szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: śmierć (page 1 of 2)

Gdy całe życie staje się chwilą

Oglądaliśmy film. Gdy się skończył, K. powiedziała, że idzie coś zjeść. I nagle dopadł mnie lęk. Miałem ochotę powiedzieć, żeby nie szła, bo boję się, że już nie wróci.

Prawie 8 tygodni po zdiagnozowaniu u niej śmiertelnej choroby i 6 tygodni po tym, jak się okazało, że w jej przypadku nie okaże się ona najprawdopodobniej śmiertelna, po tych dwóch miesiącach medytacji, przemyśleń, intensywnego rozwoju świadomości nas obojga dopiero teraz naprawdę poczułem, że ona i tak odejdzie. Że odejdzie też nasz synek, a wcześniej – mam ogromną nadzieję – odejdę ja. Poczułem to tak, jakby miało to się stać za chwilę. Co za różnica – za miesiąc, za rok, za 50 lat? To wszystko i tak się skończy.

IMG_6419 (2)Dopiero teraz naprawdę to poczułem, choć wydawało mi się, że jestem tego świadom. Okazało się też, jak wielka niezgoda jest we mnie, jak wielki lęk. Gdyby nie te wszystkie medytacje i uważność, przestraszyłbym się jeszcze jednej rzeczy – że zwariowałem albo że zgorzkniałem, że opanowała mnie ciemność. I powiedziałbym sobie: „Przestań w tej chwili, myśl pozytywnie!”. Ale to nie był zwykły dół, to było olśnienie, tyle że… ciemne. Do tego właśnie prowadził mnie mój sentymentalizm, wiele razy pobrzmiewało to odkrycie w chwilach nagłego smutku w obliczu czegoś pięknego i cudownego – Japończycy nazywają to mono no aware.

Odsuwałem na bok sentymentalizm już od pewnego czasu jako rzecz, która za bardzo przywiązuje mnie do materialnego aspektu istnienia. Pewnego dnia, gdy jechałem do szpitala, gdzie leżała K., i myślałem o naszym względnie beztroskim życiu na skraju wsi i o domku nad jeziorem, od którego się ono zaczęło, wyobraziłem sobie, że zrywam wszystkie te wspomnienia jak wielki plakat z szyby, gniotę w kulkę i wyrzucam przez okno auta. Bez żalu, na zimno. Było w tym tylko trochę złości, że mamiłem się tą wizją przez tyle czasu. Może odrzucony sentymentalizm wrócił właśnie do mnie w silniejszej postaci na podobnej zasadzie, co stłumione emocje wracają pod postacią bólu czy choroby? Niewykluczone, że prawdziwy cel obecnych w większości ścieżek duchowych wyrzeczeniu i dyscyplinie jest właśnie taki – stłumić słabe komunikaty od życia po to, by otrzymać komunikat silniejszy, bardziej sprawczy. Zmienić wygodne, przestronne pomieszczenie, po którym snuje się lekki przeciąg, w ciasny korytarz, w którym rozpędzić się może prawdziwy wicher.

Tak czy inaczej wierzę, że to po prostu kolejny etap drogi. Właściwa świadomość, jakby powiedział buddysta. Memento mori. Następnym przystankiem będzie pewnie pogodna akceptacja faktu, że jesteśmy tu tylko na chwilę, że wszystko, co mam i z czym czuję się związany, jest przejściowe. Bo co? Mam płakać i czekać, aż wszystko stracę i kopnę w kalendarz? Nie ma mowy. Tyle że akceptacja nie dopadnie mnie sama, tak jak świadomość przemijania. Muszę wstać i iść, ćwiczyć się w niej.

Najpierw jednak muszę to wszystko sobie przyswoić – to doświadczenie. Wchodzę w nie śmiałym krokiem, choć mój umysł zacznie pewnie zaraz starać się z całej siły, by o tym zapomnieć, by to ugłaskać i wrócić do beztroskiego ignorowania tematu. Ale nie. Dzisiaj piaszczyste zbocze obsunęło się i poleciałem w dół, by odkryć, że właśnie tędy droga biegnie dalej. Nie ma powrotu – inaczej już będę patrzył na świat i ludzi. Pewnie będę kochał bardziej, może będę lepszym człowiekiem. Trudne to, bardzo trudne. Ale kolejny etap wiedzie ku akceptacji, pogodzeniu się z tym, na co nikt nie ma wpływu. Nikt gdzieś tam spoza nie powiedział nam jeszcze, po co i dlaczego tutaj jesteśmy. Ale jest droga, która niknie we mgle. Idę zobaczyć, co jest za następnym wzgórzem.

Po pomoc zwrócę się jak zwykle do wielkich mistyków. Tym razem zapewne chrześcijańskich – przynajmniej sprawdzę, czy w spuściźnie tej religii nie ma czegoś, na czym mógłbym się wesprzeć. Dlaczego nie buddyzm? Naczytałem się zaawansowanych nauk o życiu i przemijaniu w tak młodym wieku, że nie bardzo je pojąłem. Pewnie i do nich wrócę, ale więcej energii da mi coś „nowego”. No niestety, nie pasuję na mędrca, ja muszę mieć ciekawie i zaskakująco, nie tylko mądrze. Amen.

o tym, że to co trwa, już jakby przeminęło

Chyba za dużo myślę o śmierci. Nie tylko przedostatni wpis jest tego dowodem, ale i ciągły smutek, który towarzyszy mi, kiedy przebywam z Karolinką. Jestem świadom, ze nic nie trwa wiecznie, że te cudowne, szczęśliwe lata, które przeżywamy, ta niewyobrażalna wprost miłość, która panuje między nami będzie bolała tym bardziej, im dłużej będziemy szczęśliwi. Na dodatek czytam książkę o staruszku, któremu zmarła żona. A miał być to horror o bezsenności…

I tak wciąż towarzyszy mi wizja mnie samego w pustym mieszkaniu lub jej – beze mnie. Mono no aware. Ból przemijania w tym, co piękne. Tak jak na tym teledysku Cohena, który niecały miesiąc temu tutaj linkowałem. Tak jak w innym teledysku Boba Dylana. Patrzę na rzeczywistość jak na jakieś piękne wspomnienie. Skąd patrzę? Sam nie wiem. Nie wiem też dlaczego. Tyle tylko, że nie widzę w tym sensu.

Obiecuję, że następny wpis będzie bardziej pogodny :o)

o Witku Różańskim w dzień po odejściu

WitekWitek. Poeta i tylko poeta. Nie obchodziło go nic poza poezją, której był sługą i ofiarą. Spotkałem go dwa razy, z 8 lat temu. Mieszkał w kawalerce, którą prócz mikroskopijnej kuchni, starego telewizora, tapczanu i biurka wypełniały sterty pudeł z rękopisami, maszynopisami, listami i wycinkami.

Posyłałem mu do oceny swoje wiersze. Zawsze odpisywał. Szczerze, rzeczowo, czasem bezlitośnie, ale zawsze ciepło i w tonie pełnym przyjaźni. Przerażała mnie i fascynowała jego obojętność i niefrasobliwość w stosunku do wszystkiego, co nie wiązało się z poezją. Nie wiedziałem jak się do niej odnosić. Przerwałem korespondencję podczas jednego z ostrych życiowych zakrętów, a później już jej nie wznowiłem – nie wiedziałem, co napisać…

Witek mówił, że nie da się wyżyć z pisania, choć żył tylko tym, co mu pani poezja zechciała przynieść. A było tego naprawdę niewiele. Nie zawsze miał na jedzenie. Ale zawsze miał na znaczki pocztowe i koperty, by napisać list. Odtrąciłem ten jego wdowi grosz. Teraz, kiedy go nie ma, bardzo żałuję, że nie napisałem do niego znów, kiedy moje własne życie przestało mnie przerastać.

Witek, jego żona, śnieżący obraz w telewizorze i ja – młody z gitarą. Jedliśmy w ciemnej Witkowej klicie zimne klopsy, zagryzając bułką. Zaśpiewałem mu wtedy swoją piosenkę do jego tekstu, o tę:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

A potem on powiedział, że poezja to surowa pani. Ze poezja niszczy. Tak jak zniszczyła jego przyjaciela Steda (Edwarda Stachurę), tak jak zniszczyła Milczewskiego-Brunona. Żebym zawrócił, póki nie jest za późno.

Panie Witku, nie wiem czy lubił Pan Herberta, ale to dla Pana:

a którzy tylko osierocą
wyziębły pokój parę książek
pusty kałamarz białą kartę –

zaprawdę nie umarli cali

Gabriel Garcia Marquez, list pożegnalny

Tekst przypisywany Marquezowi. To coś w rodzaju łańcuszka szczęścia, więc bez wahania kopiuję go z bloga dr Ewy:

Jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej jak potrafię. Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem. Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią.

Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją dusze. Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą bowiem, że starzeją się właśnie dlatego, iż unikają miłości! Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie. Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością lecz z zapomnieniem opuszczeniem.

Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi… Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę. Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią, po raz pierwszy, palec swego ojca, trzyma się go już zawsze.

Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.

Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć, ale w rzeczywistości na niewiele się one przydadzą, gdyż, kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.

Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz. Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym „kocham cię”, a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz. Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę.

Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie. Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć „jak mi przykro”, „przepraszam”, „proszę”, „dziękuję” i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni.

Prześlij te słowa komu zechcesz. Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj. I jeśli tego nie zrobisz nigdy, nic się nie stanie. Teraz jest czas.

Pozdrawiam i życzę szczęścia!!!

*

Gabriel Garcia Marquez, 74-letni wybitny pisarz kolumbijski, autor m.in. słynnej powieści Sto lat samotności, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku – jest chory na raka limfatycznego. Pisarz wycofał się z życia publicznego i do swoich przyjaciół rozesłał pożegnalny list, rozpowszechniany w Internecie. – Dostałem ten list od przyjaciół z Chile. Wynika z niego jasno, że autor chce, aby list został rozpowszechniony. Dlatego przetłumaczyłem go szybko i rozesłałem do redakcji i osób zajmujących się Ameryką Łacińską – powiedział prof. Zdzisław Jan Ryn z Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ, ambasador RP w Chile i Boliwii w latach 1991-96.

o tym dlaczego ludzie wierzą w życie po życiu

Znalazłem wyjaśnienie ludzkiej wiary w tak zwane życie po życiu. Oczywiście wyjaśnień może być wiele, jedne z możliwych stanowi po prostu istnienie życia po życiu. Dla mnie jest to jednak nic więcej tylko hipoteza. Póki nie przeżyję, nie uwierzę.Nie uwierzę też, że jest inaczej.

Wyjaśnienie, które przyszło mi do głowy, opiera się na przyzwyczajeniu ludzkiego umysłu do tego, że każde przeżycie, każde doświadczenie i każda nauka ma przynosić nam jakąś korzyść. Studia mają dać nam pracę.  Bliska relacja – wrażliwość na drugiego człowieka, piękno i poczucie bezpieczeństwa. Narodziny dziecka – świadomość, że życie jest cudem i zbliżenie się do tego, co naprawdę istotne (przynajmniej może tak być). Podobnie doświadczenie własnej śmierci. Zbliża do podstawy działania świata – przemijania, i to w sposób gwałtowny. Zmienia optykę. Bezlitośnie rewiduje światopogląd i hierarchię wartości. Uszlachetnia. Ale po co, skoro oznacza jednocześnie koniec i do niczego już się nam nie przyda?

Nieścisłość tkwi przynajmniej w jednej z tych dwóch rzeczy: w wierze w życie pozagrobowe albo w oczekiwaniu, że wszystko musi mieć cel, a każda przyczyna – odczuwalny dla nas skutek.

pocztówka z Miasteczka

Po raz pierwszy w życiu czuję tak intensywną, niewysłowioną, nieukierunkowaną i niepodlegającą żadnym wahaniom i blokadom wdzięczność. Wdzięczność za świat, taki, jaki mi się jawi, za zasady, jakim podlega, a właściwie za tę jedną zasadę, jaka rządzi jego rozwojem, za – mówiąc językiem graczy – engine, na którym „chodzi”, za to, że w ludzkiej mocy jest tę zasadę pojąć przynajmniej na tyle, by znaleźć sobie miejsce, by rozumieć przyczyny i skutki różnych zjawisk i działań. Dzięki temu wiem, że zawsze istnieje wyjście z sytuacji, że śmierć jest tylko częścią życia, że nie musi być śmiercią w pełnym i straszliwym tego słowa znaczeniu.

Czuję wdzięczność za nieskończone środki i sposoby, jakimi dysponuję, za wolność i nieograniczoność tego, co wokół, za to, że „dość jest wszystkiego, dojść można wszędzie”, za to, że nie ma innych barier niż te stawiane przeze mnie, za te kilka dni, które mogę spędzić w rodzinnym Miasteczku, w murach, gdzie kiedyś był mój pierwszy, beztroski i szczęśliwy dom.

trzecia pora niepokoju

Deszcz i wiatr odarły nagie gałęzie drzew ze śniegowych czap. Rozdrapane do krwi niebo zwiesza się ciężko nad znieruchomiałym miastem, po którym hulają złe sny. Nie wiadomo co będzie jutro. Niespokojny oddech, dziwaczne i złowrogie wizje, omawiane następnego dnia jako ciekawostki w przytulnych i ciepłych podziemnych kawiarniach, z których jedyne wyjście prowadzi jednak znów na mokry asfalt i wycie listopadowego wichru. Najgorszy od kilku tygodni weekend na drogach. Brak prądu. Śmierć czuć w zimnym powietrzu i w kroplach deszczu. Narastający ból głowy. Martwy bażant podrzucony pod wejściem do budynku. Co się stanie jutro? Czy to tylko kilka nieprzyjemnych i dalekich wydarzeń?

o śmierci i miłości w codziennym życiu

Przy Bramie Floriańskiej jak zwykle grali „Indianie”. Przeważnie omijałem ich pospiesznie, dziś jednak z ich muzyki spłynął prosto na mnie Duch Podróży. Flety, piszczałki, fujarki i bębny opowiadały o prowadzących daleko traktach, o bezkresnych łąkach i wysokich górach. To nic, że kiedy wrzuciłem grajkom przyodzianym w tradycyjne indiańskie stroje do dzbana dwa złote, usłyszałem w odpowiedzi „Gracias!” Ważny jest duch. Ci ludzie – a jeśli nawet nie ci, to inni, których Ci przypominają – jeżdżą po Europie, zarabiają na swojej muzyce i jadą dalej, wesoło gwarząc na tyłach rozklekotanych furgonetek, z których jedna stała w pobliżu.

I ja chciałem kiedyś wybrać podobny los. Kilka chwil zachwytu nad tą czy inną dziedziną życia zaważył na tym, że najprawdopodobniej zostanę tu. Nie żałuję. Wielu z nas, mając lat kilkanaście lub dwadzieścia, dwadzieścia dwa, marzyło o rzuceniu tego wszystkiego i ruszeniu w nieznane. Z moich przyjaciół pozostał tylko jeden, nad którym nadal wieje wiatr i nie wiadomo w którą stronę go zaniesie. Jednak bez względu na to, czy puls odmierzać mu będą jego własne kroki wzdłuż poboczy i górskich ścieżek, czy ścienny zegar w biurze, czy może – dajmy na to – dzwon na wieży jakiegoś kontemplacyjnego klasztoru – będę mu życzył szczęścia i będę dumny z tego, że pozostał do końca wierny sobie. Bo jestem o to spokojny.

Tak myśląc, wróciłem do swojego mieszkanka nad rzeczką. Kiedy otworzyłem drzwi, usłyszałem tylko tykanie zegara i szum lodówki. Zajrzałem do pokoju. Fotel, który zwykle zajmuje Karolinka, siedząc z podkulonymi nogami i pracując na laptopie, był pusty. Uczucie tęsknoty i braku, które towarzyszy takim chwilom w codzienności, kiedy wiem, że ona jeszcze ma zajęcia lub załatwia inne sprawy to zaledwie mała kropla w morzu różnych doznań. Ale dziś pomyślałem sobie, że – jakkolwiek niecodziennie to brzmi – jeśli sam wcześniej nie umrę, taki pusty fotel i taka cisza któregoś dnia spadnie na mnie jak grom i będzie nabrzmiewać, sprawiając niewyobrażalny ból. Wtedy będzie za późno na wszystko.

Kiedy nachodzi mnie taka myśl, wiem, że tego dnia na pewno nie sprawię jej żadnej przykrości. Będę czuły, kochający i najlepszy jak tylko się da. Wartość moich zachcianek, mojego komfortu i moich spraw spadnie do minimum wobec jednego spojrzenia ukochanej istotki. Oto cud miłości. Rozkwitający dzięki myślom o śmierci…

Tymczasem Duch Podróży objawił się mi dziś nie tylko w muzyce Indian. Przywiał go też pod zachmurzone niebo wiosenny wiatr. Jutro idę po raz pierwszy do pracy, a pojutrze z samego rana ruszamy na szosę wylotową w głąb kraju.

o tym, że przeszłość uderza z nienacka

Był rok młodszy ode mnie. Był. To jakaś groteska, jakiś dowcip. Najbarwniejsza postać na naszym roku, a może i w całym Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Kuźmin, nie wiedząc co robić z rękoma po otrzymaniu tej wiadomości wydzwania do wszystkich.

Misiek nie żyje. Rak. Dwa tygodnie temu diagnoza, tydzień temu – operacja, dziś rano pożegnał się z życiem.

Pogrzeb we wtorek. Nie wyrwę się z pracy, chociaż bardzo bym chciał. Nie da rady – w godzinach pracy… może będzie jakiś pociąg do Krakowa po 10, może tylko dwie godziny posiedzę w drukarni, może… nie wiem po co ja tam, przecież już za późno…

Zdążył poprowadzić kilka zajęć dla studentów z retoryki i gatunków dziennikarskich. Zdążył napisać coś o ks. Malińskim – teologu i filozofie, do którego ja akurat odnoszę się bardzo krytycznie. Zaczął badać zjawisko Radia Maryja…

Jak można umrzeć tak w tym wieku?!

Jego rodzice…

Older posts