szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: poezja (page 1 of 2)

o Witku Różańskim w dzień po odejściu

WitekWitek. Poeta i tylko poeta. Nie obchodziło go nic poza poezją, której był sługą i ofiarą. Spotkałem go dwa razy, z 8 lat temu. Mieszkał w kawalerce, którą prócz mikroskopijnej kuchni, starego telewizora, tapczanu i biurka wypełniały sterty pudeł z rękopisami, maszynopisami, listami i wycinkami.

Posyłałem mu do oceny swoje wiersze. Zawsze odpisywał. Szczerze, rzeczowo, czasem bezlitośnie, ale zawsze ciepło i w tonie pełnym przyjaźni. Przerażała mnie i fascynowała jego obojętność i niefrasobliwość w stosunku do wszystkiego, co nie wiązało się z poezją. Nie wiedziałem jak się do niej odnosić. Przerwałem korespondencję podczas jednego z ostrych życiowych zakrętów, a później już jej nie wznowiłem – nie wiedziałem, co napisać…

Witek mówił, że nie da się wyżyć z pisania, choć żył tylko tym, co mu pani poezja zechciała przynieść. A było tego naprawdę niewiele. Nie zawsze miał na jedzenie. Ale zawsze miał na znaczki pocztowe i koperty, by napisać list. Odtrąciłem ten jego wdowi grosz. Teraz, kiedy go nie ma, bardzo żałuję, że nie napisałem do niego znów, kiedy moje własne życie przestało mnie przerastać.

Witek, jego żona, śnieżący obraz w telewizorze i ja – młody z gitarą. Jedliśmy w ciemnej Witkowej klicie zimne klopsy, zagryzając bułką. Zaśpiewałem mu wtedy swoją piosenkę do jego tekstu, o tę:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

A potem on powiedział, że poezja to surowa pani. Ze poezja niszczy. Tak jak zniszczyła jego przyjaciela Steda (Edwarda Stachurę), tak jak zniszczyła Milczewskiego-Brunona. Żebym zawrócił, póki nie jest za późno.

Panie Witku, nie wiem czy lubił Pan Herberta, ale to dla Pana:

a którzy tylko osierocą
wyziębły pokój parę książek
pusty kałamarz białą kartę –

zaprawdę nie umarli cali

Leonard Cohen, How to Speak Poetry

Te słowa postawiły mnie, jako muzyka, na baczność:

…Grasz dla ludzi, którzy przeżyli katastrofę.
To powinno cię mocno uciszyć.
Wymawiaj słowa, przekazuj dane, zejdź na dalszy plan.
Wszyscy wiedzą, że przeżywasz ból.
Nie możesz przekazać publiczności wszystkiego, co wiesz o miłości
w każdym wymawianym przez ciebie wersie.
Odsuń się, a dowiedzą się co wiesz,
bo oni już to wiedzą.
Nie ma nic, czego mógłbyś ich nauczyć…

(przekład mój)

Wszystkiego najlepszego, Mistrzu! Niech kolejny rok będzie dla Ciebie jeszcze wspanialszy. Niech nadal nic nie będzie czarno-białe w Twym tajnym życiu, a światło, które pada z pęknięć w strukturze świata niech oświetla Twą drogę!

The Music Crept By Us

Karolinka znów wyjechała. Zostało po niej ciepło poduszki, kartka z przypomnieniem o podlewaniu kwiatków i kołysanka, którą napisałem jeszcze przed Wielkanocą. Trzecia już w moim autorskim repertuarze. Może ktoś kiedyś zorganizuje jakiś festiwal piosenki nasennej? Tę kołysankę uważam jednak za bardziej dopracowaną i ciekawszą niż poprzednie. I tak samo jak tamte, wypływa ona prosto ze mnie, bez jakiegokolwiek wysiłku w formie, którą przybrała.

Położyłem sobie na regaliku przy łóżku pilota od wieży. Zawsze przerażało mnie trochę zagłuszanie swoich pierwszych porannych wrażeń radiem czy telewizorem. Ale przecież człowiek i poezja to to, co dla mnie najważniejsze. A przez najbliższe dwa tygodnie będę budził się zupełnie sam. Niech chociaż Poezja wypełni tę przestrzeń. Jak do końca, to i od początku.

Stary poznański poeta, Witek Różański, powiedział mi kiedyś: „Jeśli poświęcisz się Poezji, wiedz, że ona zabierze ci wszystko i nie da nic w zamian.” Miał rację. Im dalej posuwam się wgłąb jej dziedziny, tym bardziej niezdolny jestem do jakiejkolwiek regularności, do jakiegokolwiek porządku i rytmu, którego nie wyznacza ona. I pozbawiony zdolności zwykłego, codziennego chodzenia do pracy muszę radzić sobie sam. Z zarabianiem na koncertach, z zachowaniem przy tym czystości i sacrum, z paniką, która w związku z tymi wyzwaniami czasem mnie dopada. Na szczęście wypowiedź Witka pominęła coś bardzo istotnego. Bo jest coś jeszcze – jedna, jedyna siła we wszechświecie, która wyrasta ponad poezję, której „poezji wściekłe kły” nie są w stanie rozszarpać.

znowu wierszem

Przez lata nowe koryta dla poetyckich strumieni żłobiła w mojej głowie popoetyka, czyli takie wiersze jak ten, który napisałem ostatnio w pracy:

Naści szpadel

Naści szpadel panie władco!
Jejmość przecie ma pojemność,
A szkarłatka niezłowroga
Dzieje pisze – taki z niej gość.

Naści szpadel panie władco!
W krocza wrót dostojnych wpląsaj.
Na gdzieniegdziu gdzieniegdź złoty
Kręci wąsa, kręci wąsa.

Szpadel naści mimo maści!
Gdy namaści już cię, zgaśnij.
Było w chlebie nie rujnować
Tamtych koryt. Tu jest paśnik.

Od dawna nie były to już zwykłe wygłupy. Bo jak wygłupami można nazwać słowa kołaczące się po głowie tak, że nie można zasnąć, które trzeba zapisać, których zapisanie jest jedynym uspokojeniem? Dlatego, że nic nie znaczą, że z definicji nie mogą składać się w żadną logiczną całość?

Sens ma jednak znaczenie. Dlatego raczej nie dzielę się swoimi popoetycznymi wypisami. Ale po napisaniu Naści szpadla w głowie mi nagle zabulgotało i oto wytrysnęło spomiędzy zarośli stare, dawno już zablokowane czymś źródełko, które przez długi czas nie miało czym płynąć. Kiedyś dawało początek sporej rzeczce, której szum słychać w moich wierszach sprzed 2005 roku. A teraz nagle odnalazło nurt wyżłobiony przez popoetykę i śladem Naści szpadla popłynęły kolejne, już inne wiersze. Inne niż te, które pisałem wcześniej.

Bochnia

Postanowiłem się nie spieszyć. Wyczerpała mi się bateria w komórce, więc to najbardziej absurdalne, choć jednocześnie mocne i ciężkie do przezwyciężenia zniewolenie miałem na jakiś czas z głowy. Zostałem tylko ja i świat, bez żadnych pośredników i zakłóceń. Nie chciało mi się iść na rynek, skąd odjeżdżały co 15 minut busy do Krakowa, a bar przy niepozornym dworcu PKP kusił zjawami przeszłości, zatrzymanym czasem, lekkim wiosennym wiatrem i cieniem, rzucanym przez rozłożysty parasol.

Ostatni raz siedziałem tak, pisząc i chłonąc atmosferę przydrożnego miasteczka, dobrych kilka lat temu. I nie chodzi tu o to, że nie zdarzyło mi się później siedzieć pod parasolem przy piwie w małej miejscowości. Chodzi o stan umysłu. Zawsze chodzi o stan umysłu. Parasol, bar, piwo, słońce, dworzec, kolejka postawiona staremu, zżulonemu włóczykijowi i rozmowa z nim to tylko emanacje owego stanu, który dziś nagle się we mnie uaktywnił i w który po prostu musiałem zanurzyć się, by dopełnić chwili. Jednej z tysięcy najpiękniejszych, błogosławionych, choć tak różnorodnych chwil w moim życiu.

o tym co słońce przyniosło mi do mieszkania

Leżę sobie na łóżku, które kilka dni temu, korzystając z braku kaloryfera i innych przeszkód, przystawiłem do okna tak, że parapet jest na wysokości poduszki. Próbowałem zasnąć, ale nie mogę. Słońce powoli zachodzi, choć jeszcze rozgrzewa do gorąca skraj tapczanu i firankę. Odbija się w dalekich oknach osiedla na południowym wschodzie miasta. Monotonny świergot ptaków, szum szos, a tuż obok tykanie zegara.

Mógłbym zanurzyć się bez reszty w każdym szczególe tego popołudnia. Ot, chociażby ten rozgrzany skrawek tapczanu – przypomina mi wakacyjne leniwe dni w innym miasteczku, dawno temu, w innej epoce. W miasteczku, w którym się urodziłem, w którym mieszkała większość mojej rodziny, a w którym została już tylko babcia z dziadkiem.

Czasem chce mi się płakać za przeszłością, z których najpiękniejsze fotografie wywołuje właśnie teraz słońce na chropawej fakturze tapczanu. Chce mi się płakać, że to już tylko przypadkowy, martwy, ulotny i ledwie widoczny strzęp tamtego świata, przywiany dziś niechcący przez wiatr do mojej klitki na poddaszu.

Czasami każde miasteczko jest dla mnie pomnikiem, niedokładną podobizną tamtych dni, które nigdy już nie wrócą. Dni, w których poznawałem piękno i nie wiedząc nawet o tym, syciłem się po brzegi poezją, która dopiero potem znajdywała ujście w wierszach i piosenkach.

Ja wiem – każda chwila jest nowym, wspaniałym światem. Wiem, że żyć trzeba tu i teraz, wiem, że nie wolno się roztkliwiać, bo będzie jeszcze gorzej.

Ale pozwól mi, o Wielki Nauczycielu, mnie – małej, słabej istocie, pozwól mi dziś, jeden, jedyny raz zapłakać nad mlekiem, które dawno temu miało się rozlać, rozlało się i ślad po nim zaginął…

o pierwszej nocy w mansardzie

Przeżywam uniesienie. Rozgrzebałem żar w piecyku, wlazłem pod śpiwór i zaraz zasnę, słuchając świergotania lodówki, trzasku dopalającego się ognia i szumu nocnego miasteczka.

Mimo, że jeszcze tu trochę śmierdzi i jeszcze tu bardzo brudno, zaczynam powoli oswajać to mieszkanko. Pomalowałem ścianę, przykrywając pleniącego się grzyba warstwą czegoś, co nazywa się szkło wodne, przy okazji kaligrafując pędzlem malarskim chiński znak dao (ten, od którego pochodzi termin taoizm). Umeblowałem nieco przestrzeń, wcześniej tata przywiózł sporo rzeczy i podłączył wannę. Muszę jeszcze zainstalować ogrzewacz wody i nowy zamek, bo okolica jest złodziejska.

Mansarda ma ze 24 metry kwadratowe i stanowi jedno pomieszczenie, w którym ustawiono ścianę z podwójnej sklejki, kilku cegieł i gipsu, by odgrodzić sedes i brodzik. Kiedy tu pierwszy raz przybyłem, zastałem wyłącznie rzeczony sedes, podmurówkę pod brodzik, rurę z wodą, blaszany piecyk typu koza, dwa fotele, smród zbutwiałej podłogi, spleśniałych rur i brudnego kibla oraz mnóstwo Poezji, która drzemała po kątach i sączyła się przez okienko wraz z promieniami zachodzącego Słońca.

Jest noc. Na suficie migoczą świetlne esy-floresy, rzucane z pieca przez fajerkę. Palone drewno pachnie, żywy ogień roztacza ciepło, a za oknem rozpościera się nocna przestrzeń.

patrzenie

Kiedy się dziś obudziłem, zastałem siebie nucącego słowa jednej z Bartkowych piosenek:
A obok bocznych torów miotełki żółtych traw
Tuliły się do dłoni tych, co gonić chcieli czas

I przestraszyłem się nagle. Przestraszyłem się, że może zabraknąć w moim życiu zapachu wiatru, dróg za lasem i tego całego piękna. Że coś we mnie zgaśnie i nie będe miał na to wpływu. Bo jeśli będę miał, to nie pozwolę. Ale czy to kwestia wyboru? Może uważności? A może to jest poza ludzką kontrolą…

Wczoraj cały dzień siedziałem przy komputerze. Dziś skończę reklamę drukarni. Za oknem widzę pokryte śniegiem pola, drzewa przy drodze na Lgotę i słupy telefoniczne. Przy tej drodze panuje taka cisza, że słychać chrobotanie drutów, wiedzionych przez te słupy za horyzont. Brzmi to jak metaliczny, stłumiony odgłos tysięcy słów biegnących z szaloną prędkością od miasta do miasta, od kraju do kraju, od świata do świata, od kosmosu ludzkiej głowy do drugiego kosmosu.

Chciałbym zawsze potrafić to dostrzec, zawsze móc napisać Wam o tym, zawsze stanąć i się zapatrzyć. I jeżeli mogę, jeżeli potrafię, to nie porzucę tego. Wszystko inne – praca, wydajność, pieniądze, tzw. „życie” jest na drugim miejscu.

kolejny ś.p.

Zmarł ksiądz Twardowski… Znów o jednego wspaniałego człowieka mniej. Nie uważam jego poezji za piękną w sensie artystycznym, ale było w niej inne, znacznie ważniejsze piękno – piękno Naiwności (tej świętej, przez duże N). Kojarzy mi się z oknem w wiejskim domku, na którym stoi kwiat w doniczce i za którym widać piękne, błękitne niebo. Z takim oknem, przy którym można siedziec i patrzeć… Płakać mi się chce teraz, kiedy przeczytałem o tym, że nie żyje…

Older posts