szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: miasteczka

Bochnia

Postanowiłem się nie spieszyć. Wyczerpała mi się bateria w komórce, więc to najbardziej absurdalne, choć jednocześnie mocne i ciężkie do przezwyciężenia zniewolenie miałem na jakiś czas z głowy. Zostałem tylko ja i świat, bez żadnych pośredników i zakłóceń. Nie chciało mi się iść na rynek, skąd odjeżdżały co 15 minut busy do Krakowa, a bar przy niepozornym dworcu PKP kusił zjawami przeszłości, zatrzymanym czasem, lekkim wiosennym wiatrem i cieniem, rzucanym przez rozłożysty parasol.

Ostatni raz siedziałem tak, pisząc i chłonąc atmosferę przydrożnego miasteczka, dobrych kilka lat temu. I nie chodzi tu o to, że nie zdarzyło mi się później siedzieć pod parasolem przy piwie w małej miejscowości. Chodzi o stan umysłu. Zawsze chodzi o stan umysłu. Parasol, bar, piwo, słońce, dworzec, kolejka postawiona staremu, zżulonemu włóczykijowi i rozmowa z nim to tylko emanacje owego stanu, który dziś nagle się we mnie uaktywnił i w który po prostu musiałem zanurzyć się, by dopełnić chwili. Jednej z tysięcy najpiękniejszych, błogosławionych, choć tak różnorodnych chwil w moim życiu.

o tym co słońce przyniosło mi do mieszkania

Leżę sobie na łóżku, które kilka dni temu, korzystając z braku kaloryfera i innych przeszkód, przystawiłem do okna tak, że parapet jest na wysokości poduszki. Próbowałem zasnąć, ale nie mogę. Słońce powoli zachodzi, choć jeszcze rozgrzewa do gorąca skraj tapczanu i firankę. Odbija się w dalekich oknach osiedla na południowym wschodzie miasta. Monotonny świergot ptaków, szum szos, a tuż obok tykanie zegara.

Mógłbym zanurzyć się bez reszty w każdym szczególe tego popołudnia. Ot, chociażby ten rozgrzany skrawek tapczanu – przypomina mi wakacyjne leniwe dni w innym miasteczku, dawno temu, w innej epoce. W miasteczku, w którym się urodziłem, w którym mieszkała większość mojej rodziny, a w którym została już tylko babcia z dziadkiem.

Czasem chce mi się płakać za przeszłością, z których najpiękniejsze fotografie wywołuje właśnie teraz słońce na chropawej fakturze tapczanu. Chce mi się płakać, że to już tylko przypadkowy, martwy, ulotny i ledwie widoczny strzęp tamtego świata, przywiany dziś niechcący przez wiatr do mojej klitki na poddaszu.

Czasami każde miasteczko jest dla mnie pomnikiem, niedokładną podobizną tamtych dni, które nigdy już nie wrócą. Dni, w których poznawałem piękno i nie wiedząc nawet o tym, syciłem się po brzegi poezją, która dopiero potem znajdywała ujście w wierszach i piosenkach.

Ja wiem – każda chwila jest nowym, wspaniałym światem. Wiem, że żyć trzeba tu i teraz, wiem, że nie wolno się roztkliwiać, bo będzie jeszcze gorzej.

Ale pozwól mi, o Wielki Nauczycielu, mnie – małej, słabej istocie, pozwól mi dziś, jeden, jedyny raz zapłakać nad mlekiem, które dawno temu miało się rozlać, rozlało się i ślad po nim zaginął…

o tym kiedy czuć zapach miasteczka

Czasami na chwilę ucichną samochody, ustaną wonie piekarni, sklepów z galanterią i barów. Wtedy można poczuć zapach miasteczka, wydobywający się spod starych balkonów, spomiędzy pęknięć w kamienicach, kapiący z dachów i ulatujący cieniutkimi wstęgami w nieznane.

o prawie przyczyny i skutku oraz o miasteczkowym pejzażu

Coraz mniej śniegu, a coraz więcej wody na drogach. Nawet gdy niebo pochmurne, to jakby wiosną patrzy na dół. Tylko na polach, jak się ze Lgoty do Woli Blakowej idzie, biało i na drodze i wokół. Człowiek czuje się jakby znikąd donikąd szedł, jakby pole, zima i drzewa w nim też truchlały jakby w oczekiwaniu na coś, szumiały jakoś nieśmiało, urywanie, jakby się czegoś bały.

Ale i ten śnieg stopnieje. Wkrótce i w piecu nie trzeba będzie palić. Ciepło rozejdzie się po całej Miętusowej chałupie, może nawet i do mojego pokoju dojdzie?

Jak to jest z tym prawem przyczyny i skutku? Niby wszystko to ma sens – kiedy ustaje przyczyna, ustaje skutek, kiedy trwa przyczyna – skutek tak samo. Ale czasem, na zdrowy rozum, to nie wiadomo co przyczyną jest, a co skutkiem. A z ludźmi to już szczególnie. Czy to jest tak, że jak wesoło, to się każdy uśmiecha i lepszy jest dla innych, czy odwrotnie – kiedy ludzie są lepsi, to i weselej jest na duszy?

Wiem, wiem. Rozumem tego nie zgłębisz. Posiedzisz codziennie po trochu na poduszce pod oknem, twarzą do ściany, to coraz więcej pojmiesz. Ale czasem chce się człowiekowi podumać i porozkminiać, to duma i kmini… Aby uważać, żeby nie wierzyć w to co się wyduma tak po prostu, jak się wierzy w to, co się zobaczy czy wymedytuje. Bo wydumać można tak samo to, jak i coś przeciwnego.

Coraz bardziej mi się tu podoba. Radomsko to dziura, jakich mało. Ale myślę tak chyba przede wszystkim dlatego, że mnie Kraków pod pewnymi względami rozpieścił. Zachciało mi się na przykład dzisiaj kotletów sojowych i po całym centrum, w siedmiu sklepach szukać musiałem.

I czas inaczej tu jakoś płynie. Co sobie zaplanuję chodzenia i załatwiania na trzy godziny, to ledwo półtora zleci i już wszystko cacy. Tyle, że autobus na wieś dopiero za dwie godziny. I człowiek ma mnóstwo czasu na powałęsanie się po miasteczku, zaznajomienie się z ulicami, z tutejszą poetyką… Czasu jest sporo nawet, kiedy go nie powinno być.

Zapytałem kobity gdzie jest Urząd Pracy. A ona na to:
– Uuu, to daleko. Ale podwiozę pana, bo przejeżdżam tamtędy do pracy. Niech pan wsiada. – i tak się rozszczebiotała, i tak była do pomocy chętna, że wsiadłem, otrzepałem buty ze śniegu i zamknąłem drzwi. To ona od razu: A skąd? A po co do Radomska, a gdzie tu pracę znaleźć, bo to mała mieścina i nie bardzo tutaj, ale w branży graficznej to rzeczywiście może i coś się da, bo się to rozwija. A że jej syn to też dziennikarstwo w Krakowie studiuje i pracuje w radiu studenckim, tym samym co ja, jakiż ten świat mały! I Bartek mu na imię i ma długie włosy. To ja go znam? No proszę, co za przypadek niesamowity! Znana osobistość w studenckich kręgach? Ale jemu to na nazwisko inaczej, to nie on jednak. Ale to nic, i tak nieźle. O, tu już Urząd Pracy.
– E, to nie tak daleko, dwie ulice żeśmy przejechali, z kilometr najwyżej.
– No, nie tak blisko.
Ale naprawdę, wróciłem potem znów w to samo miejsce, gdzie ją spotkałem w niecałe 15 minut.

I tak to w tym miasteczku się kręci.

moja Shambala

Czy istnieje na świecie jakieś miasteczko buddyjskie podobne do żydowskich miasteczek z opowiadań Izaaka Singera? Miasteczko, gdzie byłby dom nauki z kursami medytacji i biblioteką do studiowania sutr i mądrych książek, gdzie byłby dom modlitwy, w którym zawsze panuje cisza, a w głównej sali przy ścianach są rozłożone maty i poduszki, gdzie każdy może przyjść i usiąść o właściwej dla siebie porze. Dla tych, którzy mają mniej samodyscypliny organizowane są codzienne medytacje zbiorowe, o różnych godzinach, na które, jeśli się przyszło raz, głupio przestać chodzić. W takim miasteczku zawsze mieszka przynajmniej jeden nauczyciel-mistrz, do którego – jak do rabina – można się zawsze zwrócić, i który co tydzień w domu nauki daje wykład… Rozmarzyłem się…