szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: prawda

Blogi i ludzie

Zaglądam na różne blogi, a tam po 15-20 komentarzy, prawie same słowa życzliwości i poparcia. Tutaj jeśli ktoś się odezwie, to tylko po to, by polemizować (no chyba że piszę o sprawach błahych i prostych). Większość (czyli jakieś 3 do tej pory) komentarze musiałem usunąć ze względu na wulgaryzmy i prymitywne obelgi. Abstrahując od ostatnich wpisów, które musiały powstać i bardzo się cieszę z tego, że dla tylu osób okazały się ważnym i wartym przekazania dalej głosem, ten blog zaczyna mi się kojarzyć z zimną, czarną dziurą. A nie chce mi się pisać o pierdołach, wstawiać zdjęć kotów i w każdym poście zachwycać się, jak to cudownie się mieszka na wsi. Takie rzeczy fajnie mi się czyta przy kawie, jeśli kto ciekawie je opisuje. Ale nie pisze. Rozpisywać się w komentarzach też mi się nie chce, bo niby po co? Żeby się zmęczyć? Żeby dokładniej opisywać widziane przez siebie drzewo tam, gdzie ktoś widzi kamień, i zostać uznanym za idiotę? Wybaczcie, fejzbukowi polemiści i jedyny tutejszy polemisto, ale gdy widzę, że różnica nie dotyczy poglądu, a mentalności oraz sposobu postrzegania świata i ludzi w ogóle, to absolutnie nie widzę szans na jakiekolwiek porozumienie na poziomie pisanych na odległość słów.

Zrobiłem w życiu sporo rzeczy, które zmieniały moją świadomość i obraz świata. Robię je nadal, świadomie, choć wiem, że ceną za to jest brak porozumienia z większością ludzi, która tych rzeczy nie robi. Widzę zatem wiele spraw inaczej. Gdy pada słowo „inaczej”, automatycznie powstaje pytanie „lepiej czy gorzej”. I w tym momencie zaczyna się rozjazd i dyskomfort dla ego. Bo jeśli lepiej, to wynoszę się ponad innych. Jeśli gorzej, to wszystko, co mówię, jest bełkotem idioty. Tymczasem cóż… u mnie to pytanie nie powstaje. Widzę jednak bezsens komunikowania się z przypadkowym czytelnikiem na poziomie tak kalekim jak słowo pisane – i tyle. Bez wartościowania – po prostu magnes nie przyciąga kamienia, nóż nie kroi węgla, śmietana nie wzbogaca benzyny, a masło nie klei cegieł. Nie działa i tyle. Nie będę tego rozwijał, i tak już zbyt dużo napisałem. Po co pisać własne opinie i rzucać je na forum publiczne? Żeby widzieć coraz większą przepaść pomiędzy sobą a innymi? Świat idzie w swoją stronę, rozjeżdżając po drodze tych, którzy myślą inaczej niż ogół. Iść tam na siłę, żeby uśmierzyć poczucie samotności?

Lepiej już znaleźć jakąś niszę tych, z którymi jednak coś wspólnego mam i razem coś robić. Nie pisać, tylko robić – być o krok naprzód od siedzących przed komputerami pisaczy. Nie zależy mi na poklasku, ale miło codziennie poczuć choć przez chwilę, że nie tylko małżonka i dwoje-troje ludzi w całym kraju podziela mój sposób patrzenia na świat. Bo przecież jest cała masa innych, podobnie patrzących – widzę, co piszą, co mówią, co robią. Cóż, pora wrzucić drugi bieg. Pisanie i internetowe polemiki osłabiają mnie i zabierają czas, który mogę spożytkować na działanie. Znowu się o tym przekonuję – widać raz, dwa, dziesięć razy nie wystarczy. Może pomogę komuś, kogo ktoś inny wyrzucił lub zostawił na ulicy, bo pomylił go z kimś, o kim czytał w internecie. Lecz gdy tłum będzie gonił kogoś / W strzępach munduru ślepą drogą / To póki co uchylę drzwi. Nie warto o tym pisać. Warto uchylić. Nie będę więc pisał, ale będę uchylał. Niech głową w mur bije – komu nie żal głowy. 

2012.09.02 13-10-33-P1080703A do kogo piszę te słowa? Do nikogo. Dla siebie. Nie, przecież nie tylko. To taki list w butelce puszczony w  morze pustych słów. Dla kogoś, kto kiedyś może to przeczyta i dokładnie będzie wiedział, o co mi chodzi, co się za tym kryje. Uśmiechnie się i napisze, a ja się z nim umówię na wspólny spacer lub całą wyprawę i to będzie być może jedyna warta tego całego pisania rzecz, jaka może z niego wyniknąć.

To jeszcze na koniec rozwinięta nieco przeze mnie buddyjska przypowieść o ślepcach i słoniu. Tak żeby zobrazować daremność polemiki, gdy nie ma wspólnej płaszczyzny. W sumie mogłaby być jedyną treścią tego wpisu.

Przypowieść

Ślepcy spotkali słonia. Każdy z nich, chcąc zbadać, co to za zwierzę, przypadł do niego i jął macać go, każdy z innej strony. Ten, który dorwał trąbę, rzekł:
– Słoń jest podłużny i giętki jak wąż.
– Bzdura, słoń jest twardy, nieruchomy i przypomina drzewo – odparł ten, który macał słoniową nogę.
– Nieprawda, ma wielkie skrzydła i unosi się w powietrzu – odezwał się trzeci, który, unosząc dłonie, usiłował złapać słonia za ucho.

Każdy z nich wiedział wszystko, co wie, myślał zatem, że wie wszystko.

Gdy oddalili się i zasiedli przed komputerami, każdy opisał słonia na swoim blogu i udostępnił wpis na Facebooku. Dostawali lajki i słowa poparcia, a także komentarze polemiczne, słowa niezgody – te ostatnie niemal wyłącznie od ludzi, z którymi nie mieli żadnej styczności na żywo. W odpowiedziach na te komentarze opisywali słonia po swojemu, coraz dokładniej, jakby chcieli przez to udowodnić, że słoń naprawdę wygląda tak, a nie inaczej.

Wreszcie ten ślepiec, który myślał, że słoniowe uszy to skrzydła, zapoznał się z komentarzem kolegi: „Słoń nie może unosić się w powietrzu – ma kształt walca, jest ciężki i nie da się go oderwać od ziemi, na dodatek w ogóle nie ma skrzydeł. Słyszałeś kiedyś o drzewie, które lata? Miałem cię za inteligentnego człowieka, zawsze cię tak podziwiałem, porozmawiajmy poważnie!”. Uniósł brwi, pokręcił głową, powiedział głośno: „No idiota, przecież to jakiś obłęd!” i usunął kolegę ze znajomych. A później przez kilka dni jeszcze podnosiło się mu ciśnienie, gdy tylko przypomniał sobie tę dyskusję, i codziennie prawie szukał w wolnych chwilach dowodów na to, że słoń lata. A wszystko, co znalazł, umieszczał na Facebooku.

Pytanie do słuchaczy: Czy słoń uniósł się w powietrze?

Czym jest twoja prawda?

Esencja. Po co się kłócić i spierać? Swoją prawdę każdy odnajdzie w sercu. Obyśmy o nim nie zapominali w tym, co robimy i mówimy. I w tym, co piszemy, choć to może zbyt wysokie wymaganie. ;)

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

zamiast wszystkich moich wypocin na temat prawdy

„Prawda nie istnieje” – głoszą niektórzy.

I głoszą to tak, jakby to była prawda.

(Bert Hellinger, Odchodzimy spełnieni)

Pani Magda

Biega, krzyczy pani Magda:
„Gdzie jest obiektywna prawda?”
Szuka w jodze i w buddyzmie,
W jednym „izmie”, w drugim „izmie”
Setek ksiąg kartki przewraca,
W tę i nazad się nawraca,
„Szukam – płacze – od tak dawna!
Gdzie jest najprawdziwsza prawda?”
Pojechała do Bombaju,
Do Tybetu, do Szanghaju!
Jada grzybki, pali ziele,
Leży krzyżem, wcale nie je,
Wierzy w Boga wpierw, potem nie,
Zamiast jaśniej – coraz ciemniej!
Wtem – trzasnęła jakaś gałąź,
I się pojawiła – całość…
„Szukam prawdy – powiem panu
– Tak jak kropla oceanu.”

o boskości, o Bogu małym i Bogu wielkim (z Hellingera)

Czytając książkę pt. Odchodzimy spełnieni, napisaną dość niedawno przez Berta Hellingera, byłem zaskoczony tym, jak ów terapeuta, szaman, szarlatan, cudotwórca, magik i banita postrzega boskość, religijność, relacje międzyludzkie i relacje z absolutem. I tym jak bardzo moje własne, skrystalizowane w jakimś stopniu przez ostatni rok poglądy na ten temat znajdują wyraz w jego pisaninach. Przytaczam fragmenty. Popodkreślał – nocny grajek :)

Wielki jest tylko ten, kto czuje się równy innym, ponieważ to, co mamy największego, jest wspólne wszystkim ludziom. Kto czuje i uznaje w sobie to coś wielkiego, uważa się za wielkiego i jednocześnie powiązanego ze wszystkimi. Uznając to w sobie, uznaje to jednocześnie we wszystkich innych. Uważa się za równego im i czuje się z nimi równy. Bez problemu może się przyznać do tej wielkości, ponieważ nie wywyższa go ona, lecz czyni równym. Tym samym potwierdza on wielkość innych, a oni potwierdzają jego wielkość. Kocha on innych w ich wielkości, a inni kochają jego w jego wielkości. Ta wielkość łączy wszystkich ludzi w miłości i pokorze.

*

Gdy ktoś mówi: „Mam duszę”, jest tak jak gdyby rzeka powiedziała: „Mam wodę”.

*

Oczyszczenie człowieka ma uszlachetnić jego serce, duszę i ducha. Serce, żeby czyste i proste mogło się zająć sprawą, którą uważa za niezwykłą i istotną. Dlatego oczyszczenie serca związane jest ze skupieniem. Serce skupia się na tym, co istotne. Oczyszczenie i uszlachetnienie oznaczają więc, że wrota serca zamykają się na wiele rzeczy. (…)

Dusza i duch, podobnie jak serce, zostawiają wielość i wielorakość za drzwiami. Stają się proste w tym sensie, że otwierają się na coś, co z ukrycia wyrywa się do światła, na coś istotnego, co ma siłę.

Ponadto duch musi się pożegnać z czymś, co może wydaje mu się czymś najwyższym: z sumieniem, z rozróżnianiem między dobrem a złem, z religiami, które na tym rozróżnieniu budują.

Dlatego u kresu tego oczyszczenia dochodzimy do wglądu, że jesteśmy równi każdemu człowiekowi, ba, nawet każdej żywej istocie. Tutaj wypala się wszelkie poczucie wyższości.

*

Tam, gdzie jest powaga, kończą się płytka nadzieja, błaganie i uspokajanie. Dlatego powaga jest zarówno uległa, jak i opanowana. Uległa wobec potęgi rzeczywistości, na przykład wobec śmiertelnej choroby, ostatecznej straty, nieuniknionej winy i wobec kresu naszego rozumienia. Jednak ta powaga przejawia się w rezygnacji z pytanie: „dlaczego i po co?”, w patrzeniu nagiej rzeczywistości w oczy i stawianiu jej czoła, nawet z drżeniem.

*

Gdy ktoś mnie pyta: „Czy wierzysz w Boga?”, w gruncie rzeczy pyta: „Czy wierzysz w mojego Boga?”. I gdy odpowiem: „Tak”, triumfuje wewnętrznie, jak gdyby posiadł nade mną władzę. Wydaje mu się też, że i jego Bóg posiadł nade mną władzę. (…)

Wierzący w Boga wierzy w obraz Boga, który sobie stworzył. Albo wierzy w obraz Boga, stworzony przez kogoś. Ten ktoś, posługując się stworzonym obrazem, nawraca teraz innych na wiarę i przez to udaje mu się nimi zawładnąć.

A co się dzieje, gdy moja odpowiedź brzmi: „Nie”? Wtedy pytający czuje się obrażony i zmuszony do sprzeciwu lub nawet do ataku. Czuje się tak, jakbym zabrał mu coś, co uważał za część siebie, coś, co wziął w posiadanie. Zaczyna bronić swojej wiary jak zagrożonej własności. To pokazuje jak bardzo zagarnął Boga, jak wspiera się na nim i wywyższa dzięki niemu, wykraczając poza swoje granice.

Ograniczyłem się tutaj do spraw wstępnych. Więcej mówić mi nie przystoi.

*

…To, co w naszej rodzinie uważaliśmy za rozdzielające i złe, zwalczamy także w świecie, chcemy to być może nawet wykorzenić i zniszczyć.

Sądzimy nawet, że Bóg rozróżnia dobro i zło dokładnie tak jak my. W ten sposób podział na dobro i zło jest dokonywany w imię Boga i w jego imieniu wielu posuwa się do tego, że wyklucza i przeklina tych, którzy są inni.

Co prowadzi do pokoju, który godzi to, co podzielone i z pozoru niemożliwe do połączenia? Pożegnanie się z podziałem na dobro i zło, wzniesienie się ponad ten podział i uznanie, że dobro i zło wzajemnie się do siebie odnoszą.

*

To, co boskie, nie musi się odgraniczać.

*

To, co właściwe, jest czymś bliskim, czymś, co jest zarówno konieczne, jak i możliwe bez dużych nakładów. Pozostaje w harmonii ze swoim otoczeniem, czerpie z niego wgląd i siłę. Dlatego pozostaje skromne, nie obciąża, ma na nas dobroczynny wpływ, nawet jeśli nagle wkracza zdecydowanie, ponieważ po czynie znów się dyskretnie wycofuje.

Mimo, że jest nakierowane na to, co najbliższe, działa znacznie dalej, tak jak korzeń, który odżywia rozłożyste gałęzie, chociaż ich nigdy nie widzi. Dlatego też my, czyniąc w naszym najbliższym otoczeniu to, co dla nas stosowne, nie musimy się troszczyć o to, co odległe.

Gdy zaś niepokoimy się o to, co dalekie, i wyobrażamy sobie, że potrafimy naszym zamartwianiem się wymusić kierunek, który jest dla nas wygodniejszy lub wydaje nam się lepszy, wtedy łatwo gubimy się w wielości i mamy mało siły.

To, co właściwe, dzieje się w stosownym czasie, w odpowiednim miejscu i tam, gdzie możliwe jest działanie.

*

Niektórzy myślą, że ich cierpienie zbawi świat. Jednak ono często tylko pozbawia innych szczęścia.

*

(na temat przysiąg i ślubów, w których na świadka powołuje się Boga)

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. Dlatego wszystkie przysięgi lub śluby, gdy są czymś więcej niż zwykłą obietnicą albo zapewnieniem, stają się nieważne.

Skoro mówimy tu o Bogu w ludzkich wyobrażeniach, wolno nam powiedzieć także i to: ze względu na swoją cześć i godność Bóg nie jest w służbie takich przysiąg i ślubowań. Jeśli ktoś zasługuje na karę, to nie ci, którzy łamią taka przysięgę lub taki ślub, tylko ci, którzy takiej przysięgi lub takiego ślubu żądają.

(…)

Czym więc byłaby ta niewierność i wierność? Tylko ktoś, kto ma odwagę w obliczu Boga złamać takie obietnice lub śluby i nie podporządkować się obietnicy czy ślubowi innych, jest wierny czemuś większemu – co jest ludzkie i boskie.

W tym fragmencie Hellinger mówi o ustawieniach rodzinnych, ale jego metafora doskonale obrazuje też źródła różnych form religijności. Ta krótka refleksja nosi znamienny tytuł Bezpieczeństwo:

Z ruchami duszy pokazującymi się w ustawieniach rodzinnych, pewne osoby obchodzą się jak dziecko, które po raz pierwszy widzi morze. Najpierw staje zdumione przed jego rozległością i przeczuwa głębię. Potem jednak bierze swoje małe wiaderko, nabiera wody, wraca i mówi: „Patrzcie, to jest to”.

Są jednak i tacy, którzy odważają się wyruszyć na otwarte morze. Powierzają się wiatrowi, burzy, ciszy, płyną w nieznane i powracają przemienieni. Gdy opowiadają coś o tym po powrocie, słuchacze odpowiadają z lękiem: „To niemożliwe”.

o tym, że prawda jedyna i obiektywna istnieje, jeśli tylko sobie życzysz, a jeśli nie, to nie

Czy prawda jest jedna czy wiele? Czy dotyczy wszystkich, czy każdy ma swoją?

Ja nie wiem czy jest prawda obiektywna, czy jej nie ma. Żeby to rozstrzygnąć na zasadzie: “tak jest i koniec”, musiałbym ograniczyć cały wielki wszechświat do granic własnego poznania, zredukować go i przyciąć na własną miarę. A wtedy to już nie byłby prawdziwy świat ze swoimi prawdami. Po prostu nie wiem.

Mam jednak własne doświadczenie i to, co mówią inni. W zdecydowanej większości przypadków zakładam, że kiedy opowiadają o tym co i jak widzą i co czują, to mówią prawdę, choćby nie wiadomo jak absurdalna mi się ona wydawała. Sam przecież spotykam się nieraz z zupełnym niedowierzaniem. Bywa, że ktoś nie może pojąć jak można widzieć świat takim, jakim ja go widzę. A jednak tak jest, tak go widzę. Naprawdę. I skoro moje szczere poglądy mogą wydawać się komuś absurdalne, mnie absurdalne mogą wydać się czyjeś. Ludzie mówią rozmaite rzeczy: Jeden mówi, że jest Bóg, Duch Święty i Syn, a życie mu daje na to niezbite dowody. Drugi mówi, że Boga nie ma i też doświadczenie utwierdza go coraz bardziej w tym przekonaniu. Są ludzie, którzy twierdzą, że w Polsce jest coraz lepiej. I jest im coraz lepiej i widzą, że innym jest coraz lepiej. A są ludzie, którzy uważają, ze w Polsce wciąż panuje cenzura i nacisk. I doświadczają tego nacisku i cenzury na własnej skórze.

To właśnie te naoczne dowody, jednoznaczne doświadczenia potwierdzające światopogląd sprawiają, że łatwo uwierzyć, że wszystko jest dokładnie tak jak to widzimy, a ci, którzy mówią co innego jeszcze po prostu tego nie zrozumieli, nie dotarło to do nich, nie wiedzą. A skoro oni nie wiedzą, a ja wiem, to ja jestem bardziej wtajemniczony niż oni. To niemożliwe, że Bóg nie istnieje, skoro przecież czuję jak mnie prowadzi i odpowiada na moje pytania i wątpliwości,

zsyłając takie, a nie inne zdarzenia i doświadczenia. Jeśli ktoś twierdzi, że Go nie ma,  znaczy – nie czuje Go i nie słyszy. Może nawet błądzi. A ja nie błądzę.

Jeśli ja wiem, że prawda jest taka, a nie inna i że jest to jedynie słuszna, wszystkich obowiązująca prawda, muszę przyznać, że wiem więcej niż ci, którzy nie zgadzają się z głoszonym przeze mnie poglądem. To automatycznie stawia mnie „wyżej”, ponad nimi. Jak nauczyciela nad uczniami, jak dorosłego nad dziećmi. Dlatego wierze w jakąkolwiek jedyną  obiektywną prawdę i manifestacji tej wiary w kontaktach z innymi musi towarzyszyć albo wyniosłość albo nieszczerość (jeśli np. wiemy lepiej, ale nie chcemy tego powiedzieć) albo po prostu brak kontaktu i niezrozumienie (ja wiem swoje, ty wiesz swoje, do widzenia).

Czy to znaczy, że prawda ma charakter wyłącznie subiektywny? Że jest tyle światów ile ludzi? Że ci, których spotykam, to tylko manifestacje mojego umysłu? Ja mam na to inny pomysł.

Moje doświadczenie polega na tym, że jeśli wyrażam, choćby w myślach, głębokie pragnienie, jeśli idą za tym dobre uczucia, a potem zaufanie i wdzięczność, wtedy to pragnienie realizuje się na planie fizycznym. Jeśli potrzebuję jakiejś nauki – nadchodzi takie czy inne doświadczenie, które mnie uczy. Jeśli czegoś, co jest mi potrzebne do dobrego życia nie zauważam, zostaję o tym poinformowany w nieco mniej subtelny sposób. Gdy wykazuję wyjątkową ignorancję czy nieuwagę, czasem dość brutalnie nadchodzi odpowiednia lekcja. Ale zawsze jest to lekcja najlepsza z możliwych w danym momencie.

Nie wiem kim lub czym jest Ten/To, co kształtuje tak te koleje mojego losu, nie wiem nawet czy jest to we mnie samym, czy gdzieś poza mną, ale jestem Mu – powtórzę się – bardzo wdzięczny i czuję, że ja (to „ja”, które tu teraz pisze, to, które myśli to wszystko) jestem z Niego. Nie muszę wierzyć w Jego taką czy inną konkretną postać, zasadę bytu, osobowość lub bezosobowość. Nie jest mi to objawione bezpośrednio, a to znaczy, że nie jest mi potrzebne. Co mógłbym z taką wiedzą zrobić? Kłócić się o nią? Głosić ją wszem i wobec? A dlaczego ktokolwiek miałby mi wierzyć w to, co mówię? A może miałbym być dumny, że taką wiedzę posiadam, a inni nie? A może cierpieć, że nie mam z nią co zrobić, a jest tak wielka? Bóg, wszechświat, cokolwiek – jest taki jaki jest. „Jestem, który jestem” – bardzo piękne określenie.

Wierzę, że moje myśli i uczucia kształtują w pewien sposób moje życie. Wiara w ośmiu Buddów, w Wielkiego Manitou, w jedynego Boga, ateizm, materializm, wreszcie wiara w obiektywną prawdę lub jej brak również kształtuje życie. To stwierdzenie mogłoby być jakąś obiektywną prawdą, w którą wierzę, ale ona zakłada, że jeśli Ty wierzysz w coś przeciwnego, to też masz rację: tego nie ma dla Ciebie, a dla mnie to nadal jest obiektywne i dotyczy wszystkich. A skoro dla Ciebie nie ma (i ja to nie tylko szanuję, ale i przyjmuję za fakt), a dla mnie jest, to co to za obiektywizm?

Ostatnie zdania są mocno zamotane i wewnętrznie sprzeczne. Ale to nie dlatego, że są bez sensu. Po prostu w tym momencie, droga wycieczko, dotarliśmy do granic możliwości logicznego dyskursu. Tam, gdzie nie ma już „tak lub nie”. Tam gdzie może być „ani tak, ani nie” oraz „i tak i nie”. Jesteśmy poza założeniami tkwiącymi u podstaw każdego światopoglądu, poza opisywalnym światem. I niech tak zostanie. Obiektywna prawda jednocześnie jest i jej nie ma.

Wszechświat, rzeczywistość, Bóg, duch – to wszystko jest nieskończone, a nawet jeśli jest skończone, my tego końca nie jesteśmy w stanie dostrzec. Nasze logiczne rozumowanie natomiast, myśli, wiedza i wiara, są w porównaniu z tym skończone bardzo. Jeśli potrafisz całą rzeczywistość zamknąć w granicach tego, co myślisz, wiesz i w co wierzysz, to to jest rzeczywistość mniejsza od Ciebie.

I jeśli jesteś wierzącym – jak nieskończony Bóg miałby się zmieścić w takiej ograniczonej przez Twoje własne postrzeganie puszce? Może tam jest tylko taki skończony model Boga, a innego Boga nie ma?

Jeśli jesteś ateistą: Boga nie ma w tym, co obejmuje Twoja wiedza i wiara, ale skąd wiesz, że Twoja wiedza i wiara nie jest obejmowana przez Niego?

Jeśli rzeczywistość jest nieskończona i wykracza poza Ciebie, to skąd wiesz czy jest obiektywnie taka-a-taka? A może przejawia się w życiu każdego z nas w inny sposób? Może w ogóle ten świat jest taki, jakim go widzimy – dla każdego z nas

nieco inny? Fizyka kwantowa odkrywa róże takie dziwne rzeczy, na przykład to, że nasze badania początków wszechświata mają wpływ na te początki. I miliardy lat dzielące nas od nich nie stanowią żadnej przeszkody. Myślę, że świat nie jest taki, że tu oto mamy materię, a wokół niej unosi się duch. Myślę, że świat ma w całości duchową naturę. A materia to tylko emanacja (mówiąc po chrześcijańsku – obraz). Ale i o to nie będę się spierał. Jeżeli dla Ciebie jest inaczej, to tak jest. I tak i tak. Obiektywnie. To nielogiczne, ale cóż – myślę, że wszechświat nie czuje się w obowiązku wyglądać tak, żeby pasować do ludzkich kategorii logicznych.

Na południu o tej porze (2 w nocy) bardzo jasno świeci Jowisz. Fajnie jest popatrzeć nań nawet przez zwykłą lunetę. Widać mały krążek i skupione wokół niego punkciki księżyców. Zupełnie nam niepotrzebnych. My tu sobie na Ziemi kłócimy się czy jest Bóg, czy Go nie ma, a tam krąży sobie kilkadziesiąt księżyców wokół wielkiej planety Jowisz, na której człowiek nawet nie mógłby wylądować. A dalej kończy się zasięg naszego Słońca. A dalej kończy się galaktyka. Nie jesteśmy nawet w jej środku. I takich galaktyk jak nasza są miliardy. Warto sobie popatrzeć w niebo i pomyśleć o tym. A potem, z tej perspektywy jeszcze raz zadać sobie pytanie: „Czy ja wiem jaka jest prawda i ile ich jest?”

Thich Nhat Hanh, Słońce moim sercem. Od uważności do kontemplacyjnego wglądu, tłum.: Jerzy Paweł Listwan, Warszawa 2008, s. 58-59

„Prawdy nie można uchwycić pojęciami”. Ciekaw jestem kto pierwszy to powiedział. My także to spostrzegamy, gdy się koncentrujemy, żeby obserwować. Miecz myślenia pojęciowego tylko rozcina prawdę na małe czątki, pozbawione życia i na pozór niezależne od siebie nawzajem. Wielu naukowców zauważa, że wielkie odkrycia  często są dokonywane dzięki intuicji. Rozum nie jest dla nich czynnikiem sprawczym, a jedynie narzędziem, które pozwala później je objaśnić i uzasadnić. Do owych odkryć często dochodzi w najbardziej niespodziewanych momentach, kiedy uczony nie jest aktywnie zaangażowany w myślenie, analizowanie czy rozumowanie. Oświecający wgląd dokonuje się dzięki temu, że nieustannie, w każdej chwili dnia, skupiał swą uwagę na danym problemie – w trakcie jedzenia, przemieszczania się, rozmowy, a nawet we śnie.

Dwa cytaty, do połączenia w dowolnie wybrany sposób

Urok manii religijnej polega na tym, że posiada ona moc wyjaśniania dosłownie wszystkiego. Kiedy tylko przyjmiesz Boga (lub Szatana) jako praprzyczynę wszystkiego, co ma miejsce na Ziemi, przypadek jako taki oraz wszelkie zmiany tracą swoją rację bytu. Kiedy przyswoimy sobie stwierdzenia w rodzaju: „spoglądamy teraz przez ciemne zwierciadło” albo „niezbadane są wyroki boskie”, możemy pożegnać się z powszechnie przyjętymi prawami logiki. Mania religijna to jeden z niezawodnych sposobów reagowania na wszelkie osobliwości tego świata, ponieważ bezwzględnie eliminuje on istnienie czystego przypadku. Dla prawdziwego fanatyka religijnego wszystko ma jakiś cel.

Stephen King, Bastion,
tłum. Robert Lipski, Zysk i S-ka 2007, s. 513

Wąskie horyzonty, brak wyobraźni, nietolerancja. Oderwane od rzeczywistości tezy, pusta terminologia, uzurpowane ideały, sztywne systemy. Właśnie takich rzeczy się najbardziej boję. Boję się ich i nienawidzę z całego serca. Oczywiście to ważne, czy coś jest słuszne, czy nie. Ale takie indywidualne mylne sądy w większości wypadków da się skorygować. Jeżeli tylko ma się odwagę przyznać do błędu, zwykle da się wszystko naprawić. Ciasnota umysłowa, brak wyobraźni i nietolerancja są jak pasożyty. Zmieniają właściciela, zmieniają kształt i żyją wiecznie. Nie ma przed nimi ratunku. (…) Chciałbym umieć wyśmiać takie rzeczy, ale nie potrafię.

Haruki Murakami, Kafka nad morzem,
tłum. Anna Zielińska-Elliott, Muza 2007, s. 245-246