szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: natura

Kosmos

Jestem pod wrażeniem serialu dokumentalnego Kosmos wyprodukowanego przez National Geographic. Twórcy przyznają się do czerpania z tradycji Carla Sagana, który był gospodarzem serialu o tym samym tytule z 1980 r. Powiem tylko tyle, że Sagan nie ma się czego wstydzić. Oglądałem już kilka produkcji na temat astronomii i bez wahania polecam nowy Kosmos jako najlepszą. Ważna rzecz – jest to serial interdyscyplinarny – pięknie ukazuje, ile wspólnego mają ze sobą astronomia, fizyka i biologia. W dodatku twórcy nie obrażają inteligencji widza katastroficzną retoryką i językiem tabloidu. Zamiast zapowiedzi ogromnej katastrofy niby to czekającej ludzkość po zderzeniu dwóch galaktyk, z której jeden z podobnych seriali tłumaczył się potem przez pół odcinka (sensacja musi być, nawet jeśli nieprawdziwa), w Kosmosie mamy opowieść o „tańcu galaktyk”, któremu towarzyszy piękna wizualizacja.

Szczególnie namieszał mi w mojej małościsłej głowie odcinek na temat ewolucji. Dał mi zupełnie inne spojrzenie na dzieje gatunków i na przyrodę. Zainspirował do myślenia w sposób, w jaki do tej pory nie myślałem. Bardzo, bardzo mocno polecam przynajmniej ten jeden odcinek wszystkim, których interesuje coś więcej niż czubek własnego nosa. Wiem, nieładnie tak mówić, ale usprawiedliwia mnie to, że sam z biologią byłem zawsze na bakier. Gdyby jednak lekcje w szkołach planowano tak jak scenariusz serialu Kosmos, byłby to być może mój ulubiony przedmiot.

Maj, dokoła maj

Chociaż piździ sakramencko, jest pięknie, a zieleń traw i słoneczne złoto wlewa się przez okna do domu tak, jakby był małym pudełeczkiem upuszczonym przez kogoś na łące. Serce rośnie, radość w sercu wzbiera, choć tyle już lat mieszkamy daleko od miasta w wymarzonej krainie. Dzisiaj fotograficznie. Tak to u nas jest w maju:

Nad wodospadem

Gdybym miał użyć porównania ze światem religii katolickiej, mógłbym śmiało rzec, że woda płynąca jest dla mnie jak kościół. A wodospad – jak wielka msza po długiej pielgrzymce.

Podczas podróży po Portugalii poszliśmy zatem na taką mszę. Zaczęła się już właściwie wtedy, gdy kilka kilometrów niemalże górskim szlakiem dzieliło naszego niezdolnego do jazdy po wyboistej drodze, pożyczonego fiacika od wodospadu Pulo do Lobo.

2015-04-12 14-58-36 - Parque Natural do Vale do GuardianaPo długim czasie obcowania z przyrodą, a właściwie z resztą przyrody, bo sam się czuję jej częścią, czułem taką tęsknotę do rzeki, że mimo ostrych i niebezpiecznych skał otaczających Guardianę, postanowiłem zejść do samego wodospadu.

2015-04-12 15-34-06 - Pulo do Lobo

Samo przechodzenie z kamienia na kamień stanowiło świetny trening uważności. Świadomość nie mogła opuszczać mojego ciała, inaczej zsunąłbym się w jedną z wypełnionych wodą szczelin, w najlepszym razie mocząc ubranie i obcierając skórę, a w najgorszym łamiąc kończynę.

2015-04-12 15-34-12 - Pulo do Lobo

Piękno tych skał, przez tysiące lat żłobionych przez wodę, zamieszkałych przez dziesiątki gatunków płazów rozpraszało mnie na początku. W pewnym jednak momencie uznałem, że potrafię świadomie stawiać kroki i jednocześnie cieszyć się widokiem. Nie miałem już jednak głowy… do myślenia.

2015-04-12 15-42-03 - Pulo do Lobo

Przechodząc z kamienia na kamień, zbliżałem się do huczącej gniewnie rzeki – tak łagodnej przed wodospadem i w miejscach, gdzie spotykaliśmy się z nią wcześniej.

2015-04-12 15-41-56 - Pulo do Lobo

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie krople spadającej wody mogłem poczuć na twarzy, huk wodospadu zagłuszał mój oddech, a kamienie oddzielające mnie od rzeki były zbyt mokre i śliskie, by dalej iść. Zresztą nie było mnie tam w takim sensie, w jakim jeszcze niedawno byłem na drodze. Czułem się częścią nieograniczonej całości. Uwolniony od wszystkiego – przeszłości, przyszłości, problemów, stresów i konieczności. Szczęśliwy jak prawie nigdy. Jak małe dziecko. I było tak, jakby cała ta droga została wyrzeźbiona przez żywioł specjalnie po to, by człowiek mógł ją uważnie przejść i zjednoczyć się świadomością z Guardianą, Strażniczką. Jakby człowiek był tą drogą, jakby wszystko nią było, a potem wpadało silnym, zdecydowanym strumieniem w skalne rozlewisko rzeki. Sekundy, chwile, godziny, dni i lata stały się kroplami wody rozbijanej o skałę. Mijały w mgnieniu oka, a jednocześnie trwały nieprzerwanie. Stałem tak, śmiejąc się jak głupi, bo i żadna konkretna myśl, która mogłaby mnie zatrzymać, nie pojawiała się w mojej głowie. Przelatywały pewnie przez głowę ich strzępki z taką prędkością, że wyraźnie widać przez nie było świat. Nawet teraz śmieję się, wspominając to wydarzenie.

2015-04-12 15-36-00 - Pulo do Lobo

Tamtego dnia ziemia dała mi lekcję uważności, a spokojna, gniewna i znów spokojna rzeka nauczyła mnie czegoś o moim własnym gniewie i spokoju.

2015-04-12 15-38-32 - Pulo do Lobo

Wracając, zdałem sobie sprawę z tego, o ile łatwiej było ludziom przed wiekami nie zapomnieć o tym, że są częścią natury. Nie potrzebowali do tego książek, filozofii, mistycyzmu itp., bo ich codzienne życie polegało na przemierzaniu trudnego terenu, nasłuchiwaniu każdego szmeru, unikaniu niebezpieczeństw. Musieli wtedy często „przebywać” w takim stanie umysłu jak ja nad Pulo do Lobo. Jak żałośnie brzmią w tym świetle hasła typu „zen w biurze”, „świadomość a efektywność” itp. Człowiek odszedł od świadomości daleko, daleko w stronę tożsamości intelektualnej i teraz usiłuje zaprząc wszystko w jej służbę, nawet to, co najbardziej pierwotne. Ale na szczęście wszystko, co najważniejsze, dostępne jest zawsze, wystarczy się ku temu zwrócić.

 

 

Potęga teraźniejszości

To, co negatywne, jest absolutnie sprzeczne z naturą. Ponieważ zaś wszystko, co negatywne, zanieczyszcza psychikę, istnieje głęboki związek między zatruciem i zniszczeniem przyrody a ogromnymi pokładami negatywizmu, nagromadzonymi w zbiorowej psychice ludzkiej. Żadna inna forma życia na kuli ziemskiej nie wie, co to negatywizm: znany jest on wyłącznie ludziom; żadna też spośród innych form życia nie zadaje gwałtu planecie, której zawdzięcza samo swoje trwanie, ani planety tej nie zatruwa. Widziałeś kiedyś nieszczęśliwego delfina, żabę, która miała problemy z samooceną, kota, co nie potrafił się zrelaksować, albo ptaka hołubiącego nienawiść i urazę? Jedynie zwierzęta żyjące w bliskim kontakcie z ludźmi i poprzez nich wchodzące w kontakt z ludzkim umysłem oraz jego obłędem zdradzają czasem coś w rodzaju negatywnych skłonności czy objawów nerwicy. Przyjrzyj się dowolnemu zwierzęciu lub roślinie i ucz się od tego żywego organizmu, jak w pełni akceptować to, co jest – jak poddać się teraźniejszości. Niech zwierzę lub roślina uczy cię Istnienia. Niech cię uczy rzetelności – tego, jak być jednią, jak być całym, być sobą, być rzeczywistym. Niech cię uczy, jak żyć i umierać – i jak z życia i z umierania nie robić problemu.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości

potega terazniejszosciMógłbym cytować Tollego tutaj cały czas. Od kilku tygodni mój umysł zanurzony jest w treści jego książki, a ja dość często w medytacji, która wykroczyła poza siedzenie przed ścianą i zajmuje coraz więcej miejsca w codziennym życiu. I jest tak, jak autor pisze we wstępie – nie czytam niczego nowego. Przypominam lub uświadamiam sobie to, co już wiem lub gdzieś tam we mnie trwało od zawsze.

Trudno jest pisać o życiu, o tym, co było, gdy człowiek nie zajmuje się przeszłością. Ale chciałbym napisać o takiej jednej przygodzie, która mi się przytrafiła kilka dni temu w Portugalii. Zatem „stay tuned”. W końcu się zbiorę i napiszę.

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

o wędrówce, tym razem raczej po płaskim, i okolicznych dziwach

Nie chcąc dać sobie spocząć po niespodziewanej górskiej wędrówce, ruszyłem dziś do lasu. Myślałem o krótkim spacerze, jednak przeszedłszy las na wylot, zrobiłem szeroką pętlę przez inny las i przez moczary. Bogowie, jak mi tego brakowało! Trafiłem w miejsca niesamowite, bo też i w niesamowitej krainie zamieszkałem.

Czasem łapałem się na „dorosłym” myśleniu, które psuło mi wrażenia z wędrówki. Gdy mój wzrok mieszał się z przestrzenią, a ja na wpół tylko istotny szedłem asfaltem ku swojej wiosce, pomyślałem, widząc stodołę: „Ile czasu musieli układać te dachówki?” i zacząłem obliczać przybliżony metraż. Zaraz spostrzegłem, że cały urok chwili prysł i dałem sobie spokój. Ta chwila dała mi jednak pewną wiedzę o tym, co tak naprawdę zestraja mnie z pejzażem i światem. Jest to nic innego jak myślenie niewinne, patrzenie na wszystko, tak jak na rzeczy będące od zawsze, zastane, niestworzone i nienarodzone. Tak pewnie patrzy dziecko. Stodoła i jej czerwony dach stają się Zjawiskiem tylko wtedy, gdy po prostu są, wystają z krajobrazu. Gdy zmieniam je w metraże, gabaryty, odtwarzam strukturę, budowę, a już nie daj Boże koszta, oddzielam się, staję się panem wszelkiego stworzenia, przestaję być kroplą w rzece, a staję się wioślarzem. Wędrują tylko nogi, a głowa kalkuluje. Złe przyzwyczajenie, wredny efekt uboczny bycia odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem.

Na szczęście to był tylko ten jeden moment. Gdy człowiek widzi tyle nowego, spojrzenie samo mu się uniewinnia, tak jak na przykład podczas wypraw w dalekie kraje. Może dlatego są one tak odświeżające i piękne? Najfajniej było, gdy na jakieś pół godziny zabłądziłem na bagnach. Dookoła las, drogę zagradza woda i błoto. W pewnym momencie poczułem, że jest jakoś inaczej. Przestrzeń ustępowała przede mną jak dotknięty rożek ślimaka, niechętnie wycofując się. Panowała zupełna cisza, tylko od strony moczarów co chwilę krzyczały żurawie. Po chwili zobaczyłem powalone, ostro zakończone pnie i pogryzione gałązki, a zaraz potem charakterystyczne bobki. Trafiłem w miejsce, gdzie bardzo dawno nie było człowieka. W ostoję zwierzyny. Nie pasowałem tu.

Nie robiłem zdjęć – wydawało mi się to jakieś niewłaściwe. Moje oczy to już było zbyt wiele, co dopiero obiektyw i wywołany na ekranie obraz tego sanktuarium, które powinno pozostać tajemnicą. Przedzierałem się ostrożnie naprzód przez knieję, aż zobaczyłem strumień. Po drugiej stronie zaczynało się przestronne wzgórze, na którego szczycie mogłem się zorientować, w którą stronę iść. Przebyłem strumień, położywszy w poprzek grubą gałąź, po której posuwałem się ostrożnie, trzymając się konara rosnącego przy strumieniu drzewa.

Poza tym robiłem zdjęcia, proszę bardzo:

P1140599

 

Mimo tego, że przymrozek daje o sobie lekko znać tylko nocami, w dzień zaś od co najmniej tygodnia mamy 5-15 stopni, a śniegu nie widziałem już dawno, to bajoro było całkowicie zamarznięte. Sprawdzałem ciężką, grubą, gałęzią – odbiła się jak od kamiennej posadzki.

P1140611

 

A to ani chybi dawny szlachecki dworek. Dziś mieszka tu rolnicza rodzina, zapewne przesiedleńców. Obok wala się zardzewiały pług, plastikowe beczki i inne graty. Malowniczą alejkę prowadzącą do dworu pomiędzy wzgórzami stratowały opony ciągników. W moich okolicach historia aż krzyczy.

I na koniec…

P1140648

Potwierdzone! Żurawie wróciły i mają się dobrze.

Przeszedłem razem ok. 10 kilometrów, więcej niż w górach tydzień temu. A jakże było przyjemniej! :) Zróżnicowanie terenu w mojej okolicy jest na tyle duże, że pieszo jestem w stanie zrobić przez dzień tyle samo kilometrów co rowerem, i to bez zbytniego forsowania się. Na dodatek rowerem nie wszędzie wjadę, a sam wejdę, jak to dziś udowodniłem, wszędzie.

Wola Blakowa revisited

Mógłbym być stróżem w jakiejś wieży na rubieżach i patrzeć godzinami w zaśnieżony, płaski horyzont.

Mógłbym siedzieć przy piecu, wtrącony w siebie jak w głęboką studnię, w ciszy, zapomniany przez Boga, i byłoby mi dobrze.

Mógłbym wychodzić po drewno, uśmiechać się do kobiety sprzedającej w sklepie i znikać.

Odczuwać naturę bardziej – nawet jako zimę stulecia lub huragan.

Tak jest lepiej.

Miętus powiedział, że w mieście asfalt jest zawsze czarny.

Polski las, norweski las…

Zostanę druidem.