szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: religia (page 1 of 2)

Saūli

Zakochałem się w słowie ze starego, niemal zapomnianego języka.

saūli

saūlike

(„U” wymawiane w pełni, nieprzechodzące w „ł”).

Słońce. U leśnych ludzi zamieszkujących tereny Warmii i Mazur w zamierzchłych czasach również bogini. Dawni Bałtowie czcili i ubóstwiali zjawiska przyrody bezpośrednio, inaczej niż np. starożytni Grecy czy Rzymianie. Bogini nie opiekowała się Słońcem – Słońce było boginią. W słowie „Saūli” brzmi piękno, krągłość, dobroć, delikatność, wdzięczność. Wymawiając je w myślach, czuję Słońce w sobie. Mówiąc „saūli”, patrzę prosto w Słońce, nie niszcząc wzroku.

A jeśli Mojżesz… (inne spojrzenie na górę Synaj)

Czytam, słucham, myślę sobie i w trakcie tego wszystkiego naszła mnie refleksja na temat pierwszego przykazania religii chrześcijańskiej. Dawniej chrześcijaństwo wydawało mi się bardzo oddalone od religii i duchowości Wschodu. Nadal tak uważam, choć zaczynam dostrzegać w jego korzeniach to samo, co i wszędzie, tyle że wyrażone na sposób taki, by potrafiło się przebić w ówczesnej rzeczywistości bliskowschodnich społeczeństw. W gruncie rzeczy pierwsze przykazanie daje się zinterpretować w bardzo duchowy, a mało religijny sposób. Otóż „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” w najprostszej zdawałoby się wykładni oznacza „Jestem jedynym prawdziwym bogiem i nie wolno ci czcić żadnych Manitou, Zeusów i Trygławów, a już szczególnie Złotych Cielców”. Mnie jednak kojarzy się ono z powszechną od wieków wśród duchowych nauczycieli Wschodu, a ostatnio i Zachodu tezą, że tak naprawdę istnieje jedna duchowość, jedno połączenie pomiędzy człowiekiem a transcendencją, a wszelkie podziały na bogów, religie, dogmaty itp. wynikają nie z faktycznego stanu rzeczy, a z kultury, z mentalności, ze sposobu myślenia o sprawach ostatecznych różnych kultur, z potrzeby opisywania tej transcendencji tak, a nie inaczej. I z władzy, bo kontrola nad tym, jak ludzie postrzegają sens swojego życia i śmierci daje ogromną władzę, z której mnóstwo wielkich, mniejszych i całkiem malutkich organizacji zawsze skwapliwie korzystało.

W Biblii Tysiąclecia znajdujemy rozwinięcie tego przykazania: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. Te słowa to przecież tylko inaczej, w formie nakazu, wyrażone przekonanie, że jakiekolwiek ukonkretnianie, opisywanie czy wyobrażanie tego, co poza materialną, zmysłową świadomością nie jest już nieskończonością i transcendencją, jest fałszywe. Absolut jest nieopisywalny i niewyrażalny. Jeśli mam rację, wielkim nieporozumieniem jest upieranie się, że jedyną transcendencję stanowi opisywany w Biblii Bóg, tak jak się go tam opisuje. Transcendencja jest transcendencją i w swej istocie jest jedyna. A nawet jeśli nie jest, jeśli jest dwoista, potrójna czy wielokrotna, to nadal jest to transcendencja – jedna. A przynajmniej tak tylko ją możemy postrzegać w opozycji do „świata widzialnego”. Opisywanie tej transcendencji to redukcja jej do opisu, upieranie się, że owa zredukowana wersja transcendencji (a więc jakiś jej obraz, wizerunek) jest transcednencją to nic innego jak… złamanie pierwszego przykazania. Mojżesz łamiący swoje pierwsze przykazanie w chwili wygłaszania go! I dalej, uznanie tej wersji transcendencji za jedyną słuszną daje pożywkę władzy i wszystkim wojnom religijnym, jakie z udziałem judaizmu i chrześcijaństwa miały miejsce od tamtej chwili. Nie dalej jak ok. tydzień później Mojżesz mówił nad zasłaną trupem ziemią: „«Tak mówi Pan, Bóg Izraela: „Każdy z was niech przypasze miecz do boku. Przejdźcie tam i z powrotem od jednej bramy w obozie do drugiej i zabijajcie: kto swego brata, kto swego przyjaciela, kto swego krewnego”». Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza, i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów. Mojżesz powiedział wówczas do nich: «Poświęciliście ręce dla Pana, ponieważ każdy z was był przeciw swojemu synowi, przeciw swemu bratu. Oby Pan użyczył wam dzisiaj błogosławieństwa!»” (pełny kontekst – Wj 32).

W opisie pierwszego przykazania w Biblii Tysiąclecia są słowa „…ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”.  Z mojego niekatolickiej i niechrześcijańskiej perspektywy nierealistyczne wydaje mi się to, że tak szczegółowy, słowny przekaz mógł pochodzić z Niewiadomej. Wyobrażam sobie bieg wydarzeń tak, że człowiek doznający wówczas mistycznego widzenia (czyli wg przekazów Mojżesz) bardzo chciał, żeby ludzie wysłuchali go, żeby drogocenna wizja nie została tylko z nim. A najlepszym sposobem na skłonienie ziomków do przyjęcia nowych prawd wydało mu się (zapewne słusznie) wzbudzenie u nich strachu. Powiedział zatem to, co stanowiło istotę sprawy i żeby swoim słowom nadać mocy, dodał: „bo jak tego nie posłuchacie, zginiecie wy, wasze dzieci i wnuki!”. Poskutkowało…

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o boskości, o Bogu małym i Bogu wielkim (z Hellingera)

Czytając książkę pt. Odchodzimy spełnieni, napisaną dość niedawno przez Berta Hellingera, byłem zaskoczony tym, jak ów terapeuta, szaman, szarlatan, cudotwórca, magik i banita postrzega boskość, religijność, relacje międzyludzkie i relacje z absolutem. I tym jak bardzo moje własne, skrystalizowane w jakimś stopniu przez ostatni rok poglądy na ten temat znajdują wyraz w jego pisaninach. Przytaczam fragmenty. Popodkreślał – nocny grajek :)

Wielki jest tylko ten, kto czuje się równy innym, ponieważ to, co mamy największego, jest wspólne wszystkim ludziom. Kto czuje i uznaje w sobie to coś wielkiego, uważa się za wielkiego i jednocześnie powiązanego ze wszystkimi. Uznając to w sobie, uznaje to jednocześnie we wszystkich innych. Uważa się za równego im i czuje się z nimi równy. Bez problemu może się przyznać do tej wielkości, ponieważ nie wywyższa go ona, lecz czyni równym. Tym samym potwierdza on wielkość innych, a oni potwierdzają jego wielkość. Kocha on innych w ich wielkości, a inni kochają jego w jego wielkości. Ta wielkość łączy wszystkich ludzi w miłości i pokorze.

*

Gdy ktoś mówi: „Mam duszę”, jest tak jak gdyby rzeka powiedziała: „Mam wodę”.

*

Oczyszczenie człowieka ma uszlachetnić jego serce, duszę i ducha. Serce, żeby czyste i proste mogło się zająć sprawą, którą uważa za niezwykłą i istotną. Dlatego oczyszczenie serca związane jest ze skupieniem. Serce skupia się na tym, co istotne. Oczyszczenie i uszlachetnienie oznaczają więc, że wrota serca zamykają się na wiele rzeczy. (…)

Dusza i duch, podobnie jak serce, zostawiają wielość i wielorakość za drzwiami. Stają się proste w tym sensie, że otwierają się na coś, co z ukrycia wyrywa się do światła, na coś istotnego, co ma siłę.

Ponadto duch musi się pożegnać z czymś, co może wydaje mu się czymś najwyższym: z sumieniem, z rozróżnianiem między dobrem a złem, z religiami, które na tym rozróżnieniu budują.

Dlatego u kresu tego oczyszczenia dochodzimy do wglądu, że jesteśmy równi każdemu człowiekowi, ba, nawet każdej żywej istocie. Tutaj wypala się wszelkie poczucie wyższości.

*

Tam, gdzie jest powaga, kończą się płytka nadzieja, błaganie i uspokajanie. Dlatego powaga jest zarówno uległa, jak i opanowana. Uległa wobec potęgi rzeczywistości, na przykład wobec śmiertelnej choroby, ostatecznej straty, nieuniknionej winy i wobec kresu naszego rozumienia. Jednak ta powaga przejawia się w rezygnacji z pytanie: „dlaczego i po co?”, w patrzeniu nagiej rzeczywistości w oczy i stawianiu jej czoła, nawet z drżeniem.

*

Gdy ktoś mnie pyta: „Czy wierzysz w Boga?”, w gruncie rzeczy pyta: „Czy wierzysz w mojego Boga?”. I gdy odpowiem: „Tak”, triumfuje wewnętrznie, jak gdyby posiadł nade mną władzę. Wydaje mu się też, że i jego Bóg posiadł nade mną władzę. (…)

Wierzący w Boga wierzy w obraz Boga, który sobie stworzył. Albo wierzy w obraz Boga, stworzony przez kogoś. Ten ktoś, posługując się stworzonym obrazem, nawraca teraz innych na wiarę i przez to udaje mu się nimi zawładnąć.

A co się dzieje, gdy moja odpowiedź brzmi: „Nie”? Wtedy pytający czuje się obrażony i zmuszony do sprzeciwu lub nawet do ataku. Czuje się tak, jakbym zabrał mu coś, co uważał za część siebie, coś, co wziął w posiadanie. Zaczyna bronić swojej wiary jak zagrożonej własności. To pokazuje jak bardzo zagarnął Boga, jak wspiera się na nim i wywyższa dzięki niemu, wykraczając poza swoje granice.

Ograniczyłem się tutaj do spraw wstępnych. Więcej mówić mi nie przystoi.

*

…To, co w naszej rodzinie uważaliśmy za rozdzielające i złe, zwalczamy także w świecie, chcemy to być może nawet wykorzenić i zniszczyć.

Sądzimy nawet, że Bóg rozróżnia dobro i zło dokładnie tak jak my. W ten sposób podział na dobro i zło jest dokonywany w imię Boga i w jego imieniu wielu posuwa się do tego, że wyklucza i przeklina tych, którzy są inni.

Co prowadzi do pokoju, który godzi to, co podzielone i z pozoru niemożliwe do połączenia? Pożegnanie się z podziałem na dobro i zło, wzniesienie się ponad ten podział i uznanie, że dobro i zło wzajemnie się do siebie odnoszą.

*

To, co boskie, nie musi się odgraniczać.

*

To, co właściwe, jest czymś bliskim, czymś, co jest zarówno konieczne, jak i możliwe bez dużych nakładów. Pozostaje w harmonii ze swoim otoczeniem, czerpie z niego wgląd i siłę. Dlatego pozostaje skromne, nie obciąża, ma na nas dobroczynny wpływ, nawet jeśli nagle wkracza zdecydowanie, ponieważ po czynie znów się dyskretnie wycofuje.

Mimo, że jest nakierowane na to, co najbliższe, działa znacznie dalej, tak jak korzeń, który odżywia rozłożyste gałęzie, chociaż ich nigdy nie widzi. Dlatego też my, czyniąc w naszym najbliższym otoczeniu to, co dla nas stosowne, nie musimy się troszczyć o to, co odległe.

Gdy zaś niepokoimy się o to, co dalekie, i wyobrażamy sobie, że potrafimy naszym zamartwianiem się wymusić kierunek, który jest dla nas wygodniejszy lub wydaje nam się lepszy, wtedy łatwo gubimy się w wielości i mamy mało siły.

To, co właściwe, dzieje się w stosownym czasie, w odpowiednim miejscu i tam, gdzie możliwe jest działanie.

*

Niektórzy myślą, że ich cierpienie zbawi świat. Jednak ono często tylko pozbawia innych szczęścia.

*

(na temat przysiąg i ślubów, w których na świadka powołuje się Boga)

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. Dlatego wszystkie przysięgi lub śluby, gdy są czymś więcej niż zwykłą obietnicą albo zapewnieniem, stają się nieważne.

Skoro mówimy tu o Bogu w ludzkich wyobrażeniach, wolno nam powiedzieć także i to: ze względu na swoją cześć i godność Bóg nie jest w służbie takich przysiąg i ślubowań. Jeśli ktoś zasługuje na karę, to nie ci, którzy łamią taka przysięgę lub taki ślub, tylko ci, którzy takiej przysięgi lub takiego ślubu żądają.

(…)

Czym więc byłaby ta niewierność i wierność? Tylko ktoś, kto ma odwagę w obliczu Boga złamać takie obietnice lub śluby i nie podporządkować się obietnicy czy ślubowi innych, jest wierny czemuś większemu – co jest ludzkie i boskie.

W tym fragmencie Hellinger mówi o ustawieniach rodzinnych, ale jego metafora doskonale obrazuje też źródła różnych form religijności. Ta krótka refleksja nosi znamienny tytuł Bezpieczeństwo:

Z ruchami duszy pokazującymi się w ustawieniach rodzinnych, pewne osoby obchodzą się jak dziecko, które po raz pierwszy widzi morze. Najpierw staje zdumione przed jego rozległością i przeczuwa głębię. Potem jednak bierze swoje małe wiaderko, nabiera wody, wraca i mówi: „Patrzcie, to jest to”.

Są jednak i tacy, którzy odważają się wyruszyć na otwarte morze. Powierzają się wiatrowi, burzy, ciszy, płyną w nieznane i powracają przemienieni. Gdy opowiadają coś o tym po powrocie, słuchacze odpowiadają z lękiem: „To niemożliwe”.

o tym, że Droga buddyjska jest Drogą buddyjską, a moja Droga – moją Drogą

Nie wiem gdzie teraz bym był (i czy w ogóle bym był), gdyby nie jedna wspólna kolacja z Kaisenem – mistrzem soto-zen, opiekującym się ośrodkiem, w którym medytowałem w Krakowie. Nie wiem gdzie byłbym, gdyby nie medytacja, gdyby nie zen, gdyby nie buddyzm. Właśnie zdałem sobie jednak sprawę, że bałbym się kolejnego takiego spotkania z Mistrzem. Że przerosłoby mnie. Że mogłoby oderwać mnie od tego, co dla mnie tak drogie. Że całe buddyjskie uwolnienie się mogłoby uwolnić mnie też od Karolinki, od domu, od mojego kącika z komputerem, gitarą i sprzętem do nagrywania. A ja nie chcę się od tego uwolnić. Jestem od tego uzależniony. Ale nie jest mi już z tym źle. Nie chcę już oświecenia i nirwany.

Idę własną drogą. Drogą, która istniała na długo przed moim urodzeniem, której nie wymyśliłem, której nie wybrałem. Odkryłem ją. Wiem co mi wolno, a czego nie. Wiem, że nie udźwignę sam całego mojego życia. Wiem, że nie mam potrzeby go dźwigać. Wiem, że ono jest jak rzeka i widzę, że kiedy nią płynę, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wiem, że kiedy próbuję zmieniać jej bieg, zaczyna się cierpienie, a wraz z nim gniew, rozpacz i niespełnienie.
I smile when Im angry.
I cheat and I lie.
I do what I have to do
To get by.
But I know what is wrong,
And I know what is right.

Religia jest tak skomplikowana, a moje życie – takie proste. Jestem szczęśliwy.

o korporacji i jej wybrańcach

Korporacja jest jak starotestamentowy Bóg. Do wielkiego zadania wybiera tego, który w jej oczach jest największy. Obsypuje go łaskami i bogactwem i wydaje rozkazy. Kiedy zadanie jest skończone, łaski się kończą, zaś korporacja przestaje objawiać się temu, który dla niej i w jej imię dzieła dokonał.

Może porównanie wydać się niestosowne dla kogoś religijnego. Ale tak już na świecie jest – za religię dominującą i siłę najmocniej działającą w społeczeństwie mamy korporacjonizm, a nie teizm.

Dwa cytaty, do połączenia w dowolnie wybrany sposób

Urok manii religijnej polega na tym, że posiada ona moc wyjaśniania dosłownie wszystkiego. Kiedy tylko przyjmiesz Boga (lub Szatana) jako praprzyczynę wszystkiego, co ma miejsce na Ziemi, przypadek jako taki oraz wszelkie zmiany tracą swoją rację bytu. Kiedy przyswoimy sobie stwierdzenia w rodzaju: „spoglądamy teraz przez ciemne zwierciadło” albo „niezbadane są wyroki boskie”, możemy pożegnać się z powszechnie przyjętymi prawami logiki. Mania religijna to jeden z niezawodnych sposobów reagowania na wszelkie osobliwości tego świata, ponieważ bezwzględnie eliminuje on istnienie czystego przypadku. Dla prawdziwego fanatyka religijnego wszystko ma jakiś cel.

Stephen King, Bastion,
tłum. Robert Lipski, Zysk i S-ka 2007, s. 513

Wąskie horyzonty, brak wyobraźni, nietolerancja. Oderwane od rzeczywistości tezy, pusta terminologia, uzurpowane ideały, sztywne systemy. Właśnie takich rzeczy się najbardziej boję. Boję się ich i nienawidzę z całego serca. Oczywiście to ważne, czy coś jest słuszne, czy nie. Ale takie indywidualne mylne sądy w większości wypadków da się skorygować. Jeżeli tylko ma się odwagę przyznać do błędu, zwykle da się wszystko naprawić. Ciasnota umysłowa, brak wyobraźni i nietolerancja są jak pasożyty. Zmieniają właściciela, zmieniają kształt i żyją wiecznie. Nie ma przed nimi ratunku. (…) Chciałbym umieć wyśmiać takie rzeczy, ale nie potrafię.

Haruki Murakami, Kafka nad morzem,
tłum. Anna Zielińska-Elliott, Muza 2007, s. 245-246

o tym czy buddyzm jest religią

Na to pytanie w ten czy inny sposób odpowiedzieli już dawno badacze i sami wyznawcy. Jednak wszędzie w internecie, gdzie można przeczytać coś na temat buddyzmu, roi się od komentarzy w stylu: „Autor jest niekompetentny, bo buddyzm to nie religia” itp. Oczywiście nikt z komentujących mądrali nie poda źródła swojej opinii, ani też nie raczy przeanalizować jej głębiej. Zrobię to ja.

Przede wszystkim należy pamiętać, że słowa takie, jak „religia”, „filozofia” i „buddyzm” powstały na zachodzie po to, żeby opisać zjawisko właściwe kulturze, w której tych słów nie ma. U prof. Marty Kudelskiej (w książce hinduizm) znajdujemy opinię, że hinduskim odpowiednikiem słowa „religia” jest wyraz „sanatanadharma”, oznaczający odwieczną Dharmę. Możemy zatem wyłącznie mówić o tym, że buddyzm jest lub nie jest religią w kontekście naszej kultury. Azjata nie będzie miał z tą kwestią żadnego problemu.

Ci, którzy twierdzą, że buddyzm jest tylko i wyłącznie filozofią, wychodzą najprawdopodobniej z założenia, że odbija on poglądy pewnego żyjącego ok. V w. p.n.e. człowieka, który idei religii się przeciwstawiał. Nie potwierdzi tego jednak żaden z azjatyckich wyznawców mahajany. Dla nich Budda Śakjamuni był buddą nie pierwszym i nie ostatnim. Człowiek, o którym wspomniałem był czymś w rodzaju emanacji, awatara. Budda w tradycji mahajany ma trzy ciała: nirmanakaja (ciało emanacji – np. Budda Śakjamuni właśnie), sambhogakaja (ciało szczęścia, manifestacja w sferach wyższych) i dharmakaja (ciało absolutne, wszechogarniający i wszystko rozumiejący umysł Buddy). Można o tym przeczytać nie tylko w Sutrze Doskonałości Mądrości, w podręcznikach do buddyzmu, ale i w starej, poczciwej Wikipedii. To może brzmieć bardzo niedorzecznie dla niektórych sympatyków buddyzmu na Zachodzie, ale za chwilkę spróbuję wyjaśnić dlaczego tak się dzieje.

W istocie, Kanon Palijski uczy, że wiara w absolut jest niedorzeczna, że wszystko przemija. Na pytanie czy Tathagata istnieje po śmierci, Budda ostentacyjnie odpowiedzi nie daje. Przed własną śmiercią mówi: „Mistrza już nie ma” i zaleca, by uczniowie sami byli swoim światłem i trzymali się wskazówek, których im udzielił. Nie należy jednak zapominać o naturalnej, ludzkiej potrzebie odwołania się do istoty wyższej, wszechmocnej, która jest w stanie pomóc nam, lub nawet w ogóle umożliwić osiągnięcie ostatecznego szczęścia. „Pierwotny” buddyzm Therawady, rezerwujący nirwanę wyłącznie dla mnichów i trzymający się ściśle Kanonu Palijskiego, zostawiający człowieka samemu sobie, nie pozwalał na spełnienie tej potrzeby świeckim, dla których Wyzwolenie musi być odłożone do czasu, aż przez nagromadzenie pozytywnego karmana odrodzą się jako przyszli mnisi lub mniszki.

Tam, gdzie obecnie panuje mahajana, a więc w Tybecie, w Mongolii, a także w mniejszym stopniu w Japonii i w Chinach, wyznawano wcześniej religie szamańskie, animistyczne lub takie, które w swojej istocie były bardziej filozofią (konfucjanizm, taoizm). Buddyzm wypełnił w ludzkich umysłach istotną lukę, dając im Buddę w postaci dharmakai, kogoś, kto był jeden, kto był nieskończenie dobry i wszechmocny (często nawet w ten sam sposób, co judeochrześcijański Theos).

U nas buddyzm trafia na inny grunt. Jesteśmy wychowani w kulturze chrześcijańskiej, i wiarę (lub choćby możliwość wiary) w taką wszechmocną istotę, a nawet w stworzyciela, mamy jakby podaną na tacy. Rodzi to jednak pewien problem. Ktoś, kto nie mógł lub nie chciał wierzyć w Boga nie miał przez całe stulecia innej alternatywy jak materializm lub magia, szamanizm czy animizm. W bardziej współczesnych czasach niechrześcijanina określano mianem ateisty, które kojarzyło się automatycznie z materializmem i brakiem jakichkolwiek aspiracji duchowych. Podobnie odbierane jest przez chrześcijan słowo „agnostyk”, tłumaczone nie zawsze trafnie jako „ktoś, kto uważa, że nie wiadomo czy Bóg istnieje, czy nie, i nic go to w związku z tym nie obchodzi).

W przestrzeń pomiędzy wiarą w Boga-stwórcę a materializmem idealnie wpasował się buddyzm, buddyzm filozoficzny, kładący akcent na zaprzeczenie istnieniu Boga i na najwyższy potencjał tkwiący w człowieku. Buddhadharma oferuje duchową ścieżkę rozbudowaną, opartą na wielowiekowej tradycji i o równie doniosłym znaczeniu, co chrześcijaństwo. Ścieżkę dla tych, którzy mając duchowe podejście do rzeczywistości, nie mogą lub nie chcą wierzyć w Najwyższą Istotę. Nic im po przyjęciu, wzorem ludowego buddyzmu z Indochin lub Syczuanu, na miejsce Boga, Buddy Kosmicznego. Wolą przyjmować Nauczyciela jako człowieka, który urodził się, osiągnął oświecenie, poprowadził duchowo swych uczniów i umarł. Buddyzm na Zachodzie, trafiając na inny grunt niż „u siebie”, staje się całkiem nowym nurtem. Tak jak w Tybecie przyjął postać Wadźrajany, w Chinach uformował się w tendai i chan, u nas – odpowiadając na konkretne duchowe zapotrzebowania – rozwija się pomału w konkretne swoje odmiany.

Na Wschodzie jednak buddyzm, mimo, że opiera się na podstawach filozoficznych (w najlepszym, praktycznym znaczeniu), stał się – z powodu istnienia naturalnego instynktu i potrzeby posiadania Istoty ponad sobą (lub jak wolą chrześcijanie – z powodu naturalnego dążenia każdego człowieka do Boga) – religią w pełnym tego słowa znaczeniu. Religią, która buduje świątynie, stupy i wielkie posągi, religią, której nawet w ascetycznym soto zen towarzyszą nieodzowne rytuały, religią, która obfituje w mity i legendy, religią, która stworzyła instytucje, utrzymywane przez swych wyznawców. I wreszcie – religią, która wielu buddystom zachodnim wcale nie jest potrzebna.

Allan Watts, Droga zen, tłum. Sebastian Musielak, Poznań 2003, s. 50-51

Jedna z podstawowych zasad konfucjanizmu głosiła, że „to człowiek czyni prawdę wielką, a nie prawda człowieka”. Z tego też powodu zawsze uważano, że „humanitarność”, „człowieczeństwo” czy „ludzkie serce” (jen) góruje nad „prawością”, „sprawiedliwością” (i), gdyż sam człowiek jest wspanialszy od każdej myśli, która może w nim powstać. Zdarza się, że namiętności człowieka są bardziej wiarygodne od jego zasad moralnych. Z powodu niemożliwości pogodzenia przeciwstawnych zasad czy ideologii wszelkie wojny toczone o słuszność jakiejś sprawy muszą prowadzić do wzajemnego unicestwienia. O wiele mniej wyniszczające są natomiast zwyczajne wojny grabieżcze: agresor stara się nie zniszczyć tego, co ma nadzieję zdobyć. Rozsądni, „ludzcy” antagoniści są zawsze zdolni do osiągnięcia kompromisu, podczas gdy jednostki „odczłowieczone” poprzez ślepe ubóstwianie jakiejś idei lub ideału są fanatykami, których oddanie się abstrakcjom uczyniło wrogami życia.

Older posts