szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: przyjaźń

Kraków revisited

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chodzę po starych uliczkach, które przemierzałem przez tyle lat, i szukam siebie, nas… Zaglądam w podwórka i patrzę w okna, za którymi mieszkaliście i gdzie spędziliśmy tyle niezapomnianych chwil, z których co najmniej kilku nie zapomnę nigdy. Na przykład oglądania Siekierezady w ogrzewanym kozą mieszkaniu Patryka w kamienicy, gdzie nikt inny nie mieszkał. Albo konduktu pogrzebowego gitary, z którym przeszliśmy obok młodziutkiej jeszcze Cafe Szafe.

marudzenie moje międzyludzkie

Trudny czas, ale błogosławiony zaczął się dla mnie ponad rok temu. Od pewnego czasu zmiany ogarniają również moje kontakty z innymi. Poznałem kilka wspaniałych osób, z którymi dawniej nie potrafiłbym nawiązać bliskich relacji. Również z wieloma ludźmi, których znam od dawna, nawiązałem relacje tak przyjazne, pełne zrozumienia i akceptacji, tak swobodne, szczere i otwarte, o jakich kiedyś tylko marzyłem. Potrafię przyjmować i dawać na skalę niegdyś dla mnie nieosiągalną.

A jednak jest trudno. Kiedy coś przychodzi, coś innego odchodzi – tak to przeważnie bywa, choć może lepiej bym się czuł, gdyby było inaczej. Chciałbym, żeby było inaczej. I nie rozpaczam, że tak nie jest, tylko dzięki wiedzy, że pomóc może mi tylko otwarcie się na to, co jest i co się dzieje, powiedzenie „tak” temu, co przychodzi, a nie zależy ode mnie.

Jest trudno. Okazuje się, że nie każdy akceptuje to, co się we mnie dzieje, że ja sam nie akceptuję wielu rzeczy, które kiedyś akceptowałem. Że są zachowania i postawy, którym kiedyś mówiłem „tak”, a teraz – co czasem ze zdziwieniem odkrywam – mnie ranią, i których już nie akceptuję. I są ludzie, z którymi relacje mogły być karmione tylko przez takie zachowania i postawy. I są ludzie, którzy nie zamierzają (nie chcą/nie mogą/nie potrafią) przyjmować wobec mnie innych postaw i zachowań. A ja nie chcę pozostać przy starych. I trzeba sobie powiedzieć „do widzenia”. I to jest smutne i bolesne.

Jeszcze bardziej boli, gdy ktoś w ogóle nie chce zaakceptować tego, że ja się zmieniłem, że są zachowania, postawy, formy kontaktu, zainteresowania, a nawet zwykłe czynności, aktywności i zajęcia, które dawniej znaczyły dla mnie wiele, a dziś nie służą już mi i nie chcę brać w nich udziału. Pięknie podsumowała to K.: brak akceptacji tego, że relacja może polegać na czymś innym niż polegała wcześniej oznacza, że ta relacja opierała się tylko i wyłącznie na tej rzeczy i że bez niej nie ma szans. Kolejna rzecz do przełknięcia i do zaakceptowania. To bardzo trudne i bolesne. Szczególnie jeśli chodzi o bliskie relacje. A to właśnie bliskie relacje stały się dla mnie w ciągu ostatniego roku czymś innym niż wcześniej. I w ciągu kilkunastu ostatnich tygodni nagromadziło się sporo tych najbardziej bolesnych konsekwencji tego stanu rzeczy.

Nie zawsze to, co się dzieje, wiąże się wprost z tym, że coś się zmieniło. Ostatnio bardzo mnie zabolało coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, i na co, choćbym się wściekł, nie jestem w stanie znaleźć żadnej racjonalnej przesłanki ani przyczyny. Czuję się jak w jakimś absurdalnym, groteskowym filmie albo jak ktoś, na kim bez jego wiedzy przeprowadzany jest dziwny eksperyment psychologiczny. Ale głęboko czuję, że to również stanowi część procesu ogromnej zmiany, jaka w moim życiu od ponad roku zachodzi. Mówię temu „tak”. Wytrzymam. Uczę się. Choćby tego, że lepiej czuję się, myśląc o tym, co przychodzi, niż o tym, co odchodzi.

Koty przywiązują się podobno do miejsc, a nie do ludzi. I – podobno – jest to nieprawda. A ja wiem tylko tyle, że miejsca można pożegnać z szacunkiem i z uśmiechem, a ludzi – tylko wtedy, gdy oni również zechcą się tak pożegnać.

Być może jest to ostatni lub jeden z ostatnich wpisów tutaj. Jedna z rzeczy, które we mnie się zmieniły, jeśli chodzi o relacje, to maksymalne otwarcie się na kontakt bezpośredni i na ludzi, którzy są po prostu blisko, z którymi kontakt taki jest najłatwiejszy. Do tej pory starałem się szukać gdzieś daleko, również w Internecie, tych, z którymi mam wspólne poglądy, z którymi dobrze mi się dyskutuje. Dziś z nikim mi się dobrze nie dyskutuje przez sieć, za to dużo lepiej czuję się w towarzystwie innych. I w pewnym momencie uderzył mnie fakt, że większość ludzi, z którymi (tak uczciwie, z ręką na sercu to przyznając) czuję się bezpiecznie i dobrze, nie używa Internetu lub używa go sporadycznie, że nie mam z nimi żadnych lub prawie żadnych relacji wirtualnych! Dlatego między innymi zamiast pisać tak często na blogu, rozmawiam, a komunikację internetową wykorzystuję najchętniej do tego, żeby się umówić na odwiedziny – u nas lub u kogoś. I to niekoniecznie po to, by gadać, gadać i gadać.

o tym, że rozmnażanie może być zaskakujące, jeśli punkt odniesienia przesunąć ku dalszym wspomnieniom

bies1przed2Były wzloty, upadki, chwile wielkiej przyjaźni, chwile milczenia. Długie rozmowy, długie przesiadywania w ciszy przy przydrożnych ogniskach, tysiące kilometrów przejechanych wspólnie auto-stopem, tysiące słów wymienionych w listach… I gdy łapaliśmy okazję na kolejny zlot naszej Stachuriady, ani razu Obraz 02407nie przeszło mi przez myśl, że kiedyś zarówno ja, jak i moja żona dostaniemy od Niego smsy, że urodziła mu się córka.

Gratulacje, stary! To będzie bardzo szczęśliwa i piękna rodzina.

o tym jak odchodzi i przychodzi przyjaźń

przystanek-w-nocyKiedyś łatwo mi było wymienić swoich przyjaciół. Potrafiłem osadzić się w wyimaginowanej przestrzeni relacji międzyludzkich, gdzie kazdy rodzaj relacji – przyjaźń, koleżeństwo, znajomość oznaczały dla mnie niezdefiniowaną, lecz  konkretną, wyczuwalną od razu wartość. Od pewnego czasu jednak zaczęło dokuczać mi poczucie (fajna zbitka wyrazowa, nie?) pomieszania w tej materii. Coraz natarczywiej pojawiało się pytanie: „a może ja już nie mam przyjaciół?” Potem wątpliwości rozszerzyły się na koleżeństwo. Momentami zaczynałem dochodzić do wniosku, że mam już tylko znajomych.

studniaKiedy nadszedł krytyczny okres zwątpienia we wszystkie moje relacje, poza relacją z Karolinką, zacząłem myśleć nad tym częściej. I rzuciła mi się w oczy pewna prawidłowość, według której postrzegałem do tej pory wszystkie relacje nazywane przeze mnie przyjaźnią (poza tymi, z których sam się z różnych względów, przeważnie głupich, wycofałem w ogóle). Przyjmowałem bowiem a priori twierdzenie, że przyjaźń to coś na całe życie. Tymczasem ludzie się zmieniają, zmienia się też świat wokół nich i ich miejsce w tym świecie.

W ten sposób trzymałem w dłoniach skorupkę, z której przyjaźń dawno się ulotniła, myśląc, że to wciąż ona. Ten stan rzeczy był pogłębiony przez to, że moja życiowa droga wcale nie oddaliła mnie tak bardzo od trybu i stylu życia, jakie prowadziłem na studiach. U tych, których nazywałem przyjaciółmi, i którzy kiedyś nimi byli zmieniło się to natomiast bardzo. I muszę to sobie powiedzieć szczerze – naturalność, spontaniczność, poczucie pewności i wzajemnego rozumienia się zniknęło we mnie. Ich miejsce zajęły – w różnych przypadkach: dystans, pytania, których już nie chcę zadawać, na temat spraw, które kiedyś były jasne bez potrzeby zadawania pytań, niepewność, kompletny brak zrozumienia i poczucia wspólnoty, żal z powodu braku odpowiedzi na jakiekolwiek listy, tłumaczenie tego ciężką sytuacją dawnego przyjaciela… no właśnie: jaką sytuacją? Dlaczego ciężką? Czy na pewno? Przecież ponoć właśnie w biedzie poznaje się prawdziwych przyjaciół. Jaki jednak sens ma to powiedzenie, jeśli wszyscy swoją biedę przeżywają sami, a ja – kiedy takiej biedy doświadczałem – również nie czułem, że mam z kim się tą biedą podzielić?

01Odpowiedzi na to są dwie. Jedną z nich wyczytałem w wywiadzie z Benedyktem Peczko: (Zwierciadło, nr 2/2009)

Mężczyźni obawiają się kolejnych zobowiązań. Gdy pada słowo „przyjaźń”, mogą być zaniepokojeni: no tak, klamka zapadła, niewola, jeszcze jedno małżeństwo. Przyjaźń nie musi być na całe życie. Jesteśmy istotami dynamicznymi, zmieniamy się. Także przyjaźnie mają charakter dynamiczny. Relacja trwa jakiś czas, a potem może się tak zdarzyć, że wygasa: widujemy się coraz rzadziej, mamy sobie coraz mniej do powiedzenia, zaczynamy cenić inne wartości, zmieniają się zadania życiowe. To jest naturalne. Pozwolić przyjacielowi pójść swoją drogą, beze mnie, i pozwolić sobie pójść drogą bez niego – to istotny aspekt przyjaźni. Każda, nawet krótkotrwała relacja jest cenna, ponieważ to, co wspólnie przeżyliśmy, co sobie daliśmy, nie ginie, zostaje w nas.

Druga odpowiedź, a właściwie wyjście z sytuacji, to moja konstatacja, że trzymając się kurczowo przeszłości i tego, co minęło, jednocześnie byłem odwrócony plecami od innych ludzi, którzy mogli być dla mnie przyjaciółmi i wobec których sam mogłem się otworzyć. Kiedy przestawałem czuć możliwość lub sens otwierania się na moich dawnych przyjaciół, zastanawiałem się co jest ze mną lub z nimi nie tak, zamiast wspomnianą wcześnie skorupę odłożyć między pamiątki i poświęcić więcej czasu tym, którzy ten czas dla mnie mieli. I chociaż czuję, ile napsułem przez swój niewyparzony język i wyniesiony z domu nawyk osądzania i oceniania kogoś, zanim zdecyduję się na normalną rozmowę, dziś mogę najwyżej wykorzystać te doświadczenia w tych relacjach, które są moim udziałem teraz i będą w przyszłości.

mur-polekCóż – muszę się tylko nauczyć na nowo otwartości i pewności siebie. Bez osądzania i przedwczesnych domysłów na czyjś temat. Nawet głupi ślimak nie wyjdzie ze skorupki, jeśli wykrzykuje się nad nim i macha rękoma, a co dopiero wrażliwy człowiek. Bardzo mi pomagają w zrozumieniu tego długie rozmowy z S., który mnóstwo energii poświęca na to, by znaleźć sobie pewne i właściwe miejsce w sieci międzyludzkich powiązań. Łączy mnie z nim naprawdę przyjacielska relacja. Nawet jeśli on by tego słowa nie użył, nie ma to znaczenia – doszedłem do wniosku, że przyjaźń to stan ducha i otwartość wobec kogoś. Rozumienie zamiast osądzania i w drugą stronę – brak poczucia, że jest się osądzanym. Ale bez oczekiwań i wymagań. I co bardzo ważne – nie chodzi o to, by być pewnym, że można na kimś polegać w ciężkich czasach, lecz o to, by być pewnym, że to ten ktoś może polegać na mnie. I – co bardzo ważne – poczucie, że nie jest się samotnym. Jeśli czujesz się samotnie, to znaczy, że nie masz przyjaciół. I nie zastąpi tego rodzina. To zupełnie inna sprawa.

A dzięki starym przyjaźniom wiem, że spontaniczność, autentyczność i szczerość przyciąga innych autentycznych, spontanicznych i szczerych ludzi o podobnych zapatrywaniach na najważniejsze kwestie i sprawy wiecznie aktualne. Moje zapatrywania na te sprawy bardzo ewaluowały przez ostatnich kilka lat, nic dziwnego więc, że i ludzie otaczają mnie inni.

*

Obszerny fragment przytoczonego przeze mnie wywiadu można znaleźć tutaj. Bardzo polecam, nie tylko facetom, ale również ich żonom! (mnie właśnie dała to do przeczytania moja :o)

zamiast wesela

Bardzo to był dobry układ, niezwykle udany: ślub, obiad z najbliższą rodziną i przyjaciółmi, a potem – z tymi właśnie przyjaciółmi – impreza u jednego z nich, radość, rzewność, poznawanie się i wciąż na nowo rozpoznawanie, poezja, szaleństwo, pukanie do kolejnych drzwi w sobie nawzajem i w sobie samym ich otwieranie. I było tak cudownie, że zupełnie nie spodziewałem się, że jeszcze jakaś chwila może być tak piękna, jak obecna, gdy siedzę na posterunku, patrzę przez okno jak pada letni deszcz, palę fajkę i piszę te słowa. I szkoda tylko, że wczoraj dałem się otumanić jakimś mało istotnym sprawom, że zmarnowałem wieczór na głupie porządki, że nie dopełniłem jeszcze jednego dnia, jaki dany mi było spędzić z Karolinką, z którą już wobec wszystkich i wobec siebie jeszcze bardziej, jeszcze inaczej, jeszcze w inny, nowy sposób jesteśmy razem. Do tego stopnia razem, na ile pozwala nasze kruche istnienie w tym kruchym i zmieniającym się wciąż nie do poznania świecie.

o tym, ile ciepła może przynieść zima

Czasami tyle mam do napisania, do powiedzenia, do wykrzyczenia, wyszeptania i przemilczenia, że mój wąziutki jeszcze i niewyrobiony kanalik wysłowienia zatyka się i nic nie chce z niego wypłynąć. Wiem, że gdybym któryś z tematów rozpoczął, nigdy nie skończyłbym pisać. Musiałbym przerwać i powstałby wielki strzęp nie wiadomo czego.

Znów inne święta, morze zimą, cudowne współprzebywanie, niesamowity klimat okoliczności sylwestrowych, jazda pociągiem przez słoneczne i zielone równiny pod czerwonawo-żółtawym słońcem, teologiczne dyskusje z Chickiem, nowe plany na przyszłość, Beatlesi, nowy tom wierszy Cohena, gry fabularne, do których wróciłem po sześciu latach to tylko część wątków z ostatnich dwóch tygodni. Ta część, która tłucze się akurat przy wylocie kanaliku wysłowienia.

Nic nie będę pisał, oprócz tego, że już wyzdrowiałem w 95%. Zapewne stało się to również dzięki Waszym przemiłym życzeniom, za które dziękuję.

Majjhima-nikaja 128, cyt. za: Sherab Choedzin Kohn, Życie Buddy, tłum. Kasia Biała, Gdańsk 2005

Jeśli potrafisz znaleźć towarzysza godnego zaufania, z którym będziesz mógł wędrować, ciesząc się dobrem i pewnością, Wędruj z nim, zadowolony i uważny… Jeśli nie potrafisz znaleźć towarzysza godnego zaufania, Wtedy jak król, który opuszcza pokonane królestwo, Wędruj samotnie, podobny słoniowi przemierzającemu dżunglę, Lepiej wędrować w samotności: Nie ma braterstwa z głupcami. Wędruj sam, nie krzywdź innych i nie padnij ofiarą konfliktu; Bądź sam, jak słoń w lesie.