szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: spokój

Grajkowe rozkminy o sobie i świecie

IMG_5767Wpadli do mnie na wieczór i noc goście z wielkiego miasta – ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie przebywałem dłużej niż kilka godzin. Trochę starsi ode mnie, nastawieni na małą imprezkę w kameralnym gronie. Zdumieni, że znajduję czas na cokolwiek poza pracą i obowiązkami. Żonki nie było, synek spał. W warunkach tak klarownych zauważyłem dopiero, jak zmienił mi się tryb życia i preferencje co do sposobów spędzania czasu z ludźmi. Zdałem sobie sprawę, jak normalne dla mojego pokolenia jest przesiadywanie w takich sytuacjach do późnej nocy, nawet jeśli rozmowa specjalnie nie wciąga i jest „tylko” miło i przyjemnie, jak zwyczajne jest kompulsywne picie alkoholu bez jakichkolwiek względów na to, co w tej kwestii do powiedzenia ma organizm. Jakie to jest obowiązkowe. Ale nic to – dałem się ponieść sytuacji: wytrzymałem do drugiej, zmusiłem się do wypicia trzech szklanek whisky, której nie lubię, i poszedłem spać. Rano wstałem jak zwykle po siódmej, zjadłem jakąś kanapkę, wypiłem kawę i usiadłem do pracy. Goście obudzili się dwie godziny później i wtedy dopiero zrobiliśmy porządne śniadanie.

A jakby to było po mojemu? Siedzimy do ok. 23, każdy pije co lubi, lub nie pije w ogóle, idzie spać, kiedy chce… Ja bym pewnie ograniczył się tego wieczoru do 1-2 piw, innym razem może wypiłbym 4, jeszcze innym – siorbałbym sobie tylko ziółka. Wyspałbym się. Bo niby dlaczego wspólnemu spędzaniu czasu musi towarzyszyć trucie i poniewieranie organizmu? Przecież nawet w kategoriach relaksu – zawroty głowy, nadkwaśność, a rankiem kac to nic przyjemnego.

IMG_5755Starość mnie dopada, co? Może i tak, a mówiąc ściśle, wiek średni. Skronie mi szpakowacieją, duch się uspokaja… i dobrze mi z tym. To piękny świat, takie lato życia. Dużo słońca, sporo melancholii, dojrzałość. Za oknem sad, przestrzeń, cisza. Podobnie we mnie. Upodabniam się do tego starego domu i do krajobrazu wokół niego. A w życiu codziennym pilnuję, by nie dać się zwariować pędzącemu na złamanie karku otoczeniu i cywilizacji. Wciąż poznaję swoje granice – co we mnie jest tożsame ze światem i z innymi ludźmi, a co osobne i niezależne. Nabieram umiejętności zachowywania spokoju w rozgorączkowanym otoczeniu, czucia się dobrze ze sobą, gdy robię coś przeciwnego niż wszyscy wokół. Od wielu lat moją najbardziej podstawową i jedną z najważniejszych wartości jest świadomość. Czasami muszę mocno się jej trzymać, bywa że rękami i nogami. Tak jak prawa do wolnego czasu codziennie lub – gdy nie da się uniknąć nawału, sytuacji wyjątkowej, spiętrzenia – przynajmniej raz na kilka dni. Jeśli wieje zbyt mocno – puszczam. I zaraz wracam. Jeśli kiedyś zacznie wiać i nie przestanie, bo i tak w życiu bywa, będę musiał zorganizować wszystko inaczej, zrezygnować z tego i z owego. Ale nigdy nie ze świadomości i chwili wytchnienia, dzięki której życie ma smak, w głowie rodzą się nowe pomysły i dzięki której człowiek nie staje się robotem.

Trzydzieści pięć lat. Prawie półmetek. Piękny wiek.

o tym, że dość jest wszystkiego i dojść można wszędzie

Blask Słońca drżący w Wiśle
zapach wody
nie trzeba nigdzie jechać
nie trzeba niczego się trzymać

„Świat nie jest materialny, świat jest duchowy” – mówił mistrz Kaisen, akcentując każde słowo.

Chodzenie po wodzie i lilie z Ewangelii: „Więc i wy nie pytajcie o to, co będziecie jeść i co będziecie pić, i nie martwcie się przedwcześnie. (…) Lecz szukajcie Królestwa jego, a tamto będzie wam dodane!”

o diable, który nie jest wcale taki straszny

Spotkaliśmy dziś Mistrza Kaisena, o którym wiedzieliśmy do tej pory tyle, że miał wspaniałych uczniów, że napisał kilka dziwnych książek, że są jakieś problemy z jego przekazem Dharmy, że wygląda mało charyzmatycznie (na zdjęciach przynajmniej) i że pali papierosy, choć nie powinno mu wypadać.

Tymczasem okazało się, że wygląda bardzo sympatycznie, a przy tym dostojnie, charyzma od niego bije i że ma w sobie to Coś, co z niektórych ludzi aż promieniuje (zetknąłem się z kilkoma takimi jedynie). Mówił bardzo naturalnie, precyzyjnie i niezbicie o zazen, o zen, o miłości…

Mówił w jaki sposób wytwarzamy sobie wirtualne „ja”, dzięki któremu łatwiej nam rozumieć świat, jak do niego przylegamy, jak powstaje przez to moja prawda i prawda innych, moje szczęście i szczęście innych, moje dobro i dobro innych. Zaczynamy poświęcać dobro innych dla dobra własnego, walczymy o własną prawdę z prawdą innych. Nasze „ja” staje się oddzielone, specjalnie lub niechcący czyni krzywdę innym lub samemu sobie, myśli, że nikt go nie lubi, staje się coraz bardziej samotne.

Mówił o tym, że miłość nie daje się pogodzić z tą oddzielnością i że „nie ma miłości bez uważności”, ukazujac obraz kogoś, kto idąc myśli o miłości, depcząc jednocześnie mrówki. Kiedy się jest uważnym, wtedy idąc, idzie się po prostu, patrząc pod nogi, by starać się nie skrzywdzić żadnego żywego stworzenia, na ile tylko jest to możliwe.

To wszystko stara buddyjska śpiewka, ale Kaisen opowiadał o tym z taką spontanicznością, tak autentycznie i prosto od siebie, że słuchało się tego jak czegoś całkiem nowego.

I już głupio było pytać go o te papierosy.

Jutro kolacja w ośrodku. Zapytam go, z jakimi wyrzeczeniami wiąże się bycie mnichem w jego szkole. Bo jeśli jakimś cudem można to pogodzić z tworzeniem rodziny z Karolinką…

Wraca do mnie spokój.
Wraca do mnie spokój.
Pracy ni ma, ze studiami nie wiadomo, z kasą tak sobie…
ale wraca do mnie spokój. Odkąd znów medytuję.

medytacja na gniew (fragment tekstu)

Niech wszystkie czujące istoty osiągną uspokojenie, wolne od przywiązania, agresji i uprzedzeń.
Niech będą szczęśliwe i osiągną przyczynę szczęścia.
Niech będą wolne od cierpienia i przyczyn cierpienia.
Niech nigdy nie będą oddzielone od szczęścia, które jest wolne od cierpienia.
(…)
Jak to jest – być rozgniewanym – przyjemnie, czy nieprzyjemnie?
Jak czuje się ten, wobec którego wyrażamy gniew – przyjemnie czy nieprzyjemnie?
Czy sytuacja uległaby zmianie, gdybym był spokojniejszy i bardziej cierpliwy?
Czy sytuacja była zupełnie poza moją odpowiedzialnością?
Jaki był powód zachowania tej osoby? Czy spowodowało je przywiązanie, ignorancja, frustracja?
Co dokładnie sprawiło, że jestem zły: głupi błąd, upór czy samolubne zachowanie?
Czy ja nigdy nie popełniłem takiego błędu? Czy zawsze traktowałem ludzi w sposób doskonały?
Czy mogę oczekiwać od innych, żeby byli wciąż doskonali, skoro sam tak nie potrafię?
Spróbuję być rozgniewany na prawdziwe przyczyny: przywiązanie, egoizm, nieliczenie się z innymi itd.
Spróbuję być rozgniewany na swoje własne przywiązanie, egoizm, nieliczenie się z innymi itd.
Czy mogę wybaczyć innym ich ludzkie niedoskonałości?

To tylko fragment opisu medytacji, ale i tak daje do myślenia…