szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: miasto

Kraków revisited

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chodzę po starych uliczkach, które przemierzałem przez tyle lat, i szukam siebie, nas… Zaglądam w podwórka i patrzę w okna, za którymi mieszkaliście i gdzie spędziliśmy tyle niezapomnianych chwil, z których co najmniej kilku nie zapomnę nigdy. Na przykład oglądania Siekierezady w ogrzewanym kozą mieszkaniu Patryka w kamienicy, gdzie nikt inny nie mieszkał. Albo konduktu pogrzebowego gitary, z którym przeszliśmy obok młodziutkiej jeszcze Cafe Szafe.

o brzydkim poranku w mieście

zachwyca, olsniewaZainspirowała mnie scena rodzinnego picia porannej kawy przy stoliku, którą widziałem wczoraj na filmie. Dodatkowo zmotywowany komentarzem Madaredusa, mimo długiego nocnego siedzenia nad Europą Normana Daviesa, wziąłem i wstałem o 7:30, obudzony budzikiem Karolinki, która tego dnia później szła do pracy. Swoją drogą o mało się przeze mnie nie spóźniła. Są przecież znacznie cudowniejsze sposoby spędzania poranka niż jakaś tam kawa!

W międzyczasie noc zdążyła zmienić się w znacznie brzydszą, niezdrową szarugę. Wypędziłem ją z domu za pomocą niezawodnych zaklęć – włączyłem cicho album Come Away With Me Norah Jones. Dużo bym dał, żeby móc wyjść sobie za próg i dać się otoczyć mroźnym czystym powietrzem, posłuchać dostojnej ciszy śpiącego lasu. Cóż, pozostaje balkon wychodzący na jedno z hałaśliwych łódzkich skrzyżowań. Darowałem sobie. Na wsi, pod lasem, na polach, w przestrzeni jest mroźno. Tutaj – po prostu piździ.zima

o tym jak się Kraków ma do Łodzi i vice versa

Pora na pierwsze porównanie dwóch miast o zbliżonej wielkości, w których przyszło mi żyć. Poniższe zestawienie – poza tym, że jest skrajnie subiektywne – ma duży związek z tym w jakiej części miasta mieszkamy w Łodzi i gdzie pomieszkiwaliśmy w Krakowie. Pomijam przyczyny tego, o czym piszę. Ich zrozumienie nie sprawia, że człowiek lepiej znosi uciążliwości lub przestaje doceniać zalety. Pomijam też spojrzenie na miasto jako na miejsce zamieszkania poetycko-folkowego grajka. O tym, że Kraków nijak się nie nadaje do tego, a Łódź – jak najbardziej, przekonywałem Was przecież przez tyle lat! :o)

Oceniam w skali 1-5.

Przestrzeń miejska i ogólny w niej komfort

Kraków – 1
Ciasnota, duszność, klaustrofobia. Samochody zajmujące całe chodniki, brak widoku nieba pomiędzy ciasno ustawionymi kamienicami, tramwaje, przejścia, ulice – wszystko na kupie. W niektórych miejscach, takich jak bulwary wiślane lub okolice Błoni – dużo przestrzeni, za to tłumy turystów lub mieszkańców jeżdżących na wrotkach, rolkach, deskach i czym tylko się da. Na trzecim roku studiów przez jakiś czas rozładowywałem negatywną energię nagromadzoną po dłuższym pobycie poza domem, grając w Grand Theft Auto :o)

Jeśli nie zna się miasta, łatwo też pobłądzić w bezładnie porozrzucanych uliczkach, krzyżujących się i rozwidlających jak popadnie.

Łódź – 5
Dużo przestrzeni, wiatr i niebo. Na chodnikach mieszczą się zarówno piesi, jak i parkujące auta, które mają zresztą więcej pola manewru niż w Krakowie. Główna część Piotrkowskiej nie jest zamknięta dla aut, a mimo to ruch jest nieco mniej uciążliwy niż w okolicach krakowskiego rynku.

Układ ulic na ogromnym obszarze Śródmieścia jest bardzo prosty w obsłudze – są one ułożone w kratkę i bardzo długie. Wystarczy, że wiesz, że coś jest np. na Kilińskiego, pomiędzy Tuwima, a Nawrotem i trafisz, gdy tylko – nawet 3 kilometry od celu – namierzysz którąś z tych ulic.

Poziom hałasu

Kraków – 3
Cóż – stojące w korkach auta nie hałasują tak, jak jadące z pełną prędkością przez magistrale. Tych ostatnich w Krakowie jest mało. W ścisłym centrum ruch jest bardzo ograniczony. Rzadko kiedy usłyszeć można nagły ryk silnika lub łoskot. Największym źródłem hałasu są ciągłe remonty, ale i tak nie jest najgorzej. Poza centrum hałas jest spory. Kiedyś jeździłem codziennie ze Zwierzyńca na Hutę, z dwiema przesiadkami. Zawsze bolała mnie potem głowa. Podobnie jak od całodziennego jazgotu na Rynku Głównym, który przypomina mi wiejski jarmark.

Łódź – 1
Sądząc po rozmiarach szoku, jaki przeżyły moje uszy po przeprowadzce z Krakowa do Łodzi, różnica w poziomie hałasu jest podobna do tej pomiędzy małym Chełmem a Miastem Smoga. Może to, że mieszkamy koło pogotowia i karetki torują sobie drogę przez pobliskie skrzyżowanie, włączając sygnał, dodatkowo zaostrza moje zdanie w tej kwestii. Kiedy rezydowałem w Radomsku, zauważyłem, że kierowcy lubią ruszać i zakręcać z piskiem opon, używać klaksonów i ryczeć silnikami. Myślałem, że to taka małomiasteczkowa przypadłość, ale to chyba jakaś epidemia na skalę wojewódzką. Natężenie hałasu i ilość nagłych dźwięków tuż przy uchu sprawia, że mam ochotę kupić sobie stopery.

Czystość

Kraków – 3
Może i dałbym 4, gdyby nie końskie i psie gówna na uliczkach ścisłego centrum i na wszelkich trawnikach oraz to, co zostawiają po sobie mieszkający tam żule (przynajmniej jednego pawia mogłem zaobserwować niemal codziennie). Dzielnice przemysłowe są jednak na szczęście oddalone od większości miejsc, gdzie się mieszka lub chodzi. Odczuwalny jest jednak dość mocno smog samochodowy.

Ponadto – zwykłe miejskie zapachy – tu ściek, tam ktoś urządził sobie toaletę publiczną, gdzie indziej – kebab…

Łódź – 2
Miasto nie jest takie brudne i zaśmiecone, jak wydawało mi się na pierwszy rzut oka, gdy tu tylko bywałem. Niemożliwy momentami jest jednak smród. Choć wieje wiatr, wszędzie niemal czuje się spaliny, dym, mocz i wszystko, czego dusza zapragnie. Prawie cała Łódź wali jak most Dębnicki nad Wisłą, a na trawniki lepiej nie wchodzić.

Kierowcy

Kraków – 2
Są wszędzie – na chodnikach, na trawnikach, na ulicach, na ścieżkach rowerowych też. Kierowcy, jak stwierdziłem dopiero po wyprowadzce, są może i nawet mili. Niestety brak miejsc parkingowych zmusza ich do utrudniania życia innym.

Łódź – 1
Piractwo, prostactwo, chamstwo. Nawet na zielonym świetle nie można czuć się bezpiecznie. Oczywiście są chlubne wyjątki, ale boję się pomyśleć o momencie, kiedy po zdaniu prawka wyjadę na tutejsze ulice.

Chodniki i piesi

Kraków – 1
Nie umieją chodzić. Turystyczny tłum. Wchodzą na ścieżki rowerowe i idą nimi zygzakiem, gapiąc się w niebo. Fenomenalny temat do gry zręcznościowej. I każdorazowa frustracja po wyjściu z domu.

Łódź – 4
Jeśli ktoś wpada na ciebie, to nie dlatego, że nie umie chodzić, jak w Krakowie, tylko dlatego, żeby się wepchnąć przed tobą. Na szczęście nie zdarza się to często. Chodniki są szerokie. Gdyby nie hałas, spokojnie można by było sobie iść i o czymś myśleć.

Poruszanie się rowerem

Kraków – 4
Jeśli nawet nie da się gdzieś w obrębie szeroko pojętego centrum dojechać ścieżką, można się przedostać inaczej. Niech sobie niektórzy mówią co chcą. Kraków to najbardziej przyjazne rowerom miasto w Polsce. Niestety piesi, joggingowcy i deskorolkarze bardzo często za nic mają sobie wymalowany na szerokiej alei białą farbą znak poziomy i linię. A o tym, że nie umieją chodzić, wspomniałem wyżej.

Łódź – 2
Gdyby nie szerokie chodniki i kilka ścieżek rowerowych, które są raczej atrakcją turystyczną niż praktycznym rozwiązaniem, rowerzysta skazany byłby na szalonych kierowców. Gdyby połączyć łódzką infrastrukturę rowerową z krakowską zabudową, pedałowanie po Łodzi byłoby podobne pod względem poziomu bezpieczeństwa do jazdy hulajnogą po autostradzie. Na szczęście szerokie chodniki ratują, a główna ścieżka wzdłuż Piłsudskiego i Mickiewicza jest naprawdę OK. Dlatego daję Łodzi pod tym względem aż 2 punkty.

Urok, piękno, atmosfera miasta

Kraków – 3
Różowy renesans nie przemawia do mnie. Odmalowana historia Jagiellonów też nie. Wisła, Salwator, zieleń – owszem. Kilka mniej uczęszczanych uliczek w centrum – również. Pozostałe – bezładnie pozaklejane szyldami i zadeptane przez turystów – omijałem z daleka. Letnią nocą spływa na Kraków specyficzna poezja bawiących się na chodnikach wokół knajp grupek studentów. I Kazimierz…

Łódź – 2-5. Noo, niech będzie 4, bo zróżnicowanie też jest w tym przypadku zaletą ;)
Bezład, w którym czuje się autentyczną historię miasta, na które każda kolejna władza – pruska, rosyjska, komunistyczna i obecna – miała swój pomysł. To drażni, a jednocześnie sprawia, że zaczynam się interesować historią Łodzi. Takich miejsc jak skrzyżowanie Piotrkowskiej i Zamenhoffa (na zdjęciach – to naprawdę to samo niewielkie skrzyżowanie, widziane z dwóch przeciwnych stron) jest więcej. Estetycznie może się to nie podobać, ale jedno jest pewne – idąc przez Łódź nie sposób się nudzić. Jeżeli chodzi o mnie, zarówno w secesji, w socrealizmie, jak i w starych fabrycznych budynkach odnajduję dużo inspiracji.

MPK

Kraków – 4
Autobusy i tramwaje przeważnie jeżdżą punktualnie. Przystanki są czyste, pojazdy w większości nowoczesne i dość zadbane. Na przystankach i w pojazdach są automaty z biletami. Jeżeli automatu nie ma, bilet można kupić u kierowcy. Ceny są dość wysokie, ale nie dziwota – wszystko chodzi jak w zegarku. Dlaczego zatem tylko 4 punkty? Ze względu na niektóre linie zatłoczone do granic możliwości i kursujące rzadko, w bardzo dziwnych godzinach, ze względu na tory tramwajowe psujące się zimą bardzo często i paraliżujące komunikację. I ze względu na żuli autobusowych, po których smród czuć poczas niemal każdej przejażdżki.

Łódź – 1
Po kolei: stare, zdezelowane i zasyfione autobusy i tramwaje nie przyjeżdżają w ogóle albo nie przyjeżdżają na czas. Na siedzeniach czasem brzydzę się usiąść. Przystanki są brudne i zaniedbane. Przez pierwsze tygodnie myślałem, że bilety można kupić u kierowcy (o automatach na przystankach można najwyżej pomarzyć). Okazało się, że nie można, mimo naklejonych informacji. Zdezorientowany, jeździłem więc na gapę. Zresztą tak tego typu komunikacja nie warta jest złamanego grosza.

Koszt życia

Kraków – 2
Mieszkania – drogie jak w Paryżu. Wynajem – również. Bułka – średnio 50 gr., nie licząc hipermarketów. Piwo w knajpach, do których zaglądaliśmy – ok. 4,5-8 zł. Jedzenie w knajpach i barach w cenach całkiem znośnych. Pizzę również można zamówić w cenie niewygórowanej, a w rozmiarze sporym. Z owego rynku dostawców pizzy Kraków zresztą słynie.

Gdyby nie te mieszkania (to dla nas bardzo ważne), dałbym 3 punkty.

Łódź – 3
Mieszkania – całkiem tanie. Wynajem – podobnie jak w Krakowie, niestety. Bułka – 40 gr., nie jest źle ;o). Piwo: w moich ulubionych klubikach, otwartych od 15 lub 16 – 5 zł. Wcześniej jest się zdanym na lokale, gdzie poniżej 7 zł. za kufelek nie schodzą. Podobnie kształtują się koszty jedzenia w lokalu. Barów mlecznych jest mało. A pizza – jak wszędzie. Nie taka wielka i nie taka tania.

Gdyby nie te mieszkania, dałbym 2 punkty :o)

Knajpy

Kraków – 4
Gdybym miał oceniać tylko ilość, atrakcyjność i różnorodność lokali, dałbym może nawet pięć punktów. Od barów, przez piwiarnio-frytkarnie, puby w stylu paryskim, polskim, słowiańskim, irlandzkim itd., aż do eleganckich restauracji – znajdziemy tu wszystko. Jednak do moich ulubionych należały w momencie przeprowadzki tylko dwie, w których bywałem może raz na dwa miesiące.

Łódź – 5
Po tym, co można o łódzkich lokalach przeczytać na tym blogu, Czytelnik nie zdziwi się, że dałem maksymalną ilość punktów. Poza dwoma lokalami, wspominanymi w innych notkach, jest cała masa innych, o nie mniej sympatycznej atmosferze. Czasem trzeba wiedzieć, gdzie iść, w centrum sporo bowiem drogich restauracji, często myląco nazwanych pubami.

REASUMUJĄC:

Kraków – 27 punktów
Łódź – 28 punktów
(na 50 możliwych)

Jednym słowem – Kraków nie jest taki wspaniały, jak myślą niektórzy, a Łódź nie jest aż tak paskudna! Choć dla mnie najbardziej liczy się atmosfera miasta, przestrzeń, możliwość poruszania się rowerem, piesi i koszt życia w mieście. A w tych kategoriach (w sumie) Łódź ma nad Krakowem znacznie większą przewagę.

*

Policzyłem sobie z ciekawości ile punktów dałbym Wrocławowi. Wyszło 36.

trzecia pora niepokoju

Deszcz i wiatr odarły nagie gałęzie drzew ze śniegowych czap. Rozdrapane do krwi niebo zwiesza się ciężko nad znieruchomiałym miastem, po którym hulają złe sny. Nie wiadomo co będzie jutro. Niespokojny oddech, dziwaczne i złowrogie wizje, omawiane następnego dnia jako ciekawostki w przytulnych i ciepłych podziemnych kawiarniach, z których jedyne wyjście prowadzi jednak znów na mokry asfalt i wycie listopadowego wichru. Najgorszy od kilku tygodni weekend na drogach. Brak prądu. Śmierć czuć w zimnym powietrzu i w kroplach deszczu. Narastający ból głowy. Martwy bażant podrzucony pod wejściem do budynku. Co się stanie jutro? Czy to tylko kilka nieprzyjemnych i dalekich wydarzeń?

medytacja w syfie

Siedziałem na przystanku Opolska Kładka. Padał lekki śnieg, prawym pasem, oddzielonym od lewego antyhałasową ścianą, pędziły samochody, rozbryzgując śniegowo-błotną papkę. Panował hałas i smród. Oparłem nogi mocno na ziemi, złożyłem ręce w medytacyjnej postawie i siedziałem tak. Samochody nie przeszkadzały mi od momentu, w którym wyobraziłem sobie, że przewożą moje myśli. Przelatywały przed oczami tak, jak przelatują przez umysł niezatrzymywane na siłę, uwalnianie myśli. Ryk silników wlatywał jednym uchem, wylatywał drugim. Multisensoryczna obserwacja przemijania. Bardziej namacalna niż zazen w cichym pokoju. I skutki tej medytacji odczułem dużo wyraziściej.

Zanim przyjechał autobus, rozejrzałem się wokół. Łuna na niebie, rzadkie płatki śniegu ginące w asfalcie, porosła roślinnością ściana antyhałasowa i biało-rdzawa breja na chodniku – to wszystko, razem z moim tu przebywaniem, parą z ust wydało mi się w pewien sposób piękne… Wcześniej łapał mnie taki klimat przypadkiem, przeważnie w małym miasteczku lub podczas wędrówki – niesamowitość świata, poczucie, że naprawdę tu jestem i – jakby to wszystko było w mojej głowie, jakby to był jakiś odurzający sen… Nie wiem czy o to chodzi w zen, czy w ogóle w buddyjskiej medytacji, nie wiem, czy to zjednoczenie ze światem, lekko, nieznacznie tylko i na chwilę odemknięte trzecie oko, harmonia, cała jaskrawość… Dlatego prosze nie traktować tego co wyżej jako opisu wrażeń początkującego buddysty, lecz – po prostu – jako zupełnie subiektywne moje odczucie.