szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: sen

Koniec snu?

Neowieśniakom takim jak ja nie grozi raczej śmierć z pośpiechu, ale nawet mieszkając na wsi, można się pogubić w wartościach – tych obowiązujących i tych, z którymi nam po drodze. A czy na pewno po drodze nam z tym, co wydaje się nasuwać samo, razem z zastanym światem?

Rewelacyjny artykuł, chyba najlepszy, jaki czytałem w ostatnim czasie: http://blowminder.com/2015/11/06/koniec-snu/. Polecam cały blog.

Dziwny wpis, jak na nocnego grajka

IMG_0350Odkąd zacząłem znowu medytować, wprowadzając medytację w codzienne życie, przestawił się mój zegar biologiczny. Przez tyle lat usiłowałem zmienić swoje „godziny otwarcia” z 11-3 na, powiedzmy, 8-24. I nic. Teraz wreszcie się udało. Również dlatego, że ułożyłem sobie inaczej plan dnia – tak, żeby motywował mnie do wstania rano. Pracę staram się bowiem zaczynać najwcześniej w południe, a najlepiej dopiero po obiedzie i nie dbam o to, by skończyć ją przed 23. W ten sposób mój wolny czas przypada na poranek i zwyczajnie szkoda mi go przesypiać. A po skończonej pracy tak mi się już chce spać, że nie mam ochoty na nic, uderzam zatem w kimę mocno i zdecydowanie.

Myślę jednak, że bardziej pomogła mi w dokonaniu tej zmiany orientacja na „teraz”.  A to dlatego, że na początku nie udało się. Nie ważne dlaczego. Po prostu skończyło się tak jak za każdym razem, gdy próbowałem przestawić godziny snu. Zasiedziałem się nad jakąś grą i następnego dnia wstałem o 10. Wcześniej jednak zupełnie inaczej patrzyłem na ten fakt. Miałem w głowie historię o tym, że przechodzę nieudaną próbę, muszę zebrać siły na kolejną, przemyśleć strategię itp. Kolejna akcja następowała po kilku miesiącach, gdy późne chodzenie spać i wstawanie znów dawało mi się szczególnie mocno we znaki. Tym razem żadnych takich refleksji nie miałem. Może gdzieś tam się tłukły po mózgu, ale po prostu nie zwracałem na nie uwagi, bo w znacznie większym niż kiedyś stopniu skoncentrowany jestem na obserwacji, na danym momencie. Wprawiłem się w tym do tego stopnia, że teraz, gdy piszę te słowa, nie tylko o nich myślę, ale czuję też klawiaturę pod palcami, słyszę przyjemne klikanie klawiszy, słyszę ptaka za oknem, zauważam własny oddech… i uśmiecham się. Po nieudanej próbie położenia się spać o pożądanej porze po prostu ją wznowiłem. Od razu, następnego dnia. W pewnym momencie coś musiało się ruszyć w moim biologicznym mechanizmie, bo nawet po koncertowym after-party, które skończyło się ok. 2 w nocy, wstałem bez problemu o 8 i poczułem się senny dopiero po południu. Po smacznej drzemce wszystko wróciło do normy i przed północą smacznie chrapałem. Żadnych analiz, refleksji, znajdowania problemów i szukania rozwiązań. Dobrze mówi Tolle: tu i teraz nie ma problemów. Problemy są tylko w przyszłości lub w przeszłości. Chwilę obecną albo akceptujemy taką, jaka jest, albo się z nią mierzymy i coś zmieniamy – również tu i teraz. Gdy nie możemy nic zmienić, pozostaje nam tylko akceptacja. Gdy zmiana będzie już możliwa, dokonujemy jej.  Ale wtedy też jest „teraz”.  Kwestia mojego przestawiania zegara biologicznego to świetny przykład na to, jak coś rozwiązać dzięki zaprzestaniu robienia z tego problemu.

No to teraz do roboty! Już 14…

A zimą… wschody słońca na co dzień… Ech…

o nocach, dniach i wieczorach ostatnich

Nie widziałem zorzy polarnej. Mój aparat widział, ale zdjęcie jest zbyt słabe, żeby się nim chwalić, szczególnie gdy wokół tyle wspaniałych fotografii tego zjawiska. Niestety, akurat niedawno, po długim oczekiwaniu naprawili nam latarnię koło chałupy, o co sami zabiegaliśmy. I dobrze, można śmieci wieczorem wynosić bez latarki. Tego wieczoru jednak mogliby latarń nie włączać – piękniej byłoby na świecie.

Przez ostatnie trzy noce towarzyszyły mi bardzo konkretne, mocne i jakby symboliczne sny. Symbole, których się w nich dopatrzyłem, były bardzo niepokojące. Patrząc na wszystko racjonalnie, mogłem znaleźć przyczynę owych snów w tym, co ostatnio u mnie się działo i takie podejście uspokoiło mnie trochę, chociaż i tak bliżej mi do najbardziej nawet niepokojących wyjaśnień ponadzmysłowych. Oczywiście tylko do tych, które pochodzą z bliskich mi tradycji myślenia i odczuwania. Dlaczego mimo solidnej racjonalistycznej bazy odziedziczonej przez wychowanie, racjonalizm i tłumaczenie wszystkiego nauką mnie w ogóle nie ciągnie? Po prostu wolę żyć w świecie, w którym życie i śmierć mają sens, a nie tylko przyczynę i skutek. Choćby nawet w owym świecie więcej było pytań, przeczuć i niewiadomych niż „prawdy” i odpowiedzi. Tym lepiej!

Siedzimy w domu z synkiem, bo K. włóczy się gdzieś po małopolskich gęstwach zaludnienia. Pamiętam, że jeszcze dwa lata temu bardzo tego nie lubiłem, choć nie dawałem tego po sobie poznać, bo cieszyłem się jednocześnie, że żonka wyściubia czasem nos poza wioskę. Teraz sytuacja jest inna – radzimy sobie znakomicie i cieszę się, że synek odciąga mnie od komputera, każąc sobie zrobić na przykład maszt i żagiel do statku pirackiego, który sobie urządził w stojącej na polu wannie. Dzisiaj właśnie maszt został umocowany, a na naszym najpiękniejszym niebie na świecie ukazał się widok, który mógłbym nazwać widokiem nie z tej ziemi, gdyby nie był to widok jak najwspanialej z tej ziemi właśnie.

Wiecie co?

Chrzanić zorzę polarną. :)

P1140696 P1140693

P1140689

o mrozie siarczystym wręcz i o tym czym jest zdrowie społeczne, a czym organiczne

Mróz siarczysty wręcz. Brzegi jeziora zamarzły aż poza pomosty i zasięg trzcin. Na lodzie leży cienka warstwa śniegu, po której drepczą zdziwione ptaki. Ludzie nie wystawiają nosa zza drzwi domostw. Po półgodzinnym spacerze z zimna aż boli twarz.Naszą sypialnię zamknęliśmy na cztery spusty i śpimy na materacu między choinką a kominkiem, do którego P1000709nocą dokładam. Zawsze marzyłem o takiej zimie!

Śpię bardzo nieregularnie. Zasypiam zazwyczaj między 2 a 4 rano, a wstaję po 11, bo budzi mnie Karolina. Czasem jednak wstaję o 7 lub idę spać już o 22. Czasem śpię w dzień, czasem nie. Dziś jak prawdziwy dziadek z Meksyku zasnąłem sobie wieczorem w fotelu przed kominkiem przy yerba mate.

Do wczoraj miałem z powodu mojego rytmu (?) snu niejasne poczucie winy wobec własnego organizmu. Czasem próbowałem z tym walczyć. W końcu w rozmowie z Karoliną wyszło, że niewiele wiem o tym jaki sen jest zdrowy, a jaki nie. Poszperałem w sieci i to, co znalazłem w różnych polsko i anglojęzycznych artykułach na ten temat daje się zamknąć w następujących stwierdzeniach:

  • Każdy organizm ma swój własny rytm snu. Tak zwane „sowy” mogą zasypiać nie tylko o północy, ale czasem też o 3 w nocy i nie ma w tym nic niezdrowego. Tak samo „skowronek” budzący się o 4 rano nie musi wcale być osobą cierpiącą na zaburzenia snu.
  • Ludzie potrzebują średnio od 5 do 10 godzin snu i samo to jeszcze nic niezdrowego nie oznacza.
  • Zimą potrzebujemy więcej snu i może zdarzać się nam nawet 12 godzin.
  • Jeśli sobie na to wszystko możemy pozwolić, jesteśmy nie chorzy tylko szczęśliwi!
  • Jeśli nie możemy, ze względu na pracę, zdrowiej zmienić pracę niż przyzwyczajenia. Ale i na te możemy wpływać – stopniowo, powoli i systematycznie.
  • Bardziej niezdrowe jest katowanie się zasypianiem na siłę i budzikiem niż spanie w godzinach 4-13 w dzień!
  • Nawet zasypianie między 4 a 6 rano, co medycyna zalicza do zaburzeń, nie jest samo w sobie szkodliwe dla zdrowia.
  • To nieprawda i mit, że każdy mózg najlepiej funkcjonuje rano, a wieczorem już nie, bzdurą jest również, że sen przed północą jest zawsze lepszy niż po północy. To zależy od naturalnego rytmu.
  • Jeśli chcemy mieć zdrowy sen, powinniśmy zasypiać zawsze kiedy chce nam się spać, a po naturalnym obudzeniu się nie zasypiać powtórnie, bez względu na to o jakiej godzinie to przypada.

fot.: Chad Littlejohn, sxc.huOczywiście niektórym (tak jak mnie) trudno zastosować tę ostatnią zasadę, jednocześnie pracując na zwykłej etatowej zmianie. To już zdrowe nie jest. Ale przyczyna nie leży w organizmie tylko w organizacji życia społecznego, które niestety jest jedno, podczas gdy ludzi są miliardy i każdy z nich jest inny. Dlatego od wczoraj organizuję sobie pracę wyłącznie według własnego rytmu: najmniej przyjemne, ale niewymagające ruchu rzeczy robię „rano”, czyli między południem a piętnastą, potem zajmuję się rzeczami domowymi, bawię się, czytam i słucham muzyki, wieczorem, ok. 18-19 zaczynam powoli wkręcać się we właściwą pracę – gram, nagrywam, wymyślam scenariusze, porządkuję notatki, przeszukuję internet, robiąc sobie przerwy na ćwiczenia fizyczne i medytacje. Nocą pomału odkładam robotę i planuję ją na następny dzień. Gram sobie w coś, słuchając audiobooków albo czytam i czekam, aż ogarnie mnie senność. Wtedy dopiero idę spać. I tak ma być!

o mięsie, pociągu i wielorybie

Nadchodzi ciężki czas. Jutro cała doba w pracy, a pojutrze koncert w Łodzi, z którego muszę wrócić w nocy, by o ósmej dnia następnego stawić się na egzaminie próbnym z angielskiego. Zaraz po egzaminie mam odczyt na temat buddyzmu w Chinach. Dzień później znów praca. A kiedy sen?

Sen miałem dziś. Choć dotyczył między innymi ważnych i pięknych spraw, był smutny, jakiś taki przygniatający. Trochę jak obowiązki promocyjno-marketingowe, jakie sobie narzuciłem w związku z muzyką. Miasto było mroczne, ciemne, jakby wyrastało z prastarych trzęsawisk. Mieszkałem z Karolinką w małej garsonierze na osiedlu z wielkiej płyty. Nie było widać jej twarzy, ukrywała się w czymś co wyglądało na kokon z jakiejś ciemnej, nieuchwytnej materii. Jadłem jakieś mięso i smakowało mi. We śnie ledwo kołatał mi się w głowie fakt, że kiedyś, gdzieś, ktoś posługujący się moim nazwiskiem nie jadł mięsa, ale – choć było mi to w zasadzie obojętne – jadłem. I choć brało mnie obrzydzenie, kupiłem w sklepie kostkę jakiejś polędwicy czy czegoś podobnego, z przygnębieniem stwierdzając, że muszę ją zjeść. Bo tak musi być.

We śnie występowali też mądrzy barmani. Tacy mądrzy, że robiono z nimi wywiady w prasie internetowej. Jednego z nich chyba znałem. Był bardzo uduchowionym katolikiem, choć starał się ubierać swoje myśli i poglądy w słowa uniwersalne. Rozmawiałem z nim, kiedy wracał z pracy do domu. Odprowadziłem go na podmiejski pociąg. Wsiadłem do niego wraz z nim, a on powiedział pewne bardzo doniosłe zdanie. To było coś o przezwyciężaniu trudności. Miało w sobie zarówno wielką siłę, jak i wielką chrześcijańską pokorę. Zamyśliłem się nad tym, zdanie to rozbrzmiewało w moim śnie raz po raz, uderzając jak ciężki taran i krusząc powoli we mnie jakieś blokady i nagle pociąg ruszył. Maszynista nie zwracał żadnej uwagi na moje stukanie w szybę.

Wyjechałem z Krakowa. Wkrótce pierwszy świt zaczął odmalowywać za oknem pociągu jakieś zabudowania przemysłowe, słupy wysokiego napięcia, trafostacje i baraki. Pociąg zatrzymał się. Na pustym peronie nie było nikogo, tylko zaraz obok ten zakład, niezwykle czysty, ogrodzony błękitną siatką, a budynki były wyłożone czystą, niebieskawą perforowaną blachą. Pomiędzy nimi ciągnęły się żwirowane, białe alejki z klombami pośrodku. Snułem się smętnie po tym zakładzie, dopóki nie zaczęli przybywać ludzie. Nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi, każdy szedł prosto na swoje miejsce, a ja dopiero wtedy ruszyłem z powrotem na stację, żeby sprawdzić pociąg powrotny. Okazało się, że nadjedzie dopiero po fajrancie, około piętnastej. Rozmyślania co dalej robić, czy wracać na piechotę, czy pójść do kina, które działało na terenie zakładu, czy czekać, zaczęły mieszać się w chaotyczny bełkot, a gdy już niczego nie mogłem rozróżnić z tej sennej rzeczywistości, obudziłem się.

Usiłowałem przypomnieć sobie to zdanie, wypowiedziane przez barmana w pociągu. Już udało mi się odtworzyć końcówkę, która brzmiała: „…tam, gdzie się narodziłeś”, ale mimo tego, że leżałem jeszcze piętnaście minut z zamkniętymi oczami, mocno koncentrując się nad snem, zdanie zapadło w podświadomość tak, że straciłem je z oczu. Wydało mi się, że w podświadomości mam wieloryba, który próbuje czasem coś stamtąd wywindować na grzbiecie, ale z powodu jego obłego kształtu wszystko ześlizguje się z niego. To mnie do reszty rozproszyło, choć cały sen był zbyt posępny i ciężki, by wydało mi się to śmieszne. Wstałem i zapaliłem światło, bo zimowe chmury za oknem, pustka i cisza w mieszkaniu oraz późna godzina wcale nie pomagały mi w pozbyciu się tego nastroju.

LSD contra dobra kima

Jem kanapkę z kiełkami i ogórem, jednocześnie czytając wywiad, w którym Lennon opisuje swoje pierwsze doświadczenie z LSD:

Szliśmy ulicą i rechotaliśmy, a ludzie wokół nas krzyczeli: „Wybijmy okno”. To był obłęd. Po prostu nam odbiło. W końcu weszliśmy do windy i wszystkim nam wydawało się, że wybuchł w niej pożar. To była tylko taka mała, czerwona lampka, a my po prostu darliśmy się wniebogłosy – czysta histeria. Wjechaliśmy na górę, bo ta dyskoteka była na którymś tam piętrze. No i winda zatrzymuje się, drzwi się otwierają, a my wszyscy krzyczymy „Aaaaaa”, widzimy, że to klub, wchodzimy, siadamy, a tu stół zaczyna się nagle wydłużać (…) Jakiś wokalista podszedł do mnie i zapytał: „Mogę z wami usiąść?”. A ja na to: [głośno]: „Jeżeli tylko nie będziesz nic mówić” [śmieje się], bo po prostu nie mogłem myśleć.

Nagle budzi się Karolinka:
– Co masz? – pyta.
– Kiełki.
– Daj.
– Masz.
Przełknęła kęs i pyta:
– Ej, a jest taka godzina naprawdę: jedenasta pięćdziesiąt? W ogóle na świecie?
– No jest, a co?
– A bo mi się śniło, że nie ma…

o umyśle osamotnionym

Kiedy zbyt długo przebywa się samemu ze sobą i swoją niespokojną głową, sny zaczynają mieszać się z rzeczywistością. Rano człowiek budzi się zmęczony i całkowicie nieprzygotowany na przebycie dnia. Ma poczucie, jakby właśnie wrócił skądś, gdzie jest zupełnie inaczej.

Jeśli sny dotykają ran, nawet tych zabliźnionych (we śnie nie ma niczego, co już się skończyło), jest jeszcze gorzej.

Mieszkałem, zasypiałem i budziłem sie sam przez ponad cztery miesiące. I teraz, kiedy Karolinka wyjechała na kilka dni, wszystko powróciło. Miesiąc wspólnie spędzony nie sprawił, że stałem się bardziej wytrzymały na rozstania. Jeszcze trochę czasu musi minąć.

Siedzę w pracy przy biurku, ale tak naprawdę to sam nie wiem gdzie jestem.

I jeszcze te mądrości, które tak ciężko do mnie docierają:
„…logika i znaczenie – z zakodowaną w sobie dwoistością – są własnością myśli i języka, a nie otaczającego nas świata.”

„Jeśli pracujesz nad swym umysłem swoim umysłem,
Jak możesz uniknąć wielkiego poplątania?”
(Chuan Deng Lu)

(cytaty pochodzą z: Allan W. Watts, Droga zen, Poznań 2003)

sen

Dzisiejszy sen fantastycznie sportretował obecny stan mojej psychiki w czasach nacisków, tęsknoty, mieszkania w cudzym domu, niepewności i uzależnienia materialnego od innych. Nadmienię jeszcze, że oglądałem przed zaśnięciem zakończony masakrą film Meet the Feebles o szmacianych kukłach, narkotykach, pornobiznesie i całą zgnilizną artystycznego światka wielkich amerykańskich miast.

Chodziłem do szkoły. Mieliśmy bardzo dziwną lekcję o narkotykach. Dostaliśmy przepisy na najróżniejsze substancje, powiedziano nam wszystko o szkodliwości zażywania owych substancji, po czym wraz ze składnikami potrzebnymi do ich sporządzenia wysłano nas do domu. Oczywiście, kiedy lekcja się skończyła, wszyscy zażyliśmy wyprodukowane przez nas prochy. Sen był na tyle realistyczny, że nie pamiętam dokładnie tego, co się działo potem. Tyle tylko do mojej świadomości doszło, że przez piwnice, korytarzami, wzdłuż których biegły rury wydostałem się jakoś na tyły szkoły (okazało się nią być moje liceum w Chełmie). I tu rozpoczęła się odyseja.

Miasto było pogrążone w półmroku, wszystkie budynki i staroświeckie latarnie zdawały się być krzywe, ludzie zaś i samochody poruszały się bezszelestnie i powoli, jakby centymetr nad ziemią. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Panował jakiś dziwny, bagienny zaduch, a w powietrzu unosiła się mgła, przez którą ledwie przebijały się światła mieszkań. Nie wiem dokąd szedłem ani czego szukałem. Czułem się całkowicie zagubiony i nieszczęśliwy. Nie pamiętam zbyt wiele. Pamiętam, że ktoś mi powiedział, a może był to tylko głos w mojej głowie, że mogę iść na skróty kanałami. Wszedłem więc w pierwszą napotkaną studzienkę kanalizacyjną i brnąc po kolana w szlamie, wdychając narkotyczne opary, sunąłem przed siebie. Gdy już wydawało mi się, że zaraz się uduszę, korytarz zaczął się podnosić i wyszedłem na ulicę, która wyglądała jak Lwowską, ale budynki były wyższe i pochylały się złowrogo nad brukowanym chodnikiem. Usłyszałem na górze hałas. Na balkonie na pierwszym piętrze jednej z kamieniczek stała kobieta w skórzanej, jaskrawoczerwonej kurtce. Balkon połączony był ze schodami prowadzącymi na ulicę. Kobieta mówiła rozpaczliwym tonem w stronę drzwi od balkonu, za którymi prawdopodobnie stało jej dziecko:
– Przepraszam cię, moje maleństwo, ja naprawdę już nie mogę. Nie wytrzymam ani chwili dłużej…
Poczułem do tej kobiety nagłe współczucie i pomyślałem, że muszę z nią porozmawiać, bo intuicja mówiła mi, że jesteśmy w podobnej sytuacji. Ale wtem przestąpiła ona balustradę i poleciała w dół. Upadła kilka metrów ode mnie martwa jak czerwony worek cementu albo kukła z Feeblesów. Poszedłem dalej.

Kiedy dotarłem do domu, wróciła mi pełna świadomość, zupełnie tak, jakbym się obudził. Opowiadałem mamie co zaszło. Kręciła głową, nic nie mówiąc. Po chwili pojawił się ojciec, który wrócił od babci zdenerwowany i powiedział, że babcia straciła przytomność i do wtorku na pewno umrze (babcia, jak pisałem na samym wstępie tego bloga, umarła późną jesienią). Zobaczywszy mnie, zaczął mi robić wyrzuty, że się szlajam nie wiadomo gdzie, zamiast ją odwiedzić i że teraz jest za późno. Próbowałem mu tłumaczyć, że to był jakiś sen i nie zdawałem sobie w nim sprawy z istnienia czegokolwiek, nawet babci.
– Tylko ze swojego istnienia zdajesz sobie sprawę, prawda?!- mówił swoim podniesionym, zirytowanym tonem. – Ważne są dla ciebie tylko jakieś kanały i samobójstwa obcych ludzi!
Wpadałem w coraz większą wściekłość. Przewróciłem stół.
– Gdybym wiedział, że z babcią tak źle, poszedłbym do niej!
– To było się dowiedzieć! Byłeś w mieście, nikt nie bronił ci wstąpić na chwilę po drodze!
– Ja nie wiedziałem co robię, rozumiesz? To był sen!
– To dlaczego nie przyśniło ci się, żeby pójść do babci? Tylko o sobie myślisz!
Kłócąc się z nim, zacząłem miotać się po kuchni rozwalając w bezsilnej złości wszystko, co mi wpadło w ręce.
– Tak, niszcz wszystko, niszcz – mimo, że zły, wydawał się panować nad sobą doskonale. – Udowodnij tym, że obchodzi cię cokolwiek poza tym, co roi się w twojej głowie.

Zadzwonił budzik. Obudziłem się z uczuciem straszliwej samotności, totalnym mętlikiem w głowie i wyrzutami sumienia, które tylko trochę zniwelowało uświadomienie sobie że jestem nie w Chełmie, a w Woli Blakowej i że babcia spoczywa w spokoju na cmentarzu pod lasem, gdzie szumią drzewa i księżyc świeci najjaśniej.

o najpiękniejszym śnie, jaki kiedykolwiek śniłem

Najpierw proszę włączyć sobie to:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Miałem trzy dni temu sen. Pamiętam tylko końcówkę. Polna dróżka wśród zielonych wzgórz, pod jaskrawym błękitem przestworzy. Polne kwiaty, kłosy pszenicy, motyle. Widziałem to z takiej perspektywy, jakbym unoszony niewysoko nad ziemią oddalał się od widzianego krajobrazu, cofał się jednostajnym ruchem. Jakbym siedział na tyle jakiegoś wozu, zwrócony przeciwnie do kierunku jazdy. Nie czułem jednak siebie. Ani że siedzę, ani że idę, ani że lecę. Nie było mnie.

Tłem dźwiękowym był wiersz. Recytowany wiersz. Nie pamiętam słów. Były to słowa przywołujące niezmierną nostalgię, ściskającą serce tęsknotę, słowa przepiękne, słowa, których nie mogłem nawet zapamiętać, nawet dokładnie odebrać. Słowa tak piękne, że aż nieistniejące. Kiedy przypominam sobie ten sen, nasuwa mi się na myśl klimat piosenki Susanne Cohena, w pierwszej, oryginalnej aranżacji z płyty Songs of Leonard Cohen. Ale to nie było to. W tym wierszu unoszącym się w powietrzu słychać było muzykę. Ale to pod wpływem tego snu słucham sobie teraz albo gram czasami Susanne.

Na dróżce pojawiła się dziewczynka w białej sukience. Biegła ścieżką, jakby tuż za wozem, którym jechałem. Nie było jednak słychać niczego poza wierszem.

Wszystko trwało dwie, może trzy sekundy. Obudziłem się niemożebnie wzruszony, ze łzami w oczach. Ten sen był najpiękniejszą rzeczą jaka mnie spotkała w życiu. Jakby sam Bóg osobiście ofiarował mi bukiet kwiatów ze swojego ogrodu Eden. Szkoda, że tak szybko zwiędły. Nie chciałbym zapomnieć jednak nigdy tego snu. Życzę każdemu żeby w swoim życiu choć przez sekundę zaznał tak niewyobrażalnego, niewyrażalnego i niesamowitego piękna.

Teraz…

And you want to travel with Him
And you want to travel blind
And you think: maybe I’ll trust Him
For He’s touched your perfect body
With His mind