szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: miłość (page 2 of 3)

z męskich rozmów

– Można się przespać z inną kobietą, nawet jeśli się kocha własną bardzo mocno.
– Możliwe. Ale nie można tego zrobić, jeśli się kocha ją tak jak ja.

o tym, że smutek też bywa piękny

Puste, martwe mieszkanie. Wielki, cichy tłum na niebie. Sen owinięty wokół głowy. Greensleeves Cohena. Smutek jest piękny. Ale boli tym bardziej, im bliżej związany jest z kimś, kogo kochasz. Kiedy nie można skulić się w jego wnętrzu i przetrwać, bo trzeba iść, iść przez codzienne nieważne sprawy, które są zupełnie ślepe na  wszystko to, co dla Ciebie najistotniejsze.

zamiast wesela

Bardzo to był dobry układ, niezwykle udany: ślub, obiad z najbliższą rodziną i przyjaciółmi, a potem – z tymi właśnie przyjaciółmi – impreza u jednego z nich, radość, rzewność, poznawanie się i wciąż na nowo rozpoznawanie, poezja, szaleństwo, pukanie do kolejnych drzwi w sobie nawzajem i w sobie samym ich otwieranie. I było tak cudownie, że zupełnie nie spodziewałem się, że jeszcze jakaś chwila może być tak piękna, jak obecna, gdy siedzę na posterunku, patrzę przez okno jak pada letni deszcz, palę fajkę i piszę te słowa. I szkoda tylko, że wczoraj dałem się otumanić jakimś mało istotnym sprawom, że zmarnowałem wieczór na głupie porządki, że nie dopełniłem jeszcze jednego dnia, jaki dany mi było spędzić z Karolinką, z którą już wobec wszystkich i wobec siebie jeszcze bardziej, jeszcze inaczej, jeszcze w inny, nowy sposób jesteśmy razem. Do tego stopnia razem, na ile pozwala nasze kruche istnienie w tym kruchym i zmieniającym się wciąż nie do poznania świecie.

o różnego rodzaju utopiach

Mam zupełnie inne marzenia niż Bayushi. Jej ostatni wpis wzbudził we mnie jednak pewną refleksję, ktora dojrzała podczas lektury Tybetańskiej księgi życia i umierania Sogjala Rinpocze. Pisze on: …jedną z najskuteczniejszych metod rozwijania współczucia jest myślenie o innych tak, jakby byli dokładnie tacy sami jak my (…) Wyobraźcie sobie, że społeczeństwa i narody przyjmują tę perspektywę ostatecznej równości. Pokój na Ziemi i szczęśliwe współistnienie jej wszystkich mieszkańców zyskałyby wreszcie solidny fundment.

Kiedy ja – dziecko wychowane przez cywilizację ukierunkowaną na rozwój techniczny – czytam te słowa, automatycznie kojarzą mi się one z nierealistyczną utopią. Kiedy natomiast Bayushi pisze o książkach na chipach, zintegrowanych GPSach itd., myślę: Kiedyś się pewnie to ziści, jeśli ludzie to kupią.

Można jednak spojrzeć na to inaczej. Dziś życie w Europie zawiera w sobie więcej humanizmu niż np. tysiąc lat temu. Zasady demokracji – pluralizm, wolność słowa, prawo do życia itd. – są mniej lub bardziej obecne na naszym kontynencie. Nawet gdy ktoś lubi narzekać, widzi przecież różnicę, jaka pod tym względem istnieje w stosunku do czasów despotyzmu, stosów, inkwizycji i wojen na masową skalę. Nasza cywilizacja, prócz postępu technicznego, poczyniła również spore postępy duchowe. Dlaczego nie można przypuszczać, że za kolejnych 500 lat postępy te nadal będą trwać, a w naszym życiu będzie obecny na jeszcze większą skalę szacunek dla innych, altruizm i współczucie? Dlaczego wykluczamy możliwość, że zapoczątkowane całkiem niedawno ruchy na rzecz ekologii i redukowania przepaści ekonomicznej pomiędzy nami a krajami Trzeciego Świata nie odniosą chociażby częściowego sukcesu?

Założę się, że gdyby członek takiego narodu jak Tybet, od ponad tysiąca lat nastawionego niemal wyłącznie na rozwój duchowy, przeczytał wpis Bayushi (przełożony rzecz jasna na prostszy, zrozumiały dla nieobytego z nowoczesną techniką człowieka), zareagowałby na niego tak samo, jak ja zareagowałem w pierwszym odruchu na marzenia Rinpocze o pełnym miłości świecie. Znacznie łatwiej byłoby mu natomiast przyjąć wizję nauczyciela.

Człowiek, któremu do głowy i przed oczy podsuwa się technikę, idee postępu materialnego, wartości takie jak wygoda, sprawność, przyjemność i unikanie cierpienia za pomocą zewnętrznych ułatwień, wierzy w inną utopię niż ktoś, kto od urodzenia obcował z duchowością i powiedzeniami typu: „Łatwiej założyć buty niż wyścielać cały świat gumą”. Jednak technika cywilizacji Zachodu jest tak potężna, że wyścielanie świata gumą nie jest dla niej niczym specjalnym. Zdaje się mówić Tybetańczykom: „Po co rozwijać własną moc, jeśli można zredukować zagrożenia świata do własnych możliwości?”

o tym co literatura wyrzuca na śmietnik

Zbigniew Nienacki, w Uwodzicielu, powszechnie uważanym, w skutek ludzkiej ignorancji, za powieść pornograficzną, wydaje taki oto ostry osąd:

Mam ogromną prośbę do krytyków literackich. Pokażcie mi choćby jednego bohatera literackiego, który reprezentowałby filozofię egzystencjalizmu, a nie nosił cech schizofrenika – nie charakteryzowały go autyzm, stępienie uczuciowe i urojenia ksobne. Cóż jest warta filozofia, która można egzemplifikować jedynie poprzez ludzi chorych psychicznie?

Proszę was, weźcie jeszcze raz do reki książkę Kierkegaarda „Bojaźń i drżenie” albo „Z pamietnika uwodziciela”. Jest to przecież autentyczny i kliniczny zapis przeżyć psychotycznych i schizofrenicznych urojeń. Chcecie, abym ze zwierzeń chorego człowieka uczynił sobie nową Ewangelię? (uwagi pisarza o Kierkegaarze zamieściłem tutaj).

Pisze on też, że dziś (a właściwie pod koniec lat 70., kiedy pisał Uwodziciela) panuje moda na schizofrenię, tak jak kiedyś popularne były omdlenia i sole trzeźwiące. I kto tej modzie nie podda się w literaturze, ten jest skazany na zapomnienie.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie ma miłości u Camusa, u Kafki, u Shultza, u Joyce’a? Bohaterem współczesnej wielkiej literatury jest schizofrenik lub osobnik z defektem schizofrenicznym. A taki człowiek nie umie i nie potrafi kochać. Cechuje go autyzm i stępienie uczuciowe. Jest on zaabsorbowany wyłącznie sobą. Współczesny bohater żyje „ku sobie”, a nie „od siebie”, jak żyli dawni bohaterowie. Miłość zaś wymaga życia „od siebie”, wymaga zainteresowania drugą istotą. Jak mówi Fromm: „Nie można kochać naprawdę drugiej istoty, nie kochając zarazem całego świata”.

Mój Martin Even – pisze Nienacki o jednym ze swoich bohaterów – chciał nawracać kobiety na miłość nie dlatego, że był chory, ale dlatego, że naprawdę kochał kobiety i chciał żyć „od siebie”. I zginął – zgodnie ze współczesnym smakiem i dobrym gustem.

Pisarz przewidział tu niechcący własny los. Zarówno Uwodziciela, jak i inne wspaniałe książki, takie jak Sumienie, Wielki Las, a przede wszystkim Raz w roku w Skiroławkach i Dagome Iudex znaleźć można głównie na stoiskach w przejściach wielkomiejskich dworców. Pamiętam jak chcieliśmy z Karolinką kupić w antykwariacie Skiroławki i pan właściciel powiedział: „Nie, nie mamy TAKICH książek”. Wydawnictwa też mają w tym swój niechlubny udział, gdy zaopatrują książki Nienackiego w obsceniczne okładki (najlepszy przykład – Wielki Las wyd. Euro z 1999 r.).

Tymczasem Nienacki krytykuje po prostu utarte schematy myślenia o literaturze, stara się ją odbrązowić i zarzuca jej nierealistyczność, operowanie tanim wzruszeniem za pomocą ukazywania chorych na oziębłość lub po prostu nienormalnych i psychicznie chorych bohaterów jako zdrowych i godnych współczucia nie ze względu na ich chorobę lecz na niesprawiedliwość jaka ich spotkała. Ten sąd jest nadal aktualny – mamy dziś przecież tak głośne i wychwalane pod niebiosa filmy jak np. Porozmawiaj z nią Pedro Almodovara, w którym ogarnięty chorobliwą obsesją człowiek gwałci dziewczynę w śpiączce, po czym wtrącony do więzienia popełnia samobójstwo. Na uwagę zasługuje tu fakt, że w rzeczywistości ktoś taki został by zamknięty nie w więzieniu, a w szpitalu dla obłąkanych pod ścisłą obserwacją, właśnie po to, by się nie targnął na swoje życie…

Sam Nienacki też próbuje budować swoje światy w „nieschizofreniczny” sposób. Wprowadza w życie wspaniale zarysowanych i niesamowicie plastycznych bohaterów nie tylko cnoty i przywary intelektualne i duchowe lecz także cielesne. Przez to właśnie zyskał on miano pornografa. Tymczasem, choć Wielki las rzeczywiście zawiera sporo opisów scen erotycznych, w Skiroławkach opisane są one w sposób albo czysto medyczny albo świadomie obrzydliwy, co wpisuje się w bardzo specyficzną, oryginalną i bogatą stylistykę powieści. W cytowanym w tej notce Uwodzicielu są bodajże dwie lub trzy krótkie sceny erotyczne w pełnym tego słowa znaczeniu na 304 strony.

Przecież erotyka jest częścią naszego dorosłego życia – mówił Nienacki w wywiadzie – wyrasta z naturalnego prawa do zachowania gatunku. Bez erotyki nie rodziłyby się dzieci. To, co się dzieje między mężczyzną a kobietą jest piękne, naturalne, uczciwe i moralne. (…) Myślę, że małżeństwo bez wzajemnego pragnienia siebie jest niemoralne i w ogóle nikomu niepotrzebne.

Książki Nienackiego są prawdziwe. Ich głównymi bohaterami są ludzie zdrowi psychicznie, a przy tym mają barwną, zróżnicowaną, nieraz szlachetną osobowość, którą autor wspaniale potrafi wyrazić. Nie mówię tu o cyklu przygód o Panu samochodziku, które są świetną lekturą dla młodzieży, jednak, jak sam autor przyznaje, powielają stare archetypy właściwe literaturze popularnej (tak samo jak utwory Karola Maya czy Juliusza Verne’a, które uwielbiałem w dzieciństwie). Późniejsze utwory Nienackiego nie są popularne, choć wrzuca się je do szufladki z napisem „czytadła”. A niepopularność wraz z popularnościową etykietką to chyba najgorszy los, jaki może spotkać dzieła tak odkrywcze, uniwersalne i mądre.

Żałuję, Panie Zbigniewie, że już nic Pan nie napisze. Żałuję, że nikt nie podjął tego, co niósł Pan przez Uwodziciela, Skiroławki i Dagome Iudex, lecz pojawiają się tylko niegodne oryginału sequele Pana Samochodzika, pisane pod pseudonimem dla pieniędzy. Żałuję, że nie mogę dziś pojechać do Jerzwałdu, zapukać do drewnianych drzwi i powiedzieć Panu, że nie tylko Pan Samochodzik potrafi zwabić czytelników. Myślę, że kiedyś, kiedy schizofrenia przestanie być modna, ktoś wydobędzie Pana książki ze śmietnika literatury i ustawi je tam, gdzie powinny się znaleźć, tam, gdzie stoją u mnie – na najwyższej i najważniejszej półce.

Zbigniew Nienacki, Uwodziciel, Olsztyn, brak daty wydania, s. 202-203

Oto Kierkegaard, Duńczyk, wiecznie drążony lękiem z powodu prześladujących go demonów. W niespełna sto lat po jego śmierci Sartre, Camus i Jaspers uczynili go papieżem swej filozofii egzystencjalistycznej. Z zapisków, utrwalonych przeżyć i wizji psychotycznych wyłania się obraz nieszczęśliwego człowieka, którego chorobę jest dziś w stanie rozpoznać każdy lekarz. Jego nerwica natręctw, autyzm, stany maniakalne sa tak wyraźne, że nawet najwięksi biografowie Kierkegaarda używają wobec niego takich określeń jak „szalony”, „psychopata”, „maniak”, co oczywiście nie przeszkadza im z największą powagą rozpatrywać każde jego zdanie i sugerować, że wizja świata Kierkegaarda jest jedyną, prawdziwą i słuszną. (…)

Soeren Kierkegaard nie miał w swoim życiu ani jednej kobiety. Stwierdzają to najpoważniejsi jego biografowie. Podają nawet dokładną datę, 10 listopada 1836 roku, gdy po raz pierwszy w swym życiu dwudziestoośmioletni Kierkegaard poszedł do burdelu i uciekł stamtąd, gnany szyderczym śmiechem kobiet. Odtąd już nawet nie próbował obcować z kobietami, mimo, że jego ukochana dziewczyna, Regina Olsen, pragnęła wyleczyć go z niemocy płciowej. Kierkegaard czuł wstręt do cielesnego obcowania z kobietą, proponował nawet Reginie „małżeństwo dusz”, na co ona, zdrowa i normalna kobieta, nie chciała się zgodzić i wyszła za mąż za innego. Od tej chwili Kierkegaard rzuca się w twórczość, przez którą pragnie jej udowodnić, że duchowe obcowanie jest czymś wyższym i wspanialszym nad obcowanie cielesne. „Posiadając cieleśnie kobietę – oddalamy się od niej” – pisze Kierkegaard, bo co mógł innego napisać człowiek, który nie był w stanie obcować z kobietą”.

I dalej pisze Iwaszkiewicz: „Spotykamy się tu z jednym z najdziwniejszych zjawisk w dziejach myśli ludzkiej, kiedy chłopak, aby wytłumaczyć sobie i innym, że nie postąpił z dziewczyną podle, porzucając ją z lęku przed urzeczywistnieniem stosunku erotycznego – porusza niebo i ziemię, Pismo Święte i autorów starożytnych, i nie waha się w obszernych wywodach mówić o potrzebie teologicznego «zawieszenia» etyki – kiedy staje wobec zagadnień wyższych od etyki”.

Kierkegaard przypomina mi niegrzeczne dziecko, które postąpiwszy źle usiłuje za ten fakt obarczyć winą wszystko i wszystkich na świecie: rodziców, kolegów, Boga, etykę – z wyjątkiem ujawnienia prawdy o sobie.

o tym, że we mnie wszystko co poza mną

To takie szczęście, że mogę sobie tu siedzieć, słuchając muzyki;
To takie szczęście, że zegar przyjaźnie wybija kolejne sekundy naszego wspólnego życia;
To takie szczęście, że w każdej chwili możemy sobie zrobić kawę i patrząc sobie w oczy mówić bez słów, że się kochamy;
To takie szczęście czuć w sobie zalążki wszystkiego co negatywne i móc w spokoju na nie reagować zanim wykiełkują;
To takie szczęście z każdą sekundą od nowa tulić do siebie cały wszechświat;
To takie szczęście myśleć o swoich znajomych i przyjaciołach, życzyć im wszystkiego co najlepsze i niecierpliwie wyczekiwać kolejnego spotkania;
To takie szczęście widzieć wszelkie pomieszanie daleko poza tym, co właśnie w tej jednej, niepowtarzalnej chwili JEST…

o docieplaniu naszej jesieni i o tym, że lepiej nam we dwoje niż w grupie

Śmiercionośna strona pięknej, karmazynowo-złotej jesieni daje się mi już we znaki. Więdną uczucia, ciepło już nie jest takie ciepłe, a uśmiech wesoły. Czasem więcej zdaje się znaczyć drobna przykrość lub po prostu niewygody wspólnego życia w małej kawalerce niż bycie razem i to wszystko, co budujemy z Karolinką już cztery lata.

Ale z drugiej strony – gdy pisałem te słowa, owe cztery lata stanęły mi nagle przed oczyma i jesień znów zrobiła się ciepła dzięki tej drobnej istotce, która siedzi przy stoliku i pisze coś po francusku wśród papierów. Znów jest tak jak zawsze.

*

Stwierdziliśmy z Karolinką, że chociaż potrzeba utożsamienia się z jakąś grupą jest podstawowa dla większości ludzi, my mamy zupełnie odwrotnie. Jeśli wchodzimy w jakąś grupę zbyt głęboko, to pomimo, że bardzo lubimy ludzi stanowiących jej skład i się czujemy wśród nich świetnie, coś nas odpycha i szybko uciekamy. Ja się nie identyfikuję nawet z buddystami ze Starowiślnej. Jestem trochę z boku. Nie chcę być uczniem ich mistrza (wątpię w to czy zmienię zdanie po osobistym poznaniu go jutro i pojutrze). Dobrze mi się z nimi medytuje, ot co. I chciałbym im pomóc.

o matowości wrześniowej

Wrzesień – miesiąc pożegnań, końców, zmian i odchodzenia. Ciche, blade niebo, ciemne mieszkanie, dosłowność miękkiego dywanu, jednoznaczność zimnych ścian, ewidentność zimnego powietrza. Ostatnie wesołe zabawy małych ptaszków nad drzewem przy murze, zupełnie niepasujące do matowości poranka.

Co roku jest taki dzień, zawsze na samym początku września, jakby ktoś nagle rzucił zaklęcie na świat. Przedmioty usypiają, powietrze nieruchomieje tak jakby w oczekiwaniu, nawet wiatr tak naprawdę go nie rusza. Od wszystkiego zdaje się odbijać echo.

A kiedy w życiu obecne jest coś naprawdę ciepłego, jak pierwsze spojrzenie ukochanej osoby o ósmej rano, jak poranny pocałunek, jak wyszeptane „kocham cię”, wtedy staje się to jeszcze cieplejsze w kontraście z zimnym tak naprawdę wrześniem.

Older posts Newer posts