szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: relacje (page 1 of 5)

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

o górach pięknych, pięknych spotkaniach i niespotkaniach niepięknych

P1140535Wróciłem z trasy. Padły moje trzy życiowe rekordy:

  1. Przedwczoraj – najdłuższe i najbardziej męczące chodzenie po górach – ponad 2 godziny w śniegu bez raków, w płaszczu i kapeluszu, bez rękawiczek, w niezbyt dobrych butach, z ciężkim plecakiem na plecach i pudłem z gitarą w dłoni. Szczęście, że pogoda była znakomita. Dodam, że nie przepadam za chodzeniem po górach, a ostatni (i chyba pierwszy) raz, gdy robiłem to z własnej woli, miał miejsce ponad 10 lat temu. Lubię szwendać się po krajobrazie, ale równiny, wzgórza, jeziora czy doliny znajduję równie piękne jak góry, a idzie się lżej i można dłużej, więc wybór jest prosty. Jeśli o tereny górskie idzie, Dolina Chochołowska, Nieznajowa-Radocyna – tego typu szlaki przemierzam bardzo chętnie. Ale do zdobywania szczytów zupełnie mnie nie ciągnie.
  2. Wczoraj – największy dystans zrobiony pieszo w pełnym rynsztunku jednego dnia bez planów i przygotowania. Nazbierało się ok. 15 kilometrów, w tym 5 ze stromej, śliskiej góry. Co prawda szło się czasem w życiu i 30 km, ale w sposób zaplanowany, z odpowiednim przygotowaniem.
  3. Dzisiaj – największe zakwasy ever. Chodzę jak kaczka po porodzie i ledwo mogę usiedzieć.

Ale warto było. Dwa fajne koncerty, kilkoro nowo poznanych dobrych ludzi, spotkania ze starymi przyjaciółmi i parę refleksji.

Ta, którą mam w tej chwili w głowie dotyczy Facebooka, na którym ostatnio spędzałem znów zbyt dużo czasu, i tego, w jaki sposób spełnia on potrzebę dyskursu i kontaktu ze znajomymi. Mieszkam na końcu świata, rzadko widuję ludzi, a takich, z którymi mam dużo wspólnych zainteresowań czy wspólną wizję świata, to już prawie nigdy. Siłą rzeczy częściej rozmawiam przez internet, a konkretnie na Facebooku właśnie, niż na żywo. Jadąc do starego Krakowa, postanowiłem przy okazji sprawdzić w związku z tym kilka rzeczy, sprowokować sytuację, w których będę miał możliwość zaobserwowania siebie, innych i tego, co między nami się dzieje.

Podczas całej wyprawy rozmawiałem na żywo, w realu na różne tematy z bliższymi i dalszymi znajomymi. Również (w ramach wspomnianego eksperymentu) na tematy kontrowersyjne, przeradzające się w internecie w nieskończone ciągi komentarzy i dyskusje, które, choć budzą żywe emocje, nie dają żadnej satysfakcji, nastawiają ludzi nieżyczliwie wobec siebie (lub może tylko wobec profili innych osób) i rzadko inspirują. Rozmawiając na żywo, nawet mając lekko w czubie (na przykład wczoraj/dziś o 3 nad ranem) czułem się spełniony towarzysko, a wiele niewypowiedzianego (bo udostępnienie Szewska copyczegoś czy wpis, a już na pewno nie komentarz, nie dają mi takiej satysfakcji jak wypowiedź) uwolniło się. I to bez względu na to, czy rozmówca się ze mną zgadzał czy nie. Ładnie to dzisiaj podsumowała K. – w dyskusji ze znajomymi chodzi tak naprawdę o podtrzymywanie więzi, a klepanie w klawiaturę i przerzucanie się argumentami w postaci tekstu na ekranie więzi nie podtrzymuje. Rzeczywiście, Fejzbuk, jak go nazywam, kilka więzi moich osłabił lub wręcz zniweczył, a chyba żadnej nie wzmocnił. Na głód kontaktu działa on jak ekstremalny junk food – niby napełnia, ale nie napełnia. A jeśli napełnia, to w sposób toksyczny, jak narkotyk, sztuczny dopalacz. Zapewnia relacje z profilami ludzi, a nie z nimi samymi – bolesne czasem lub co najwyżej neutralne ocieranie się o siebie nagich nerwów suchej treści nieotulonej miękkim, ciepłym ciałem mimiki, spojrzenia, gestu, tonu, bliskości. Wtrąca się czasem ktoś obcy lub prawie obcy i wymiana zdań zaczyna przypominać treść rozmowy zestresowanych ludzi w przepełnionym autobusie. Portale społecznościowe nadają się do zgrywy, wymiany suchych informacji, zdjęć, muzyki itp. Ale – przynajmniej w moim przypadku – nie mają żadnego pozytywnego wpływu na prawdziwe relacje z drugim człowiekiem. Czytając czyjś komentarz, czytam go w swoich myślach, swoim głosem, przez emocje własne, a nie tego, z kim „rozmawiam”. Szkoda mi niektórych znajomości, które toczą się już tylko na ekranie. Wolę się spotkać z kimś raz w roku niż codziennie wymieniać z nim wpisy i komentarze w internecie.

Spędziłem wczoraj wspaniały wieczór z kilkorgiem ludzi. Z żadną z tych osób nie zamieniłem nigdy więcej niż kilku zdań na portalach społecznościowych, choć z niektórymi znamy się od wielu lat, a nawet mieszkaliśmy razem. Teraz widujemy się raz na pół roku, czasem rzadziej, i nie widzę, żeby fakt braku kontaktu portalowego jakkolwiek wpływał na nasze relacje, gdy już się widzimy. Chyba że jest to wpływ pozytywny.

Są ludzie, chociażby moja żonka lub wspomniani starzy znajomi i przyjaciele, którzy zupełnie naturalnie traktują np. Fejzbuka w ten sposób i nie potrzebują takich obserwacji, eksperymentów i wielopiętrowych wniosków, by nie wchodzić w daremne wymiany komentarzy. Cóż, ja niestety mam inaczej i pozostaje mi podziwiać ich naturalną mądrość. Ja jestem dyskutant. Pozostaje mi ustawić dodatek StayFocusd tak, żebym mógł korzystać z Fejsa najwyżej 10 minut na dobę (to powinno wystarczyć do celów zawodowo-promocyjnych), co niniejszym czynię, i ewentualnie zainstalować sobie jednak Skype’a lub inne narzędzie do kontaktów bilateralnych, niepublicznych, którym towarzyszy dźwięk i obraz, a wraz z nimi elementy komunikacji często ważniejsze niż sam tekst.

marudzenie moje międzyludzkie

Trudny czas, ale błogosławiony zaczął się dla mnie ponad rok temu. Od pewnego czasu zmiany ogarniają również moje kontakty z innymi. Poznałem kilka wspaniałych osób, z którymi dawniej nie potrafiłbym nawiązać bliskich relacji. Również z wieloma ludźmi, których znam od dawna, nawiązałem relacje tak przyjazne, pełne zrozumienia i akceptacji, tak swobodne, szczere i otwarte, o jakich kiedyś tylko marzyłem. Potrafię przyjmować i dawać na skalę niegdyś dla mnie nieosiągalną.

A jednak jest trudno. Kiedy coś przychodzi, coś innego odchodzi – tak to przeważnie bywa, choć może lepiej bym się czuł, gdyby było inaczej. Chciałbym, żeby było inaczej. I nie rozpaczam, że tak nie jest, tylko dzięki wiedzy, że pomóc może mi tylko otwarcie się na to, co jest i co się dzieje, powiedzenie „tak” temu, co przychodzi, a nie zależy ode mnie.

Jest trudno. Okazuje się, że nie każdy akceptuje to, co się we mnie dzieje, że ja sam nie akceptuję wielu rzeczy, które kiedyś akceptowałem. Że są zachowania i postawy, którym kiedyś mówiłem „tak”, a teraz – co czasem ze zdziwieniem odkrywam – mnie ranią, i których już nie akceptuję. I są ludzie, z którymi relacje mogły być karmione tylko przez takie zachowania i postawy. I są ludzie, którzy nie zamierzają (nie chcą/nie mogą/nie potrafią) przyjmować wobec mnie innych postaw i zachowań. A ja nie chcę pozostać przy starych. I trzeba sobie powiedzieć „do widzenia”. I to jest smutne i bolesne.

Jeszcze bardziej boli, gdy ktoś w ogóle nie chce zaakceptować tego, że ja się zmieniłem, że są zachowania, postawy, formy kontaktu, zainteresowania, a nawet zwykłe czynności, aktywności i zajęcia, które dawniej znaczyły dla mnie wiele, a dziś nie służą już mi i nie chcę brać w nich udziału. Pięknie podsumowała to K.: brak akceptacji tego, że relacja może polegać na czymś innym niż polegała wcześniej oznacza, że ta relacja opierała się tylko i wyłącznie na tej rzeczy i że bez niej nie ma szans. Kolejna rzecz do przełknięcia i do zaakceptowania. To bardzo trudne i bolesne. Szczególnie jeśli chodzi o bliskie relacje. A to właśnie bliskie relacje stały się dla mnie w ciągu ostatniego roku czymś innym niż wcześniej. I w ciągu kilkunastu ostatnich tygodni nagromadziło się sporo tych najbardziej bolesnych konsekwencji tego stanu rzeczy.

Nie zawsze to, co się dzieje, wiąże się wprost z tym, że coś się zmieniło. Ostatnio bardzo mnie zabolało coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, i na co, choćbym się wściekł, nie jestem w stanie znaleźć żadnej racjonalnej przesłanki ani przyczyny. Czuję się jak w jakimś absurdalnym, groteskowym filmie albo jak ktoś, na kim bez jego wiedzy przeprowadzany jest dziwny eksperyment psychologiczny. Ale głęboko czuję, że to również stanowi część procesu ogromnej zmiany, jaka w moim życiu od ponad roku zachodzi. Mówię temu „tak”. Wytrzymam. Uczę się. Choćby tego, że lepiej czuję się, myśląc o tym, co przychodzi, niż o tym, co odchodzi.

Koty przywiązują się podobno do miejsc, a nie do ludzi. I – podobno – jest to nieprawda. A ja wiem tylko tyle, że miejsca można pożegnać z szacunkiem i z uśmiechem, a ludzi – tylko wtedy, gdy oni również zechcą się tak pożegnać.

Być może jest to ostatni lub jeden z ostatnich wpisów tutaj. Jedna z rzeczy, które we mnie się zmieniły, jeśli chodzi o relacje, to maksymalne otwarcie się na kontakt bezpośredni i na ludzi, którzy są po prostu blisko, z którymi kontakt taki jest najłatwiejszy. Do tej pory starałem się szukać gdzieś daleko, również w Internecie, tych, z którymi mam wspólne poglądy, z którymi dobrze mi się dyskutuje. Dziś z nikim mi się dobrze nie dyskutuje przez sieć, za to dużo lepiej czuję się w towarzystwie innych. I w pewnym momencie uderzył mnie fakt, że większość ludzi, z którymi (tak uczciwie, z ręką na sercu to przyznając) czuję się bezpiecznie i dobrze, nie używa Internetu lub używa go sporadycznie, że nie mam z nimi żadnych lub prawie żadnych relacji wirtualnych! Dlatego między innymi zamiast pisać tak często na blogu, rozmawiam, a komunikację internetową wykorzystuję najchętniej do tego, żeby się umówić na odwiedziny – u nas lub u kogoś. I to niekoniecznie po to, by gadać, gadać i gadać.

o boskości, o Bogu małym i Bogu wielkim (z Hellingera)

Czytając książkę pt. Odchodzimy spełnieni, napisaną dość niedawno przez Berta Hellingera, byłem zaskoczony tym, jak ów terapeuta, szaman, szarlatan, cudotwórca, magik i banita postrzega boskość, religijność, relacje międzyludzkie i relacje z absolutem. I tym jak bardzo moje własne, skrystalizowane w jakimś stopniu przez ostatni rok poglądy na ten temat znajdują wyraz w jego pisaninach. Przytaczam fragmenty. Popodkreślał – nocny grajek :)

Wielki jest tylko ten, kto czuje się równy innym, ponieważ to, co mamy największego, jest wspólne wszystkim ludziom. Kto czuje i uznaje w sobie to coś wielkiego, uważa się za wielkiego i jednocześnie powiązanego ze wszystkimi. Uznając to w sobie, uznaje to jednocześnie we wszystkich innych. Uważa się za równego im i czuje się z nimi równy. Bez problemu może się przyznać do tej wielkości, ponieważ nie wywyższa go ona, lecz czyni równym. Tym samym potwierdza on wielkość innych, a oni potwierdzają jego wielkość. Kocha on innych w ich wielkości, a inni kochają jego w jego wielkości. Ta wielkość łączy wszystkich ludzi w miłości i pokorze.

*

Gdy ktoś mówi: „Mam duszę”, jest tak jak gdyby rzeka powiedziała: „Mam wodę”.

*

Oczyszczenie człowieka ma uszlachetnić jego serce, duszę i ducha. Serce, żeby czyste i proste mogło się zająć sprawą, którą uważa za niezwykłą i istotną. Dlatego oczyszczenie serca związane jest ze skupieniem. Serce skupia się na tym, co istotne. Oczyszczenie i uszlachetnienie oznaczają więc, że wrota serca zamykają się na wiele rzeczy. (…)

Dusza i duch, podobnie jak serce, zostawiają wielość i wielorakość za drzwiami. Stają się proste w tym sensie, że otwierają się na coś, co z ukrycia wyrywa się do światła, na coś istotnego, co ma siłę.

Ponadto duch musi się pożegnać z czymś, co może wydaje mu się czymś najwyższym: z sumieniem, z rozróżnianiem między dobrem a złem, z religiami, które na tym rozróżnieniu budują.

Dlatego u kresu tego oczyszczenia dochodzimy do wglądu, że jesteśmy równi każdemu człowiekowi, ba, nawet każdej żywej istocie. Tutaj wypala się wszelkie poczucie wyższości.

*

Tam, gdzie jest powaga, kończą się płytka nadzieja, błaganie i uspokajanie. Dlatego powaga jest zarówno uległa, jak i opanowana. Uległa wobec potęgi rzeczywistości, na przykład wobec śmiertelnej choroby, ostatecznej straty, nieuniknionej winy i wobec kresu naszego rozumienia. Jednak ta powaga przejawia się w rezygnacji z pytanie: „dlaczego i po co?”, w patrzeniu nagiej rzeczywistości w oczy i stawianiu jej czoła, nawet z drżeniem.

*

Gdy ktoś mnie pyta: „Czy wierzysz w Boga?”, w gruncie rzeczy pyta: „Czy wierzysz w mojego Boga?”. I gdy odpowiem: „Tak”, triumfuje wewnętrznie, jak gdyby posiadł nade mną władzę. Wydaje mu się też, że i jego Bóg posiadł nade mną władzę. (…)

Wierzący w Boga wierzy w obraz Boga, który sobie stworzył. Albo wierzy w obraz Boga, stworzony przez kogoś. Ten ktoś, posługując się stworzonym obrazem, nawraca teraz innych na wiarę i przez to udaje mu się nimi zawładnąć.

A co się dzieje, gdy moja odpowiedź brzmi: „Nie”? Wtedy pytający czuje się obrażony i zmuszony do sprzeciwu lub nawet do ataku. Czuje się tak, jakbym zabrał mu coś, co uważał za część siebie, coś, co wziął w posiadanie. Zaczyna bronić swojej wiary jak zagrożonej własności. To pokazuje jak bardzo zagarnął Boga, jak wspiera się na nim i wywyższa dzięki niemu, wykraczając poza swoje granice.

Ograniczyłem się tutaj do spraw wstępnych. Więcej mówić mi nie przystoi.

*

…To, co w naszej rodzinie uważaliśmy za rozdzielające i złe, zwalczamy także w świecie, chcemy to być może nawet wykorzenić i zniszczyć.

Sądzimy nawet, że Bóg rozróżnia dobro i zło dokładnie tak jak my. W ten sposób podział na dobro i zło jest dokonywany w imię Boga i w jego imieniu wielu posuwa się do tego, że wyklucza i przeklina tych, którzy są inni.

Co prowadzi do pokoju, który godzi to, co podzielone i z pozoru niemożliwe do połączenia? Pożegnanie się z podziałem na dobro i zło, wzniesienie się ponad ten podział i uznanie, że dobro i zło wzajemnie się do siebie odnoszą.

*

To, co boskie, nie musi się odgraniczać.

*

To, co właściwe, jest czymś bliskim, czymś, co jest zarówno konieczne, jak i możliwe bez dużych nakładów. Pozostaje w harmonii ze swoim otoczeniem, czerpie z niego wgląd i siłę. Dlatego pozostaje skromne, nie obciąża, ma na nas dobroczynny wpływ, nawet jeśli nagle wkracza zdecydowanie, ponieważ po czynie znów się dyskretnie wycofuje.

Mimo, że jest nakierowane na to, co najbliższe, działa znacznie dalej, tak jak korzeń, który odżywia rozłożyste gałęzie, chociaż ich nigdy nie widzi. Dlatego też my, czyniąc w naszym najbliższym otoczeniu to, co dla nas stosowne, nie musimy się troszczyć o to, co odległe.

Gdy zaś niepokoimy się o to, co dalekie, i wyobrażamy sobie, że potrafimy naszym zamartwianiem się wymusić kierunek, który jest dla nas wygodniejszy lub wydaje nam się lepszy, wtedy łatwo gubimy się w wielości i mamy mało siły.

To, co właściwe, dzieje się w stosownym czasie, w odpowiednim miejscu i tam, gdzie możliwe jest działanie.

*

Niektórzy myślą, że ich cierpienie zbawi świat. Jednak ono często tylko pozbawia innych szczęścia.

*

(na temat przysiąg i ślubów, w których na świadka powołuje się Boga)

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. Dlatego wszystkie przysięgi lub śluby, gdy są czymś więcej niż zwykłą obietnicą albo zapewnieniem, stają się nieważne.

Skoro mówimy tu o Bogu w ludzkich wyobrażeniach, wolno nam powiedzieć także i to: ze względu na swoją cześć i godność Bóg nie jest w służbie takich przysiąg i ślubowań. Jeśli ktoś zasługuje na karę, to nie ci, którzy łamią taka przysięgę lub taki ślub, tylko ci, którzy takiej przysięgi lub takiego ślubu żądają.

(…)

Czym więc byłaby ta niewierność i wierność? Tylko ktoś, kto ma odwagę w obliczu Boga złamać takie obietnice lub śluby i nie podporządkować się obietnicy czy ślubowi innych, jest wierny czemuś większemu – co jest ludzkie i boskie.

W tym fragmencie Hellinger mówi o ustawieniach rodzinnych, ale jego metafora doskonale obrazuje też źródła różnych form religijności. Ta krótka refleksja nosi znamienny tytuł Bezpieczeństwo:

Z ruchami duszy pokazującymi się w ustawieniach rodzinnych, pewne osoby obchodzą się jak dziecko, które po raz pierwszy widzi morze. Najpierw staje zdumione przed jego rozległością i przeczuwa głębię. Potem jednak bierze swoje małe wiaderko, nabiera wody, wraca i mówi: „Patrzcie, to jest to”.

Są jednak i tacy, którzy odważają się wyruszyć na otwarte morze. Powierzają się wiatrowi, burzy, ciszy, płyną w nieznane i powracają przemienieni. Gdy opowiadają coś o tym po powrocie, słuchacze odpowiadają z lękiem: „To niemożliwe”.

słowa otrzymane kiedyś w darze

PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, czym się trudnisz.

Chcę wiedzieć, nad czym bolejesz i czy śmiejesz marzyć o spotkaniu z tym za czym tęskni Twoje serce.

Nie interesuje mnie ile masz lat.

Chcę wiedziesz czy gotów jesteś wyjść na głupca dla miłości, dla marzeń, dla przygody, jaką jest życie.

Nie interesuje mnie jakie planety zrównują się z Twoim księżycem.

Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś środka własnego smutku; czy zdradzony otwarłeś się, czy skurczyłeś i zamknąłeś w sobie ze strachu przed dalszym cierpieniem! Chcę wiedzieć czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub Twoim, nie poruszając się, by go ukryć, stłumić lub uleczyć.

Pragnę wiedzieć,

Czy możesz współistnieć z radością, moją lub swoją;

czy umiesz zapamiętać się w tańcu  i pozwolić, by ekstaza wypełniła Cię po czubki palców dłoni i stóp, nie każąc zachowywać ostrożności, myśleć realistycznie czy pamiętać o ograniczeniach kondycji ludzkiej.

Nie interesuje mnie, czy opowiadasz mi prawdziwą historię.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarowywać innych, aby pozostać wiernym sobie;

czy umiałbyś znieść oskarżenie o zdradę  i nie zdradzić własnej duszy.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz zaufać, a zatem i być godnym zaufania. Chcę wiedzieć, czy potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie co dzień jest ładna pogoda, i czy umiesz wywodzić swe życie z obecności Boga.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć z porażką, nie tylko swoją, stanąć nad brzegiem jeziora i do srebrnego księżyca krzyczeć: TAK!

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz i ile masz pieniędzy.

Chcę wiedzieć czy umiesz wstać po nocy żalu i rozpaczy, wyczerpany, zbity jak pies, i robić to co trzeba, dla swoich dzieci.

Nie interesuje mnie, kim jesteś, skąd tu się wziąłeś.

Chcę wiedzieć, czy staniesz ze mną w środku ognia, i nie cofniesz się.

Nie interesuje mnie, gdzie, jakie i u kogo pobierałeś nauki.

Chcę wiedzieć co Cię podtrzymuje od środka, gdy wszystko inne odpada.

Chcę wiedzieć, czy umiesz być sam ze sobą; i czy naprawdę lubisz tego, z którym przystajesz w chwilach pustki.

o pozytywnym przyciąganiu – jak pięknie ludzie mu ulegają

Po apokaliptycznych obrazach jakie kilkanaście minut temu zrodziły się w mej wyobraźni (jest nadpobudliwa – wystarczy coś powiedzieć, a ja już sobie to wyobrażam), znalazłem na Facebooku piękny filmik zamieszczony przez kolegę Mieszka:

No to: DZIEŃ DOBRY!!! :)

marudzenie sezonowego włóczęgi i o tym co dobrego jest w byciu wystawionym do wiatru

Nie wiem czy w tym roku pojadę na włóczęgę. Koledze, który z takim entuzjazmem odnosił się do naszego wspólnego wyjazdu dwa tygodnie przed startem, coś wypadło i zostałem bez towarzystwa. Żeby jeszcze odwołał swój udział w normalny, koleżeński sposób. Niestety, po kwiecistych zapewnieniach, że nie może się doczekać, nagle przyszedł lakoniczny list, że ma koncert i czy możemy przełożyć wyjazd. Na informację, że ja z powodu naszego wyjazdu zrezygnowałem z jednego grania i na pytanie co będzie, jak w nowym terminie też mu coś wypadnie, nie odpisał nic. Nie podjął rozmowy. Urwał kontakt.

Niemiłe uczucia rodzą się we mnie gdy ktoś mnie wystawia do wiatru w sposób kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek klasy. Jak to mówią, bez jaj. Trzy razy w życiu zawiodłem się tak konkretnie na kimś, kogo naprawdę lubiłem. Wszyscy byli z Krakowa. Nie znaczy to oczywiście, że krakusy tacy są. Po prostu mam pecha do kilku spraw związanych z tym miastem.

Cóż – teraz jestem po drugiej stronie Polski, gdzie mogę sobie pozwolić na to, by zarówno z Krakowa, jak i zewsząd docierały do mnie same pozytywy. W sumie to dobrze, że człowiek nie zostawił mnie na lodzie już w trakcie wyprawy, tylko przed. Mając lat 30 trudno znaleźć dogodny termin i towarzystwo na takie wyprawy, ale lepiej nie znaleźć nikogo, niż znaleźć kogoś, kto potrafi zrobić cię w balona i nawet nie zatroszczyć się o to jak się z tym czujesz. Cóż… temu panu już dziękujemy. Chcąc nie chcąc. Ale na szczęście.

Kiedy ktoś odpowiedzialny za przyczynę moich niemiłych wrażeń nie wykazuje poczucia owej odpowiedzialności, odpowiedzialnym staję się ja sam. Zamiast odpowiadać sobie na pytanie „jak fajnie będzie powłóczyć się właśnie z tą osobą?”, odpowiadam sobie na pytanie „dlaczego ta osoba jest nieodpowiednia?” Już od wczoraj pojawiają mi się w głowie ciekawe scenariusze alternatywne, spotkania, których wcześniej nie planowałem. Pozostaje stworzyć drużynę z kimś bardziej odpowiedzialnym, zaś od tamtego pana nie oczekiwać cywilizowanej współpracy, a nawet ostrzec przed nim innych.

A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem…

o niebezpiecznej słabości statystyk

Przywoływanie statystyk podczas sporu jest bardzo, ale to bardzo ryzykowne..

Na przykład: dyskutujemy z myśliwym o tym, czy myślistwo jest potrzebne czy szkodliwe. W pewnym momencie żarliwej wymiany zdań na poparcie tezy, że szkodliwe, podajemy statystyki: tyle-a-tyle przypadkowych postrzeleń człowieka rocznie.

Taki argument jest bardzo łatwy do zbicia, a wbrew pozorom trudny do obrony. Oto przykładowy myśliwy odpowiada: „Bzdura! Te statystyki to nieprawda!”. I podaje nam inne. No i co? Kto udowodni które dane są bliższe stanu faktycznego? Nawet jeśli sami dane badania przeprowadzaliśmy, mogliśmy się pomylić, wybrać złą grupę docelową czy cokolwiek. Szybko dochodzimy do tego, że zarówno my, jak i adwersarz mamy zbyt małą wiedzę, by rozstrzygać taki problem. Dyskusja tak czy inaczej wygasa, a niesmak po niepopartym żadnym niezbitym dowodem zakwestionowaniu naszej wiedzy pozostaje.

Dlatego właśnie staram się pilnować, by nie wpaść w pułapkę dyskusji na tematy zakładające jakiś obiektywny stan rzeczy (np. „myślistwo jest szkodliwe”). Niezależnie od stanu obiektywnego (który moim zdaniem w ogóle nie istnieje) nie akceptuję natomiast myślistwa i uważam, że jest szkodliwe, bo to przekonanie i ten pogląd wspiera moją wizję świata jako miejsca przyjaznego i dobrego dla mnie i moich bliskich.

o uspokojeniach, pasjach i inspiracjach

Dziękuję Wam, kochani, za Waszą obecność i za miłe słowa. Cieszę się, że moje pisaniny mogą posłużyć do poprawienia nastroju. Ja też ostatnio czytam właściwie tylko to, co mnie inspiruje, uspokaja, pokrzepia i daje pozytywnego kopa. W takim stanie mogę zrobić coś naprawdę przemyślanego i pożytecznego. I myślę sobie czasem jak dużo traciłem w tak niedawnych jeszcze czasach, gdy coś blokowało mnie przed słownym wyrażaniem radości, sympatii, entuzjazmu i innych fajnych uczuć wprost pod właściwy adres. Odmawiałem tego innym, ale też sobie.

Ostatni wpis powstał tak naprawdę dwa tygodnie temu. Mam czasami fazę i piszę tak dużo, że wolę publikować to w odcinkach. W międzyczasie moje plecy znalazły sobie ciekawsze zajęcie niż „bolenie”. Jest nim ścisłe przyleganie do miękkiego oparcia sofy podczas oglądania „Dr House’a”. Rzeczywiście – zrzuciłem ostatnio ze swojej codzienności sporo ciężaru, którego dźwigać nie chciałem. A to, czego nie zrzuciłem, przygarnąłem jako swoje i zaprzyjaźniłem się z tym. Przyczyna ustała, wywoływacze takie jak noszenie drewna, nie idealnie wygodne siedzenie w samochodzie itp. nie działają już na mnie, tak jak i na większość szczęśliwie zdrowych posiadaczy pleców. Teraz trudniejsze zadanie przede mną – sprawić, by ta zmiana była trwała.

Udała nam się też nowa znajomość i wieczór przy długiej rozmowie o sprawach wiecznie aktualnych, szczera, niezwykle inspirująca, pełna energii, pasjonująca i zostająca w pamięci. A wszystko to w starym poniemieckim siedlisku na totalnym odludziu po drugiej stronie Olsztyna, które chcieliśmy obejrzeć. Też sobie niedługo takie sprawimy! Spotkanie z kimś, kto potrafi i chce zgłębiać jakiś ważny temat choćby w nieskończoność, nie przerywając w najciekawszym momencie brutalnym: „Ale się poważnie zrobiło!” lub czymś podobnym, to dla mnie jak znalezienie źródła po długiej wędrówce na pustyni. Wymiana postów i innych e-maili przez Internet się nie liczy. Pisałem już o tym wcześniej.

W następnym (?) poście stary ancykryst nocny grajek zagłębi się w… żywoty świętych. Bo do niedawna myślałem, że katolicyzm jednoznacznie nazywa wszelką wiarę w potęgę ludzkiego umysłu i ducha pychą, każe swoim wyznawcom sypać głowę popiołem i być marnością nad marnościami. A tu się okazuje, że są kościelne argumenty na to, że jest to bzdura, nadająca się tylko do usprawiedliwiania własnego lenistwa, braku odwagi i pogardy dla siebie i własnego gatunku. Byli nawet w średniowieczu tacy chrześcijanie, którzy wierzyli w to, że choć Bóg nie uczynił człowieka sobą, to uczynił zeń istotę po stokroć potężniejszą niż niektórzy potrafią zaakceptować i sobie wyobrazić. I przynajmniej jedną z głoszących takie rewelacje osób Kościół Katolicki uczynił świętą…

Older posts