szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: noc

o tym, że czasami nie mam po co iść spać

Po co iść spać, kiedy w ciepłej pościeli nie czekają na mnie ukochane ramiona spragnione bliskości? Po co iść spać, kiedy w sypialni zimno, a nieproszona cisza wdziera się do głowy jak piach przywiany z wielkiej samotnej pustyni?

Dużo już pisałem o tęsknocie, aż za dużo. Tym razem to już na szczęście półmetek pobytu Karolinki w Portugalii. Za niecały tydzień spotkam się w górach z przyjaciółmi, a gdy wrócę, to mieszkanie znowu stanie się domem.

Nie idę zatem spać. Idę paść ze zmęczenia. To był ciężki, ale owocny dzień.

o nocnym życiu wreszcie w sam raz dla mnie

Karolinka wyjechała na dwa tygodnie do Portugalii. A ja jestem tak oszołomiony miastem, muzyką i tworzeniem tego bloga, że aż nie mam siły tęsknić. Poziom higieny i porządku wokół mnie drastycznie spadł, wydajność drastycznie się zwiększyła. Wymyśliłem nową muzykę, w głowie rodzą się dwa teksty. Nagrywanie, poprawianie, granie, chodzenie na koncerty i śpiewogrania wypełniają mi czas. Wspomniane chodzenie to jedyna okazja do opuszczenia domu. Zabarykadowałem się w nim z zapasami i nic, tylko dłubię w nowym blogu i w nowych nagraniach.

W Rafie dużo muzyki, dużo alkoholu, radości, przyjaźni. Atmosfera elektryzuje, piosenki krążą w powietrzu razem z kieliszkami wiśniówki i opasłymi kuflami pełnymi piwa. Oj, będę miał gdzie się podziać nocą w mieście, gdy najdzie mnie ochota na wyprawę. Dobrze trafiłem, wybierając to miasto!

A późną nocą, kiedy podwoje knajp się zamykają, Łódź zrzuca szary robotniczy kombinezon, strzepuje z siebie ryk silników, tłumy i pył robót, wdziewa wieczorową suknię i kusi, wyciągając długie, smukłe ramiona opustoszałych ulic.

ślimak bonsai

Jest noc. Stoję w kuchni, jedząc kanapkę i spoglądam przez okno. Podwórko. Przeciwległa klatka schodowa owinięta snopem światła 40-watowej żarówki. Cisza. Doglądam swojego nowego drzewka bonsai i co widzę? Ślimaczka! Malutkiego, bez skorupki, pod doniczką. Można by powiedzieć – ślimaczka bonsai. Jak on się tam uchował? Skąd się wziął? Wyrósł po podlewaniu?

Chciałem w pierwszej chwili wziąć go na papierek i wystawić za okno. Ale on nam przecież zdechnie w przeciągu doby. Dałem mu listek sałatki i obfotografowałem razem z drzewkiem. Ciężko było, bo skubaniec uciekał. Co ja z nim teraz zrobię? Chyba poczekam aż troszkę urośnie i wypuszczę w jakimś w miarę bezpiecznym miejscu. A na razie zakryję go na noc jakąś szklanką, żeby nie zwiał i nie wlazł w jakiś kontakt lub wejście w mikserze.

Przecież to jest piękne!

o tym, że jednak wolę noc

Nie lubię poranków. W powietrzu słychać dźwięk dnia rozdzieranego przez walczących o swoje ludzi, do których, choć wszystko we mnie buntuje się przeciw temu, zamierzam zaraz dołączyć, wbijając się w marynarkę i rozpoczynając atak na miasto.

Poranki są zupełnie inne niż czarna noc, podczas której bezpieczny we własnym świecie mogę siedzieć, myśleć, bawić się, pracować, pisać (choć i tak ostatnio bez odzewu ze strony Czytelników, aż się nie chce) i żyć we własnym rytmie. Poranki nie są moje, należą do świata, który – czy chcę, czy nie chcę – jest taki, a nie inny.

Poza tym…

…czasem się boję…

Piosenka Nocnego Grajka

Choć znów nie umiałeś dopełnić dnia
Choć jutro będzie trzeba rano wstać

Zapal tę świecę, niech zwabi noc
Zapomnij jak ciężki jest nasz los
Mów cicho żeby nie spłoszyć dobrych duchów

Weź książkę lub na spacer idź
Albo po prostu cicho patrz
W jej wielką twarz, co zagląda wciąż przez okno

Rano znów bitwy zabrzmi szczęk
Rano się sen zamieni w lęk
Niech zatem gwiazdy dodadzą nam otuchy

Choć naokoło śpi już cały świat
Nie idźmy spać

o pierwszej nocy w mansardzie

Przeżywam uniesienie. Rozgrzebałem żar w piecyku, wlazłem pod śpiwór i zaraz zasnę, słuchając świergotania lodówki, trzasku dopalającego się ognia i szumu nocnego miasteczka.

Mimo, że jeszcze tu trochę śmierdzi i jeszcze tu bardzo brudno, zaczynam powoli oswajać to mieszkanko. Pomalowałem ścianę, przykrywając pleniącego się grzyba warstwą czegoś, co nazywa się szkło wodne, przy okazji kaligrafując pędzlem malarskim chiński znak dao (ten, od którego pochodzi termin taoizm). Umeblowałem nieco przestrzeń, wcześniej tata przywiózł sporo rzeczy i podłączył wannę. Muszę jeszcze zainstalować ogrzewacz wody i nowy zamek, bo okolica jest złodziejska.

Mansarda ma ze 24 metry kwadratowe i stanowi jedno pomieszczenie, w którym ustawiono ścianę z podwójnej sklejki, kilku cegieł i gipsu, by odgrodzić sedes i brodzik. Kiedy tu pierwszy raz przybyłem, zastałem wyłącznie rzeczony sedes, podmurówkę pod brodzik, rurę z wodą, blaszany piecyk typu koza, dwa fotele, smród zbutwiałej podłogi, spleśniałych rur i brudnego kibla oraz mnóstwo Poezji, która drzemała po kątach i sączyła się przez okienko wraz z promieniami zachodzącego Słońca.

Jest noc. Na suficie migoczą świetlne esy-floresy, rzucane z pieca przez fajerkę. Palone drewno pachnie, żywy ogień roztacza ciepło, a za oknem rozpościera się nocna przestrzeń.

opowieść nocna

Szedłem nocą w pole. Była gwiaździsta, bezksiężycowa noc. Zapomniane sny, uwolnione z getta dziennych hałasów, przemykały żwawo pomiędzy kłosami żyta. Pod lasem rozpościerającym się na prawo ode mnie czarną sylwetką duszki ze Schroniska Myśli wznieciły niewidzialną watrę. Stąd, skąd szedłem, wśród rozbłyskujących ścian handlowych pawilonów i licznych świateł stacji benzynowej, tam też niewyraźnie pisała się cieniem jakaś zjawa z czasoprzestrzennej dalekości.

Ale oto trzeba zawracać do samochodu.

Nie, poczekają na mnie. Przejdę się jeszcze trochę wzdłuż szosy.

Przez trawę obok stacji benzynowej przemykał kot. Co chwilę wystawiał trwożliwie czarny łeb ponad wyjaskrawoną w świetle latarni trawę. Mijałem gruby pień jakiegoś drzewa, gdy nagle dobiegło mnie szczekanie psa. Wzmagało się w mroku. Miałem nadzieję, że między mną a nim stoi jakieś ogrodzenie. Wszystkie duszki i zjawy snujące się po przestrzeni wsiąkły we mnie w popłochu. Byłem tylko ja i szczekanie psa. I złość, że zostałem zamknięty w klatce tego szczekania.

Jak cudowne mogłoby być nocne wędrowanie po wsiach, przedmieściach i polach, gdyby nie cholerne psy i spuszczanie psów na noc przez właścicieli dziurawych furtek. Lęk przed psami miałem już od dzieciństwa, kiedy skoczył na mnie jakiś zwierz, ponoć mały, ale ja wtedy też byłem mały. Doznałem szoku, miałem gorączkę przez długi czas, a strach przed psami został mi do dziś.

W końcu dojrzałem wielkiego brytana szczekającego za siatką ogradzającą jakąś posesję.

– Hauhauhauuu! – przedrzeźniała go siedząca przy rowie ludzka sylwetka.

W ten dialog psa z człowiekiem wdarło się nagle jakieś dziwne rzężenie. Brzmiało jak głos rozjuszonego kota. Pod drzewem koło stacji benzynowej krążył czarny pies. Wydawał z siebie groteskowo i przeraźliwie brzmiący odgłos. Obserwował wierzchołek, gdzie prawdopodobnie schronił się przebiegający tędy wcześniej kot. Pomyślałem żeby wziąć kija i odstraszyć psa, ale bałem się. Kto wie na co jest chory.

Człowiek koło rowu wciąż przedrzeźniał ujadającego brytana zza ogrodzenia. Było gęsto od jakiegoś dziwnego zła. Napięcia, które dusiło mnie. Musiałem odejść. Skierowałem się szybkim krokiem do stacjowego sklepiku.

– Aułałaułałau! – zaskowyczała nad rowem sylwetka ludzka. Od strony stojącego w półmroku samochodu rozległ się odgłos, jakby ktoś próbował zapalić zdezelowany silnik. Ale odgłos był nienaturalny, urywany i ostry. Powtórzyło się to dwa razy. To ów chory pies tam stał i próbował mnie obszczekać. Noc, która zaczęła się tak przestrzenie, stała się obca i wyjęta jakby z paranoicznego snu. Dopadłem sklepu. Tam wszystko umilkło. Nowy dom rozprzestrzenił się po białych, gładkich ścianach w szumie wentylatorów, wśród świetlówek i upstrzonych kolorowym towarem regałów.