szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: rodzina (page 1 of 2)

O drodze do Miasteczka, które przestało być takie proste

W drodze– Chyba powinniśmy byli skręcić wcześniej na Pisz.
– Weź już schowaj tego GPS-a. Ja mogę jechać nawet przez Węgorzewo. Jest cudownie.
Mijane w drodze do Miasteczka jeziora ze swoimi dzikimi brzegami, wysepkami, drzemiącą wśród powykręcanych korzeni mroczną, pogańską pieśnią, zwieszającymi się ku wodzie żółtymi brodami zeszłorocznych traw… Inny świat. Nawet gdy miga tylko przelotnie przez szyby samochodu.

Wcześniej, jeszcze na Warmii, rozpościerał się przed nami spektakl na niebie, najpiękniejszym niebie na świecie. Barwne, fantazyjnie ukształtowane chmury, smugi deszczu przecinające smugi słońca, księżyc w pełni wschodzący zza obłoku, a wszystko to ponad młodą ziemią, zieleniącą się i pachnącą po wyjściu z zimy. Wczoraj jeszcze sypał grad, gdy sadziłem wierzby wzdłuż podwórka, ale czuć, że przestrzeń znowu oddycha, czuć to dookoła i w sobie.

A w Miasteczku… Pisałem kiedyś, jak wyobrażam sobie czas, gdy z mieszkania, które stanowi kolebkę mojego życia, a także azyl magii dzieciństwa i przechowalnię wrażeń znikną Dziadkowie. Cóż, czas płynie, wszystko się zmienia. Szara zasłona już zapadła, rzadziej już mówię o przeszłości. Dziadek odszedł kilka lat temu i tylko Babcia drepcze drogą do Kapucynów. A u Babci lęk, zagubienie i bezradność, choć pomagają jej ile mogą mama i S. Nazywam jej uczucia, pytam o nie, Babcia ze łzami w oczach potakuje. Obiecuję pomóc wyjaśnić jakąś nową sprawę. Babcia wspomina przede wszystkim krzywdy jej wyrządzone – zdarzenia prawdziwe i urojone. Ludzie w jej życiu, również najbliżsi, zmieniają się w widma poruszane niepojętymi, bezwzględnymi siłami. Sama nie może uwierzyć w to, co się dzieje, ale „tak, tak! Ja ci mówię, jak jest!”.
MiasteczkoW Miasteczku nie został prawie nikt, a Babcia nie chce opuścić pustego wnętrza, które odbija i zwielokrotnia ciężkie, przytłaczające myśli, bo działki przecież nie zostawi i kwiatków na parapecie, i deszczu za poszarzałą firanką. Nawet na kilka dni świątecznych trudno jej się z nami zabrać.
– Gdybym ja miała dożywać u dzieci… – mówi Babcia – a w życiu! Tu mnie dobrze! Myślisz, że ja się tu smucę? Gdzie tam!
Mówią, że starych drzew się nie przesadza, starym drzewom prędzej skamienieć niż do świeżej, żyznej ziemi. Może tak musi być? Ile w namowach i dobrych radach miłości? Ile zrozumienia? Ile egoistycznego poczucia winy i obowiązku? Patrzę uważnie, słucham, ignorując pojawiające się w głowie sądy i komentarze. Wprawiam się w rozumieniu tego, czego nie da się ze sobą pogodzić. Zawsze się wprawiam.

o tym, co w międzyczasie

2011.11.01 13-22-28-P1060821Myślałem, żeby wrócić do tego opuszczonego, a przecież najstarszego i najdłużej prowadzonego z moich nielicznych blogów, już od pewnego czasu. I wracam, choć nie wiem, jak często będę pisał. W międzyczasie sporo się u mnie pozmieniało.

Przede wszystkim jestem starszy. Nie czuję się dwudziestotrzylatkiem, jak jeszcze kilka lat temu. Świadomość towarzyszy chyba mojemu prawdziwemu wiekowi, a w tym roku stuknie mi już trzydzieści pięć… Tak jest lepiej i dobrze mi z tym. Rzadko łapię się na tym, że chciałbym mentalnie wrócić do młodości. Cenię sobie cierpliwość, której całe pokłady ułożyły się we mnie i wokół mnie jak miękka zbroja, odkąd mam dziecko (chłopczyk, o którym pisałem tutaj, ma już cztery lata…), całe doświadczenie tylu bogatych lat, różnych miejsc, stanów ducha, poszukiwań, lubię spokojną stanowczość, na jaką mnie stać, siłę, którą czuję. Świat i jego wyzwania przestały być zbyt wielkie, czuję się jego pełnoprawnym mieszkańcem.

Brakuje mi tylko tej bezpośredniości, świeżości i koloru patrzenia na świat gołymi oczyma. Teraz czuję ciążące na nosie, głowie i karku wielkie szkła 2011.12.10 15-01-24-P1070168światopoglądu, różnych obaw i lęków. Góra nie jest już górą, woda nie jest już wodą. Droga to nie tylko droga, to też paliwo, ceny paliwa, niebezpieczeństwo wypadku, woda i kurz na szybach, opony letnie i zimowe… Metaforyzuję, ale i dosłownie tak jest: obfitość różnych przedmiotów, akt własności domu, samochód wiążą i ciążą. Niech bym się o to wszystko tylko martwił, byłoby dobrze. Ale cały ten domowy inwentarz ciąży na percepcji, odwraca uwagę od tego, co tak zawsze było dla mnie drogie – od natury, powietrza i przestrzeni. W bezpiecznych ścianach własnego domu, w ciepłym i otulonym muzyką wnętrzu samochodu to, co na zewnątrz, staje się obce, czasem nawet groźne.
2011.12.21 14-14-07-P1070336To zabawny paradoks, bo przecież mieszkam na wsi, a od ponad trzech lat na znacznie większym wygwizdowie niż Dorotowo, gdzie pisałem ostatnie słowa na tym blogu. Co z tego, skoro wszelkie zakupy, odwiedziny, sprawy codzienne i niecodzienne nie wymagają już pójścia na miasto, bezpośredniego kontaktu ciała i oddechu z otoczeniem, czucia wiatru na twarzy i ziemi pod stopami. W mojej wiosce nie ma nic i nikogo, poza kilkorgiem dobrych sąsiadów. Wychodzę z domu, wsiadam w auto, odgradzając się metalem i szybami od świata, i jadę. A gdy nie jadę – siedzę przed komputerem, bo pracuję, albo bawię się z dzieckiem w domu. Na specjalnie wydzielone, regularne godziny spaceru, kontaktu z naturą itp. brakuje czasu, samozaparcia i motywacji. Jak już pisałem, jestem w swoim wieku, a to wiąże się też z wyborem tych aktywności, które połączyłem już ze swoim życiem i odrzucenie tych, do których nie do końca jestem przekonany. Tak się składa, że niemal wszystko, co lubię i potrafię robić, robi się w domu przy klawiaturze. Cóż, jeśli idzie o naturę, pozostaje jej obecność dookoła i przebogate wrażenia wzrokowe (patrz zdjęcia przy tym wpisie – wszystkie pochodzą z pierwszej jesieni spędzonej tutaj).

Co jeszcze działo się u mnie przez te lata? Smutno było nam opuszczać nasz domek nad jeziorem i nadal trochę do niego tęsknimy. Gdy jedziemy na południe, czasem skręcamy do Dorotowa i przejeżdżamy sobie powoli przez nie. W pewnym momencie przestałem to robić, bo wspomnienia bolały. Chcieliśmy co prawda mieć swój dom, ale trochę się pogubiliśmy w wyborze miejsca – niby wszystko się zgadzało nawet z piosenką o wymarzonym miejscu, którą jeszcze nad jeziorem napisałem, ale… Własny, kupiony za ciężko pożyczone od banku pieniądze stuletni dom i hektar ziemi, na który przenieśliśmy się jesienią 2011 roku (błąd – takie przeprowadzki urządza się wiosną), i opieka nad maluchem przytłoczyły nas z początku, mnie w pewnym momencie nawet bardzo. To wszystko razem było chyba większą rewolucją i wstrząs niż szukanie sobie miejsca na świecie po skończeniu studiów, które tu opisywałem osiem, dziesięć lat temu. Ale i ja miałem więcej siły. Powrót do miasta – absolutnie! Jeszcze jedna przeprowadzka blisko jeziora i lasu, tam gdzie do sklepu można na piechotę – całkiem możliwe.2011.10.30 16-12-39-P1060800

W pewnym momencie założyłem bloga o nazwie Neowieśniak Codzienny. Nie traktowałem go zbyt poważnie – ot, miał mnie rozruszać i utrzymać w formie, jeśli idzie o pisanie. Spełnił swoje zadanie i opuściłem go już być może na dobre. Ale jeśli chcecie poczytać trochę śmiesznych, trochę błahych wpisów o życiu mieszczuchów na wsi, zapraszam. Teraz piszę i redaguję różne rzeczy mniejsze i większe, mam nadzieję, że raz na jakiś krótszy czas znajdę chwilę, by coś skrobnąć do starej Szuflady. A jeśli nawet nie, zawsze mogę wrzucić tu kilka zdjęć. :)

o zstępowaniu światła i owocach jakie wyda jesień

Brzozowy pieniek nie posłuży już w tym roku za siedzisko. Przeniosłem go znad kręgu kamieni, gdzie leżą jeszcze niedopalone polana z ostatniego ogniska i ustawiłem przy pozostałym z zeszłej zimy stosiku niskokalorycznego drewna. Po raz pierwszy tej jesieni rozległ się na naszym podwórku odgłos rąbanej sosny.

Kurtka wisząca w przedpokoju pachnie jeszcze starą szafą. We wsi cisza. Nawet szosa do Warszawy pomrukuje tylko raz po raz jak przez sen. Jezioro opustoszało, dzikie plaże znów stały się dzikie i piękne. Sierpniowy słoneczny blask zniknął z nieba i osiadł na koronach drzew jak szron, by rozpalać je powoli do czerwoności, żółci i brązu. Rozebrane do naga pola przeciągają się przed zimowym snem. Ziemia wzdycha głęboko przed długim odpoczynkiem.

A w naszym życiu jesień to czas oczekiwania. Akurat teraz, gdy świat wokół pogrąża się w zimowym śnie, w naszym domu dojrzewa owoc, który rozświetli nasze życie w sposób dotychczas niespotykany. Wraz z pierwszym mniej-więcej śniegiem będziemy jak zwykle patrzeć sobie w oczy, ale już nie we dwoje tylko we troje. I żadna obawa, żaden materialny bałagan, żadne „wywracanie się świata do góry nogami” nie jest w stanie nawet odrobinę naruszyć potężnych i jasnych prądów, frontów, strumieni i oceanów miłości, jakie ode mnie w tamtą stronę płyną.

o dobrych radach

Jeżeli twoje życie jest pełne miłości, nie słuchaj rad smutnej, samotnej osoby. Jeżeli twoja sytuacja materialna jest w porządku, nie słuchaj rad ludzi, którzy mają kłopoty finansowe. Bardzo często to samo zdarza się z naszymi rodzicami. Są rodzice, którzy mieli trudne i ciężkie życie, którzy dźwigali ciężkie dziedzictwo. I to oni chcą radzić ci jak żyć. Jeżeli już masz kogoś słuchać, to słuchaj tych, którym się powiodło, tych, którzy wiedzą co robią, tych, którzy udowadniają swoim życiem i swoimi rezultatami, że wiedzą co robią.

Louise Hay,  Prosperity – o obfitości, ISI

o tym, że naprawdę bliski może być tylko ktoś, kto potrafi mówić o uczuciach

MiasteczkoByło Miasteczko. Był sentyment i próby wskrzeszania dawnych chwil na fotograficznej matrycy. Byli najbliżsi. Była cała prawda o relacjach z nimi. Było dużo miłości, ale były też i inne emocje. Emocje pozytywne i negatywne, wspólnie przeżywane w małym tajemnym gronie tych, którzy emocji swoich się nie wstydzą i którzy potrafią o nich mówić. Była bardzo poprawna Wigilia, był radosny świąteczny obiad na drugi dzień, była piękna i prawdziwa rozmowa wieczorem i druga, i trzecia jeszcze głębsza, jeszcze prawdziwsza i pełna bliskości, drugiego dnia Miasteczko 2Świąt już gdzie indziej, poza zwykłym polem cichych bitew i milczących podchodów. Było radosne pożegnanie.

I znów jestem o krok dalej od tych, z którymi chciałbym być najbliżej. Po raz pierwszy też dalej mi do Miasteczka. Ale za to bliżej mi do jedynych chyba w tej Pokójrodzinie ludzi, z którymi naprawdę dobrze się rozumiemy. Nie dlatego, że się lepiej znamy. Dlatego, że potrafimy ze sobą rozmawiać.

o tym, że w Święta jestem zawsze tam, ale wcale nie do końca wtedy

i tak od wielu lat...Choć w otoczeniu moim, również wśród koleżanek i kolegów bloggerów, mnóstwo ateistów, agnostyków, antyklerykałów, buddystów, pogan i wszelkiej maści innowierców, którzy nie lubią Świąt, ja – nie będąc zapisanym ani do żadnej z wymienionych grup, ani do chrześcijaństwa i innych -aństw i -izmów (a wspaniale udaje mi się godzić niebycie teistą z niebyciem ateistą) – na Święta czekam z niecierpliwością.

Prawie zawsze był to czas spokoju, dobrych rozmów, ciekawych obserwacji i bardzo, bardzo silnych wspomnień – przepięknych wspomnień z dzieciństwa, z zaczarowanego świata, w którym żyliśmy z moją siostrzyczką, a który sycił się również atmosferą bożonarodzeniową. Bardzo niewiele zmieniło się od tamtych czasów zarówno w mieszkaniu Babci, gdzie Święta spędzamy, jak i we wszystkim, co temu rodzinnemu zjazdowi towarzyszy. Niektórzy nie lubią tej rutyny, ale dla mnie w przedziwny sposób łączy się tam wówczas cudowna kraina przeszłości z teraźniejszością, nasycając ją nową energią i poezją.

Był czas kiedy zżymałem się na całą tę szopko-papkę, telewizję, supermarkety, Mikołaje i inny świąteczny syf tak, że mocno popsułem sobie, i trochę też innym, świąteczny wyjazd. Przez ostatnie dwa lata nauczyłem się jednak w znacznym stopniu nie zwracać uwagi na to, na co nie mam wpływu. I teraz znów zostają wspomnienia, rozmowy i przebywanie z bardzo przeze mnie lubianą częścią rodziny. Staram się, żeby nie przeciekało mi to przez palce, bo przecież kiedyś i to się skończy. Ciężko mi myśleć o tym, że to stracę. Cóż, trzeba będzie otrzeć łzy i budować nowe Święta, nowy świat dla nowych dzieciaków, które przecież się w końcu pojawią.

Tymczasem po raz pierwszy jedzie ze mną Karolinka. Ona też wszystkich tam lubi. Będzie pięknie!

Takiego lub całkiem innego piękna, związanego ze Świętami lub w ogóle nie mającego z nimi nic wspólnego życzę Wam. I – jak zawsze – miłości, dużo, dużo miłości, tej najprostszej i najprawdziwszej!

(pisane i zaprogramowane na publikację
dzień wcześniej – dostęp do Internetu w Miasteczku
również nie zmienił się przez te ćwierć wieku :o)

o świętej naiwności i cynizmie z piekła rodem

Dlaczego na fakt, że młodzież stanowi sporą część populacji wieczorków poetyckich, reaguję uśmiechem i refleksją o tym jak to pisanie wierszy mija z wiekiem? Dlaczego podobny uśmiech gości na mojej twarzy, gdy zauważam jakiś chwyt marketingowy, product placement lub inny związany z komercją element w dobrym filmie? Gdzie się podziała dziecięca ufność, która pozwalała widzieć na świecie więcej pasji, miłości, serca?

Czy ból, który towarzyszył mi gdy ktoś mnie raz i drugi oszukał, okradł lub po prostu rozczarował musi wywoływać odruch zasłaniania się dłonią cynizmu przed całym światem i każdym nieznajomym, a czasem i znajomym człowiekiem? Czy rodzice musieli we mnie wyrabiać tak defensywną postawę? Czy ja, bojąc się o bezpieczeństwo własnych dzieci też je tak wychowam? Świat bezpieczny jest może światem troszkę pewniejszym. Ale z pewnością nie jest piękniejszy i ciekawszy.

Przytoczę – jako mantrę – mój ulubiony cytat z Jacka Kleyffa:
O, Święta Naiwności, staraj się przy mnie stać zawsze
przy Tobie jaśniej, najjaśniej.

o malarstwie tym razem

Pierwszą rzeczą, za którą się wziąłem po podniesieniu się z łoża boleści i dokonania nieudanej próby zdania egzaminu na prawo jazdy (co z tego, że umiem jeździć, skoro nie włączyłem świateł…), było stworzenie nowej witryny pod obrazy mojej mamy. WordPress jest tak wspaniałą platformą, że aż chce się tworzyć strony. Pewnie za jakiś czas przeniosę również moje muzyczne centrum internetowe.

Zapraszamy: http://alicjaoleszczuk.pl.

o zawszości Świąt

Święta były od zawsze. A dla wielu to „zawsze” wiąże się nie tylko z czasem, ale także z ludźmi i miejscem, gdzie się je spędza. Miejscem naznaczonym tą żywą i najprawdziwszą magią, która – jeśli jej epicentrum osadzić w czasie i przestrzeni – emanuje z dzieciństwa i z tego kąta, gdzie stoi choinka.

Moje Święta zawsze miały miejsce w Miasteczku, w dużym pokoju u Babci i Dziadka, a oprócz nich w domu byli rodzice, siostra prawie jak rodzona i jej rodzice. Razem osiem osób najbliższej rodziny. Może ta część mojej rodziny jest mi najbliższa właśnie dlatego, że razem spędzaliśmy tam każde Boże Narodzenie? W każdym razie rozświetlony światłem choinki i telewizora, pachnący makiem i igliwiem duży pokój był jeszcze większy, wręcz ogromny, i jeszcze bardziej czarodziejski kiedy byłem mały, choć z najdawniejszych Świąt pamiętam tylko fragmenty – ogromne bombki, dywan w najróżniejsze wzory, klocki Lego, najukochańszych ludzi i pełen niesamowitości świat jaki tworzyliśmy z siostrą.

Tak było zawsze. A to, z czego zdałem sobie sprawę w tym roku, podczas pierwszej Wigilii spędzanej z Karolinką w domu jej rodziców, powinno – zdałoby się – odkryć mistyfikację, przebić bańkę mydlaną, odsłonić kulisy warsztatu iluzjonisty i coś zniszczyć. Tymczasem magia Świąt nagle ożyła jeszcze bardziej i została złożona prosto do moich rąk. Kiedy bowiem śledziłem wzrokiem na innych ścianach i na innym suficie odbicia świateł innej choinki, kiedy siedziałem z innymi ludźmi w innym pokoju i w innym, równie wspaniałym, choć nie docierającym jeszcze w pełni do mnie świątecznym świecie, nagle skonstatowałem, że przecież tamte Święta u Babci wcale nie były od zawsze. Moja siostra urodziła się gdy miałem cztery lata, a moi rodzice spędzają Wigilię u Babci dopiero od moich narodzin. Wcześniej wszystko było inaczej. Tak jak inaczej było teraz, kiedy przy ul. Pięknej w Miasteczku przy stole siedziały tylko cztery osoby.

Ale Świąteczny świat Karolinki i jej rodziców zaczyna się właśnie przebudowywać. Najdalej za kilka lat narodzi się w nim nowa istotka. I ona też długo nie będzie zdawać sobie w pełni sprawy z tego, że kiedyś było inaczej. A to, żeby Święta były dla niej tak samo niesamowite, pełne magii i miłości, zależy od nas. To my wyczarowujemy dla niej nowe „zawsze”. A ja zrobię wszystko, by ta cudowność, która wciąż żyje we mnie najjaśniejszym wspomnieniem, stała się jej udziałem. Bo z tych wszystkich starych i nowych „zawsze” jest takie jedno, które naprawdę powinno być pisane bez cudzysłowów.

Older posts