szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: medytacja (page 2 of 2)

medytacja na gniew (fragment tekstu)

Niech wszystkie czujące istoty osiągną uspokojenie, wolne od przywiązania, agresji i uprzedzeń.
Niech będą szczęśliwe i osiągną przyczynę szczęścia.
Niech będą wolne od cierpienia i przyczyn cierpienia.
Niech nigdy nie będą oddzielone od szczęścia, które jest wolne od cierpienia.
(…)
Jak to jest – być rozgniewanym – przyjemnie, czy nieprzyjemnie?
Jak czuje się ten, wobec którego wyrażamy gniew – przyjemnie czy nieprzyjemnie?
Czy sytuacja uległaby zmianie, gdybym był spokojniejszy i bardziej cierpliwy?
Czy sytuacja była zupełnie poza moją odpowiedzialnością?
Jaki był powód zachowania tej osoby? Czy spowodowało je przywiązanie, ignorancja, frustracja?
Co dokładnie sprawiło, że jestem zły: głupi błąd, upór czy samolubne zachowanie?
Czy ja nigdy nie popełniłem takiego błędu? Czy zawsze traktowałem ludzi w sposób doskonały?
Czy mogę oczekiwać od innych, żeby byli wciąż doskonali, skoro sam tak nie potrafię?
Spróbuję być rozgniewany na prawdziwe przyczyny: przywiązanie, egoizm, nieliczenie się z innymi itd.
Spróbuję być rozgniewany na swoje własne przywiązanie, egoizm, nieliczenie się z innymi itd.
Czy mogę wybaczyć innym ich ludzkie niedoskonałości?

To tylko fragment opisu medytacji, ale i tak daje do myślenia…

medytacja w syfie

Siedziałem na przystanku Opolska Kładka. Padał lekki śnieg, prawym pasem, oddzielonym od lewego antyhałasową ścianą, pędziły samochody, rozbryzgując śniegowo-błotną papkę. Panował hałas i smród. Oparłem nogi mocno na ziemi, złożyłem ręce w medytacyjnej postawie i siedziałem tak. Samochody nie przeszkadzały mi od momentu, w którym wyobraziłem sobie, że przewożą moje myśli. Przelatywały przed oczami tak, jak przelatują przez umysł niezatrzymywane na siłę, uwalnianie myśli. Ryk silników wlatywał jednym uchem, wylatywał drugim. Multisensoryczna obserwacja przemijania. Bardziej namacalna niż zazen w cichym pokoju. I skutki tej medytacji odczułem dużo wyraziściej.

Zanim przyjechał autobus, rozejrzałem się wokół. Łuna na niebie, rzadkie płatki śniegu ginące w asfalcie, porosła roślinnością ściana antyhałasowa i biało-rdzawa breja na chodniku – to wszystko, razem z moim tu przebywaniem, parą z ust wydało mi się w pewien sposób piękne… Wcześniej łapał mnie taki klimat przypadkiem, przeważnie w małym miasteczku lub podczas wędrówki – niesamowitość świata, poczucie, że naprawdę tu jestem i – jakby to wszystko było w mojej głowie, jakby to był jakiś odurzający sen… Nie wiem czy o to chodzi w zen, czy w ogóle w buddyjskiej medytacji, nie wiem, czy to zjednoczenie ze światem, lekko, nieznacznie tylko i na chwilę odemknięte trzecie oko, harmonia, cała jaskrawość… Dlatego prosze nie traktować tego co wyżej jako opisu wrażeń początkującego buddysty, lecz – po prostu – jako zupełnie subiektywne moje odczucie.

moja Shambala

Czy istnieje na świecie jakieś miasteczko buddyjskie podobne do żydowskich miasteczek z opowiadań Izaaka Singera? Miasteczko, gdzie byłby dom nauki z kursami medytacji i biblioteką do studiowania sutr i mądrych książek, gdzie byłby dom modlitwy, w którym zawsze panuje cisza, a w głównej sali przy ścianach są rozłożone maty i poduszki, gdzie każdy może przyjść i usiąść o właściwej dla siebie porze. Dla tych, którzy mają mniej samodyscypliny organizowane są codzienne medytacje zbiorowe, o różnych godzinach, na które, jeśli się przyszło raz, głupio przestać chodzić. W takim miasteczku zawsze mieszka przynajmniej jeden nauczyciel-mistrz, do którego – jak do rabina – można się zawsze zwrócić, i który co tydzień w domu nauki daje wykład… Rozmarzyłem się…

zazen w Krakowie

Byliśmy z Karolinką w ośrodku zen. Wstęp za dyche, ale poszliśmy. Dwoje mnichów w czarno-szarych szatach, na bosaka, kilkoro świeckich, wynajęte mieszkanie na ostatnim piętrze kamienicy, ascetyczny wystrój, maty i poduszki (mieliśmy własną). Kilka niezwykle cennych uwag co do pozycji. Myślałem, że już to wiem, ale przekazane i zademonstrowane na żywo – to co innego. Okazało się, że wiem mało. Podczas siedzenia młoda mniszka mówiła spokojnym, nierozpraszającym głosem to, co już wielokrotnie czytałem, ale tym razem – mówione znów na żywo – odebrałem znacznie lepiej.

Medytacja była znacznie bardziej mechaniczna i prosta niż moje samotne usiłowania w domu. Siedzieliśmy 15 minut. „Jeśli pojawi się jakaś myśl, zauważcie ją, pozwólcie jej się uwolnić i wróćcie do oddechu”. Gdy rozległ się kończący sesję czysty dźwięk pałeczki uderzanej o porcelanowe naczynie, ktoś zapytał o to, czy można medytować z zamkniętymi oczami, a ja spytałem o poduszki, na których siedzieliśmy. Potem mniszka powiedziała: „To wszystko”, ale nikt sie nie podniósł i zapadło krępujące milczenie. Pomyślałem sobie, że ludzie sobie pomyśleli pewnie: „Co? Za 10 zł. tylko tyle?” Skończyło się na tym, że usiedliśmy na kolejne 15 minut, podczas których zarówno mnie, jak i Karolince trudniej już było się skoncentrować.

Następnie mnisi zapytali kto chce zostać na herbatce. Rozmawialiśmy sobie z Rafałem, który powiedział, że Karolinka ma naturalne predyspozycje fizyczne do medytacji i sądzi, że wcześniej czy później zacznie praktykować. Pogadaliśmy jeszcze trochę, Rafał usiłował leciutko wskazać wyższość zen nad Przyjaciółmi Zachodniej Wspólnoty Buddyjskiej (FWBO), zaś ja – leciutko odwrotnie. W końcu nieco się zagalopowałem w potwierdzaniu występujących u mnie pozytywnych skutków medytacji, ale gdy tylko powiedziałem coś nieprzemyślanego, co chyba nie było do końca prawdą, Rafał roześmiał się, klepnął mnie po ramieniu i poszliśmy do kuchni. Tam popijaliśmy herbatkę i pojedliśmy trochę łakoci, między którymi znalazły się grzanki z pastą oliwkową i serem. Poznaliśmy członków sanghi. Było wesoło i przytulnie, jak przy ognisku. Dawno nie znalazłem się w tak kojąco przyjaznej gromadce. Była nawet gitara, na której Rafał, ubrany już po cywilnemu, blondynka z Norwegii i ja pograliśmy i pośpiewaliśmy. Chyba trochę urzekły ich piosenki Jacka Kleyffa. Zanim jednak instrument wszedł w użycie, rozśpiewane towarzystwo podjęło… kolędy. Mniszka Ola miała urodziny, więc wypiliśmy po kilka łyczków szampana w kubkach i szklankach i zaśpiewaliśmy „Sto lat”. Solenizantka zwróciła uwagę, że życzenia „jeszcze raz, jeszcze raz niech żyje, żyje nam” są bardzo niebuddyjskie. Taki to krakowski zen. Muszę trochę nad tym pomyśleć, ale chyba tam pojawię się jeszcze nie raz. Troszkę nas dziwnie zdumiał widok mnichów palących papierosy, ale to chyba objaw tego, co mi się w zen akurat nie podoba – medytacja jest tam najważniejsza, co do reszty – panuje stosunkowo spory relatywizm etyczny. A może to po prostu swoisty – i bardzo moim zdaniem słuszny – liberalizm buddyjski, który pozwala na łamanie zasad, ale tylko wtedy, jeśli ktoś naprawdę czuje, że do nich jeszcze nie dojrzał i praktykuje solidnie i właściwie (bo jeśli tak, to szybko zarzuci złe nawyki i szkodliwe działanie z własnej, nieprzymuszonej woli).

opowieść nauczyciela medytacji

Kiedy byłem młodszy i próbowałem praktykować medytację i buddyzm przez nieco ponad rok, pojechałem na czterotygodniowe odosobnienie (…). Czułem sie wtedy bardzo niepewnie i próbowałem to zrekompensować przez stworzenie swoistego „alter-ego”, które było po prostu maską. Owo „alter-ego” próbowało być odbierane jako ktoś niezwykle zorientowany w buddyzmie i starało się zaimponować innym moją inteligencją. Myślę, że chciałem wtedy, żeby ludzie byli pod moim wrażeniem i przez to lubili mnie. W rzeczywistości byłem, rzecz jasna, tylko zakałą grupy, która w arogancki sposób rzucała opinie na temat wszystkiego wokół, doszukiwała się błędów i krytykowała wszystkich, a przede wszystkim tych, którzy byli znacznie od niej mądrzejsi.

Zastanawiam się, czy ja też się aby nie wywyższam zanadto…

Newer posts