szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: ludzie (page 2 of 3)

o żesz w mordę

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Przed państwem blog pt. „Londyn, emigranci – funta kłaków jesteście warci”. Zarówno notki, jak i komentarze – tu jest wszystko, przede wszystkim w komentarzach: poza nielicznymi ciekawymi refleksjami na temat emigracji mamy na pierwszy rzut oka widoczne chamstwo, nienawiść, nieokrzesanie, prymitywizm, potem: pozerstwo, kompleksy, naiwne projekcje na denerwujące treści własnych, bardzo różnych poglądów  (skoro denerwują mnie Żydzi i denerwuje mnie ten blog, to znaczy, że ten blog prowadzi Żyd!), a w końcu: obawa tych, którzy chcą polemizować, przed wypowiadaniem się własnymi słowami,  żałosne próby przyjęcia  maniery językowej autora przez tych, którzy myślą, że w ten sposób do niego trafią. Ci, którzy myślą, że to tak na poważnie wszystko. Ci, którzy myślą, ze na niby. Ci, którzy myślą, że są bardzo mądrzy, ponieważ myślą, że to na niby… Słowem: piękny, przepiękny rejon badań dla psychologów i socjologów!

A także smutny jak Majdanek blog, który sam w sobie jest potwierdzeniem tego, o czym pisze. Dowód na to, że w pewnych środowiskach emigranckich (albo raczej wśród niektórych emigrantów) panuje jedna wielka masakra. I, być może niezgodnie z intencjami autora, niejakiego Funciaka, dowód na to, że on sam jest tej wielkiej masakry integralną częścią.

Dla zachęty, jeden z komentarzy, który pokazuje jakie emocje potrafi wzbudzić nasz kronikarz emigracji w swoich czytelnikach: (cóż, na moim blogu ciężko niestety o takie laurki)

słuchaj zjebie kosmiczny funciaku ty kurwa w koszulach chodzisz śmieciu, nie buj sie nie napisze na foróm twoich danych to cie huju nie zabiją wściekili ludzie i sie nie trzez i tak wiem juz kto ty jetses jak to smieciu napisze kto ty

I jeszcze jeden komentarz: (może nie najśmieszniejszy, ale reprezentatywny)

hierarchia musi byc, wiec zaczne od najwazniejszego- FUNCIAK nienajgorzej ci idzie i pozdrawiam i przyznaje ze nie zmarnowalem czasu czytajac twoje eseje. a teraz do was CZYTELNICY- chuj wam w dupe bo autor ma we wszystkim racje a jesli uwazacie ze to nie o TOBIE to musisz skumac jaka to dobra beczka jest. coz i to jest zenua wlasnie, ze 99% i tak nie skuma tego komenta i wlasnie do was jest ten blog. szczecin rulez i z przykroscia przypominam ze z wiekiem mozgu ubywa proporcjonalnie do przyrostu nalanej mordy wypchanej kotletem. udanych zakupow i promocji forever post scriptum nie bedzie. (Monika uwielbiam cie i twoje cialo i nie jestem z toba tylko dla sexu:))

Amen! :o)

No to jeszcze trochę. Dnia 24 marca bieżącego roku użytkownik ‚wkurwiony POLAK’ napisał, każdy akapit w oddzielnym komentarzu zapodając:

KURWA RODACY POLACY WRACAJCIE DO POLANDJI, ZAPIERDOLCIE JEBANYCH POLITYKóW, KURWA KONIEC Z TYM CHUJSTWEM JAK DłUGO DAMY SIE ROBIC W CHUJA. POLITYKA TO SZMBO A POLITYCY KAżDEJ OPCJI MAJą NAS WSZYSTKICH RAZEM I OSOBNO GłEBOKO W TYLE.

W UK PEłNO JEBANYCH CIAPAKóW A TERAZW POLANDJI W STOCZNI GDYNIA I GDANSK PEłNO KOLOROWYCH I TYLKO PATRZEC JAK W POLSCE BEDOM POSóWAC BIAłLE POLSKIE KURWY.

KTO WIERZY W TAKI BAJER JAK TOLERANCJA, RóWNOSC ITP BAJECZKI TO DEBIL
JAK WIDZE ZE GOJE DAJą SIE MANIPULOWAć TO MNIE SZLAK BIERZE, WODE A NIE MóZGI MAJą.
I NIESTETY MAJą RACJE żYDZI żE POLACY TO STADO BARANóW TAK łATWO DAJą SIE MANIPULOWAć.

KURWA POLACY ZADUżO WóDY , MARYCH, I ZROBIą ZNAS NIEWOLNIKóW BIAłYCH MURZYNóW

Dalej:

to forum jest dowodem na polskie swinie kurwy i huje bez wzgledu na wykształcenie , zamozność , pochodzenie i zamieszkanie. wy sie kurwiska znie wazacie, obrazacie wyzywacie….. to forum pokazuje jacy jestescie polaczki zaraz się pożygam.bęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęe

Prawda że daje do myślenia? :o)

Mam tylko male pytanie czy do wyrazenia wlasnych mysli i spostrzezen na temat zycia Polakow w Londynie potrzeba jest tylu wulgaryzmow?

:D :D :D

o tym kiedy jedzenie staje się istotą

Taką oto informację znalazłem na Interii: upolowana przez pewnego człowieka kaczka została schowana do lodówki. Następnego dnia okazało się, że ptak żyje. Rodzina uleczyła go i wypuściła.

To specyficzne, że ludzie odkryli w biednym ptaku żywą i czującą istotę w momencie odnalezienia go umierającego we własnej lodówce, a nie w momencie, gdy do niego mierzyli ze strzelby…

o tym, że w Krakowie naprawdę jest Anioł

Kiedy wracała z zakupów w centrum miasta w biały dzień, zobaczyła powieszonego mężczyznę. Jeszcze żył, więc – choć bardzo się bała – odcięła go. Obok przechodziła jakaś kobieta. Zawołana, pod byle pretekstem uciekła. Mężczyzna miał dziewczynę i małe dziecko. Próbował popełnić samobójstwo z bardzo wielu powikłanych przyczyn.

Przychodziła do niego kilka razy, żeby podtrzymać go na duchu i zapewnić opiekę psychologa. Kiedy już była pewna, że ktoś ma na niego oko, zniknęła, by wypłakać łzy nagromadzone podczas tych dziwnych i trudnych dni. Potem ponownie skryła się w tłumie.

To historia prawdziwa, z ubiegłego tygodnia i z najbliższego otoczenia. Nikt nie zawiadamiał mediów, policja nie dotarła na czas. Dobrze, że w Krakowie są jeszcze prawdziwe anioły.

o listopadowych demonach

Z mglistego listopadowego nieba wyłaniają się postaci – gniew, pycha chciwość… Były tu zawsze, ale nie aż tak wyraźnie widoczne. To, na czym lub na kim komu zależy, to, co nieporadnie ukrywane głęboko tkwi w ludziach, szacunek dla jednych, brak szacunku dla drugich, animozje, nagromadzenia…

Demony, demony… Widać je wyraźnie w bladych płomieniach listopada. Pojawiają się i spalają, wydając jeszcze jeden przeciągły, piskliwy wrzask, który rozpada się na porywany przez echo krzyk tysięcy wron.

Listopadowa mgła to parujące łzy skrzywdzonych.

o nieznanych przyczynach palenia herbaty w III RP

Trzy dziwne dni w trasie, nowo poznani starzy znajomi, nowo poznane stare miejsca, wspólne śpiewanie, opowieści i droga.

Marek opowiadał jak to w stanie wojennym palili czasem herbatę w fajkach, bo nie było tytoniu. Odpowiedziałem:
– Nasze pokolenie nie potrzebuje stanu wojennego, żeby palić herbatę.

Moja i Patrycji obecność dodała do wszystkiego szczyptę absurdu i pozytywnego bezsensu. Pewnej całości dopełniał też Robert, który zanim wszedł na scenę, by wykonać kilka swoich pieśni, rzucił do nas:
– Idę nadciągać.

Oczywiście zazen w warunkach trasy nie było możliwe, lecz medytacja w ogólniejszym sensie – owszem.

Najgorszym moim wrogiem jest gniew. Nie potrafię go pokonać. Wypala się długo w mojej głowie w postaci urojonych dialogów. Czasem nagle umysł ulega samozapłonowi i wtedy jest najgorzej, bo gniewne myśli płyną ku zupełnie przypadkowym, czasem nieznajomym, czasem najbliższym osobom.

o docieplaniu naszej jesieni i o tym, że lepiej nam we dwoje niż w grupie

Śmiercionośna strona pięknej, karmazynowo-złotej jesieni daje się mi już we znaki. Więdną uczucia, ciepło już nie jest takie ciepłe, a uśmiech wesoły. Czasem więcej zdaje się znaczyć drobna przykrość lub po prostu niewygody wspólnego życia w małej kawalerce niż bycie razem i to wszystko, co budujemy z Karolinką już cztery lata.

Ale z drugiej strony – gdy pisałem te słowa, owe cztery lata stanęły mi nagle przed oczyma i jesień znów zrobiła się ciepła dzięki tej drobnej istotce, która siedzi przy stoliku i pisze coś po francusku wśród papierów. Znów jest tak jak zawsze.

*

Stwierdziliśmy z Karolinką, że chociaż potrzeba utożsamienia się z jakąś grupą jest podstawowa dla większości ludzi, my mamy zupełnie odwrotnie. Jeśli wchodzimy w jakąś grupę zbyt głęboko, to pomimo, że bardzo lubimy ludzi stanowiących jej skład i się czujemy wśród nich świetnie, coś nas odpycha i szybko uciekamy. Ja się nie identyfikuję nawet z buddystami ze Starowiślnej. Jestem trochę z boku. Nie chcę być uczniem ich mistrza (wątpię w to czy zmienię zdanie po osobistym poznaniu go jutro i pojutrze). Dobrze mi się z nimi medytuje, ot co. I chciałbym im pomóc.

o powrocie, na który od dawna się zanosiło

Kiedyś, poczas częstych spacerów na Salwator w Krakowie, Karolinka zauważyła nowoczesny blok mieszkalny, otoczony ogrodzeniem. Przy nim był plac zabaw i stylowe ławeczki.
– Ale super byłoby tam mieszkać! – westchnęła.

Dokładnie za tydzień, w piątek, wniesiemy do jednego z mieszkań w tym bloku nasze graty. :)

Zawsze lubiłem Salwator. Mówiłem, że to jedyne miejsce w Krakowie, gdzie mógłbym mieszkać z przyjemnością. Ale tym razem, mimo, że oba dni spędzone przez nas w „Mieście Smoga” były niezwykle wyczerpujące, układało mi się z Krakowem bardzo miło i harmonijnie. To pewnie wpływ przyjaciół i znajomych, których brakuje nam tak w Radomsku i których obecność dopiero teraz doceniamy. Ale niekoniecznie. Chyba sam siebie wykiwałem. Kraków z oddali nie jest tym samym Krakowem, do którego zraziłem się sześć lat temu w ciągu niecałego tygodnia. Kraków widziany przeze mnie teraz to siedlisko wielu wspomnień, miejsce, w którym uczyłem się żyć. I miejsce, gdzie przeżyłem najfajniejszy czas – lata studenckie.

Radość Karolinki z nowego mieszkanka (i z tego, ze podobnie jak ja, dobrze się czuła w Krakowie, ale to jest chyba pochodną tego, że bardzo, ale to bardzo się ze sobą zżyliśmy. Nawet brzuchy bolą nas w tym samym czasie, w tym samym czasie chce nam się spać, w tym samym czasie robimy się głodni i w ogóle) nie miała granic. Moja owszem. Zdałem sobie sprawę, że energia, która mnie przyjemnie rozpierała jest tą samą energią, która włada mną w chwilach rozpaczy lub gniewu. Tylko inaczej nieco działa.

Nie sądzę, żebym potrafił poskromić tę energię, popatrzeć na świat nie przez pryzmat emocji wtedy, gdy łapie mnie smutek, jeśli folguję jej w chwilach radości. Kiedy człowiekowi jest źle, chciałby umieć postawić się z boku, trzeźwo ocenić sytuację i nie przejmować się. Kiedy ogarnia nas gniew, chcielibyśmy opanować go i nie krzywdzić innych i siebie. Ale gdy się ktoś cieszy, ma gdzieś neutralność, trzeźwość i opanowanie. Czy w tym się przypadkiem nie kryje przyczyna porażek ponoszonych w złych chwilach?

Nie chcę w ten sposób gloryfikować ponuractwa. Ale to wśród ludzi opanowanych, a nie impulsywnych jest więcej pogody ducha, uśmiechu i zwykłej ludzkiej życzliwości. To raczej opanowanie, a nie emocjonalność pozwala czuć się w każdej sytuacji jak ryba w wodzie.

o prawie przyczyny i skutku oraz o miasteczkowym pejzażu

Coraz mniej śniegu, a coraz więcej wody na drogach. Nawet gdy niebo pochmurne, to jakby wiosną patrzy na dół. Tylko na polach, jak się ze Lgoty do Woli Blakowej idzie, biało i na drodze i wokół. Człowiek czuje się jakby znikąd donikąd szedł, jakby pole, zima i drzewa w nim też truchlały jakby w oczekiwaniu na coś, szumiały jakoś nieśmiało, urywanie, jakby się czegoś bały.

Ale i ten śnieg stopnieje. Wkrótce i w piecu nie trzeba będzie palić. Ciepło rozejdzie się po całej Miętusowej chałupie, może nawet i do mojego pokoju dojdzie?

Jak to jest z tym prawem przyczyny i skutku? Niby wszystko to ma sens – kiedy ustaje przyczyna, ustaje skutek, kiedy trwa przyczyna – skutek tak samo. Ale czasem, na zdrowy rozum, to nie wiadomo co przyczyną jest, a co skutkiem. A z ludźmi to już szczególnie. Czy to jest tak, że jak wesoło, to się każdy uśmiecha i lepszy jest dla innych, czy odwrotnie – kiedy ludzie są lepsi, to i weselej jest na duszy?

Wiem, wiem. Rozumem tego nie zgłębisz. Posiedzisz codziennie po trochu na poduszce pod oknem, twarzą do ściany, to coraz więcej pojmiesz. Ale czasem chce się człowiekowi podumać i porozkminiać, to duma i kmini… Aby uważać, żeby nie wierzyć w to co się wyduma tak po prostu, jak się wierzy w to, co się zobaczy czy wymedytuje. Bo wydumać można tak samo to, jak i coś przeciwnego.

Coraz bardziej mi się tu podoba. Radomsko to dziura, jakich mało. Ale myślę tak chyba przede wszystkim dlatego, że mnie Kraków pod pewnymi względami rozpieścił. Zachciało mi się na przykład dzisiaj kotletów sojowych i po całym centrum, w siedmiu sklepach szukać musiałem.

I czas inaczej tu jakoś płynie. Co sobie zaplanuję chodzenia i załatwiania na trzy godziny, to ledwo półtora zleci i już wszystko cacy. Tyle, że autobus na wieś dopiero za dwie godziny. I człowiek ma mnóstwo czasu na powałęsanie się po miasteczku, zaznajomienie się z ulicami, z tutejszą poetyką… Czasu jest sporo nawet, kiedy go nie powinno być.

Zapytałem kobity gdzie jest Urząd Pracy. A ona na to:
– Uuu, to daleko. Ale podwiozę pana, bo przejeżdżam tamtędy do pracy. Niech pan wsiada. – i tak się rozszczebiotała, i tak była do pomocy chętna, że wsiadłem, otrzepałem buty ze śniegu i zamknąłem drzwi. To ona od razu: A skąd? A po co do Radomska, a gdzie tu pracę znaleźć, bo to mała mieścina i nie bardzo tutaj, ale w branży graficznej to rzeczywiście może i coś się da, bo się to rozwija. A że jej syn to też dziennikarstwo w Krakowie studiuje i pracuje w radiu studenckim, tym samym co ja, jakiż ten świat mały! I Bartek mu na imię i ma długie włosy. To ja go znam? No proszę, co za przypadek niesamowity! Znana osobistość w studenckich kręgach? Ale jemu to na nazwisko inaczej, to nie on jednak. Ale to nic, i tak nieźle. O, tu już Urząd Pracy.
– E, to nie tak daleko, dwie ulice żeśmy przejechali, z kilometr najwyżej.
– No, nie tak blisko.
Ale naprawdę, wróciłem potem znów w to samo miejsce, gdzie ją spotkałem w niecałe 15 minut.

I tak to w tym miasteczku się kręci.

Wola Blakowa

Mały drewniany domek na pustkowiu, widok za oknem to właściwie biel i szarość, przedzielone kreską horyzontu. W środku kominek, gitara, ludzie… Kiedy spotyka się większa liczba osób niż trzy, ciężko o dobrą rozmowę. Nie ma człowieka, są ludzie. Mieć dar wyodrębnienia w takiej sytuacji kogoś, roztoczenia aury intymności duchowej i intelektualnej – to wielka rzecz… Zawsze może być przynajmniej wesoło – też cudownie! Pustka, cisza, ciepło drewnianego pokoiku, ja i Karolinka – niesamowite poranki, zaczarowane wieczory…

Older posts Newer posts