szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: przyciąganie

marudzenie moje międzyludzkie

Trudny czas, ale błogosławiony zaczął się dla mnie ponad rok temu. Od pewnego czasu zmiany ogarniają również moje kontakty z innymi. Poznałem kilka wspaniałych osób, z którymi dawniej nie potrafiłbym nawiązać bliskich relacji. Również z wieloma ludźmi, których znam od dawna, nawiązałem relacje tak przyjazne, pełne zrozumienia i akceptacji, tak swobodne, szczere i otwarte, o jakich kiedyś tylko marzyłem. Potrafię przyjmować i dawać na skalę niegdyś dla mnie nieosiągalną.

A jednak jest trudno. Kiedy coś przychodzi, coś innego odchodzi – tak to przeważnie bywa, choć może lepiej bym się czuł, gdyby było inaczej. Chciałbym, żeby było inaczej. I nie rozpaczam, że tak nie jest, tylko dzięki wiedzy, że pomóc może mi tylko otwarcie się na to, co jest i co się dzieje, powiedzenie „tak” temu, co przychodzi, a nie zależy ode mnie.

Jest trudno. Okazuje się, że nie każdy akceptuje to, co się we mnie dzieje, że ja sam nie akceptuję wielu rzeczy, które kiedyś akceptowałem. Że są zachowania i postawy, którym kiedyś mówiłem „tak”, a teraz – co czasem ze zdziwieniem odkrywam – mnie ranią, i których już nie akceptuję. I są ludzie, z którymi relacje mogły być karmione tylko przez takie zachowania i postawy. I są ludzie, którzy nie zamierzają (nie chcą/nie mogą/nie potrafią) przyjmować wobec mnie innych postaw i zachowań. A ja nie chcę pozostać przy starych. I trzeba sobie powiedzieć „do widzenia”. I to jest smutne i bolesne.

Jeszcze bardziej boli, gdy ktoś w ogóle nie chce zaakceptować tego, że ja się zmieniłem, że są zachowania, postawy, formy kontaktu, zainteresowania, a nawet zwykłe czynności, aktywności i zajęcia, które dawniej znaczyły dla mnie wiele, a dziś nie służą już mi i nie chcę brać w nich udziału. Pięknie podsumowała to K.: brak akceptacji tego, że relacja może polegać na czymś innym niż polegała wcześniej oznacza, że ta relacja opierała się tylko i wyłącznie na tej rzeczy i że bez niej nie ma szans. Kolejna rzecz do przełknięcia i do zaakceptowania. To bardzo trudne i bolesne. Szczególnie jeśli chodzi o bliskie relacje. A to właśnie bliskie relacje stały się dla mnie w ciągu ostatniego roku czymś innym niż wcześniej. I w ciągu kilkunastu ostatnich tygodni nagromadziło się sporo tych najbardziej bolesnych konsekwencji tego stanu rzeczy.

Nie zawsze to, co się dzieje, wiąże się wprost z tym, że coś się zmieniło. Ostatnio bardzo mnie zabolało coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, i na co, choćbym się wściekł, nie jestem w stanie znaleźć żadnej racjonalnej przesłanki ani przyczyny. Czuję się jak w jakimś absurdalnym, groteskowym filmie albo jak ktoś, na kim bez jego wiedzy przeprowadzany jest dziwny eksperyment psychologiczny. Ale głęboko czuję, że to również stanowi część procesu ogromnej zmiany, jaka w moim życiu od ponad roku zachodzi. Mówię temu „tak”. Wytrzymam. Uczę się. Choćby tego, że lepiej czuję się, myśląc o tym, co przychodzi, niż o tym, co odchodzi.

Koty przywiązują się podobno do miejsc, a nie do ludzi. I – podobno – jest to nieprawda. A ja wiem tylko tyle, że miejsca można pożegnać z szacunkiem i z uśmiechem, a ludzi – tylko wtedy, gdy oni również zechcą się tak pożegnać.

Być może jest to ostatni lub jeden z ostatnich wpisów tutaj. Jedna z rzeczy, które we mnie się zmieniły, jeśli chodzi o relacje, to maksymalne otwarcie się na kontakt bezpośredni i na ludzi, którzy są po prostu blisko, z którymi kontakt taki jest najłatwiejszy. Do tej pory starałem się szukać gdzieś daleko, również w Internecie, tych, z którymi mam wspólne poglądy, z którymi dobrze mi się dyskutuje. Dziś z nikim mi się dobrze nie dyskutuje przez sieć, za to dużo lepiej czuję się w towarzystwie innych. I w pewnym momencie uderzył mnie fakt, że większość ludzi, z którymi (tak uczciwie, z ręką na sercu to przyznając) czuję się bezpiecznie i dobrze, nie używa Internetu lub używa go sporadycznie, że nie mam z nimi żadnych lub prawie żadnych relacji wirtualnych! Dlatego między innymi zamiast pisać tak często na blogu, rozmawiam, a komunikację internetową wykorzystuję najchętniej do tego, żeby się umówić na odwiedziny – u nas lub u kogoś. I to niekoniecznie po to, by gadać, gadać i gadać.

o różnicy między podążaniem skądś, a podążaniem dokądś

Nie przekonuje mnie walka z aborcją – kiedy słyszę takie hasła, w umyśle mam walkę i aborcję. Jestem za to ogromnym zwolennikiem egzekwowania prawa do życia nienarodzonych. Mam wówczas w umyśle prawo i życie. Przygnębia mnie też narzekanie na bezmyślną konsumpcję. Przez cały czas gdy miałem w głowie opinię, że „to straszne, że tyle wokół bezmyślnej konsumpcji”, czułem się jak jakiś mały, bezbronny człowieczek w nieprzyjaznym świecie. Kiedy natomiast myślę o propagowaniu zdrowego, świadomego stylu życia lub innej pozytywnej, ale konkretnej alternatywie dla owej konsumpcji, czuję jak razem ze mną świat idzie do przodu.

Sądzę zresztą, że kwestia doboru słów dla swojego przekazu nie kończy się na odczuciach. Wierzę, że wszelka zmiana jest bardziej możliwa, skuteczniejsza, trwalsza, przyjemniejsza i bardziej satysfakcjonująca gdy zamiast zabierać sobie, ludziom czy światu to, co jest niepożądane, daję coś, co jest pożądane. Walczący z terroryzmem, jeśli zwyciężają, osiągają najwyżej brak terroryzmu. Walcząc o pokój i zgodę – i zwyciężając – osiągają pokój i zgodę. To ostatnie jest dla mnie bardziej przekonujące i przede wszystkim konkretne. W postulatach z Porozumień Sierpniowych więcej było o tym, czego postulujący chcą niż czego nie chcą. Może dlatego udało im się coś osiągnąć?

Oczywiście nie ma stuprocentowych recept na zmianę świata. Świat jest w porządku, nie trzeba go zmieniać. Mamy wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. W drodze do tego, czego pragnę dla siebie i dla świata, zamiast iść tyłem wolę patrzeć naprzód. Nie idę OD, lecz DO.

o dostrzeganiu zła, ofiarności, szlachetnej porażce i innych strasznych rzeczach

Ostatnio często słyszę narzekania. Narzekania szlachetne i słuszne. Ponarzekam sobie na nie :)

Bardzo nie lubię słuchać narzekań. Mam do nich słabość: potrafię sobie cudzymi narzekaniami zepsuć cały dzień. Pół biedy, jeśli od narzekającego uda się łatwo uwolnić przez zmianę tematu lub zwykłe oddalenie się w bezpieczne, dobre i pozbawione narzekania miejsce. Ale nie zawsze tak się da. Są tacy, którzy każdy temat traktują jak pole do narzekań. Nie ważne jakie piękno, miłość i cudowności wspomnę, narzekanie zaczyna się po pięciu sekundach. I im dłużej uda mi się wytrzymać bez jakiejkolwiek reakcji, tym szybciej ma szansę się skończyć. Ale niestety czasem tak czy siak trwa to długo. Wtedy pocieszam się, że ja jestem wystawiony na działanie narzekacza tylko przez jakiś krótki czas. A on sam siedzi w tym przecież na okrągło…

Usprawiedliwienia narzekaczy są zazwyczaj identyczne: „Nie można ciągle tylko mówić o tym co dobre, nie widząc zła na świecie. Zaszywać się w swoim bezpiecznym, ciasnym światku. Człowiek może naprawić zło tylko kiedy je dostrzeże, wywlecze na wierzch i będzie o nim mówił tak, żeby wszyscy je zauważyli.”

Biorąc udział w sporze pomiędzy „widzącymi to, co dobre”, a „widzącymi to, co złe” bardzo łatwo wpaść w bezproduktywne i krzywdzące zestawienia. Oto optymista, chcąc przekonać walczącego ze złem rozmówcę mówi:

– Niektórzy to siedzą na tyłku i narzekają, psując atmosferę, a tymczasem tylu jest wizjonerów pełnych pozytywnej energii i działających dla dobra ludzkości!

A na to adwersarz:

– Popatrz ilu ludzi oddało życie za dobrą sprawę, ilu ludzi potrafiło dostrzec zło i storpedować szkodliwe działania! Nie potrzeba nam egzaltowanych optymistów, co odwracając oczy od ludzkiego nieszczęścia siedzą i mówią jaki to świat jest piękny!

Ani jedno, ani drugie zestawienie nie jest uczciwe. Dlatego proponuję nie zajmować się ani siedzącymi na tyłku narzekajłami z pierwszej wypowiedzi, ani egzaltowanymi ślepcami z drugiej. Proponuję zestawić wyłącznie pozytywnych bohaterów: energicznego wizjonera i torpedującego złe działania wojownika.

Najpierw o walce ze złem. Moim zdaniem zło może istnieć tylko tam, gdzie ktoś je dostrzega. Jak już kiedyś pisałem, wierzę, że życie ma dla mnie zawsze najlepszą ofertę, choć czasem trudno uwierzyć w to, że może być nią choroba czy wypadek. Tak to niestety działa, jest przyczyna i skutek, jest karma i oczyszczenie, jest grzech i pokuta. Jeśli to nie jest odpowiedni porządek dla świata myślących, wolnych ludzi, jak można wierzyć w Boga, we wszechświat, w cokolwiek? Jeszcze raz: nie mówię tutaj, że należy na wszystko się godzić i być obojętnym kiedy ktoś cierpi, a my możemy mu pomóc lub kiedy jest coś do zrobienia i możemy to zrobić. Ja mówię, że można wszystko zrobić na dwa sposoby: walcząc lub tworząc. Niszcząc lub budując. I bardzo łatwo wpaść w pułapkę i niszczyć, myśląc, że się buduje. A nie da się budować w stanie umysłu człowieka walczącego. Budować da się tylko w twórczym stanie umysłu.

Walka ze złem przyciąga dwie rzeczy: walkę i zło, z którym trzeba walczyć. I potwierdza to życie największych pesymistów, ludzi, którymi powoduje gniew i niezgoda: oni wszędzie widzą zło, bezsens, głupotę i bezmyślność, z którymi trzeba walczyć, walczyć i walczyć… Kiedy chcą czegoś dokonać, mają ręce pełne ciężkiej, katorżniczej roboty, poświęcają się wielkim sprawom i wyniszczają się w niekończącej się walce dobra ze złem. Szkoda ich. Myślę, że ludzie, którzy narzekają, nawet gdy robią mnóstwo pożytecznych i szlachetnych rzeczy, kończą zazwyczaj jako bohaterskie ofiary, oddające swoją energię, czas, życie za sprawy, które po tej ofierze nadal wymagają poprawy. Stawia się im marmurowe tablice z napisem: „Oddał życie w walce”. I będą wymagać, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto robiąc coś, nie będzie „walczył ze złem” tylko „przynosił dobro”. Ktoś, kto zamiast roztaczać wokół atmosferę apokalipsy i toczyć wojnę, mówiąc jak zła, beznadziejna i chora jest sytuacja, wzbudzi uśmiech i doda sił, mówiąc jak dobrze, zdrowo i pięknie będzie. Ludzie roztaczający takie wizje, napędzający się nimi i nie potrafiący wytrzymać bez ruchu, by ich nie zrealizować aż promienieją. Nie straszne im żadne przeszkody, potrafią świecić niebiańskim blaskiem pośród największej nędzy i cierpienia. Stawia się im pomniki z napisem: „Poświęcił życie niesieniu dobra”.

Oczywiście kogoś takiego narzekacze nigdy nie polubią, nawet gdy odniesie zwycięstwo (a tacy ludzie zawsze odnoszą zwycięstwo). Uśmiechać się i mówić o szczęściu gdy wokół trąd, dżuma i głód – to dla walczących ze złem obraza. Ktoś, kto wszędzie widzi zło, będzie wszędzie widział zło, nawet jeśli go wokół nie będzie. Dla ludzi walczących ze złem zwycięstwo jest niemożliwe. Ani ich własne, ani niczyje inne. A kto twierdzi, że jest dobrze, ten albo kłamie albo jest ślepy.

Ktoś mądry napisał, że wdzięczność za to, co mamy (a każdy ma coś, za co może być wdzięczny), przyciąga więcej tego, za co możemy być wdzięczni. Wdzięczność rodzi wdzięczność. Poczucie braku rodzi poczucie braku. Uśmiech rodzi uśmiech. Walka rodzi walkę. Miłość rodzi miłość. Proste. Dlatego jeżeli już mam siedzieć na tyłku i gadać, wolę sławić, doceniać, przypominać i cieszyć się z tego, co jest piękne. Nawet jeśli ktoś w pobliżu niczego pięknego już nie jest w niczym w stanie dostrzec, tak dzielnie walczy ze złem. A kiedy mam już z tej radości i wdzięczności tak dobry humor, że raźno się mogę wziąć do roboty, biorę się do budowania tego, co może być piękniejsze, wspanialsze i lepsze, do tego, co chcę, żeby było takie, a nie inne, do tego, co przyniesie pożytek i radość. I jeśli gadam przy pracy, opowiadam o tym jak to mądrze, dobrze i pięknie będzie wyglądać, kiedy już skończę.

o tym, że cokolwiek myślisz o swoim życiu, masz rację i o tym co mnie łupie w kręgosłupie

Był czas, gdy uważałem, że nie mam żadnej mocy. Że świat jest wymagającym polem bitwy, tworem twardym, nieustępliwym i zależnym ode mnie co najwyżej w części jednej sześciomiliardowej, czyli żadnej. Myślałem, że toczę wojnę. I wiecie co? Naprawdę toczyłem wojnę. Z twardym, nieustępliwym światem. Nie miałem żadnej mocy. Miałem zupełną rację co do własnego miejsca w świecie i co do tego czym on jest, a kolejne doświadczenia utwierdzały mnie w tym przekonaniu.

Dziś nie za bardzo odczuwam obecność „świata” pojmowanego w taki sposób. Świat tworzy się wraz z życiem. Świat jest życiem. A ono wynika ze mnie. Kiedy kocham – jest piękne. Kiedy nienawidzę – gaśnie. Poczuciem winy ściągam na siebie karę, uczuciem szczęścia – szczęście. Kiedy krytykuję – przyciągam krytykę, kiedy dzielę się dobrym słowem, przyciągam dobre słowo. Mam lub mogę mieć wszystko, co – jak głęboko wierzę – należy mi się. To, do czego nie daję sobie prawa – pozostaje nieosiągalne. Kiedy o czymś dużo i intensywnie myślę – to się objawia. I wiecie co? Też mam rację. Dlatego wbrew wszelkim racjonalnym przewidywaniom mieszkam w domku nad jeziorem, choć nie chodzę do pracy i żyję tylko z tego, co najbardziej lubię tworzyć i wymyślać. Dlatego mam cudowną, piękną żonę o niezwykłej mądrości i wiedzy, choć nie zawsze ta sama żona była dla mnie piękna i mądra. Ale też dlatego od tygodni nieustannie boli mnie kręgosłup, choć wcześniej już mnie nie bolał, dlatego podczas ostatnich wojaży urwano mi lusterko od samochodu, choć wcześniej nigdy nic mi się takiego nie przydarzało. Dlatego cudze narzekanie i złe słowa pod jakimkolwiek adresem potrafią popsuć mi nastrój na dłuższy czas, choć zdaję sobie sprawę, że nie mają one nic wspólnego z moim życiem i moją wdzięcznością za świat, w którym niczego nie brak i w którym można osiągnąć wszystko.

Żadna z tych wspaniałości i trudności nie przychodzi do mnie przypadkiem, ani jako nagroda czy kara za cokolwiek. Wspaniałości są naturalne – ten świat, życie obfituje we wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Za życie i za świat należy się tylko wdzięczność. Trudności pokazują mi że gdzieś stawiam sobie przeszkody, że czegoś nie chcę wiedzieć, zaakceptować, przyjąć, że gdzieś na to swoje życie się zamykam. I będą trwać i powtarzać się, póki nie znajdę tego, co oznaczają.

I za urwane lusterko, za ból kręgosłupa, za ludzi, których nie lubię też jestem wdzięczny, choć ciężko mi przychodzi świadomość tego co za tym może stać. Ale znajdę to, uświadomię sobie to, czego dziś nie wiem, zaakceptuję coś i wtedy wyleczę te plecy raz na zawsze, a ludzie, których ciężko znoszę pójdą straszyć gdzieś indziej.

To zresztą już się dzieje. Właśnie dzięki temu, że boli.  Na świecie istnieje  ponoć ok. 60 osób, które nie czują bólu i jest to straszna choroba. Przypomnijcie sobie Pinokia, który stracił nogi, bo nie czuł, że zajęły się od pieca.

o wysokich wibracjach szklanki pełnej do połowy

Najwięcej piękna, dobrej energii, cudownych wydarzeń i miłości przyciągnęły do mojego życia wcale nie nowe teorie, poglądy czy reguły postępowania. Bardzo wiele zawdzięczam zmianom w słownictwie. Poza tym, że zarzuciłem – tym razem skutecznie jak do tej pory i bez żadnego wysiłku – wulgaryzmy, przestałem mówić na przykład tak:

Walczę z lenistwem, pesymizmem, złością, chamstwem, głodem, wojną i chaosem!

a zacząłem:

Wspieram pracowitość, optymizm, życzliwość, kulturę osobistą, obfitość, pokój i harmonię!

Natomiast wypowiedź: (to autocytat sprzed dwóch lat)

Nienawidzę cynicznego, chamskiego i plugawego polskiego urzędactwa. Konieczności dzwonienia dziesięć razy pod ten sam numer, bycia przekierowanym z pokoju do pokoju, marnowania impulsów dla małych ludzików, którzy czerpią poczucie własnej wartości z tego, że mogą sobie pozwolić na lekceważenie i postponowanie innych.

dziś zabrzmiałaby raczej tak:

Bardzo bym chciał żeby polski urząd kojarzył mi się z empatią, uprzejmością i dobrym stylem. Żeby można było dodzwonić się wszędzie za pierwszym razem, załatwić sprawę szybko, w konkretnym miejscu i u konkretnego człowieka. Podziwiam urzędników, którzy nawet podczas pracy, obcemu gościowi potrafią okazać szacunek i uważność.

A zaczęło się od prostej obserwacji: słowa mają swoją „wibrację” i ja ją bezwiednie wyczuwam. Czuję się znacznie lepiej, słysząc wyrazy takie jak wsparcie, pokój, uprzejmość, szacunek niż: walka, wojna, chamstwo czy lekceważenie. Przecież można powiedzieć to samo za pomocą słów „wysokich”, co za pomocą „niskich”.

Proste ćwiczenie dla tych, którym nieobca jest obserwacja własnych uczuć: (dogłębnych racjonalistów nie dotyczy ten wpis, ani też chyba cała ta witryna :)

Odkładając na bok pozytywną lub negatywną ocenę tego, o czym tu piszę, zrób kilka głębszych oddechów dla rozluźnienia i lekkiego „zresetowania” się. Wyłącz na chwilę intelekt, przenieś uwagę do serca. Przeczytaj zdania napisane powyżej pomarańczową czcionką, nie myśląc o ich treści, ani o tym co chcesz poczuć, pozwalając słowom trafiać wprost do Ciebie, bez intelektualnego filtra. Zaobserwuj swoje odczucia. Teraz przeczytaj zdania z zieloną czcionką. Czy coś się zmieniło?

Różnica między tymi wypowiedziami polega tylko na „wibracji słów”. Choć trzeba pewnej dozy uważności, by to bezpośrednio zaobserwować, ma to na nas duży wpływ, szczególnie gdy cały czas towarzyszą nam słowa mówione, pisane i myślone.

o współczesnej białej magii i szkole dla czarodziejów

Szkoły dla czarodziejów istnieją. Nie chodzi mi oczywiście o jakąś czarną magię, ani nawet o białą magię pogańsko-fantastyczno-kostiumową, tylko o współczesną, sprawczą białą magię, czyli sztukę kształtowania swojego życia za pomocą odpowiedniego kierunkowania własnych myśli i słów. Sztukę niełatwą samą w sobie, do której na dodatek trzeba mieć odpowiednie „tło”, światopogląd i wiarę. prawo_przyciagania_2Dawniej magia była związana z głębokim transem i ciągłym przebywaniem w stanie głębokiego wglądu. Dziś jest to trudne, szczególnie wtedy, kiedy mamy rodzinę, pracę i codzienne kłopoty. Na szczęście w międzyczasie obok medytacji i modlitwy pojawiły się inne dziedziny, z których biała magia dzisiejszych czasów może czerpać w równym stopniu: nauka o podświadomości, psychologia i… fizyka kwantowa.

Byliśmy w weekend z Karoliną na takim właśnie krótkim kursie białej magii. Być może wybierzemy się na następne zajęcia już na początku stycznia. Chociaż bogaci w wiedzę, która towarzyszy nam już od kilku miesięcy, coś takiego jak mapa marzeń możemy zrobić chyba sami. Drugi dzień Świąt byłby na to dobry.

Ale dosyć wymądrzania się. Tak zupełnie z innej beczki: Nie wydaje się wam, że słowo „słup” brzmi i wygląda strasznie głupio? :o)

o tym, że jestem czarodziejem

apron 006Cuda się dzieją. Po prostu cuda. Sam je wywołuję, a wszechświat czy też Bóg, który nim jest, je urzeczywistnia. Mam być za co wdzięczny, oj, mam! Jestem czarodziejem. Zawsze byłem, ale nie wiedziałem o tym. Nie chciałem wiedzieć, bo to wielka odpowiedzialność. Dopiero kiedy w moim życiu nadszedł moment, że na własne życzenie straciłem wszystko, otrzymałem najwyraźniejszą jak tylko się da, piękną, bolesną i wstrząsającą  informację o tym kim jestem i o tym, że nigdy nie jestem sam.

o zostawianiu problemów i o pewnym ważnym ciągu przyczynowo-skutkowym

hellinger_porzadki_milosciPrzeczytałem ostatnio jak Bert Hellinger mówi o tym, że w momencie odkrycia rozwiązania problemu jego dalsza analiza to strata energii, wycofywanie się, stanie w miejscu. Że kiedy ktoś, kto znalazł wyjście z sytuacji, zamiast próbować do tego wyjścia iść, porzucając myślenie o problemie, wciąż wyszukuje jego nowe objawy, nowe przyczyny i nowe mutacje, tak naprawdę nie chce rozwiązania lub boi się go.

A mnie ciężko jest akceptować niektóre zachowania najbliższych. Im bardziej próbuję, tym gwałtowniej i agresywniej włażą mi na głowę i paraliżują moje własne działanie. zakochaj się w życiuTrudno jest w tej sytuacji coś robić. Gdzie tu jest rozwiązanie? Może tu:

Zważaj na swoje myśli, stają się wszak słowami.
Zważaj na swoje słowa, stają się czynami.
Zważaj na swoje czyny, stają się nawykami.
Zważaj na swoje nawyki, kształtują charakter.
Zważaj na swój charakter, on staje się Twoim losem.

Frank Outlaw, za: Ewa Foley, Zakochaj się w życiu,
Ravi 2000, s. 133