szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: songwriting (page 1 of 2)

o poprawionym po roku tekście piosenki pisanej pół roku

Pamięta ktoś może piosenkę, którą pisałem pół roku? Przed nagraniem płyty zmieniłem jej tekst. Nowy jest TUTAJ.

jaki to akord?

Żeby dokonać szybkiej identyfikacji rozmaitych pokręconych chwytów gitarowych jakie wymyślam do swoich piosenek już nie muszę ani instalować żadnego programu, ani mozolnie rozpisywać dźwięków. Żeby wiedzieć jak zapisać akord, wystarczy że wejdę na własnego bloga, a właściwie na stronę z niniejszym wpisem i dokonam identyfikacji za pomocą znalezionego przeze mnie przed chwilą widgeta. Z dedykacją dla wszystkich użytkowników przedmiotu zwanego gitarą:

o piosence, którą pisałem pół roku

nad rudawkaPamiętam jak siedziałem pewnego letniego popołudnia na murku koło Rudawy w Krakowie i wpadałem w przygnębienie, nie mogąc napisać piosenki. Kolejny raz zauważyłem wówczas, że myślę płycej, widzę mniej, z kolejnym okresem czasu ubyło mi wrażliwości.

Przedwczoraj ogarnęła mnie irytacja na własne środki wyrazu, nieudolność zapisania tego, co w głowie, nieumiejętność rozwinięcia tego w piosenkę… I nagle – bach! – powstała piosenka, w której udało mi się zawrzeć zarówno to, o czym myślałem wtedy na murku, jak i kilka innych elementów noszonych długo w głowie i nie dających się utekstowić w sposób zadowalający.

Pisałem o tych męczących mnie sprawach w znacznie prostszej niż piosenka formie notki na niniejszą witrynę. Nowy tekst umieszczam zatem również. Kilka innych, powstałych w międzyczasie, a poświęconych podobnym kwestiom, tryumfalnie przekazuję redaktorowi koszowi.

Potykam się

Nie umiem dopić do końca piwa,
Nie umiem go nawet do końca nawarzyć.
W drodze od „jestem pewien” do „nie wiem”
Potykam się wciąż o samego siebie.

Gorąco wierzę, chociaż wiem że nie wiem,
Bo tylko jedno w tym życiu jest pewne –
Że gdzieś tam są z góry powzięte założenia
Pod wszystkim, co mam do udowodnienia.

Kochani buddyści – wasz pogląd jest prosty:
Moja klatka się składa z nazw i tożsamości.
Naprawdę wierzę w to wasze przesłanie
I właśnie dlatego nie jestem z wami.

Nieposiadanie i posiadanie –
Kolejne czarne i kolejne białe…
Drodzy hipisi, niewolnicy wolności,
Gdybym nic nie miał, gdzie bym was ugościł?

Ja chciałbym być wolny od tego wszystkiego
I wolnym być też od tego chcenia.
Chciałbym być wolnym od chcenia bycia wolnym
I od tego, że wcale tak nie jest.

A na razie nie umiem dopić piwa,
Nie umiem go nawet do końca nawarzyć.
W drodze od „Jestem pewien” do „nie wiem”
Potykam się wciąż o samego siebie.

o czarnym kocie czarną nocą

Pierwszy raz zauważyłem coś pozytywnego w konstrukcji naszego mieszkanka sprawiającej, że pomiędzy moim komputerem w jednym jego końcu, a łóżkiem w drugim są tylko jedne drzwi. Przygotowując plan koncertu pieśni rosyjskich, który mam zagrać pod koniec listopada, trafiłem na starą, zapomnianą już przeze mnie pieśń Czarny kot Bułata Okudżawy. Nie mogłem się powstrzymać przed wzięciem jej w ramiona, choćby i pospiesznie, cichaczem. Chwyciłem gitarę i – żeby nie obudzić Karolinki – wyszeptałem słowa pierwszej zwrotki:

Na podwórku, tuż za bramą –
czarnej sieni czarny wlot.
W sieni dzień i noc tak samo
rezyduje Czarny Kot.

Palce od razu ułożyły się w akord sekundowy, a szept, pod wpływem brzmienia akordu i mocy słów pieśni, przeszedł w zjadliwy syk. Wszak pieśń jest portretem wodza Józefa Stalina – znienawidzonego przez tych podwładnych, którzy byli w stanie zdobyć się na myślenie niezależne od propagandowej machiny i uwielbianego – szczerze i nieszczerze – przez ogłupione społeczeństwo.

Ani żąda, ani prosi,
Kryje w ślepiach żółty blask.
Każdy sam mu coś wynosi,
jeszcze mu się kłania w pas.

Aranżacja wyszeptana, wysyczana i wycedzona spomiędzy zębów, przy cichej, spokojnej gitarze – to jest to. Pewnie nie wpadłbym na nią, gdyby nie moje śpiące kochanie.

Lato 2001 revisited

A propos podróżowania jeszcze, znów mnie chwyciła nostalgia za wakacyjną włóczęgą. Pisałem już o tym jednak, zarówno w słowach piosenki „Lato 2001”, jak i na niniejszym blogu, chociażby w cyklu „Droga stanem ducha” i w notkach z lipca i sierpnia 2002 (bo akcja „Lata 2001” działa się latem 2002 :o). Postanowiłem zatem niczego nowego w tej gestii nie wymyślać, przynajmniej na razie. Zrobiłem natomiast teledysk do wspomnianego utworu, wykorzystując zdjęcia i filmy nakręcone przy różnych okazjach przeze mnie i przez Chicka. Zapraszam:

The Music Crept By Us

Karolinka znów wyjechała. Zostało po niej ciepło poduszki, kartka z przypomnieniem o podlewaniu kwiatków i kołysanka, którą napisałem jeszcze przed Wielkanocą. Trzecia już w moim autorskim repertuarze. Może ktoś kiedyś zorganizuje jakiś festiwal piosenki nasennej? Tę kołysankę uważam jednak za bardziej dopracowaną i ciekawszą niż poprzednie. I tak samo jak tamte, wypływa ona prosto ze mnie, bez jakiegokolwiek wysiłku w formie, którą przybrała.

Położyłem sobie na regaliku przy łóżku pilota od wieży. Zawsze przerażało mnie trochę zagłuszanie swoich pierwszych porannych wrażeń radiem czy telewizorem. Ale przecież człowiek i poezja to to, co dla mnie najważniejsze. A przez najbliższe dwa tygodnie będę budził się zupełnie sam. Niech chociaż Poezja wypełni tę przestrzeń. Jak do końca, to i od początku.

Stary poznański poeta, Witek Różański, powiedział mi kiedyś: „Jeśli poświęcisz się Poezji, wiedz, że ona zabierze ci wszystko i nie da nic w zamian.” Miał rację. Im dalej posuwam się wgłąb jej dziedziny, tym bardziej niezdolny jestem do jakiejkolwiek regularności, do jakiegokolwiek porządku i rytmu, którego nie wyznacza ona. I pozbawiony zdolności zwykłego, codziennego chodzenia do pracy muszę radzić sobie sam. Z zarabianiem na koncertach, z zachowaniem przy tym czystości i sacrum, z paniką, która w związku z tymi wyzwaniami czasem mnie dopada. Na szczęście wypowiedź Witka pominęła coś bardzo istotnego. Bo jest coś jeszcze – jedna, jedyna siła we wszechświecie, która wyrasta ponad poezję, której „poezji wściekłe kły” nie są w stanie rozszarpać.

o tym, że jednak wolę noc

Nie lubię poranków. W powietrzu słychać dźwięk dnia rozdzieranego przez walczących o swoje ludzi, do których, choć wszystko we mnie buntuje się przeciw temu, zamierzam zaraz dołączyć, wbijając się w marynarkę i rozpoczynając atak na miasto.

Poranki są zupełnie inne niż czarna noc, podczas której bezpieczny we własnym świecie mogę siedzieć, myśleć, bawić się, pracować, pisać (choć i tak ostatnio bez odzewu ze strony Czytelników, aż się nie chce) i żyć we własnym rytmie. Poranki nie są moje, należą do świata, który – czy chcę, czy nie chcę – jest taki, a nie inny.

Poza tym…

…czasem się boję…

Piosenka Nocnego Grajka

Choć znów nie umiałeś dopełnić dnia
Choć jutro będzie trzeba rano wstać

Zapal tę świecę, niech zwabi noc
Zapomnij jak ciężki jest nasz los
Mów cicho żeby nie spłoszyć dobrych duchów

Weź książkę lub na spacer idź
Albo po prostu cicho patrz
W jej wielką twarz, co zagląda wciąż przez okno

Rano znów bitwy zabrzmi szczęk
Rano się sen zamieni w lęk
Niech zatem gwiazdy dodadzą nam otuchy

Choć naokoło śpi już cały świat
Nie idźmy spać

o graniu na wrocławskiej ulicy

Nie ma to jak znów to samo. Stanie przy szosie, mgła unosząca się nad górami, widok uciekających w tył chmur przez szyberdach pędzącego autostradą samochodu, horyzonty, horyzonty, przestrzeń…

Z Limanowej zabrał na kilka kilometrów jowialny pan z brzuszkiem, brodą i wesołymi ciemnymi oczyma. Był plastykiem, który, uciekając od wielkiego Krakowa, umościł sobie gniazdko w małym Tymbarku, którego rynek „przykryć można dłonią”.

Potem złapaliśmy auto prosto do Wrocławia. Po drodze próbowałem przetłumaczyć „Down the Highway” Dylana, ale po skleceniu pierwszej zwrotki przypomniałem sobie, że nie znam dalej tekstu. Nie chciałem jednak tego tak zostawić i w końcu powstał utwór o rowerzyście, któremu spadł łańcuch i który po założeniu go nie miał w co wytrzeć rąk, bo skończyły mu się chusteczki, a na dodatek dostał kataru.

Dopracowawszy piosenkę tak, że zrobiła się aż gęsta od bezsensu, zacząłem się zastanawiać dlaczego takie durne teksty przychodzą mi do głowy właśnie przed Giełdą Piosenki w Szklarskiej Porębie.

We Wrocławiu pograłem trochę na ulicy. Moimi najwierniejszymi słuchaczami były dzieci. Jedna sześcioletnia dziewczynka przyhodziła do mnie ze trzy razy, żeby mi powiedzieć, że bardzo jej się podoba, że siedzi i słucha i że też kiedyś będzie tak grać. Potem chłopczyk w podobnym wieku poprosił sam o „Sielankę o domu” i śpiewał nawet ze mną wraz ze swoimi rodzicami.

Czasem ktoś inny przysiadał na chwilę na jednej z ustawionych wzdłuż ulicy kamiennych kul lub na parapecie sklepu H&M. Zawsze kiedy uda mi się ściągnąć na chwilę czyjąś uwagę, mam ochotę powedzieć mu, żeby został jeszcze chwilę, bo następna piosenka będzie równie ważna i nie może jej nie usłyszeć. Ale ludzie przychodzą i odchodzą, zupełnie jak w życiu.

A grałem piosenki Bez Jacka, późnego Starego Dobrego Małżeństwa, trochę Bukowiny i mniej popularnych standardów w rodzaju „Bukoliki” czy „Tęsknicy”. Po trzech godzinach grania, licząc wraz z przerwą na knyszę z serem, którą przynieśli mi towarzysze, wysiadła mi kondycja. Już nie te lata, czy co?

A dzisiaj jedziemy wszyscy razem – ja, Karolinka, Justyna i Ciq – na Giełdę Piosenki, gdzie znów spotkam dawno niewidzianych znajomych, w tym Karola Płudowskiego, który nauczył mnie wielu naprawdę pięknych i ważnych utworów.

Czuję się znowu Grajkiem. Grajkiem-Włóczykijem. Przynajmniej na kilka dni.

o mojej prawdziwej ojczyźnie i o starej, wysłużonej wannie

Przygotowanie w miarę gorącej kąpieli w wannie bez kranu, w mieszkanku pozbawionym na razie ciepłej wody, zajmuje tylko dwie godziny. Potrzeba do tego wiadra, dwóch dużych grzałek, czajnika elektrycznego i całej masy energii elektrycznej.

W przerwach pomiędzy wlewaniem nowych porcji wrzątku do wanny, dopracowywałem nową piosenkę. W tym mieszkaniu zupełnie inaczej robi się takie rzeczy niż gdzie indziej.

Woła mnie Słońce dalekim krzykiem wron:
– Wracaj do domu! – Nie wiem gdzie jest mój dom…

wieczorny widok na Bazylany

Dwa dni wcześniej siedząc z Bartkiem na cmentarzyku na Bazylanach w rodzinnym miasteczku zdałem sobie sprawę z pewnej ważnej rzeczy. Mianowicie z tego, że moim celem, moim dao, moim przeznaczeniem nie jest bycie grafikiem lub naukowcem, nie jest osiągnięcie nirwany. Moje przeznaczenie jest tam. Wśród tamtych drzew. Na tamtej ziemi. Pod tamtym niebem. Kiedy tam jestem – wtedy jestem u celu i u źródła. Ten skrawek nieurodzajnego gruntu, te, a nie inne drzewa – to moja Shambala. I jeśli nie będę umiał przywołać jej zawsze i wszędzie, kiedyś tam wrócę. I tak tam wrócę. Razem z najbliższym mi człowiekiem. Tam urządzę nam dom. Z oknem na te nagie przez większą część roku, koślawe konary, na podmokłe łąki, na las i pobliski cmentarz. Może nie zabudują tej okolicy tak szybko.

Za rok, za pięć, za dziesięć, za trzydzieści – nie wiem kiedy. I nie muszę specjalnie się starać. Wystarczy, że się poddam. Prąd życia mnie tam zawiedzie. Wiem to.

*

Ale miało być o wannie.

Pięknym, euforycznym przeżyciem było dla mnie zanurzenie się w wannie przywiezionej przez tatę z Chełma. W wannie, która była integralną częścią naszej łazienki w ciągu całej 20-letniej historii lokalu przy ul. Wolności. W wannie, w której, jak byłem mały, tata usiłował nauczyć mnie unosić się na wodzie. W wannie, gdzie bawiąc się plastikowymi zwierzątkami i ludzikami, wymyśliłem pewnego wieczoru swoją pierwszą w życiu domykającą się fabułę. W wannie, w której znalazłem kiedyś długi blond włos swojej licealnej miłości i z której od razu wtedy wyskoczyłem, by do niej zadzwonić, choć rozstaliśmy się dzień wcześniej. W wannie, w której przeczytałem pierwsze opowiadanie Stachury. W wannie, w której zanurzałem się z lubością po powrotach z Krakowa w okresie, gdy byłem tam skazany na korzystanie z tak prozaicznego i pozbawionego duszy, choć niewątpliwie oszczędnego i ekonomicznego narzędzia jak prysznic.

Właśnie dlatego, by już dziś przeżyć tę mistyczną chwilę zanurzenia się w Wannie Pełnej Wspomnień, nie czekałem z kąpielą do jutrzejszego wieczoru w domku na wsi. Ta Wanna będzie budzić we mnie sentyment jeszcze przez pół roku. Potem zostanie na poddaszu i będzie służyć kolejnym lokatorom. Choć gdybym stał się do tej pory ekscentrycznym milionerem (innym bym na pewno nie potrafił być), zabrałbym Wannę ze sobą, na miejscu pozostawiając najdroższy zestaw prysznicowy jaki bym znalazł w Radomsku.

Tymczasem mogę tylko zadeklarować, że jedną z pierwszych rzeczy jaką wstawię do swego przyszłego domku na Bazylanach, będzie piękna dwuosobowa wanna. Stanie się tak nawet w sytuacji, gdy będą musiały poczekać łóżko, szafa lub stół i krzesła. I nawet, gdyby pozostałe sprzęty musiały być z tych najtańszych, wanna musi być i obrastać powoli w myśli, wrażenia i emocje.

Older posts