szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: poezja (page 2 of 2)

opowieść nocna

Szedłem nocą w pole. Była gwiaździsta, bezksiężycowa noc. Zapomniane sny, uwolnione z getta dziennych hałasów, przemykały żwawo pomiędzy kłosami żyta. Pod lasem rozpościerającym się na prawo ode mnie czarną sylwetką duszki ze Schroniska Myśli wznieciły niewidzialną watrę. Stąd, skąd szedłem, wśród rozbłyskujących ścian handlowych pawilonów i licznych świateł stacji benzynowej, tam też niewyraźnie pisała się cieniem jakaś zjawa z czasoprzestrzennej dalekości.

Ale oto trzeba zawracać do samochodu.

Nie, poczekają na mnie. Przejdę się jeszcze trochę wzdłuż szosy.

Przez trawę obok stacji benzynowej przemykał kot. Co chwilę wystawiał trwożliwie czarny łeb ponad wyjaskrawoną w świetle latarni trawę. Mijałem gruby pień jakiegoś drzewa, gdy nagle dobiegło mnie szczekanie psa. Wzmagało się w mroku. Miałem nadzieję, że między mną a nim stoi jakieś ogrodzenie. Wszystkie duszki i zjawy snujące się po przestrzeni wsiąkły we mnie w popłochu. Byłem tylko ja i szczekanie psa. I złość, że zostałem zamknięty w klatce tego szczekania.

Jak cudowne mogłoby być nocne wędrowanie po wsiach, przedmieściach i polach, gdyby nie cholerne psy i spuszczanie psów na noc przez właścicieli dziurawych furtek. Lęk przed psami miałem już od dzieciństwa, kiedy skoczył na mnie jakiś zwierz, ponoć mały, ale ja wtedy też byłem mały. Doznałem szoku, miałem gorączkę przez długi czas, a strach przed psami został mi do dziś.

W końcu dojrzałem wielkiego brytana szczekającego za siatką ogradzającą jakąś posesję.

– Hauhauhauuu! – przedrzeźniała go siedząca przy rowie ludzka sylwetka.

W ten dialog psa z człowiekiem wdarło się nagle jakieś dziwne rzężenie. Brzmiało jak głos rozjuszonego kota. Pod drzewem koło stacji benzynowej krążył czarny pies. Wydawał z siebie groteskowo i przeraźliwie brzmiący odgłos. Obserwował wierzchołek, gdzie prawdopodobnie schronił się przebiegający tędy wcześniej kot. Pomyślałem żeby wziąć kija i odstraszyć psa, ale bałem się. Kto wie na co jest chory.

Człowiek koło rowu wciąż przedrzeźniał ujadającego brytana zza ogrodzenia. Było gęsto od jakiegoś dziwnego zła. Napięcia, które dusiło mnie. Musiałem odejść. Skierowałem się szybkim krokiem do stacjowego sklepiku.

– Aułałaułałau! – zaskowyczała nad rowem sylwetka ludzka. Od strony stojącego w półmroku samochodu rozległ się odgłos, jakby ktoś próbował zapalić zdezelowany silnik. Ale odgłos był nienaturalny, urywany i ostry. Powtórzyło się to dwa razy. To ów chory pies tam stał i próbował mnie obszczekać. Noc, która zaczęła się tak przestrzenie, stała się obca i wyjęta jakby z paranoicznego snu. Dopadłem sklepu. Tam wszystko umilkło. Nowy dom rozprzestrzenił się po białych, gładkich ścianach w szumie wentylatorów, wśród świetlówek i upstrzonych kolorowym towarem regałów.

o najpiękniejszym śnie, jaki kiedykolwiek śniłem

Najpierw proszę włączyć sobie to:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Miałem trzy dni temu sen. Pamiętam tylko końcówkę. Polna dróżka wśród zielonych wzgórz, pod jaskrawym błękitem przestworzy. Polne kwiaty, kłosy pszenicy, motyle. Widziałem to z takiej perspektywy, jakbym unoszony niewysoko nad ziemią oddalał się od widzianego krajobrazu, cofał się jednostajnym ruchem. Jakbym siedział na tyle jakiegoś wozu, zwrócony przeciwnie do kierunku jazdy. Nie czułem jednak siebie. Ani że siedzę, ani że idę, ani że lecę. Nie było mnie.

Tłem dźwiękowym był wiersz. Recytowany wiersz. Nie pamiętam słów. Były to słowa przywołujące niezmierną nostalgię, ściskającą serce tęsknotę, słowa przepiękne, słowa, których nie mogłem nawet zapamiętać, nawet dokładnie odebrać. Słowa tak piękne, że aż nieistniejące. Kiedy przypominam sobie ten sen, nasuwa mi się na myśl klimat piosenki Susanne Cohena, w pierwszej, oryginalnej aranżacji z płyty Songs of Leonard Cohen. Ale to nie było to. W tym wierszu unoszącym się w powietrzu słychać było muzykę. Ale to pod wpływem tego snu słucham sobie teraz albo gram czasami Susanne.

Na dróżce pojawiła się dziewczynka w białej sukience. Biegła ścieżką, jakby tuż za wozem, którym jechałem. Nie było jednak słychać niczego poza wierszem.

Wszystko trwało dwie, może trzy sekundy. Obudziłem się niemożebnie wzruszony, ze łzami w oczach. Ten sen był najpiękniejszą rzeczą jaka mnie spotkała w życiu. Jakby sam Bóg osobiście ofiarował mi bukiet kwiatów ze swojego ogrodu Eden. Szkoda, że tak szybko zwiędły. Nie chciałbym zapomnieć jednak nigdy tego snu. Życzę każdemu żeby w swoim życiu choć przez sekundę zaznał tak niewyobrażalnego, niewyrażalnego i niesamowitego piękna.

Teraz…

And you want to travel with Him
And you want to travel blind
And you think: maybe I’ll trust Him
For He’s touched your perfect body
With His mind

Newer posts