szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: prowadzenie

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

słowa otrzymane kiedyś w darze

PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, czym się trudnisz.

Chcę wiedzieć, nad czym bolejesz i czy śmiejesz marzyć o spotkaniu z tym za czym tęskni Twoje serce.

Nie interesuje mnie ile masz lat.

Chcę wiedziesz czy gotów jesteś wyjść na głupca dla miłości, dla marzeń, dla przygody, jaką jest życie.

Nie interesuje mnie jakie planety zrównują się z Twoim księżycem.

Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś środka własnego smutku; czy zdradzony otwarłeś się, czy skurczyłeś i zamknąłeś w sobie ze strachu przed dalszym cierpieniem! Chcę wiedzieć czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub Twoim, nie poruszając się, by go ukryć, stłumić lub uleczyć.

Pragnę wiedzieć,

Czy możesz współistnieć z radością, moją lub swoją;

czy umiesz zapamiętać się w tańcu  i pozwolić, by ekstaza wypełniła Cię po czubki palców dłoni i stóp, nie każąc zachowywać ostrożności, myśleć realistycznie czy pamiętać o ograniczeniach kondycji ludzkiej.

Nie interesuje mnie, czy opowiadasz mi prawdziwą historię.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarowywać innych, aby pozostać wiernym sobie;

czy umiałbyś znieść oskarżenie o zdradę  i nie zdradzić własnej duszy.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz zaufać, a zatem i być godnym zaufania. Chcę wiedzieć, czy potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie co dzień jest ładna pogoda, i czy umiesz wywodzić swe życie z obecności Boga.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć z porażką, nie tylko swoją, stanąć nad brzegiem jeziora i do srebrnego księżyca krzyczeć: TAK!

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz i ile masz pieniędzy.

Chcę wiedzieć czy umiesz wstać po nocy żalu i rozpaczy, wyczerpany, zbity jak pies, i robić to co trzeba, dla swoich dzieci.

Nie interesuje mnie, kim jesteś, skąd tu się wziąłeś.

Chcę wiedzieć, czy staniesz ze mną w środku ognia, i nie cofniesz się.

Nie interesuje mnie, gdzie, jakie i u kogo pobierałeś nauki.

Chcę wiedzieć co Cię podtrzymuje od środka, gdy wszystko inne odpada.

Chcę wiedzieć, czy umiesz być sam ze sobą; i czy naprawdę lubisz tego, z którym przystajesz w chwilach pustki.

o tym, że cokolwiek myślisz o swoim życiu, masz rację i o tym co mnie łupie w kręgosłupie

Był czas, gdy uważałem, że nie mam żadnej mocy. Że świat jest wymagającym polem bitwy, tworem twardym, nieustępliwym i zależnym ode mnie co najwyżej w części jednej sześciomiliardowej, czyli żadnej. Myślałem, że toczę wojnę. I wiecie co? Naprawdę toczyłem wojnę. Z twardym, nieustępliwym światem. Nie miałem żadnej mocy. Miałem zupełną rację co do własnego miejsca w świecie i co do tego czym on jest, a kolejne doświadczenia utwierdzały mnie w tym przekonaniu.

Dziś nie za bardzo odczuwam obecność „świata” pojmowanego w taki sposób. Świat tworzy się wraz z życiem. Świat jest życiem. A ono wynika ze mnie. Kiedy kocham – jest piękne. Kiedy nienawidzę – gaśnie. Poczuciem winy ściągam na siebie karę, uczuciem szczęścia – szczęście. Kiedy krytykuję – przyciągam krytykę, kiedy dzielę się dobrym słowem, przyciągam dobre słowo. Mam lub mogę mieć wszystko, co – jak głęboko wierzę – należy mi się. To, do czego nie daję sobie prawa – pozostaje nieosiągalne. Kiedy o czymś dużo i intensywnie myślę – to się objawia. I wiecie co? Też mam rację. Dlatego wbrew wszelkim racjonalnym przewidywaniom mieszkam w domku nad jeziorem, choć nie chodzę do pracy i żyję tylko z tego, co najbardziej lubię tworzyć i wymyślać. Dlatego mam cudowną, piękną żonę o niezwykłej mądrości i wiedzy, choć nie zawsze ta sama żona była dla mnie piękna i mądra. Ale też dlatego od tygodni nieustannie boli mnie kręgosłup, choć wcześniej już mnie nie bolał, dlatego podczas ostatnich wojaży urwano mi lusterko od samochodu, choć wcześniej nigdy nic mi się takiego nie przydarzało. Dlatego cudze narzekanie i złe słowa pod jakimkolwiek adresem potrafią popsuć mi nastrój na dłuższy czas, choć zdaję sobie sprawę, że nie mają one nic wspólnego z moim życiem i moją wdzięcznością za świat, w którym niczego nie brak i w którym można osiągnąć wszystko.

Żadna z tych wspaniałości i trudności nie przychodzi do mnie przypadkiem, ani jako nagroda czy kara za cokolwiek. Wspaniałości są naturalne – ten świat, życie obfituje we wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Za życie i za świat należy się tylko wdzięczność. Trudności pokazują mi że gdzieś stawiam sobie przeszkody, że czegoś nie chcę wiedzieć, zaakceptować, przyjąć, że gdzieś na to swoje życie się zamykam. I będą trwać i powtarzać się, póki nie znajdę tego, co oznaczają.

I za urwane lusterko, za ból kręgosłupa, za ludzi, których nie lubię też jestem wdzięczny, choć ciężko mi przychodzi świadomość tego co za tym może stać. Ale znajdę to, uświadomię sobie to, czego dziś nie wiem, zaakceptuję coś i wtedy wyleczę te plecy raz na zawsze, a ludzie, których ciężko znoszę pójdą straszyć gdzieś indziej.

To zresztą już się dzieje. Właśnie dzięki temu, że boli.  Na świecie istnieje  ponoć ok. 60 osób, które nie czują bólu i jest to straszna choroba. Przypomnijcie sobie Pinokia, który stracił nogi, bo nie czuł, że zajęły się od pieca.

o głębokiej, wewnętrznej intuicji i o prowadzeniu

Kiedy was ciągać będą do synagog, urzędów i władz, nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, bo Duch Święty nauczy was w tej właśnie godzinie, co należy powiedzieć. (…) Potem rzekł do swoich uczniów: Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichrzów, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? Jeśli więc nawet drobnej rzeczy [uczynić] nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne? Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane. Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.

Ewangelia Łukasza, 12:11-32

o tym, że jestem czarodziejem

apron 006Cuda się dzieją. Po prostu cuda. Sam je wywołuję, a wszechświat czy też Bóg, który nim jest, je urzeczywistnia. Mam być za co wdzięczny, oj, mam! Jestem czarodziejem. Zawsze byłem, ale nie wiedziałem o tym. Nie chciałem wiedzieć, bo to wielka odpowiedzialność. Dopiero kiedy w moim życiu nadszedł moment, że na własne życzenie straciłem wszystko, otrzymałem najwyraźniejszą jak tylko się da, piękną, bolesną i wstrząsającą  informację o tym kim jestem i o tym, że nigdy nie jestem sam.

o błogosławieństwach

Wiele się wydarzyło w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Właściwie to bardzo, bardzo wiele. W pewnym sensie nawet ekstremalnie wiele. Życie wywróciło się do góry nogami, a potem wróciło do pozycji wyprostowanej, ale już całkiem inaczej. Była rozpacz, euforia, lęk odczuwany aż do szpiku kości, skrajne wyczerpanie i słabość, przenoszenie gór, bieganie po wodzie (tam i z powrotem), tonięcie, latanie, stawanie naprzeciw niewyobrażalnemu, przekraczanie bram raju (w obie strony) i zdecydowany marsz w kierunku piekła po to, by właśnie tam stworzyć raj. Popłynęło wiele łez. Wyparowało mnóstwo przekonań. Zniknęło kilka przyzwyczajeń. Odwróciło się lub zamilkło kilka osób z mojego otoczenia. Pojawiło się w moim życiu kilka nowych, bardzo ważnych ludzi. Wielu znajomych i przyjaciół okazało się zupełnie nie przystawać do moich wyobrażeń.

P1000180I to wszystko, każda chwila, każda emocja, każde odczucie, wydarzenie, doświadczenie, spotkanie, wymiana zdań były i są wspaniałe, błogosławione i drogocenne. Tak jak całe moje życie i wszyscy – bez wyjątku – ludzie, z którymi miałem i mam honor się stykać.

A dzisiaj pomyślałem znów o pisaniu bloga. I bardzo się wahałem. Kiedy wyobrażam sobie co może się dziać w głowach niektórych znajomych mi czytelników, kiedy będą czytać moje pisaniny, coś się we mnie zamyka, a energia gaśnie. Może lepszy byłby nowy, anonimowy blog?

Decyzja została jednak podjęta. Wracam jako ten sam, choć nie taki sam, nocny grajek. Wyobrażenia o głowach znajomych to tylko moje wyobrażenia. Im więcej ich się pojawi w mojej głowie, tym więcej będę miał okazji do przyjrzenia się im i reagowania na nie w odpowiedni sposób. Tak naprawdę ważne jest to, że potrzebuję pisania, że potrzebuję dzielenia się, choć nie czuję już potrzeby dbania o to, by to, co tu piszę, czytało jak najwięcej osób. Witaj, Czytelniku! Do widzenia, Czytelniku! Bardzo się cieszę, że tu jesteś, ale jeśli Cię nie ma, wszystko jest w porządku. Wierzę, że właśnie te osoby trafią na tego bloga, które mają na niego trafić i absolutnie nie zamierzam tego burzyć celową informacją lub celowym nieinformowaniem kogokolwiek, że znów zaczęły płynąć słowa. Tak samo nie zamierzam swojego pisania ukrywać. Zależy mi na tym, by wziąć udział w tym wielkim procesie wzajemnego naturalnego przyciągania się ludzi nadających na podobnych falach i równie naturalnego uwalniania się od relacji wygasłych i nic nowego nie wnoszących. A żeby płynąć zgodnie z siłami, które ludzi zbliżają i oddalają od siebie, trzeba komunikować. I to właśnie czynię, wiedząc, że wszystkie zniechęcające mnie w tej chwili do tego myśli, obawy i wyobrażenia tylko wbijają mnie w ziemię, zamykając dostęp ożywczym siłom.

Mam potrzebę dzielenia się swoim życiem w taki niezobowiązujący nikogo do niczego sposób, jakim jest pisanie bloga. Choć nie mam już potrzeby opowiadania całemu światu o tylu sprawach, co wcześniej, nadal jestem ekstrawertykiem. Lubię opowiadać i snuć refleksje. Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Jestem bardzo wrażliwy na nowe sposoby patrzenia na świat. Kiedy coś mnie urzeka, idę za tym całym sobą, czasem bardzo brawurowo, czasem bezkrytycznie, zawsze szczerze. Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Chociaż czasem nie potrafię tego przekazać, zawsze mam ciepłe, krzepiące słowo dla każdego. Nie oczekuję wzajemności, nie boję się krytyki, jestem wdzięczny za wszystko, co mnie spotyka i za wszystko, co pada z ust innych pod moim adresem, od wyrazów zachwytu i szacunku po wyzwiska i oskarżenia. Bez względu na to czy są słuszne, czy nie, wierzę, że zwracają moją uwagę na coś ważnego. Nie zawsze jest to coś czego bezpośrednio owe pozytywne i negatywne słowa dotyczą i nie zawsze  jest to coś, z czego Nadawca sam zdaje sobie sprawę. Tylko ode mnie zależy, czy to odkryję i dobrze wykorzystam.  Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Najważniejsze są dla mnie: wybaczenie (sobie i innym), szacunek (do siebie, do innych i do świata) i wdzięczność (sobie, innym i światu). I odwaga, której miałem jeszcze pół roku temu tak mało, której nabrałem w niesamowitych ilościach przez ostatnie miesiące i którą mogę utrzymać tylko przez ciągłe podejmowanie nowych, małych i dużych, wyzwań. Rozpoczęcie na nowo pisania pod tym, a nie innym adresem, jest jednym z nich. Taki jestem, tu i teraz. Oto ja.

Jest noc. Zamiast zdrowo spać, by zdrowo wstać o poranku, siedzę przed monitorem. Tak po prostu jest i to jest widocznie potrzebne. Podobnie jak to, że chociaż od wiosny udawało mi się odżywiać zdrowo i wrócić do prawie idealnej wagi, zjadłem w nocy cztery przepyszne kanapki z masłem i serem pleśniowym. Nie mieszkam już w Łodzi tylko niedaleko Olsztyna, w wynajętym domku na wsi nad jeziorem. Wydałem płytę i mam już pomysł na kolejną. Idę przez życie tak, jak wierzę, że dobrze jest przez życie iść. Hamują mnie obawy, pytania w stylu: „a co, jeśli…?” i „a może to nie tak, może coś źle rozumiem?”, a ja czasem się im poddaję, czasem nie. Wierzę w to, że strach o jutro jest niepotrzebny, że życie o mnie zadba, jeśli mu na to pozwolę. I boję się o to, że skończą mi się pomysły na scenariusze, że nie będzie koncertów. Tak jest. Tu i teraz. Oto ja.

Zaprzyjaźniłem się z drzewami. Czuję ich energię. Kiedy otwieram się na przyrodę, na żywioły, na własny oddech, na „tu i teraz”, jestem bardziej świadom przeszkód i mogę je swobodniej omijać. Kiedy zagłuszam się i oszałamiam, nie widzę ich i boleśnie się z nimi zderzam lub stoję w miejscu. Mimo to czasem się zagłuszam i czasem oszałamiam. Dzisiaj jednak nie oceniam tego. Po prostu to stwierdzam, akceptuję to i uśmiecham się do tego. Bo taki jestem, tu i teraz. Oto ja. Jest czas na przestawianie, zwijanie i rozwijanie żagli, jest też czas na to, by odpuścić i pozwolić im swobodnie łapać wiatr. Może jutro będę inny, może pojutrze, w przyszłości na pewno, bo zmienia się wszystko.

Ale dziś jest dzień wu-wei. I przy okazji – porządków na starym poczciwym blogu nocnego grajka :o)