szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: samorozwój (page 2 of 4)

podsumowania i postanowienia

Jeśli ktoś myślał, że z jakiegoś powodu nie będę tym razem podsumowywał minionego roku, mam dla niego wiadomość:

Ha! Nie będę!

To był zbyt dziwny rok, żebym mógł zamknąć go w jakimś podsumowaniu. W styczniu 2009 mieszkałem w mieszkanku w centrum łodzi, jeździłem autobusami, myślałem pomału nad pierwszą płytą, byłem nerwowy, wciąż narzekałem, rosła we mnie agresja i irytacja na wszystko co wokół, uciekałem coraz dalej od najbliższych i sam tego nie wiedząc pogrążałem się w marazmie.

Teraz mieszkam w domku nad jeziorem, mam wspaniałe auto, które w pewnym momencie było dla mnie jedynym miejscem, w którym czułem się jak w domu, wydałem płytę i myślę pomału o drugiej, jestem znacznie spokojniejszy, szklanka jest dla mnie do połowy pełna,  idę naprzód, czuję głęboko więź z rodziną, umiem podejmować decyzję i – co najważniejsze – jestem za to wszystko bardzo, bardzo wdzięczny: sobie, ludziom, których spotkałem i Bogu.

No, to było jednak małe podsumowanie.

Jeśli chodzi o postanowienia, napiszę o tym później. Fakt, że zabraliśmy się do nich z Karoliną naprawdę poważnie i potężnie.

o zmiennych kolejach międzyludzkich

Jeszcze pół roku temu ludzie byli dla mnie mało ważni. Nie lubiłem i lekceważyłem ich. A najbardziej siebie.

Teraz ludzie znaczą dla mnie bardzo dużo. Cenię ich i kocham. A najbardziej siebie.

o leśnych kolorach i o tym co mi przekazały sosny

Urządziłem sobie rano ożywczą wycieczkę do lasu. Wieś, w której mieszkam, sąsiaduje z wielkimi leśnymi połaciami, rozciągającymi się ponad 50 km na południe, wschód i zachód. Ja wybrałem się na skraj rezerwatu Las Warmiński. Chociaż listopad mamy pochmurny, tutaj nie ma czegoś takiego jak brzydka pogoda. Las reaguje jak kalejdoskop na niewielkie nawet przerzedzenie chmur od strony słońca. Wielka, cicha, nieruchoma połać, która wzdycha jak śpiący olbrzym gdy tylko zawieje lekki wiatr.

Las WarmińskiPośród olch i lip znalazłem dwie piękne sosny. Wziąłem od nich trochę energii, entuzjazmu i miłości do siebie samego, która jest mi tak potrzebna. Czułem przez palce ich życie, ich radosny spokój i niezłomność. Kiedy już miałem odejść od pierwszej z nich, zobaczyłem zatknięte za korę na wysokości moich oczu nasionko wielkości jagody. Wziąłem je sobie na pamiątkę i schowałem do portfela. Niech mi przypomina o tym, że warto iść za swoimi marzeniami i zamiast czarnych scenariuszy dawać sobie pozytywną motywację i pokrzepienie.

Widziałem też dwie łanie. Biegły przez las, a gdy mnie zauważyły, zatrzymały się ok. 20 metrów ode mnie. Stały tak przez chwilę nieruchomo, po czym zawróciły i oddaliły się spokojnym truchtem.

A wieczorem kupiłem sobie w Realu termos za 39,50.

o dobrym zarządzaniu czasem

Obiecuję dawać sobie tyle czasu na rozwijanie siebie, by nie starczało mi go na krytykowanie innych.

Christian D. Larson

Piękna prezentacja tej i kilku innych afirmacji lidera Nowej Myśli – tutaj. Niestety tylko po angielsku.

o dobrze spędzonym weekendzie

Po weekendzie jestem jak nowy. Wróciliśmy z Karoliną z tego oto warsztatu rozwoju osobistego. Dwa dni pośród otwartych, wrażliwych ludzi, nakierowanych na poprawienie jakości swoich relacji partnerskich, zawodowych i towarzyskich.

fot.: Clark LittleDwa dni z różnymi technikami, medytacjami, wizualizacjami, ćwiczeniami, z których niektóre podziałały na mnie bardzo silnie. A wszystko pod okiem dwóch wspaniałych, pięknych, mądrych kobiet, obdarzonych mimo młodego wieku ogromną wiedzą.

Wracam. Do rodziny, do własnego imienia, do przyrody, do siebie. Dbam o siebie, szanuję siebie, przyjmuję to, co mi dają inni i nareszcie mam co dawać im. Czuję się oczyszczony i bardzo, bardzo zainspirowany. I nawet nieco zmieniony. Uwolniony strumień wali naprzód, a wszystkie tamy pękają z impetem, który mógłby mnie przerazić, gdyby mnie tak nie cieszył.

Mam za co dziękować sobie, Bogu, wszechświatowi, ludziom. Dziękuję.

o błogosławieństwach

Wiele się wydarzyło w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Właściwie to bardzo, bardzo wiele. W pewnym sensie nawet ekstremalnie wiele. Życie wywróciło się do góry nogami, a potem wróciło do pozycji wyprostowanej, ale już całkiem inaczej. Była rozpacz, euforia, lęk odczuwany aż do szpiku kości, skrajne wyczerpanie i słabość, przenoszenie gór, bieganie po wodzie (tam i z powrotem), tonięcie, latanie, stawanie naprzeciw niewyobrażalnemu, przekraczanie bram raju (w obie strony) i zdecydowany marsz w kierunku piekła po to, by właśnie tam stworzyć raj. Popłynęło wiele łez. Wyparowało mnóstwo przekonań. Zniknęło kilka przyzwyczajeń. Odwróciło się lub zamilkło kilka osób z mojego otoczenia. Pojawiło się w moim życiu kilka nowych, bardzo ważnych ludzi. Wielu znajomych i przyjaciół okazało się zupełnie nie przystawać do moich wyobrażeń.

P1000180I to wszystko, każda chwila, każda emocja, każde odczucie, wydarzenie, doświadczenie, spotkanie, wymiana zdań były i są wspaniałe, błogosławione i drogocenne. Tak jak całe moje życie i wszyscy – bez wyjątku – ludzie, z którymi miałem i mam honor się stykać.

A dzisiaj pomyślałem znów o pisaniu bloga. I bardzo się wahałem. Kiedy wyobrażam sobie co może się dziać w głowach niektórych znajomych mi czytelników, kiedy będą czytać moje pisaniny, coś się we mnie zamyka, a energia gaśnie. Może lepszy byłby nowy, anonimowy blog?

Decyzja została jednak podjęta. Wracam jako ten sam, choć nie taki sam, nocny grajek. Wyobrażenia o głowach znajomych to tylko moje wyobrażenia. Im więcej ich się pojawi w mojej głowie, tym więcej będę miał okazji do przyjrzenia się im i reagowania na nie w odpowiedni sposób. Tak naprawdę ważne jest to, że potrzebuję pisania, że potrzebuję dzielenia się, choć nie czuję już potrzeby dbania o to, by to, co tu piszę, czytało jak najwięcej osób. Witaj, Czytelniku! Do widzenia, Czytelniku! Bardzo się cieszę, że tu jesteś, ale jeśli Cię nie ma, wszystko jest w porządku. Wierzę, że właśnie te osoby trafią na tego bloga, które mają na niego trafić i absolutnie nie zamierzam tego burzyć celową informacją lub celowym nieinformowaniem kogokolwiek, że znów zaczęły płynąć słowa. Tak samo nie zamierzam swojego pisania ukrywać. Zależy mi na tym, by wziąć udział w tym wielkim procesie wzajemnego naturalnego przyciągania się ludzi nadających na podobnych falach i równie naturalnego uwalniania się od relacji wygasłych i nic nowego nie wnoszących. A żeby płynąć zgodnie z siłami, które ludzi zbliżają i oddalają od siebie, trzeba komunikować. I to właśnie czynię, wiedząc, że wszystkie zniechęcające mnie w tej chwili do tego myśli, obawy i wyobrażenia tylko wbijają mnie w ziemię, zamykając dostęp ożywczym siłom.

Mam potrzebę dzielenia się swoim życiem w taki niezobowiązujący nikogo do niczego sposób, jakim jest pisanie bloga. Choć nie mam już potrzeby opowiadania całemu światu o tylu sprawach, co wcześniej, nadal jestem ekstrawertykiem. Lubię opowiadać i snuć refleksje. Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Jestem bardzo wrażliwy na nowe sposoby patrzenia na świat. Kiedy coś mnie urzeka, idę za tym całym sobą, czasem bardzo brawurowo, czasem bezkrytycznie, zawsze szczerze. Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Chociaż czasem nie potrafię tego przekazać, zawsze mam ciepłe, krzepiące słowo dla każdego. Nie oczekuję wzajemności, nie boję się krytyki, jestem wdzięczny za wszystko, co mnie spotyka i za wszystko, co pada z ust innych pod moim adresem, od wyrazów zachwytu i szacunku po wyzwiska i oskarżenia. Bez względu na to czy są słuszne, czy nie, wierzę, że zwracają moją uwagę na coś ważnego. Nie zawsze jest to coś czego bezpośrednio owe pozytywne i negatywne słowa dotyczą i nie zawsze  jest to coś, z czego Nadawca sam zdaje sobie sprawę. Tylko ode mnie zależy, czy to odkryję i dobrze wykorzystam.  Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Najważniejsze są dla mnie: wybaczenie (sobie i innym), szacunek (do siebie, do innych i do świata) i wdzięczność (sobie, innym i światu). I odwaga, której miałem jeszcze pół roku temu tak mało, której nabrałem w niesamowitych ilościach przez ostatnie miesiące i którą mogę utrzymać tylko przez ciągłe podejmowanie nowych, małych i dużych, wyzwań. Rozpoczęcie na nowo pisania pod tym, a nie innym adresem, jest jednym z nich. Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Jest noc. Zamiast zdrowo spać, by zdrowo wstać o poranku, siedzę przed monitorem. Tak po prostu jest i to jest widocznie potrzebne. Podobnie jak to, że chociaż od wiosny udawało mi się odżywiać zdrowo i wrócić do prawie idealnej wagi, zjadłem w nocy cztery przepyszne kanapki z masłem i serem pleśniowym. Nie mieszkam już w Łodzi tylko niedaleko Olsztyna, w wynajętym domku na wsi nad jeziorem. Wydałem płytę i mam już pomysł na kolejną. Idę przez życie tak, jak wierzę, że dobrze jest przez życie iść. Hamują mnie obawy, pytania w stylu: „a co, jeśli…?” i „a może to nie tak, może coś źle rozumiem?”, a ja czasem się im poddaję, czasem nie. Wierzę w to, że strach o jutro jest niepotrzebny, że życie o mnie zadba, jeśli mu na to pozwolę. I boję się o to, że skończą mi się pomysły na scenariusze, że nie będzie koncertów. Tak jest. Tu i teraz. Oto ja.

Zaprzyjaźniłem się z drzewami. Czuję ich energię. Kiedy otwieram się na przyrodę, na żywioły, na własny oddech, na „tu i teraz”, jestem bardziej świadom przeszkód i mogę je swobodniej omijać. Kiedy zagłuszam się i oszałamiam, nie widzę ich i boleśnie się z nimi zderzam lub stoję w miejscu. Mimo to czasem się zagłuszam i czasem oszałamiam. Dzisiaj jednak nie oceniam tego. Po prostu to stwierdzam, akceptuję to i uśmiecham się do tego. Bo taki jestem, tu i teraz. Oto ja. Jest czas na przestawianie, zwijanie i rozwijanie żagli, jest też czas na to, by odpuścić i pozwolić im swobodnie łapać wiatr. Może jutro będę inny, może pojutrze, w przyszłości na pewno, bo zmienia się wszystko.

Ale dziś jest dzień wu-wei. I przy okazji – porządków na starym poczciwym blogu nocnego grajka :o)

o tym kim jesteśmy i o tym co robimy

pict4749O tym, kim jesteśmy w tej chwili, za kilka lat zapomną i inni, i my. Nie zapomnimy natomiast tego, co zrobiliśmy lub czego nie zrobiliśmy.

Ładnie i słusznie powiedziane.

Ale równie słuszne i ładne jest powiedzenie: Bądź wierny sobie.

A przecież obie postawy są wzajemnie sprzeczne.

o mentalnej redukcji szumów i o tym, że czas w drogę

Przestawiłem biurko tak, by nie siedzieć plecami do Karolinki, kiedy przebywamy razem w pokoju i żeby mieć dostęp do okna. Monitor znalazł się zupełnie z boku i nie wznosi się już tak władczo nade mną, gdy siedzę przy biurku i coś piszę lub czytam. Nie absorbuje też mojej uwagi, kiedy włączam komputer, żeby posłuchać muzyki, wspaniale zastępuje pulpit z tekstem, gdy pracuję nad piosenką lub sobie coś gram. Jego pozycja nie przeszkadza w załatwianiu spraw związanych z koncertami i płytą. Tylko kiedy siedzę nad ścieżkami dźwiękowymi lub piszę dłuższe teksty, muszę specjalnie ustawiać fotel, myszkę i klawiaturę. I dobrze – nie zajmuję się tym codziennie. Po co komputer, z całą masą zaśmiecaczy umysłu, ma stanowić centralny punkt mojej przestrzeni?

Pożyczyłem od M. gitarę elektryczną, żeby cisza nocna i sen Karolinki nie uniemożliwiały mi grania. Niepodłączony Telecaster z jedenastkami brzmi bardzo klarownie, a jednocześnie cicho. Chyba kupię sobie jakąś tanią „deskę” bez elektroniki na Allegro.

Kiedy nie korzystam z biurka i z komputera, fotel stoi sobie przy szafce i stojaku z gitarą. Mogę siedzieć, palić fajkę i patrzeć w okno. Kącik roboczy stał się kącikiem roboczo-relaksacyjnym.

Zacząłem pić ziółka z czerwoną herbatą i błonnikiem. Znacznie mniej jem. Nie łażę bez sensu po Internecie, bo niewygodnie. Śledzę sobie tylko ulubione witryny za pomocą Google Readera (polecam – bardzo oszczędza czas). Poza tym – gdy nie szukam niczego konkretnego – wchodzę tylko na jedyne forum, na jakim czasem coś piszę. Z gier zostawiłem sobie komputerową edycję Monopolu. I tak wyżywam się ostatnio głównie na planszówkach – w soboty w ŁDK są spotkania klubu miłośników fantastyki i gier, gdzie w dobrym towarzystwie można rozegrać kilka partii. Tytułów jest cała masa – do wyboru, do koloru.

przestrzenieZrezygnowałem też na razie z lekcji śpiewu. Długie ćwiczenia artykulacyjne, śpiewanie z korkiem w zębach itd. nie należą jednak do mojego świata. Nie jestem typem wykonawcy, wokalisty, muzyka. Jestem wymyślaczem, przekształcaczem, zbieraczem i wyrazicielem. Przez tych kilka miesięcy nauki zwiększyła się bardzo moja umiejętność samokontroli i nie czuję już, że utknąłem z moim głosem w ślepym zaułku. Wystarczy. Mogę teraz spokojnie, w swoim zwykłym tempie, dalej go udoskonalać, nie zaniedbując gitary i harmonijek. Równie ważne, a nawet ważniejsze jest dla mnie zresztą czuwanie nad utrzymaniem czystego przepływu pomiędzy światem, mną, a moimi piosenkami. Chodzi o autentyczność, a nie doskonałość. Moimi mistrzami nie są Luciano Pavarotti i Paco de Lucia, ale Leonard Cohen, Bob Dylan, Nick Drake i Jan Krzysztof Kelus. Żaden z nich nie ma wykształcenia wokalnego czy instrumentalnego, żaden z nich nie wspiął się na prawdziwe wyżyny warsztatowe, za wyjątkiem Nicka Drake’a, który jest prawdziwym wirtuozem gitary.

Dlatego też jadę jutro do Warszawy spotkać się z S. i połazić po stołecznej przestrzeni miejskiej. Może uda mi się umówić jeszcze ze znajomymi. Czuję ogromne zapotrzebowanie na stukot kół pociągu, uciekający krajobraz, dobrą, bliską i szczerą rozmowę z przyjacielem i samotne snucie się pod wielkim dachem nieba.

o tym co trzeba zrobić, a tak naprawde to o tym, że wiosna idzie

Zwierciadło rocks! Trochę podczytuję to czasopismo Karolinie. Nie w każdym numerze znajduję coś dla siebie, ale ostatnie dwa polecam – po lekturze spisu treści każdy zainteresowany relacjami z innymi i relacjami z samym sobą z pewnością zajrzy do środka.

Kilka zdań wyczytanych w rzeczonym Zwierciadle ubiegłej nocy przypomniało mi o kilku prostych, a doniosłych rzeczach, które umknęły mi przez ostatni rok. Bo ostatni rok był rokiem działania. Działania, ale niekoniecznie rozwoju. Dwa lata temu zacząłem budować się na nowo. Przez cały rok 2008 mogłem dzięki temu na nowo i nareszcie po swojemu żyć. W międzyczasie zaniedbałem trochę konstrukcję i teraz nadszedł czas odbudowy.

No to zaczynamy. Dzięki kilku przemyśleniom i dzięki lekturze tych dwóch artykułów, wezmę się do tego jednak nieco inaczej niż zamierzałem. Przede wszystkim, zamiast narzucać sobie od razu reżim, dokładać nowych codziennych czynności, treningów i dawanych sobie obietnic najpierw odsunę na bok to, co zdecydowanie odwraca mnie od życia, od ludzi i od tego co dla mnie najważniejsze.

Po drugie – powoli. Radykalne zmiany są trudne do zniesienia i zniechęcają. Pomalutku, krok za krokiem, mam nadzieję, że w miarę odzwyczajania się od niezdrowego stylu życia, pojawiać się będzie entuzjazm do stylu życia zdrowego.

Older posts Newer posts