Trzeba skończyć z tymi utarczkami słownymi. Kiedy określałem się mianem „buddysta”, oprócz satysfakcji z posiadania jakby nowej, błyszczącej tożsamości, myślałem, że to ułatwi pewne sprawy. Ale nie wiedziałem, że większość ludzi nie rozumie znaczenia tego słowa i – co gorsza – myśli, że doskonale je rozumie.

Tymczasem nie da się tego pojąć bez posługiwania się postrzeganiem innym niż dane nam przez naszą kulturę, ponieważ Dharma Buddy jest wyjaśnialna jedynie za pomocą języka przynależnego takiemu właśnie innemu postrzeganiu. A żaden członek zachodniej kultury nie postrzega w ten sposób, jeśli nie kieruje ku temu specjalnych wysiłków. To nie oznacza, że to postrzeganie jest lepsze. Jest inne. I ma prawo takie być, wbrew zarozumialstwu zachodniej kultury, której udziałem jest, jak pisze pewien mądry człowiek, z którym mam styczność, przekonanie o własnej wyższości:

To kultura Zachodu stworzyła naukę o religii. To kultura Zachodu decyduje o tym, co jest religią, a co nie jest. To kultura Zachodu określa, żeby nie powiedzieć nadaje sens zjawiskom obecnym w innych kulturach jako zjawiskom religijnym. To kultura Zachodu jest zdolna tworzyć język opisujący inne kultury nawet kosztem zmiany tradycyjnych znaczeń słów języka własnej kultury.

Z drugiej strony postawa ta jest zrozumiała psychologicznie. Przyznanie się do tego, że nie posiada się adekwatnego języka do opisu zjawisk dekretowanych jako religijne może być odczuwane jako przyznanie się do własnej ułomności, do wrodzonej wady poznawczej, do poznawczej niemocy cechującej własną grupę, a to nikomu nie przychodzi łatwo.

Owo przyznanie się przychodzi na pewno łatwiej tym, którzy studiują kulturoznawstwo (lub od razu Dharmę) pod czyimś kierunkiem – mają kogoś, kto rozbija im z góry wszelkie stereotypy, jakie nieświadomie przypisują obcym kulturowo zjawiskom. Ale tych jest niewielu (ja mam szczęście do nich należeć). Wracając do tematu – będę utrzymywał, że nie jestem buddystą. Zrodzi to nieporozumienia, ale będzie ich mniej i będą one raczej dotyczyć mnie, a nie Dharmy, którą czuję się w obowiązku chronić przed obcymi jej stereotypami. A jeśli ktoś, kto pewne niezależne postrzeganie wypracował choć trochę, powie: „Ej, stary, przecież ty jesteś buddystą!”, to się z nim, jak nikt inny nie będzie słyszał, zgodzę.

Na zakończenie tych wywodów przypomnę tym Braciom Chrześcijanom utrzymującym, że każda religia prowadzi do Boga (a jest ich wg badań ponad 70%) pewien cytat, który można odczytywać jako ostrzeżenie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). I tego się, Bracia, trzymajcie, pozwalając jednocześnie innym, jeśli taka ich wola, do Ojca nie przychodzić.

I cytat z Sangharakszity, dla Braci buddystów: „Są tacy, którzy nie lubią buddyzmu ze słusznego powodu, jak również tacy, co lubią go z niewłaściwego powodu, i trudno byłoby stwierdzić, która forma złego zrozumienia jest ostatecznie bardziej fatalna dla Dharmy„.