty nią osobnik nie dostrzega otoczenia, lecz widzi wyłącznie swój cel oraz wiodące do niego środki i najrozmaitszymi sposobami usprawiedliwia własne postępowanie.

Umysłowość zwierzęca jest niesłychanie uparta, ale uporowi temu może towarzyszyć finezja, spora zaradność i pomysłowość – i ani odrobiny poczucia humoru. Humor najwyższej próby to swoboda odnoszenia się do sytuacji życiowych w całym ich absurdzie. Jest to wyraźne widzenie wszystkiego (łącznie z własnym załganiem), bez klapek na oczach, barier, usprawiedliwień: otwartość, panoramiczne spojrzenie, nie zaś nieustanne próby rozładowania napięcia. Póki humoru używa się do tego, żeby rozładować napięcie, narcystyczne skrępowanie czy presję, jest to humor zwierzęcy, w gruncie rzeczy straszliwie poważny. Jest to szukanie szczudła, podpory. Istota stylu zwierzęcego polega więc na tym, że z największą uczciwością, szczerością i powagą usiłujesz zaspokoić własne pragnienia. W tradycyjnym ujęciu tak bezpośrednie, a zarazem okrutne podejście do świata symbolizuje świnia, która nie patrzy w prawo ani w lewo, tylko niucha i brnie przed siebie, pożerając wszystko, co jej się nawinie pod ryj; prze naprzód, nie dostrzegając żadnych różnic ani niuansów: bardzo prostolinijna świnia.

Tak przy prostych robótkach domowych, jak i skomplikowanych przedsięwzięciach intelektualnych możemy postępować jak zwierzęta. Nie gra roli czy świnia je kosztowne słodycze, czy odpadki. Liczy się s p o s ó b jedzenia. Umysłowość zwierzęca w swojej skrajnej postaci uwikłana jest w nieprzerwany, samowystarczalny cykl działania, który sam dla siebie stanowi uzasadnienie. Nie potrafisz ustosunkować się do komunikatów, napływających z otoczenia. Nie umiesz dostrzec w innych ludziach własnego odbicia. Choćbyś nawet zajmował się wysoce intelektualnymi zagadnieniami, styl, w jakim to robisz, pozostaje zwierzęcy, bo brak w nim poczucia humoru, nie ma miejsca na ustępliwość ani na otwarcie. Jest to tylko nieustanna potrzeba przechodzenia od jednej rzeczy do następnej bez względu na porażki i przeszkody. Zupełnie jakbyś był czołgiem, który toczy się przed siebie, miażdżąc wszystko po drdze. Obojętne, czy rozjeżdżasz ludzi, czy przebijasz się przez domy: po prostu toczysz się naprzód.

Zawsze w konfrontacji z takim podejściem do mnie uruchamiał się we mnie identyczny mechanizm. A kiedy jedna Trungpowska świnia ściera się z drugą, biada zarówno im, jak i osobom, które znajdą się w pobliżu.

o zwykłej białej ścianie

Wydawałoby się, że taka biała ściana ma niewiele do przekazania. A jednak, gdy usiąść naprzeciw niej na 20 minut, a następnego dnia usiąść znowu, i znowu, nieruchomo, jak najbardziej nieruchomo się da, śledząc wyłącznie własny oddech, wszystko się zmienia. Przestaje być tak agresywnie skomplikowane, niespokojne i bolesne. Lęk przed tym, co może się stać wdrapuje się na kolana, zwija się spokojnie w kłębek i śpi, a my możemy go pogłaskać i… pokochać. Tak na chłopski rozum, to on już nawet nie jest lękiem. Jest biedny i nieszczęśliwy.

Trzeba tylko zostawić myśli sobie. Skupić się na wdechu, potem na tej króciutkiej pauzie, która po nim następuje, a potem na wydechu. W tym momencie umieramy. Aż tu nagle budzi się nowy oddech i żyjemy znów. I znów umieramy. I tak co sekundę. Co sekundę pojawia się nowe życie. Zawsze. Ale najwyraźniej widzi się to siedząc i obserwując. Nie ma tu miejsca na martwienie się o to, co będzie po tej sekundzie. Owszem – jest miejsce na szukanie pracy, na robienie planów itd., ale nie po to, by uśmierzyć lęk. Tak po prostu, po to, żeby szukać, planować. To samo w sobie też jest życiem. Troszczę się o to, co się stanie, jeśli nie będę miał ani grosza. Ale nie martwię się o to. Ta subtelna różnica jest poza moimi zdolnościami do wyjaśnienia, ale nie poza zdolnościami do postrzegania. Bo to właśnie postrzeganie świata, a nie czytanie czy „myślenie” słów ma z naszym życiem najwięcej wspólnego.

Myśli i słowa wciąż kotłują się w naszej głowie. Nie musimy im przeszkadzać. Niech sobie robią co chcą. My mamy oddech. Mamy tę chwilę. Jesteśmy w niej. Jesteśmy nią. Gdy zauważam, ze zgubiłem oddech, po prostu wracam do niego. Nie muszę go sztucznie wydłużać czy pogłębiać. Po prostu obserwuję go dokładnie takim, jaki jest. A że po kilku chwilach koncentracji sam uspokoi się, przeniesie się na przeponę, wydłuży – tym lepiej dla zdrowia.

To takie proste! Nie wiem, czy trzeba na to, czy nie tych dwóch lat raczej mniej niż bardziej regularnej medytacji, które mam za sobą, ale to pomaga. Choć nie wiadomo jak, nie wiadomo na co właściwie, a czasem to nawet nie wiadomo po co :)

o nieznanych przyczynach palenia herbaty w III RP

Trzy dziwne dni w trasie, nowo poznani starzy znajomi, nowo poznane stare miejsca, wspólne śpiewanie, opowieści i droga.

Marek opowiadał jak to w stanie wojennym palili czasem herbatę w fajkach, bo nie było tytoniu. Odpowiedziałem:
– Nasze pokolenie nie potrzebuje stanu wojennego, żeby palić herbatę.

Moja i Patrycji obecność dodała do wszystkiego szczyptę absurdu i pozytywnego bezsensu. Pewnej całości dopełniał też Robert, który zanim wszedł na scenę, by wykonać kilka swoich pieśni, rzucił do nas:
– Idę nadciągać.

Oczywiście zazen w warunkach trasy nie było możliwe, lecz medytacja w ogólniejszym sensie – owszem.

Najgorszym moim wrogiem jest gniew. Nie potrafię go pokonać. Wypala się długo w mojej głowie w postaci urojonych dialogów. Czasem nagle umysł ulega samozapłonowi i wtedy jest najgorzej, bo gniewne myśli płyną ku zupełnie przypadkowym, czasem nieznajomym, czasem najbliższym osobom.

o umyśle osamotnionym

Kiedy zbyt długo przebywa się samemu ze sobą i swoją niespokojną głową, sny zaczynają mieszać się z rzeczywistością. Rano człowiek budzi się zmęczony i całkowicie nieprzygotowany na przebycie dnia. Ma poczucie, jakby właśnie wrócił skądś, gdzie jest zupełnie inaczej.

Jeśli sny dotykają ran, nawet tych zabliźnionych (we śnie nie ma niczego, co już się skończyło), jest jeszcze gorzej.

Mieszkałem, zasypiałem i budziłem sie sam przez ponad cztery miesiące. I teraz, kiedy Karolinka wyjechała na kilka dni, wszystko powróciło. Miesiąc wspólnie spędzony nie sprawił, że stałem się bardziej wytrzymały na rozstania. Jeszcze trochę czasu musi minąć.

Siedzę w pracy przy biurku, ale tak naprawdę to sam nie wiem gdzie jestem.

I jeszcze te mądrości, które tak ciężko do mnie docierają:
„…logika i znaczenie – z zakodowaną w sobie dwoistością – są własnością myśli i języka, a nie otaczającego nas świata.”

„Jeśli pracujesz nad swym umysłem swoim umysłem,
Jak możesz uniknąć wielkiego poplątania?”
(Chuan Deng Lu)

(cytaty pochodzą z: Allan W. Watts, Droga zen, Poznań 2003)