szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: samorozwój (page 1 of 4)

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

Pani Magda

Biega, krzyczy pani Magda:
„Gdzie jest obiektywna prawda?”
Szuka w jodze i w buddyzmie,
W jednym „izmie”, w drugim „izmie”
Setek ksiąg kartki przewraca,
W tę i nazad się nawraca,
„Szukam – płacze – od tak dawna!
Gdzie jest najprawdziwsza prawda?”
Pojechała do Bombaju,
Do Tybetu, do Szanghaju!
Jada grzybki, pali ziele,
Leży krzyżem, wcale nie je,
Wierzy w Boga wpierw, potem nie,
Zamiast jaśniej – coraz ciemniej!
Wtem – trzasnęła jakaś gałąź,
I się pojawiła – całość…
„Szukam prawdy – powiem panu
– Tak jak kropla oceanu.”

słowa otrzymane kiedyś w darze

PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, czym się trudnisz.

Chcę wiedzieć, nad czym bolejesz i czy śmiejesz marzyć o spotkaniu z tym za czym tęskni Twoje serce.

Nie interesuje mnie ile masz lat.

Chcę wiedziesz czy gotów jesteś wyjść na głupca dla miłości, dla marzeń, dla przygody, jaką jest życie.

Nie interesuje mnie jakie planety zrównują się z Twoim księżycem.

Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś środka własnego smutku; czy zdradzony otwarłeś się, czy skurczyłeś i zamknąłeś w sobie ze strachu przed dalszym cierpieniem! Chcę wiedzieć czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub Twoim, nie poruszając się, by go ukryć, stłumić lub uleczyć.

Pragnę wiedzieć,

Czy możesz współistnieć z radością, moją lub swoją;

czy umiesz zapamiętać się w tańcu  i pozwolić, by ekstaza wypełniła Cię po czubki palców dłoni i stóp, nie każąc zachowywać ostrożności, myśleć realistycznie czy pamiętać o ograniczeniach kondycji ludzkiej.

Nie interesuje mnie, czy opowiadasz mi prawdziwą historię.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarowywać innych, aby pozostać wiernym sobie;

czy umiałbyś znieść oskarżenie o zdradę  i nie zdradzić własnej duszy.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz zaufać, a zatem i być godnym zaufania. Chcę wiedzieć, czy potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie co dzień jest ładna pogoda, i czy umiesz wywodzić swe życie z obecności Boga.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć z porażką, nie tylko swoją, stanąć nad brzegiem jeziora i do srebrnego księżyca krzyczeć: TAK!

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz i ile masz pieniędzy.

Chcę wiedzieć czy umiesz wstać po nocy żalu i rozpaczy, wyczerpany, zbity jak pies, i robić to co trzeba, dla swoich dzieci.

Nie interesuje mnie, kim jesteś, skąd tu się wziąłeś.

Chcę wiedzieć, czy staniesz ze mną w środku ognia, i nie cofniesz się.

Nie interesuje mnie, gdzie, jakie i u kogo pobierałeś nauki.

Chcę wiedzieć co Cię podtrzymuje od środka, gdy wszystko inne odpada.

Chcę wiedzieć, czy umiesz być sam ze sobą; i czy naprawdę lubisz tego, z którym przystajesz w chwilach pustki.

o wibracjach powietrza wśród lasu i o tym, że duchowy może być także festiwal

Zen, psychologia procesu, taniec, holizm, medytacja chrześcijańska, aromaterapia, Qi Gong, tantra, rozwój integralny, joga ustawienia hellingerowskie, Osho… duchowość, psychologia… Bałem się najpierw, że ośmiodniowe spotkanie z tym wszystkim skończy się chaosem w głowie, a może nawet niesmakiem, poczuciem przejedzenia doświadczeniami, które przecież mają oddalać od pokus konsumpcjonizmu. A jednak dobre duchy czuwały. Spośród licznych propozycji wykładowych i warsztatowych wybrałem to, czego najbardziej byłem ciekaw i to, co – jak się okazało – wspaniale dopełniało się nawzajem. I spłynęło we mnie tym najdrogocenniejszym rodzajem wiedzy, jaki mogę posiąść.

Festiwal Integracji Ciała, Duszy i Umysłu „Tu i Teraz” miał miejsce w Nowym Kawkowie, a właściwie kilka kilometrów za wsią, w otoczonym ze wszystkich stron lasem ośrodku rozwoju osobistego. Istnienie czegoś takiego jak ośrodek rozwoju osobistego w Polsce zaskoczyło mnie przyjemnie już jakiś czas temu. I choć odwiedzając to miejsce, można odczuć buddyjskie sympatie właścicieli, wszyscy poszukujący, nauczyciele, trenerzy i życzliwi goście są tu mile widziani bez względu na to czy i jaką religię wyznają, na jakich obszarach poszukują i jakie ścieżki ich wiodą. Wszyscy oprócz tych – jak przyznał gospodarz – którzy własną drogę i własny cel uważają za jedyne słuszne.

Nie starczyło czasu, by zapoznać się z medytacją chrześcijańską, odkryć swój głos i poćwiczyć Tai Chi. Ewa Foley nie mogła przybyć, by poprowadzić bardzo oczekiwane przeze mnie zajęcia na temat panoramy społecznej. Ale przez osiem dni z jedną przerwą brałem udział w warsztatach i słuchałem wykładów od rana do wieczora. Nie mniej ważny dla mnie był czas pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Pełny udział we wszystkich wymagał zejścia z poziomu intelektu na obszar całego ciała, wszystkich czakr, świadomości szerszej niż moja biedna, pozapychana teoriami i przemyśleniami głowa. Ćwiczyłem się w tym chcąc nie chcąc od początku festiwalu i już na trzeci dzień bardziej czułem niż myślałem, co dla mnie jest dość nietypowym stanem. Czułem, że jestem pogodny i gdzieś tam we mnie jest radość. Zawdzięczałem to nie tylko własnym doświadczeniom i myślom, ale i temu specyficznemu „czemuś”, tym niewyczuwalnym zmysłowo wibracjom generowanym przez ludzi skupionych, medytujących, otwartych na siebie i innych. Próg świadomości obniżył się, góra lodowa stała się lżejsza i wynurzyła się jeszcze wyżej ponad powierzchnię ciemnego oceanu. I tak mi zostało do dziś. To, co tam widzę nie zawsze jest przyjemne, ale przecież o to mi chodzi, żeby znać siebie lepiej i stawać całym sobą przed tym, co we mnie. Nie zrobisz porządku tam, gdzie nie widzisz bałaganu.

Co do samych warsztatów: były wśród nich takie, dzięki którym zaczynałem zdawać sobie sprawę z istnienia niewidzialnych dotąd drzwi w sobie. Były takie, które pomogły mi pewne drzwi wyważyć lub pod wpływem których drzwiom udawało się przynajmniej zatrzeszczeć. Bywało wreszcie i tak, że czułem się jakbym miał taran i stał z nim przed drzwiami dawno otwartymi. Cóż – to chyba znaczy, że każdy, bez względu na to gdzie na swej drodze obecnie się znajdował, mógł znaleźć w Nowym Kawkowie coś dla siebie.

Ponieważ chciałbym skorzystać z tego, że to jest blog, a nie czasopismo, napiszę w skrajnie subiektywny sposób o swoich wrażeniach z najważniejszych (dla mnie!) warsztatów, w jakich brałem udział:

  • „Zen w życiu codziennym” – po wszystkich warsztatach oczekiwałem zdecydowanego nacisku na praktykę, bez teorii, których mam w głowie aż za dużo. Ćwiczeń zamiast opisów ćwiczeń. Medytacji zamiast mówienia o medytacji. Chciałem raczej czuć i doświadczać niż słyszeć. Roshi Maria Moneta-Malewska (rinzai zen) była żywym dowodem na to, że mistrz zen może być jednocześnie świetnym trenerem i prowadzącym. Wszystko w ciągu dziewięciogodzinnego spotkania było przemyślane, łącznie z przerwami. Kilka razy siadaliśmy w zazen, był świadomy spacer. Każde słowo było poparte krótszymi lub dłuższymi ćwiczeniami lub medytacją.Dla mnie było też ważne w tym wszystkim to, że na nowo odkryłem zen. Kiedyś coraz bardziej czułem, że moje siedzenie staje się oderwane od życia i że tylko pogłębia moją samotność. „Nie trzeba nic, wystarczy siedzieć w zazen” -te słowa rozumiałem nieco inaczej. Może „nie trzeba nic”, żeby osiągnąć oświecenie. Ale ja już nie chcę osiągać oświecenia. I pewnie dlatego zazen znów nabrało dla mnie znaczenia.
  • warsztaty hellingerowskie („Wybaczyć mamie, wybaczyć tacie”, „Macierzyństwo i ojcostwo – wymiar duchowy, osobisty i fizyczny”, „Źródła osobistej wolności i siły”,  „Prawa i porządki miłości”) – ustawienia zawsze miały dla mnie niepokojąca siłę. Odpychają mnie i przyciągają. Przyciągają, bo nagle bez świadomych praktyk odblokowują i uwalniają we mnie pewne rzeczy w sposób bardzo silny i konkretnie, na czysto fizycznym planie wpływają na moje relacje z rodziną. Odpychają mnie, bo boję się grzebania w podświadomości tak wprost. Cóż – koniec końców biorę w tym udział. To dzięki wykładom, książce i wizualizacjom związanym z ustawieniami, których doświadczyłem na innych warsztatach, zmienił się bardzo mocno mój obraz własnej rodziny. Dzięki nim wróciłem do niej i mogę znów czerpać siłę z tego, że jestem częścią systemu rodzinnego –  czegoś znacznie starszego, większego i potężniejszego ode mnie. I – na poziomie duszy – zawsze, ale to zawsze kochającego i sprzyjającego. Warsztaty prowadziła Ewa Cyzman-Bany – uczennica samego Hellingera. Kobieta, która ma bezpośredni wgląd w wiele rzeczy niewidocznych dla większości ludzi. Pełna charyzmy i szlachetnego uroku, obserwowała nas wzrokiem mądrej i czujnej wilczycy. Myślę, że przeprowadzając ustawienia łatwo jest rzucać słowa na wiatr lub nie mówić nic kiedy jest coś do powiedzenia. Ewa potrafiła doskonale poruszać się w wąskiej przestrzeni pomiędzy tymi skrajnościami. Z każdych warsztatów wyszedłem zainspirowany. Jeśli w jakiejś dziedzinie życia czułem, że znajduję się przed szlabanem, nie wiedzieć jak znajdowałem się już za nim. Jeśli byłem na rozstajach, uświadamiałem sobie, że właśnie zacząłem iść właściwą drogą.
  • „Wszechświat we mnie” i „Medytacja zorientowana na proces” – psychologia procesu intrygowała mnie od pewnego czasu. Szamańskie metody dochodzenia do źródeł problemów, praca z ruchem i z dźwiękiem, terapia bez terapeuty (możliwa przy pewnym poziomie samoświadomości i predyspozycji). Psychologia procesu jest bardzo związana z zen. Jak tłumaczył prowadzący warsztaty Robert Palusiński, zorientowana na proces medytacja zaczyna się od tego samego: od siedzenia i koncentracji na oddechu. Dopiero przy pojawianiu się czynników rozpraszających ten rodzaj praktyki odchodzi od zen. Jeśli porównać medytującego do człowieka idącego przez targ, myśli, odczucia i wszystko, co dekoncentruje – do straganów, a to, co sprawia, że zapominamy o oddechu lub liczeniu – do wołającego nas tajemniczego jegomościa w bramie, siedzący w zazen kłania się grzecznie owemu człowiekowi, odwraca od niego wzrok i idzie dalej. Medytujący zorientowany na proces opuszcza natomiast ścieżkę i znika w bramie, starając się być jak najbardziej świadomym tego, do jakich odkryć go to prowadzi. Bo ciało i umysł zawsze do nas mówią. Medytacja zorientowana na proces otwiera nas na to, co mają nam do przekazania. Okazało się jednak, że temat w swoim wymiarze praktycznym przerasta mnie, a jednocześnie ja przerastam temat. Tak się przyzwyczaiłem do trudniejszych zadań, takich jak kierowanie świadomości w różne miejsca w ciele, stawanie się obserwatorem samego siebie, intensywna koncentracja i tego typu gimnastyka mentalna, że nie byłem w stanie przeprowadzić niektórych prostszych ćwiczeń i medytacji, a rezultaty tych, którym podołałem, były mało odkrywcze i spokojnie mógłbym do nich dojść przy pomocy innych metod. Cóż – dla mnie ów psychologiczny szamanizm pozostanie fajnym urozmaiceniem i metodą kontaktu z pewnymi mniej istotnymi zjawiskami. Dla wielu jednak z pewnością może być potężnym narzędziem samopoznania i wykorzystania drzemiących w człowieku potencjałów.
  • „Uwaga na duchowy materializm” – wziąłem udział w tym warsztacie ze względu na książkę Czogiama Trungpy pod podobnym tytułem, która swojego czasu uświadomiła mi kilka ważnych spraw i wpłynęła na mnie bardzo trzeźwiąco, a z której niewiele już pamiętam. Ciekawiła mnie również możliwość spotkania z prowadzącym, słynnym terapeutą Wojciechem Eichelbergerem. I nie zawiodłem się. Chociaż to, o czym była mowa, przypomniało mi nieco książkę i utwierdziło przekonanie, że jestem na dobrym kursie, warsztat bardzo mnie zainspirował i rozszerzył postrzeganie tematu, jakim jest duchowość. Przede wszystkim o to, że warto pamiętać, że w prawdziwej duchowości to ja/ego przydarza się duchowi/Bogu/wszechświatowi, a nie odwrotnie. Duchowość nie jest częścią mnie. Nie jest „moja”. Jest nieskończona. Traktując ją jako coś, co mamy i co musimy rozwijać, wykrajamy z niej tylko mały kawałeczek, poza który nigdy nie będziemy mogli nawet spojrzeć, jeśli nie uświadomimy sobie z całą mocą tego, że jesteśmy w ślepej uliczce. A im dalej w tę uliczkę, tym trudniej sobie to uświadomić. Czasem taką okrojoną duchowość może stanowić pewien rodzaj religijności: taki, który o swoje jedynie słuszne poglądy i o swojego (!) Boga każe walczyć z całym światem (jakby Bóg sam sobie nie potrafił poradzić!) lub taki, który w rozwoju duchowym widzi przede wszystkim przyjemność (kadzidełka, medytacje wywołujące błogostan, figurki) lub prestiż („Jestem bardzo rozwinięty duchowo, a ludzie mają do mnie szacunek. Jestem kimś lepszym i mądrzejszym”).

W ostatni dzień festiwalu zorganizowaliśmy z gospodarzami mały koncercik, na którym zagrałem kilka swoich piosenek, a także kilka tych, których słowa przypominały mi się podczas trwania „Tu i Teraz”. Nowe Kawkowo i okolice stały się kolejnym punktem na mapie Warmii i Mazur, wzbudzającym we mnie ciepłe uczucia. Wspomnienia imprezy pozostaną na długo, tak jak – mam nadzieję – nowe znajomości. A ruch, który  przybrał we mnie na sile podczas jej trwania… cóż, pewnie nigdy się nie skończy. Tak naprawdę to wcale nie rozpoczął się teraz. Trwał na długo przed powstaniem świata.

o nieszczęściach potrzebnych do szczęścia

Trudno jest nie być ofiarą okoliczności, losu, przypadku, Boga, Szatana, prawa karmy, ludzi, świata, Polski i tzw. „ułomnej ludzkiej kondycji”. Trudno, bo jeśli się nią nie jest, bierze się świadomie odpowiedzialność za wszystko. To są drzwi do nieograniczonej mocy jaka w nas drzemie. Chrześcijanie mówią, że zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga. Myślę, że nie chodzi tu o to, że Jezus też miał ręce i nogi. Chodzi o to, że my też mamy nieograniczoną moc kreacji. Kreacji własnego życia. I nieograniczoną wolność.

Jedyne bariery jakie stoją przede mną, postawiłem ja sam. Cały ból, jaki mi się przydarzył, wynikał z tego, co we mnie. Będąc tego głęboko świadomym, łatwo mi było stać się z kolei ofiarą samego siebie. Dlatego uczę się akceptować siebie i kochać. Bo wszystko co się dzieje, służy temu, żebym wzrastał i był szczęśliwy. Pytanie: „Jak może istnieć dobry wszechmocny Bóg, skoro jest tyle nieszczęść” jest bez sensu. Nie ma nieszczęść. Są mniej lub bardziej dosadne komunikaty, jakie nam daje życie. I jest nasza niezgoda na te z nich, które nazywamy nieszczęściami. Niezgoda całkiem zrozumiała, bo to bardzo trudna sprawa by była – tak wszystko zawsze akceptować z pokorą. Są tacy, którzy potrafią i ja ich bardzo podziwiam. Często jednak przyciągamy do siebie takie doświadczenia, które przerastają naszą zdolność do wzięcia za nie odpowiedzialności, wyciągnięcia nauki i zrobienia dzięki nim kroku naprzód. To samo tyczy się mnie. Czasem użalam się nad sobą, innym razem coś zmieniam i działam.

Tak zwane „nieszczęście”, ból, choroba, niefortunny zbieg okoliczności, wypadek, poczucie braku perspektyw, niemocy, zniewolenia – to wszystko jest wołaniem o to, żeby coś zmienić. Im bardziej dotkliwie to odczuwamy, tym ważniejsza jest sprawa i tym większej zmiany w myśleniu czy w postrzeganiu musimy dokonać. I tylko temu służy skala „nieszczęścia”. Nie temu, żebyśmy głośniej narzekali, tylko temu, żebyśmy głębiej szukali i bardziej się za siebie wzięli.

o ścieżce nie dość że wąskiej, to jeszcze za krzakami

Każdy ma życie takie, jakie sam sobie – świadomie lub nieświadomie – wybiera chwila po chwili. Nie ma jednego, obiektywnego świata, w którym musimy żyć, czy chcemy czy nie. Dla każdego ten świat jest inny, a to jaki jest mój, zależy tylko ode mnie i od nikogo innego.

Całkiem niedawno uwierzyłem w to, że tak jest. Na słowo, bez dowodów, na kredyt. I od tego czasu, kiedy zamiast narzekać i walczyć, zacząłem przyczyn wszelkich własnych niepowodzeń i złych zdarzeń bez wytchnienia szukać w sobie samym, we własnych myślach, w swoich wyborach, uczuciach, emocjach, w swoim stosunku do ludzi i – przede wszystkim – do siebie samego, szukać głęboko, zarówno samemu, jak i przy pomocy cudownych, mądrych ludzi, których mam honor i przyjemność znać, szukać z niezmiennym założeniem, że one tam są; od tego czasu dokonuję przedziwnych i zaskakujących odkryć. I wiele niegdyś niewyjaśnialnych rzeczy staje się jasnych.

o tym jak można prosto, a pięknie

Słucham sobie dziś płyt, które dostałem od kolegi i nagle…

Pomyśl Ty czasem o innych,
czasem też dla nich coś zrób.
Gdybyś tak kogoś szczęśliwszym
uczynił choćby o ciut…

Świata to pewnie nie zmieni,
a co najwyżej Ciebie
i może coś tam przybędzie
na Twoim koncie w niebie.

Co warte inaczej całe to Twoje istnienie,
jeśli Ty żyjesz tylko sam dla siebie
i jeśli nie chodzi po tej ziemi żaden człowiek,
któremu serce drgnie na myśl o Tobie?

Głupcom głupotę ich wybacz,
no po co zaraz się tak złościć.
Odpuść i tym co zasiali
nienawiść w sercu Twoim.

Żonie kup kwiaty na Solnym na przykład,
nie musisz zaraz gwiazdki z nieba,
i chroń tę Waszą świętą bliskość –
pielęgnuj, dbaj, podlewaj

I przypominaj sobie, przypominaj,
tak łatwo się zapomina
o tym, co ważne, dobre, mądre,
z pozoru drobne.

Waldemar Śmiałkowski, Przypominanie

Śpij
Rankiem gdy się zbudzisz
Znajdziesz na poduszce lalkę lub pajaca
Śpij
Jutro pójdziesz do ludzi
Będziesz się uczyć wybaczać i dawać

Nie kupi ci tata karabinów i czołgów
Samochodów pancernych podwodnych łodzi
Ołowianych żołnierzy pistoletów bombowców
bo tata nie z tego jest świata

Śpij
Nabieraj sił
Na wszystkie naiwne i trudne pytania.
Śpij
Gdy obudzisz się – żyj
Postaraj się być częścią tego świata

Waldemar Śmiałkowski, Kołysanka dla Mateusza

Sami posłuchajcie – http://www.myspace.com/waldemarsmialkowski

o dwóch życia sposobach

Przez życie możesz iść w jeden z dwóch sposobów: walcząc bądź tworząc.
W pierwszym przypadku jesteś ofiarą okoliczności.
W drugim – jesteś panem i władcą swojego życia.

Wallace D. Wattles

Cytat z bardzo inspirującego bloga.

Older posts