szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: muzyka (page 2 of 2)

o czarnym kocie czarną nocą

Pierwszy raz zauważyłem coś pozytywnego w konstrukcji naszego mieszkanka sprawiającej, że pomiędzy moim komputerem w jednym jego końcu, a łóżkiem w drugim są tylko jedne drzwi. Przygotowując plan koncertu pieśni rosyjskich, który mam zagrać pod koniec listopada, trafiłem na starą, zapomnianą już przeze mnie pieśń Czarny kot Bułata Okudżawy. Nie mogłem się powstrzymać przed wzięciem jej w ramiona, choćby i pospiesznie, cichaczem. Chwyciłem gitarę i – żeby nie obudzić Karolinki – wyszeptałem słowa pierwszej zwrotki:

Na podwórku, tuż za bramą –
czarnej sieni czarny wlot.
W sieni dzień i noc tak samo
rezyduje Czarny Kot.

Palce od razu ułożyły się w akord sekundowy, a szept, pod wpływem brzmienia akordu i mocy słów pieśni, przeszedł w zjadliwy syk. Wszak pieśń jest portretem wodza Józefa Stalina – znienawidzonego przez tych podwładnych, którzy byli w stanie zdobyć się na myślenie niezależne od propagandowej machiny i uwielbianego – szczerze i nieszczerze – przez ogłupione społeczeństwo.

Ani żąda, ani prosi,
Kryje w ślepiach żółty blask.
Każdy sam mu coś wynosi,
jeszcze mu się kłania w pas.

Aranżacja wyszeptana, wysyczana i wycedzona spomiędzy zębów, przy cichej, spokojnej gitarze – to jest to. Pewnie nie wpadłbym na nią, gdyby nie moje śpiące kochanie.

o nocnym życiu wreszcie w sam raz dla mnie

Karolinka wyjechała na dwa tygodnie do Portugalii. A ja jestem tak oszołomiony miastem, muzyką i tworzeniem tego bloga, że aż nie mam siły tęsknić. Poziom higieny i porządku wokół mnie drastycznie spadł, wydajność drastycznie się zwiększyła. Wymyśliłem nową muzykę, w głowie rodzą się dwa teksty. Nagrywanie, poprawianie, granie, chodzenie na koncerty i śpiewogrania wypełniają mi czas. Wspomniane chodzenie to jedyna okazja do opuszczenia domu. Zabarykadowałem się w nim z zapasami i nic, tylko dłubię w nowym blogu i w nowych nagraniach.

W Rafie dużo muzyki, dużo alkoholu, radości, przyjaźni. Atmosfera elektryzuje, piosenki krążą w powietrzu razem z kieliszkami wiśniówki i opasłymi kuflami pełnymi piwa. Oj, będę miał gdzie się podziać nocą w mieście, gdy najdzie mnie ochota na wyprawę. Dobrze trafiłem, wybierając to miasto!

A późną nocą, kiedy podwoje knajp się zamykają, Łódź zrzuca szary robotniczy kombinezon, strzepuje z siebie ryk silników, tłumy i pył robót, wdziewa wieczorową suknię i kusi, wyciągając długie, smukłe ramiona opustoszałych ulic.

piosenka turystyczna

Przyjąłem zaproszenie na festiwal piosenki turystycznej, tymczasem mój repertuar uległ takiej zmianie, że w zestawieniu z tego typu imprezą wygląda tak:

Trzeba będzie coś wymyśleć…

o śmierci i miłości w codziennym życiu

Przy Bramie Floriańskiej jak zwykle grali „Indianie”. Przeważnie omijałem ich pospiesznie, dziś jednak z ich muzyki spłynął prosto na mnie Duch Podróży. Flety, piszczałki, fujarki i bębny opowiadały o prowadzących daleko traktach, o bezkresnych łąkach i wysokich górach. To nic, że kiedy wrzuciłem grajkom przyodzianym w tradycyjne indiańskie stroje do dzbana dwa złote, usłyszałem w odpowiedzi „Gracias!” Ważny jest duch. Ci ludzie – a jeśli nawet nie ci, to inni, których Ci przypominają – jeżdżą po Europie, zarabiają na swojej muzyce i jadą dalej, wesoło gwarząc na tyłach rozklekotanych furgonetek, z których jedna stała w pobliżu.

I ja chciałem kiedyś wybrać podobny los. Kilka chwil zachwytu nad tą czy inną dziedziną życia zaważył na tym, że najprawdopodobniej zostanę tu. Nie żałuję. Wielu z nas, mając lat kilkanaście lub dwadzieścia, dwadzieścia dwa, marzyło o rzuceniu tego wszystkiego i ruszeniu w nieznane. Z moich przyjaciół pozostał tylko jeden, nad którym nadal wieje wiatr i nie wiadomo w którą stronę go zaniesie. Jednak bez względu na to, czy puls odmierzać mu będą jego własne kroki wzdłuż poboczy i górskich ścieżek, czy ścienny zegar w biurze, czy może – dajmy na to – dzwon na wieży jakiegoś kontemplacyjnego klasztoru – będę mu życzył szczęścia i będę dumny z tego, że pozostał do końca wierny sobie. Bo jestem o to spokojny.

Tak myśląc, wróciłem do swojego mieszkanka nad rzeczką. Kiedy otworzyłem drzwi, usłyszałem tylko tykanie zegara i szum lodówki. Zajrzałem do pokoju. Fotel, który zwykle zajmuje Karolinka, siedząc z podkulonymi nogami i pracując na laptopie, był pusty. Uczucie tęsknoty i braku, które towarzyszy takim chwilom w codzienności, kiedy wiem, że ona jeszcze ma zajęcia lub załatwia inne sprawy to zaledwie mała kropla w morzu różnych doznań. Ale dziś pomyślałem sobie, że – jakkolwiek niecodziennie to brzmi – jeśli sam wcześniej nie umrę, taki pusty fotel i taka cisza któregoś dnia spadnie na mnie jak grom i będzie nabrzmiewać, sprawiając niewyobrażalny ból. Wtedy będzie za późno na wszystko.

Kiedy nachodzi mnie taka myśl, wiem, że tego dnia na pewno nie sprawię jej żadnej przykrości. Będę czuły, kochający i najlepszy jak tylko się da. Wartość moich zachcianek, mojego komfortu i moich spraw spadnie do minimum wobec jednego spojrzenia ukochanej istotki. Oto cud miłości. Rozkwitający dzięki myślom o śmierci…

Tymczasem Duch Podróży objawił się mi dziś nie tylko w muzyce Indian. Przywiał go też pod zachmurzone niebo wiosenny wiatr. Jutro idę po raz pierwszy do pracy, a pojutrze z samego rana ruszamy na szosę wylotową w głąb kraju.

jesienny blues

Wspaniałe gadanio-granie z Macieją i Karolinką.
Pierwszy naprawdę mroźny i wietrzny wieczór na Emausie.
Jesienne duszki i niewidzialne stworzonka powoli zaczynają zamieszkiwać kąty, szafy i kaloryfery w naszym mieszkanku.

Pojutrze wyjazd na ukochane Polesie. Spotkać się ze starymi przyjaciółmi, zarobić trochę grosza, nałapać jesiennego wiatru z Bazylanów, posłuchać szumu drzew przy grobie Babci i wrócić…

Zagrałem minutowe solo harmonijkowe na scenie z Jerzym Styczyńskim – wszystko dzięki Maciei i liderowi jego zespołu. A pod koniec listopada jadę pierwszy raz w życiu na koncert jako harmonijkarz.

o pierwszym weekendzie sierpnia w tym samym miejscu, co zwykle

I rzeczywiście – powrót do przeszłości prawie zupełny. Mimo, że kilka budynków odmalowano, układ Bazy pod Ponurą Małpą zmieniono, a oczyszczalnia ścieków zajeżdża jeszcze mocniej niż dwa lata temu, kiedy tu byłem ostatnio.

I jakoś tak inaczej jest ze wspólnym graniem. Mam wrażenie, że proponując wspólny występ komuś, o kim się mówi, że dobrze gra, robię coś głupiego. Reakcją jest zakłopotanie i niezgrabne próby wykręcenia się jak od jakiegoś przykrego obowiązku. Może chcą, żebym im płacił? Chyba trzymając się tyle czasu ze swoją stałą ekipą festiwalową, straciłem zdrowy osąd sytuacji ogólnej.

Nic to. Jest pięknie.

o tym jak jechałem skuterem i o najjaśniejszych stronach miasteczka

Wszyscy znają wszystkich. Znalazłem na Grono.net człowieka, który jako awatara wstawił zdjęcie, na którym gra na scenie na gitarze. Kiedy powiększyłem fotkę, rozpoznałem twarz siedzącego za nim perkusisty – jednego z moich nowych znajomych. Ponadto okazało się, że ów chłopak kojarzy mnie przez Miętusa i swoją siostrę – pierwszą osobę, jaką poznałem w Radomsku i z którą współpracuję zarówno ja, jak i Miętus!

A wczorajszy wieczór był jak film Kusturicy. Poznałem właściciela jedynej chyba knajpy w miasteczku o ambicjach artystycznych. Po wysłuchaniu płytki z moimi nagraniami zadzwonił do mnie i umówiliśmy się w lokalu. Po dwóch piwach dał mi żelazny hełm, zapinany od spodu rzemieniem, wsadził na tył rozklekotanego nieco skutera i popędziliśmy po moją gitarę. Pierwszy raz w życiu jechałem czymś większym od roweru, a mniejszym od samochodu i było pięknie, mimo, że podchmielony kierowca dodawał ostro gazu na każdej prostej.

Potem grałem jakiś SDM, jakiegoś Kelusa, którego piosenki trochę kojarzył jeden z członków przemiłej gromadki, jaka się wokół nas zebrała. Jego dziewczyna rozpromieniona na dźwięk „Bieszczadzkich aniołów”… Dawno nie grałem tych kawałków, znudziły mi się, ale teraz z radością się nimi dzieliłem. Jeszcze coś Kleyffa, coś własnego, znów SDM, po drodze kolejny browar i już goście muszą jechać. Mimo, że o siódmej wstaję do pracy, siedzę z właścicielem i gadamy o kobietach, o dzieciach, o życiu, o miłości, o spełnieniu, o szczęściu, o nieszczęściu, o innych sprawach wiecznie aktualnych, opowiadamy sobie nasze życia, pijemy ostatnie piwo.

Potem widzę, jak wynosi brudne kufle do kontenera na śmieci.
– Przywożą nowe, według nowego wzoru – mówi. – Tych już nie będę używał. A co, chcesz? Umyjesz sobie już sam?
I dostałem kufel Lecha.

Zataczając się lekko ulicą Reymonta, roześmiałem się w oczy czuwającym kamienicom. Takie nocne, podchmielone wracanie daje mi zawsze bardzo dobry kontakt z miastem. Oswaja się. Udomawia niezwykle szybko. Wyjątkiem jest Kraków. Znów nie chce mi się do niego wracać. Czyż tutaj nie byłoby cudownie, gdybym się jeszcze trochę zaaklimatyzował? A koncerty dwa razy w miesiącu, na które umówiłem się z tym nowo poznanym wariatem, będą bardzo temu sprzyjać. Czy nie będzie żal odjeżdżać znów do zawsze obcego, już teraz znacznie bardziej obcego niż Radomsko Krakowa?

Czego ja chcę i czego chcę naprawdę?

o tym jak zostałem magistrem i o długo oczekiwanej przeprowadzce

Zostałem dziś magistrem. Nie czuję się jednak jak ktoś, kto zdobył tytuł, lecz jak ktoś, kto stracił studia.

Zgiełk miasta za szybami samochodu. Zapach benzyny. Krwinki aut przeciskająca się przez ciasne żyły ulic. Kraków dostaje swojego codziennego zawału serca.

Tylko wtedy, gdy przejeżdżaliśmy koło Błoniów, a w dali zamajaczył Kopiec Kościuszki, poczułem ścisk w gardle. Rudawka. Any Time. Spacery ulicą Królowej Jadwigi. Nocny powrót z rozgłośni radia X FM (gdzie pracowałem). Murek wzdłuż rzeczki. B.. Białe mieszkanko o delikatnym zapachu. Widok Kopca Kościuszki. Pachnący ogródek sąsiadki, której syn grał z Turnauem. Pusty autobus 134. Wyprawki za Wolę Justowską. Dźwięk gitary basowej za ścianą. Dźwięk gitary na przystanku Pawełka. Dziadziusie Malawscy. Nocne siedzenie w kuchni. Szlak mrówek faraonek. Salwator. Emaus. Jeż napotkany nocą przy rzeczce. Jeśli to zapamiętam jako mój Kraków, wspomnienia będą zawsze dobre.

Miasteczko w porównaniu z tym wszystkim jest obce. Wracam do niego w poczuciu straty, choć te kilka dzisiejszych godzin w Krakowie zmęczyły mnie już. Cudownie będzie tu wpadać na dzień lub dwa. I starczy.

W Radomsku czeka na mnie nieurządzona mansarda na poddaszu z południowo-zachodnim oknem, z widokiem na rozpadające się budynki, błotniste podwórze, na drogę i topole lub inne smutne drzewa. I przestrzeń. Niebo, którym po pięciu latach spędzonych w Krakowie nie mogę się nasycić.

co chcę?

Coś rysuję, coś piszę, pracuję, gram, śpiewam, Dzizas, co to za burdel? Obejrzałem właśnie dokument o Dylanie, gościu, który wiedział czego chce i w końcu to za nim szli ludzie, a nie on za nimi.

A ja jednego dnia chcę tego, drugiego – czegoś całkiem przeciwnego. Statkuję się na siłę, bo się boję, że stracę wszystko, całe złoto zamienię w śmieci, będę zerował licznik co pięć minut i nigdy nie odejdę daleko od zera.

No i co? Może tak lepiej? Jestem skłonny obruszyć się na zarzut, że jestem wygodny, ale nie ośmielę się zignorować sugestii, że boję się samotności.

So I’m walkin’ down the highway
With my suitcase in my hand

Tyle, że w mojej walizce nie mieści się to wszystko, czego boję się utracić. A boję się utracić entuzjazmu do tylu rzeczy, które zacząłem, a których nie skończyłem. Dzieciństwo w komputerach, liceum w poezji i w muzyce, a potem: włóczęga (ok. 1999-2003), radio (2000-2004), buddyzm (2004-dziś), pragnienie osiadłości (2005-dziś (?)), grafika i pomieszanie wszelkich sztuk – teraz. Ten film się kręci coraz szybciej, tymczasem ja chcąc-niechcąc dążę do ustabilizowania swojego życia zawodowego, a więc zajęcia się czymś na większość czasu, który mi pozostał, jednym i tym samym.

Słucham nowej płyty Cohena – chcę robić muzykę za pomocą podobnych środków. Jestem na uczelni – chcę być naukowcem. Rozmawiam z ludźmi w drukarni – czuję się grafikiem. Oglądam film o Dylanie – chciałbym jak Dylan, chociaż wmawiam sobie co innego, wciskając niedziałający hamulec……………………………

Newer posts