szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: marzenia

o tym, co w międzyczasie

2011.11.01 13-22-28-P1060821Myślałem, żeby wrócić do tego opuszczonego, a przecież najstarszego i najdłużej prowadzonego z moich nielicznych blogów, już od pewnego czasu. I wracam, choć nie wiem, jak często będę pisał. W międzyczasie sporo się u mnie pozmieniało.

Przede wszystkim jestem starszy. Nie czuję się dwudziestotrzylatkiem, jak jeszcze kilka lat temu. Świadomość towarzyszy chyba mojemu prawdziwemu wiekowi, a w tym roku stuknie mi już trzydzieści pięć… Tak jest lepiej i dobrze mi z tym. Rzadko łapię się na tym, że chciałbym mentalnie wrócić do młodości. Cenię sobie cierpliwość, której całe pokłady ułożyły się we mnie i wokół mnie jak miękka zbroja, odkąd mam dziecko (chłopczyk, o którym pisałem tutaj, ma już cztery lata…), całe doświadczenie tylu bogatych lat, różnych miejsc, stanów ducha, poszukiwań, lubię spokojną stanowczość, na jaką mnie stać, siłę, którą czuję. Świat i jego wyzwania przestały być zbyt wielkie, czuję się jego pełnoprawnym mieszkańcem.

Brakuje mi tylko tej bezpośredniości, świeżości i koloru patrzenia na świat gołymi oczyma. Teraz czuję ciążące na nosie, głowie i karku wielkie szkła 2011.12.10 15-01-24-P1070168światopoglądu, różnych obaw i lęków. Góra nie jest już górą, woda nie jest już wodą. Droga to nie tylko droga, to też paliwo, ceny paliwa, niebezpieczeństwo wypadku, woda i kurz na szybach, opony letnie i zimowe… Metaforyzuję, ale i dosłownie tak jest: obfitość różnych przedmiotów, akt własności domu, samochód wiążą i ciążą. Niech bym się o to wszystko tylko martwił, byłoby dobrze. Ale cały ten domowy inwentarz ciąży na percepcji, odwraca uwagę od tego, co tak zawsze było dla mnie drogie – od natury, powietrza i przestrzeni. W bezpiecznych ścianach własnego domu, w ciepłym i otulonym muzyką wnętrzu samochodu to, co na zewnątrz, staje się obce, czasem nawet groźne.
2011.12.21 14-14-07-P1070336To zabawny paradoks, bo przecież mieszkam na wsi, a od ponad trzech lat na znacznie większym wygwizdowie niż Dorotowo, gdzie pisałem ostatnie słowa na tym blogu. Co z tego, skoro wszelkie zakupy, odwiedziny, sprawy codzienne i niecodzienne nie wymagają już pójścia na miasto, bezpośredniego kontaktu ciała i oddechu z otoczeniem, czucia wiatru na twarzy i ziemi pod stopami. W mojej wiosce nie ma nic i nikogo, poza kilkorgiem dobrych sąsiadów. Wychodzę z domu, wsiadam w auto, odgradzając się metalem i szybami od świata, i jadę. A gdy nie jadę – siedzę przed komputerem, bo pracuję, albo bawię się z dzieckiem w domu. Na specjalnie wydzielone, regularne godziny spaceru, kontaktu z naturą itp. brakuje czasu, samozaparcia i motywacji. Jak już pisałem, jestem w swoim wieku, a to wiąże się też z wyborem tych aktywności, które połączyłem już ze swoim życiem i odrzucenie tych, do których nie do końca jestem przekonany. Tak się składa, że niemal wszystko, co lubię i potrafię robić, robi się w domu przy klawiaturze. Cóż, jeśli idzie o naturę, pozostaje jej obecność dookoła i przebogate wrażenia wzrokowe (patrz zdjęcia przy tym wpisie – wszystkie pochodzą z pierwszej jesieni spędzonej tutaj).

Co jeszcze działo się u mnie przez te lata? Smutno było nam opuszczać nasz domek nad jeziorem i nadal trochę do niego tęsknimy. Gdy jedziemy na południe, czasem skręcamy do Dorotowa i przejeżdżamy sobie powoli przez nie. W pewnym momencie przestałem to robić, bo wspomnienia bolały. Chcieliśmy co prawda mieć swój dom, ale trochę się pogubiliśmy w wyborze miejsca – niby wszystko się zgadzało nawet z piosenką o wymarzonym miejscu, którą jeszcze nad jeziorem napisałem, ale… Własny, kupiony za ciężko pożyczone od banku pieniądze stuletni dom i hektar ziemi, na który przenieśliśmy się jesienią 2011 roku (błąd – takie przeprowadzki urządza się wiosną), i opieka nad maluchem przytłoczyły nas z początku, mnie w pewnym momencie nawet bardzo. To wszystko razem było chyba większą rewolucją i wstrząs niż szukanie sobie miejsca na świecie po skończeniu studiów, które tu opisywałem osiem, dziesięć lat temu. Ale i ja miałem więcej siły. Powrót do miasta – absolutnie! Jeszcze jedna przeprowadzka blisko jeziora i lasu, tam gdzie do sklepu można na piechotę – całkiem możliwe.2011.10.30 16-12-39-P1060800

W pewnym momencie założyłem bloga o nazwie Neowieśniak Codzienny. Nie traktowałem go zbyt poważnie – ot, miał mnie rozruszać i utrzymać w formie, jeśli idzie o pisanie. Spełnił swoje zadanie i opuściłem go już być może na dobre. Ale jeśli chcecie poczytać trochę śmiesznych, trochę błahych wpisów o życiu mieszczuchów na wsi, zapraszam. Teraz piszę i redaguję różne rzeczy mniejsze i większe, mam nadzieję, że raz na jakiś krótszy czas znajdę chwilę, by coś skrobnąć do starej Szuflady. A jeśli nawet nie, zawsze mogę wrzucić tu kilka zdjęć. :)

o współczesnej białej magii i szkole dla czarodziejów

Szkoły dla czarodziejów istnieją. Nie chodzi mi oczywiście o jakąś czarną magię, ani nawet o białą magię pogańsko-fantastyczno-kostiumową, tylko o współczesną, sprawczą białą magię, czyli sztukę kształtowania swojego życia za pomocą odpowiedniego kierunkowania własnych myśli i słów. Sztukę niełatwą samą w sobie, do której na dodatek trzeba mieć odpowiednie „tło”, światopogląd i wiarę. prawo_przyciagania_2Dawniej magia była związana z głębokim transem i ciągłym przebywaniem w stanie głębokiego wglądu. Dziś jest to trudne, szczególnie wtedy, kiedy mamy rodzinę, pracę i codzienne kłopoty. Na szczęście w międzyczasie obok medytacji i modlitwy pojawiły się inne dziedziny, z których biała magia dzisiejszych czasów może czerpać w równym stopniu: nauka o podświadomości, psychologia i… fizyka kwantowa.

Byliśmy w weekend z Karoliną na takim właśnie krótkim kursie białej magii. Być może wybierzemy się na następne zajęcia już na początku stycznia. Chociaż bogaci w wiedzę, która towarzyszy nam już od kilku miesięcy, coś takiego jak mapa marzeń możemy zrobić chyba sami. Drugi dzień Świąt byłby na to dobry.

Ale dosyć wymądrzania się. Tak zupełnie z innej beczki: Nie wydaje się wam, że słowo „słup” brzmi i wygląda strasznie głupio? :o)

o tym, że urodziłem się o wiele za późno i o wiele za daleko na wschód

Obejrzałem The Last Waltz Martina Scorsese’a o ostatnim koncercie zespołu The Band. Takie filmy wzbudzają we mnie emocje jak u małego chłopca – podziwu pomieszanego z zazdrością i chęcią do działania, grania, śpiewania, zabawy w wielki zespół.

Ale jak mam się bawić, skoro mam 26 lat? Nie mam jeszcze dzieci, z którymi mógłbym. A nawet gdyby udało mi się założyć zespół, to taka muzyka nie jest już w modzie.

Chyba znów muszę wejść do starej szafy dziadka, gdzie trzyma on wehikuł czasu, nastawić datę na lata 60., miejsce na Greenwich Willage, Missisipi albo Nashville i trochę tam zabawić…

czas się toczy coraz szybciej

Oto jedna z ostatnich nocy z Karolinką przed jej wyjazdem do Portugalii. Łatwiej znieść rozstanie, kiedy nie patrzy się na nie jako na coś, co ma przyjść w sobotę i trwać 4 miesiące lecz jak na zwykłą, choć długą przerwę w bezpośrednich kontaktach. Łatwiej, co nie znaczy, że łatwo… Tym bardziej, że przez ostatnie kilka miesięcy zbliżyliśmy się do siebie jak nigdy.

*
Koło Woli Blakowej leży miasteczko o nazwie Radomsko. Tam właśnie jadę w środę na poważną i ostateczną rozmowę w sprawie pracy. Ostateczną. Jeśli będą w stanie zapewnić mi źródło utrzymania, przeprowadzam się.

Nie chcę robić sobie nadziei, wyobrażać sobie zbyt wiele, ale do tego stopnia ekscytuje mnie myśl o niezbyt ciężkiej dla mnie pracy grafika domowego w tym prawie wymarzonym dla mnie miasteczku, niedaleko starego druha Miętusa, któremu tę pracę bym zawdzięczał oraz jego czarodziejskiego domku w Woli Blakowej, w którego zatrzymaniu będę mógł mu pomóc, że nie mogę spać.

I wiem, że nigdy nie wiadomo co jest dobre, a co złe. Pogrążam się w marzeniach, chociaż wiem, że one pękają jak bańka mydlana bez względu na to, czy się spełnią, czy nie.

Moim marzeniem, które żyje cały czas i nie podlega żadnemu pękaniu jesteśmy my – ja i Karolinka. W tym marzeniu jestem pogrążony po uszy i nawet się nie zastanawiam nad sensem lub bezsensem tego, bo to samo w sobie sens stanowi.

moja Shambala

Czy istnieje na świecie jakieś miasteczko buddyjskie podobne do żydowskich miasteczek z opowiadań Izaaka Singera? Miasteczko, gdzie byłby dom nauki z kursami medytacji i biblioteką do studiowania sutr i mądrych książek, gdzie byłby dom modlitwy, w którym zawsze panuje cisza, a w głównej sali przy ścianach są rozłożone maty i poduszki, gdzie każdy może przyjść i usiąść o właściwej dla siebie porze. Dla tych, którzy mają mniej samodyscypliny organizowane są codzienne medytacje zbiorowe, o różnych godzinach, na które, jeśli się przyszło raz, głupio przestać chodzić. W takim miasteczku zawsze mieszka przynajmniej jeden nauczyciel-mistrz, do którego – jak do rabina – można się zawsze zwrócić, i który co tydzień w domu nauki daje wykład… Rozmarzyłem się…

o naszym przyszłym domu

Tak już marzymy o swoim domku, który może za 5, może za 10 lat będziemy mieli, a może ten czas nie nastąpi nigdy. A jak nasze marzenia nie idą czasami wspólnym torem, kłócimy się, czasem nawet bardzo poważnie o to, czego wcale przecież nie ma. Bardzo wyraźnie widzimy siebie na ganku, w kuchni czy w pokoju, przy kominku, gdzieś w drewnianym domku lub nawet zwykłym, ale sporym i dobrze zaopatrzonym mieszkaniu. Nawet czekamy z niecierpliwością na grę The Sims 2, w której można zbudować swój dom, wprowadzić do niego ludziki reprezentujące nas i bawić się w życie.

Na samym początku kupimy dużą wannę i duże łóżko. 3 na 2 metry. Mocne, żeby było można po nim skakać aż pod sufit. Reszta to sprawa drugorzędna. Łazienka i sypialnia muszą być na tyle duże, żeby to wszystko się zmieściło. W sypialni będzie królestwo Karoliny. Ja będę miał swój mały, obłożony drewnem gabinecik z komputerem, bo Karolina nie chce żeby komputer był tam gdzie ona będzie spać. Musi być też pokój dla dziecka, na które ja jeszcze całkiem gotów nie jestem, ale jeszcze mniej gotów jestem na to, żeby dzielić z nim miejsce pracy. Muszę mieć taki kąt, gdzie będę mógł zamknąć się na 4 spusty. I nie chcę, żeby był to garaż.

Czasami zdarzają mi się mgliste wizje mieszkania w zadymionej kawalerce gdzieś w centrum jazgotliwego miasta. Albo jakieś nieszczęścia. Życie samotne i biedne. Ale to wszystko jest takie niewyraźne… Czasem się boję, bo przecież wielkie szczęście jest tak samo prawdopodobne jak wielkie nieszczęście, a tego ostatniego zdaję się nie brać za bardzo pod uwagę. Zobaczymy co będzie.