szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: rodzina (page 2 of 2)

zamiast wesela

Bardzo to był dobry układ, niezwykle udany: ślub, obiad z najbliższą rodziną i przyjaciółmi, a potem – z tymi właśnie przyjaciółmi – impreza u jednego z nich, radość, rzewność, poznawanie się i wciąż na nowo rozpoznawanie, poezja, szaleństwo, pukanie do kolejnych drzwi w sobie nawzajem i w sobie samym ich otwieranie. I było tak cudownie, że zupełnie nie spodziewałem się, że jeszcze jakaś chwila może być tak piękna, jak obecna, gdy siedzę na posterunku, patrzę przez okno jak pada letni deszcz, palę fajkę i piszę te słowa. I szkoda tylko, że wczoraj dałem się otumanić jakimś mało istotnym sprawom, że zmarnowałem wieczór na głupie porządki, że nie dopełniłem jeszcze jednego dnia, jaki dany mi było spędzić z Karolinką, z którą już wobec wszystkich i wobec siebie jeszcze bardziej, jeszcze inaczej, jeszcze w inny, nowy sposób jesteśmy razem. Do tego stopnia razem, na ile pozwala nasze kruche istnienie w tym kruchym i zmieniającym się wciąż nie do poznania świecie.

ja, miasto i Miasteczko

Smutek skwarnego sobotniego popołudnia. Od dziesięciu godzin na posterunku. Przy Wadowickiej cisza. Przez prześwit pomiędzy biurowcami przepływa, mieniąc się w Słońcu, pusty tramwaj. Zaczynają się pomału wakacje w pustym mieście. Dużo czasu na czytanie, jeszcze więcej na rozmowy z ciekawymi ludźmi, których w tej firmie ochroniarskiej akurat nie brakuje. Czekają mnie wschody i zachody Słońca w industrialnym krajobrazie fabryki. Merkury i Wenus. Księżyc i letnie burze. Robotnicy, których po sobotniej nocnej zmianie lepiej nie kontrolować alkomatem, bo zdecydowana większość straciłaby pracę. A ludzi brakuje.

Mama u Babci. Zamiast mnie spędza w krainie swojego i mojego dzieciństwa upalne dni. U Babci czas nie płynie. Wydarzenia pojawiają się i znikają, ale ciągle te same promienie letniego Słońca wpadają przez balkon na wysłużony dywan, ciągle te same obłoki wolno płyną nad ulicą Piękną, ciągle ten sam księżyc przesiewa swoje ciemnozłote światło przez firanki w dawnym pokoju dzieci… Czas zatrzymał się i krąży powoli wokół Miasteczka, odmierzając po raz kolejny ten sam rok.

Kiedyś Dziadek i Babcia nie wyjdą więcej na szóstą do kościółka Kapucynów. Wtedy nagle lata przestaną płynąć, na Miasteczko spadnie szara zasłona, a we mnie otworzy się wielka rozpadlina, w której na zawsze zniknie kolorowa, cudowna kraina babcinej miłości, pięknego dzieciństwa i bajecznych powrotów. Wtedy długo, bardzo długo nic nie napiszę…

Potem Miasteczko będzie już tylko zwyczajnym punktem na mapie, jak tysiące innych miasteczek, w których nigdy nie byłem. A ja stanę się dużo, dużo mniejszy. Nie będę już tyle mówić o przeszłości, a z zabliźnionej rany we mnie wypłynie łza za każdym razem, gdy będę wymieniał nazwę mojego miejsca urodzenia.

o moim małym przekazie Dharmy

Cały impet twórczy kieruję w stronę tłumaczeń piosenek Nicka Drake’a. Tej nocy skończyłem wstępnie kolejny utwór. To zamiast tłumaczenia się z tego, że ostatnio żadnych nowości na blogu nie było.

Wielkanocne przebywanie w moim miasteczku zaskoczyło mnie pozytywnie. Dzięki utyskiwaniom babci na moją religijną konwersję zostały przetarte nowe szlaki pomiędzy członkami rodziny. Dużo rozmów o duchowości, o tolerancji, dużo głębszych dyskusji na temat problemów ze światem i ze sobą, w których czasem brałem udział, choć częściej – nie chcąc psuć intymnej więzi umysłowej, jaka ujawniła się pomiędzy dorosłymi – z zadowoleniem przysłuchiwałem się im z innego pokoju.

Wieczorami spotykałem się ze znajomymi i przyjaciółmi. Miasteczkowe knajpy aż wrzały od powitań, radosnych spotkań po latach i nigdy nie dokończonych rozmów. Kolega, który dwa lata temu usłyszał ode mnie o Dharmie promieniuje dziś szlachetnym spokojem i dobrocią – jest daleko, daleko przede mną na ścieżce. Zupełnie nieświadomie podzielił się swoją energią ze mną – coś się znów łagodnie tli nad moją głową. Może to tylko wiosna, ale chyba nie.

Soto zen okazuje się dla mnie zbyt trudny. W sobotę idę do ośrodka Karma Kagyu. Kupiłem nową książkę lamy Olego Nydahla, Buddę i miłość.

W leniwe wiosenne popołudnie przejażdżka rowerem do sklepu stanowi dla mnie najwyższą przyjemność.

A Wam, wszystkim bez wyjątku, życzę sił potrzebnych do przekształcenia każdej cząsteczki gniewu, nienawiści i smutku w miłość, radość i spokój. Om Mani Padme Hum lub – jeśli wolicie – niech Bóg będzie z Wami.

o mojej prawdziwej ojczyźnie i o starej, wysłużonej wannie

Przygotowanie w miarę gorącej kąpieli w wannie bez kranu, w mieszkanku pozbawionym na razie ciepłej wody, zajmuje tylko dwie godziny. Potrzeba do tego wiadra, dwóch dużych grzałek, czajnika elektrycznego i całej masy energii elektrycznej.

W przerwach pomiędzy wlewaniem nowych porcji wrzątku do wanny, dopracowywałem nową piosenkę. W tym mieszkaniu zupełnie inaczej robi się takie rzeczy niż gdzie indziej.

Woła mnie Słońce dalekim krzykiem wron:
– Wracaj do domu! – Nie wiem gdzie jest mój dom…

wieczorny widok na Bazylany

Dwa dni wcześniej siedząc z Bartkiem na cmentarzyku na Bazylanach w rodzinnym miasteczku zdałem sobie sprawę z pewnej ważnej rzeczy. Mianowicie z tego, że moim celem, moim dao, moim przeznaczeniem nie jest bycie grafikiem lub naukowcem, nie jest osiągnięcie nirwany. Moje przeznaczenie jest tam. Wśród tamtych drzew. Na tamtej ziemi. Pod tamtym niebem. Kiedy tam jestem – wtedy jestem u celu i u źródła. Ten skrawek nieurodzajnego gruntu, te, a nie inne drzewa – to moja Shambala. I jeśli nie będę umiał przywołać jej zawsze i wszędzie, kiedyś tam wrócę. I tak tam wrócę. Razem z najbliższym mi człowiekiem. Tam urządzę nam dom. Z oknem na te nagie przez większą część roku, koślawe konary, na podmokłe łąki, na las i pobliski cmentarz. Może nie zabudują tej okolicy tak szybko.

Za rok, za pięć, za dziesięć, za trzydzieści – nie wiem kiedy. I nie muszę specjalnie się starać. Wystarczy, że się poddam. Prąd życia mnie tam zawiedzie. Wiem to.

*

Ale miało być o wannie.

Pięknym, euforycznym przeżyciem było dla mnie zanurzenie się w wannie przywiezionej przez tatę z Chełma. W wannie, która była integralną częścią naszej łazienki w ciągu całej 20-letniej historii lokalu przy ul. Wolności. W wannie, w której, jak byłem mały, tata usiłował nauczyć mnie unosić się na wodzie. W wannie, gdzie bawiąc się plastikowymi zwierzątkami i ludzikami, wymyśliłem pewnego wieczoru swoją pierwszą w życiu domykającą się fabułę. W wannie, w której znalazłem kiedyś długi blond włos swojej licealnej miłości i z której od razu wtedy wyskoczyłem, by do niej zadzwonić, choć rozstaliśmy się dzień wcześniej. W wannie, w której przeczytałem pierwsze opowiadanie Stachury. W wannie, w której zanurzałem się z lubością po powrotach z Krakowa w okresie, gdy byłem tam skazany na korzystanie z tak prozaicznego i pozbawionego duszy, choć niewątpliwie oszczędnego i ekonomicznego narzędzia jak prysznic.

Właśnie dlatego, by już dziś przeżyć tę mistyczną chwilę zanurzenia się w Wannie Pełnej Wspomnień, nie czekałem z kąpielą do jutrzejszego wieczoru w domku na wsi. Ta Wanna będzie budzić we mnie sentyment jeszcze przez pół roku. Potem zostanie na poddaszu i będzie służyć kolejnym lokatorom. Choć gdybym stał się do tej pory ekscentrycznym milionerem (innym bym na pewno nie potrafił być), zabrałbym Wannę ze sobą, na miejscu pozostawiając najdroższy zestaw prysznicowy jaki bym znalazł w Radomsku.

Tymczasem mogę tylko zadeklarować, że jedną z pierwszych rzeczy jaką wstawię do swego przyszłego domku na Bazylanach, będzie piękna dwuosobowa wanna. Stanie się tak nawet w sytuacji, gdy będą musiały poczekać łóżko, szafa lub stół i krzesła. I nawet, gdyby pozostałe sprzęty musiały być z tych najtańszych, wanna musi być i obrastać powoli w myśli, wrażenia i emocje.

Shunryu Suzuki, Umysł zen, umysł początkującego

Kiedy coś mówimy, zawsze wplątany jest w to nasz subiektywny zamiar czy sytuacja. Nie ma doskonałego słowa, pewne zniekształcenie jest zawsze obecne w każdym stwierdzeniu. Ale pomimo to poprzez wypowiedź naszego mistrza musimy zrozumieć obiektywny fakt sarn w sobie – fakt ostateczny. Poprzez ostateczny fakt nie rozumiemy czegoś wiecznego lub stałego, rozumiemy przez to rzeczy takimi jakie są w każdej chwili. Możecie nazwać to „bytem” lub „rzeczywistością”.

(…) Podkreślamy bezpośredniość. Powinniście być wierni swoim uczuciom i umysłowi, wyrażając się bez jakichkolwiek zahamowań. Ułatwia to słuchaczowi rozumienie.

Kiedy kogoś słuchacie, powinniście porzucić wszelkie z góry powzięte wyobrażenia i subiektywne opinie; powinniście po prostu go słuchać, obserwować, jaka jest jego droga. Kładziemy bardzo niewielki nacisk na to, co właściwe lub błędne, dobre czy złe. Po prostu widzimy o co mu chodzi i akceptujemy to. Oto w jaki sposób porozumiewamy się ze sobą. Zazwyczaj kiedy słuchacie jakiejś wypowiedzi, słyszycie ją tak, jak gdyby była ona echem was samych. Właściwie słuchacie swojej własnej opinii. Jeśli to się zgadza z waszą opinią, możecie ją przyjąć, lecz jeśli się nie zgadza, to odrzucacie ją lub też możecie jej nawet nie usłyszeć. Oto jedno z niebezpieczeństw, gdy się kogoś słucha. Inne niebezpieczeństwo to dać się usidlić wypowiedzi. Jeśli nie rozumiecie prawdziwego sensu wypowiedzi swojego nauczyciela, łatwo wpadniecie w pułapkę spowodowaną waszym subiektywnym rozumieniem lub szczególnym sposobem wyrażania tej wypowiedzi Weźmiecie to, co mówi mistrz, jedynie za stwierdzenie, bez zrozumienia ducha poza słowami. Takie niebezpieczeństwo zawsze istnieje.

Trudno o dobre porozumienie pomiędzy rodzicami a dziećmi, ponieważ rodzice zawsze mają jakieś intencje. Ich intencje są prawie zawsze dobre, ale sposób w jaki mówią czy sposób w jaki wyrażają siebie, często nie jest swobodny, lecz zbyt jednostronny i nierealistyczny. Każdy z was ma własny sposób wyrażania siebie i trudno jest zmieniać go stosownie do okoliczności. Jeśli rodzice zdobędą się na wyrażanie siebie na różne sposoby, stosownie do sytuacji, wychowanie ich dzieci nie będzie zagrożone. Jest to jednak trudne. Jest bardzo trudno być naturalnym w stosunku do siebie, a równie trudno jest stosować się w odpowiedni sposób do tego, co mówią czy robią inni. Jeśli celowo próbujemy przystosować się w jakiś sposób – nie możemy być naturalni. Jeśli będziecie próbowali nastawić się w pewien sposób, zgubicie się. A więc swobodne wyrażanie siebie, bez nastawiania się w jakiś określony, wynikający z upodobań sposób to najważniejsze dla uszczęśliwienia siebie i innych. (…) Powinniśmy więc być skoncentrowani całym naszym umysłem i ciałem na tym, co robimy, i powinniśmy być wierni sobie samym, obiektywnie i subiektywnie, wierni szczególnie naszym uczuciom. Nawet kiedy nie czujecie się zbyt dobrze, lepiej wyrazić to, jak się czujecie, bez jakiegoś szczególnego przywiązania czy zamiaru. Możesz więc powiedzieć: „Och, przepraszam, nie czuję się dobrze”. To wystarczy. Nie powinieneś mówić: „To twoja wina!”. To za dużo. Możesz powiedzieć: „Och, przepraszam, tak, jestem zły na ciebie”. Nie ma potrzeby mówić, że nie jesteś zły, kiedy jesteś zły. Powinieneś po prostu powiedzieć: „Jestem zły”. To wystarcza.

Prawdziwe porozumiewanie się zależy od tego, Czy jesteśmy w stosunku do siebie całkowicie szczerzy. (…)

sen

Dzisiejszy sen fantastycznie sportretował obecny stan mojej psychiki w czasach nacisków, tęsknoty, mieszkania w cudzym domu, niepewności i uzależnienia materialnego od innych. Nadmienię jeszcze, że oglądałem przed zaśnięciem zakończony masakrą film Meet the Feebles o szmacianych kukłach, narkotykach, pornobiznesie i całą zgnilizną artystycznego światka wielkich amerykańskich miast.

Chodziłem do szkoły. Mieliśmy bardzo dziwną lekcję o narkotykach. Dostaliśmy przepisy na najróżniejsze substancje, powiedziano nam wszystko o szkodliwości zażywania owych substancji, po czym wraz ze składnikami potrzebnymi do ich sporządzenia wysłano nas do domu. Oczywiście, kiedy lekcja się skończyła, wszyscy zażyliśmy wyprodukowane przez nas prochy. Sen był na tyle realistyczny, że nie pamiętam dokładnie tego, co się działo potem. Tyle tylko do mojej świadomości doszło, że przez piwnice, korytarzami, wzdłuż których biegły rury wydostałem się jakoś na tyły szkoły (okazało się nią być moje liceum w Chełmie). I tu rozpoczęła się odyseja.

Miasto było pogrążone w półmroku, wszystkie budynki i staroświeckie latarnie zdawały się być krzywe, ludzie zaś i samochody poruszały się bezszelestnie i powoli, jakby centymetr nad ziemią. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Panował jakiś dziwny, bagienny zaduch, a w powietrzu unosiła się mgła, przez którą ledwie przebijały się światła mieszkań. Nie wiem dokąd szedłem ani czego szukałem. Czułem się całkowicie zagubiony i nieszczęśliwy. Nie pamiętam zbyt wiele. Pamiętam, że ktoś mi powiedział, a może był to tylko głos w mojej głowie, że mogę iść na skróty kanałami. Wszedłem więc w pierwszą napotkaną studzienkę kanalizacyjną i brnąc po kolana w szlamie, wdychając narkotyczne opary, sunąłem przed siebie. Gdy już wydawało mi się, że zaraz się uduszę, korytarz zaczął się podnosić i wyszedłem na ulicę, która wyglądała jak Lwowską, ale budynki były wyższe i pochylały się złowrogo nad brukowanym chodnikiem. Usłyszałem na górze hałas. Na balkonie na pierwszym piętrze jednej z kamieniczek stała kobieta w skórzanej, jaskrawoczerwonej kurtce. Balkon połączony był ze schodami prowadzącymi na ulicę. Kobieta mówiła rozpaczliwym tonem w stronę drzwi od balkonu, za którymi prawdopodobnie stało jej dziecko:
– Przepraszam cię, moje maleństwo, ja naprawdę już nie mogę. Nie wytrzymam ani chwili dłużej…
Poczułem do tej kobiety nagłe współczucie i pomyślałem, że muszę z nią porozmawiać, bo intuicja mówiła mi, że jesteśmy w podobnej sytuacji. Ale wtem przestąpiła ona balustradę i poleciała w dół. Upadła kilka metrów ode mnie martwa jak czerwony worek cementu albo kukła z Feeblesów. Poszedłem dalej.

Kiedy dotarłem do domu, wróciła mi pełna świadomość, zupełnie tak, jakbym się obudził. Opowiadałem mamie co zaszło. Kręciła głową, nic nie mówiąc. Po chwili pojawił się ojciec, który wrócił od babci zdenerwowany i powiedział, że babcia straciła przytomność i do wtorku na pewno umrze (babcia, jak pisałem na samym wstępie tego bloga, umarła późną jesienią). Zobaczywszy mnie, zaczął mi robić wyrzuty, że się szlajam nie wiadomo gdzie, zamiast ją odwiedzić i że teraz jest za późno. Próbowałem mu tłumaczyć, że to był jakiś sen i nie zdawałem sobie w nim sprawy z istnienia czegokolwiek, nawet babci.
– Tylko ze swojego istnienia zdajesz sobie sprawę, prawda?!- mówił swoim podniesionym, zirytowanym tonem. – Ważne są dla ciebie tylko jakieś kanały i samobójstwa obcych ludzi!
Wpadałem w coraz większą wściekłość. Przewróciłem stół.
– Gdybym wiedział, że z babcią tak źle, poszedłbym do niej!
– To było się dowiedzieć! Byłeś w mieście, nikt nie bronił ci wstąpić na chwilę po drodze!
– Ja nie wiedziałem co robię, rozumiesz? To był sen!
– To dlaczego nie przyśniło ci się, żeby pójść do babci? Tylko o sobie myślisz!
Kłócąc się z nim, zacząłem miotać się po kuchni rozwalając w bezsilnej złości wszystko, co mi wpadło w ręce.
– Tak, niszcz wszystko, niszcz – mimo, że zły, wydawał się panować nad sobą doskonale. – Udowodnij tym, że obchodzi cię cokolwiek poza tym, co roi się w twojej głowie.

Zadzwonił budzik. Obudziłem się z uczuciem straszliwej samotności, totalnym mętlikiem w głowie i wyrzutami sumienia, które tylko trochę zniwelowało uświadomienie sobie że jestem nie w Chełmie, a w Woli Blakowej i że babcia spoczywa w spokoju na cmentarzu pod lasem, gdzie szumią drzewa i księżyc świeci najjaśniej.

Newer posts