szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: ludzie (page 1 of 3)

Aleppo egoistycznie, czyli o tym, co mi daje przejmowanie się losem ofiar wojny

Wojna. Bombardowanie. Przerażone, płaczące dzieci wśród gruzów. Krew, zwłoki. Nie chcemy tego widzieć. Mówią nam, że trzeba, że nie wolno się odwracać i odgradzać  własnego wygodnego życia od tragedii dziejącej się na tej samej planecie. Ale my i tak nie chcemy. Dochodzimy do wniosku, że nie możemy nic poradzić na to, co się dzieje. Czujemy niepokój, przerażenie i ból, ale wydają się nam one puste i niepotrzebne, bo jesteśmy daleko i choć współczujemy tym ludziom, to ich tragedia nie dotyczy nas konkretnie. Zamiast oglądać drastyczne materiały, wolimy zatem po prostu wysłać trochę pieniędzy lub nawet ich nie wysyłać, skoro nie jesteśmy pewni, czy w ogóle dotrą. Albo – z różnych powodów – wolimy zamknąć oczy i w ogóle nie wiedzieć nic. Bo po co wiedzieć? Ano, po to, by właśnie zaczęło nas to dotyczyć. Dlaczego? Choćby dla samych siebie. 

Zobaczyłem film pokazujący przerażone dziecko pod maską tlenową po bombardowaniu Aleppo bombami chemicznymi.  Wytrzymałem parę sekund. Przeczytałem bezpośrednie doniesienia z miasta, gdzie celowo zbombardowany został szpital dziecięcy i inne placówki zdrowia. Gdzie zrównano z ziemią wszystkie ośrodki pomocowe. Gdzie działa jedna karetka, dzięki której jeden człowiek zwozi w stosunkowo bezpieczne miejsca ludzi i zwierzęta, stara się zapewnić im podstawową opiekę medyczną i jakiekolwiek środki do życia. Nie mogłem spać dokładnie tak samo jak Asia, która podzieliła się ze mną tymi informacjami, a właściwie wepchnęła mi je na ekran komputera.

Mam taką strategię w życiu, by nie uciekać przed czymś, co bardzo mocno i uporczywie pojawia się w moim życiu i świadomości, więc w końcu przemogłem się i obejrzałem te filmy. I wiele innych. Zacząłem czytać. I rzeczywiście, święta racja, zdołowałem się. Przestałem czerpać przyjemność z czegokolwiek. Przestało mi się chcieć robić cokolwiek dla przyjemności. Dowiedziałem się, gdzie i jak można pomóc. Pomogłem w miarę możliwości. Zrobiłem to dla nich i dla siebie, niekoniecznie w tej kolejności. I to wcale nie był koniec.

Widok, naoczny widok ludzi, którzy muszą walczyć o życie, mocna i konkretna, nie tylko abstrakcyjna świadomość tego, że dzień wcześniej roztrzęsiony chłopiec z maską tlenową pytał przez łzy, czy umiera, widok lekarzy wyjmujących z inkubatorów noworodki, by przenieść je tam, gdzie nie docierają bomby, w konsekwencji nie zabrał mi radości życia, choć obawiałem się, że tak się stanie. Przede wszystkim pogłębił je. Codzienny kontakt z wiadomościami o obleganym Aleppo wywołuje we mnie smutek, współczucie, zniechęcenie wobec tzw. problemów pierwszego świata, odbiera ekscytację czy w ogóle zainteresowanie takimi sprawami jak szybko rozładowujący się telefon albo błędy w jakiejś tam, choćby i ulubionej, grze komputerowej. Dzięki temu, że mój świat nie ogranicza się już do bezpiecznego i przytulnego gniazdka, własnych, małych i wielkich kłopotów oraz skrzętnie wyselekcjonowanych informacji na różne tematy, czuję większy kontakt ze sobą, z nagim człowiekiem w wielkim świecie, którym przecież jestem mimo że obwarowałem tę świadomość tysiącami bodźców, wyrafinowaną rozrywką i hektolitrami nieustannie sączących się w mózg treści. Jestem bardziej. Mocniej. Dzięki temu, że wziąłem do siebie los innych. Własne problemy nie bolą już tak bardzo. Własne przyjemności nie wydają się już tak warte cennego czasu.  Smutek i ból, z którymi związana jest ciągła świadomość rozgrywającej się tragedii, to niewielka cena za te zjawiska, wykraczające daleko poza ramy mojego własnego ja. Bo mam jeszcze większą ochotę robić w życiu coś bardziej sensownego niż dotychczas. Lepiej pożytkować dany mi czas. Spędzać go więcej z najbliższymi. Mieć do nich więcej cierpliwości. A gdy otwieram swoją pełną lodówkę, by coś sobie z niej wybrać do jedzenia, wybieram zdrowiej i jem bardziej świadomie. Doceniam to, co mam. Dbam o to, dzielę się tym. To jedyny sposób, by nie mieć poczucia winy wobec dziewczynki z Aleppo, która do niedawna prowadziła na Tweeterze konto, a jej ostatnie wpisy mówiły o głodzie, nieustannym lęku i wyrażały krańcową, przerażająco dojrzałą rozpacz.

I życzę Wam wszystkim, żebyście też odnaleźli ten jedyny sposób. Żebyście przekroczyli smutek i szok, który przeżyjecie, gdy zetkniecie się pierwszy raz z materiałami z Aleppo. Żebyście nie uciekali od poczucia rozpaczy i bezradności w dywagacje polityczne czy filozoficzne, tylko po prostu zobaczyli każde zdjęcie, obejrzeli od początku do końca każdy film. Na początek tyle, ile dacie radę. Żebyście zostali z tym, co dzieje się z Wami, z Waszymi emocjami, z Waszymi ciałami, gdy to widzicie i słyszycie. Bo gdy to wszystko znajdzie sobie miejsce nie w Waszych umysłach, a w Waszych sercach, a wierzę, że znajdzie je szybko, przemieni Was. Staniecie się bliżsi tych ludzi, pryśnie kłamstwo siedzące w naszych głowach, że my jesteśmy inni, że nas to nie dotyczy. I gdy wrócicie do swoich zajęć, obowiązków i przyjemności, wrócicie inni – pełniejsi i spokojniejsi. Do własnego życia, które – zapewniam – nabierze nowego sensu. Niekoniecznie wielkiego i rewolucyjnego. Po prostu coś się zmieni. Chyba na dobre.

A teraz konkret. Nasza planeta. Nasza Ziemia. Nasi bracia i siostry. Równie dobrze moglibyśmy to być my i nasze rodziny, bo przed wojną tak właśnie w miarę spokojnie jak my sobie żyli:

i filmy. Nie dla dzieci i młodzieży. Dla Was.

 

Chcesz pomóc? Zapraszam TUTAJ. To jedna z bardzo niewielu lub jedyna droga docierająca w tej chwili do potrzebujących w Aleppo.

 

Ludzie i pseudoreligia

(C) Reuters

Patrzysz na drugiego człowieka lub myślisz o nim, rozmawiasz z nim. Czy naprawdę jest to człowiek, czy może jego pogląd i sposób myślenia? Pytanie wydaje się banalne, ale w czasach, gdy wielu z nas jest „mieszkańcami Facebooka”, wcale takie nie jest. Przy okazji czytania w różnych miejscach sieci odpowiedzi na mój poprzedni post na temat imigrantów, zadawałem sobie pytanie o największą różnicę pomiędzy tymi, którzy nie mają nic przeciwko niesieniu im pomocy, a tymi, którzy nawołują do zamknięcia drzwi. I chyba znalazłem: ci ostatni nie mówią w ogóle o ludziach. Mówią o religii i poglądach, a nierzadko w rozbitkach (bo tak w sumie można nazwać „załogi” emigranckich łodzi płynących przez Morze Śródziemne) widzą terrorystów islamskich, od których ci rozbitkowie często właśnie uciekają. Lub w ogóle nie widzą ludzi, tylko religię. To religia wsiadła w ponton, to religia ledwo żywa dotarła do europejskich wybrzeży lub statków i to religia wchodzi na nasz ląd. Religię można utopić lub wyrzucić bez łamania jakichkolwiek zasad moralnych (niektórzy nawołują, by uratowanych rozbitków pytać o wyznanie, co już stanowi zaawansowane stadium dehumanizacji). Ja jednak widziałem wyraźnie nawet w telewizji ludzi – mieli ręce, nogi, głowę, oczy. Nie widzę więc szans, by dogadać się z przeciwnikami ratowania ich. Z mojego punktu widzenia ulegają głębokiemu złudzeniu. Nie da się rozmawiać z ludźmi, którzy zamiast żywej rzeczywistości widzą wiadomości ze stron internetowych i telewizji, bo żyją w innym świecie, więc dałem sobie spokój. Piszę do tych, którzy nie oślepili się, przedawkowując media i wytwory intelektu.

Oczywiście w myśl założenia, że na pontonach dryfują ku nam nie ludzie, a islam, i to radykalny, ja staję się nie zwolennikiem pomagania ludziom w potrzebie, a islamofilem. A cała dyskusja przybiera postać sporu o religie. Dla mnie to absurd, gdy trzeba ratować ludzi, nie pytam o ich wyznanie. Mogę zapytać później, gdy będzie potrzeba zapewnienia im i nam spokoju. Ale na tym etapie są tylko ludzie do uratowania. I gdybym stał na statku ratowniczym, wyciągając rękę, by wciągnąć na pokład ojca lub matkę z przemoczonym dzieckiem na rękach, a ktoś obok zacząłby im zadawać jakieś pytania lub wymądrzać się, kazałbym mu przynieść koc dla dziecka, a gdyby nie posłuchał, wrzasnąłbym na niego lub kazał się wynosić. Bez dyskusji.

Osobna obserwacja – żaden z polemizujących ze mną chrześcijan ani razu nie zająknął się na temat Ewangelii czy nauk Jezusa, mimo że kilkakrotnie wzywałem ich do tego, by się odnieśli do podstawowej treści religii, którą zdają się wyznawać. Wniosek – cóż, nie wyznają jej, wyznają pseudoreligię, którą być może stał się polski katolicyzm, jak twierdzi w wywiadzie dla Gazety teolog Stanisław Obirek. Pseudoreligię nie mającą nic wspólnego z duchowością, a szkodliwą, bo przeciwną wszystkiemu, co nie sprzyja jej samej. Również ratowaniu życia ludzkiego. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, choć nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Jeden z argumentów przeciwko emigrantom z Syrii i Afryki to fakt, że większość muzułmanów w Europie wyznaje szowinistyczne poglądy, są wrogami Zachodu, antysemitami i uważają, że ich religia jest jedyną słuszną – dlatego według pseudochrześcijan należy ich utopić. Ciekawe, że dokładnie takie same szowinistyczne poglądy wyznają właśnie pseudochrześcijanie – są wrogami Wschodu, antysemitami i uważają, że ich religia… itd. Czy według swojej papierowo-intelektualnej wizji świata i człowieka też powinni iść się utopić? Pozostawiam to pytanie otwartym.

Co zrobiłbym ja? Wysłałbym ich wszystkich do tej samej szkoły, posadził w ławkach – szowinistyczny emigrant z szowinistycznym Polakiem – i nauczył, wszystko jedno czy za pomocą terminologii islamskiej czy chrześcijańskiej, czym przede wszystkim jest drugi człowiek.

A terroryzm islamski to osobny temat, z którym należy się rozprawić w sposób niezależny od pomagania potrzebującym. Chyba że ktoś chce być taki sam jak ci terroryści.

 

Drodzy pseudochrześcijanie, uczcie się miłości bliźniego od islamu

„Nagle opuszcza głowę, przygryza dolną wargę ząbkami i powoli podnosi rączki. I stoi w tej pozycji, nie mówiąc ani słowa. To niełatwe – pocieszyć dziecko, które myślało, że aparat fotograficzny to wymierzony w nie karabin, gotów do strzału. Nazywa się Hudea i ma tylko cztery latka. Straciła tatę w bombardowaniu miasta Hama. Przybyła do obozu Atme na granicy turecko-syryjskiej ze swoją – bardzo niespokojną – mamą i trojgiem rodzeństwa”. (C) Turkiye

Jedną z kilku najważniejszych rzeczy w prawie islamskim jest zakaz odmawiania pomocy potrzebującym. I gdyby wszyscy zwykli, gościnni zazwyczaj i przyjaźni muzułmanie poczytali, co wypisuje przytłaczająca większość moich rodaków o przyjmowaniu emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, musieliby zrewidować swój pogląd na nasz temat i przyznać rację islamskim ekstremistom. Że może jednak jesteśmy źli i lepiej by było dla świata, gdyby nas na nim nie było. Wstyd. Przykro. Nie chcę, żeby tak o nas myślano.

Dlaczego tacy jesteśmy? Boimy się terrorystów? Oni i tak tu są, nie potrzebują ludzi poszkodowanych przez wojnę. Boimy się marszów islamskich, krzykaczy i roszczeniowców? Mamy ich też w naszym społeczeństwie. A pseudochrześcijańskich krzykaczy i roszczeniowców spod znaku Radia Maryja, Macierewicza, niby-to-prawdziwych Polaków, „patryjotów zawodowych” itp. ja z kolei coraz bardziej się boję. Nawet nie ma sensu zadawać im pytania, czy Jezus pytał kogokolwiek o wyznanie czy poglądy, gdy mu pomagał. Tu nie o chrześcijańską miłość bliźniego (a raczej jej brak) chodzi – chodzi o ksenofobię i strach o własną tożsamość, za którymi kryje się lęk przed tym, że ich prawda przestanie być uważana za jedyną słuszną, że do głosu zostaną dopuszczeni kolejni ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. Bo przecież cała ich tożsamość oparta jest na tym, że mają rację, na ich poglądach. „Precz z muzułmanami” – piszczy ze strachu ich rozdęte ego – „precz z gejami i lesbijkami, precz ze wszystkimi znakami i symbolami poza krzyżem i orłem białym, precz ze wszystkimi mediami poza naszymi, precz ze wszystkimi poza nami, którzy ośmielają się mieć głos i istnieć w przestrzeni publicznej, bo jeśli jakikolwiek światopogląd inny niż nasz stanie się normą, to zniknę!”. Zupełnie to samo dzieje się prawdopodobnie w umysłach islamskich terrorystów. To są ludzie z tej samej bajki.

Tymczasem nie o ich drogocenne poglądy, sposób życia i przyzwyczajenia tu chodzi, a o zdrowie i życie ludzi. Utkwiło mi w pamięci zdanie z reportażu o łodziach i pontonach emigrantów, który oglądałem w telewizji portugalskiej: „Europa zachowuje się, jakby to ona była ofiarą w tej wojnie”. Świetna ocena strategii i retoryki porażki, którą posługują się pseudochrześcijanie, skamlący tu i ówdzie, jak bardzo katolicyzm jest w Polsce dyskryminowany. Samolubstwo ma to do siebie, że zawsze mu mało, zawsze należy mu się więcej, a jakakolwiek pomoc innym to krzywda. I dotyczy to też zbiorowej tożsamości polskich ksenofobów. Nie pamiętają już, co to jest wojna. Że kiedy chodzi o życie własne i najbliższych, przestają być ważne poglądy walczących stron. Ci ludzie wypływają ze swoimi małymi dziećmi na pełne morze w kruchych pontonach. Jakie piekło muszą przeżywać, że decydują się na coś takiego? I kim jest człowiek, który odnalazłszy ich, nie wyciągnie do nich ręki, lecz – jak chciałby pewien profesor z YouTube’a – im tę łódź utopi?

Do wszystkich niezdecydowanych, czy przyjęcie emigrantów i otwarcie się na nich na co dzień (bo będziemy ich spotykać na ulicach) stanowi naprawdę aż takie zagrożenie: Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to znaczy, że będziecie w stanie to zrobić w odróżnieniu od tych, którzy z góry wszystko wiedzą: poczytajcie o ich kulturze i religii, choćby w Wikipedii. Same podstawy. Poczytajcie, na czym polega islam, co stanowi jego istotę i jak wygląda jego prawo. Posłuchajcie opowieści tych, którzy byli w krajach muzułmańskich jako turyści. W sposób otwarty, z ciekawości, tak jakbyście to zrobili być może wtedy, gdyby wasz sąsiad czy kolega z pracy żenił się z muzułmanką. I błagam, nie porównujcie sytuacji Polski czy Polaków do ogarniętego wyniszczającą wojną kraju.

Osobny akapit dla tych, którzy rozmywają problem, twierdząc, że wiele polskich rodzin potrzebuje pomocy i to im trzeba pomóc. Dobrze. W waszych miastach jest ich pełno – po co się troszczyć o inne? A gdy się lepiej zastanowić, nie wszystko idzie jak trzeba w waszych rodzinach (pomijając waszą znieczulicę, która zresztą wam nie przeszkadza), a Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że rodzina to podstawa. Więc zamiast polskim dzieciom, trzeba najpierw pomóc rodzinie. I tak coraz bardziej można zawężać obszar, w którym działa empatia, aż do czubka własnego nosa. I życzę wam, żebyście się nim zajęli na tyle, by nie chciało się już wam pisać tych szkodliwych bzdur.

A wracając do armii rasistów i ksenofobów, która nagle się ujawniła i z którą nie sposób ani dyskutować, ani ją przegłosować, ani w ogóle nie zostać oplutym za to, co się tutaj pisze – wiecie co, przytłaczająca większości moich rodaków? Nie chce mi się, kurwa, z wami gadać. Cieszę się, że mieszkam daleko od was.

o różnobarwnych odwiedzinach

wiosnaPrzyszedł do nas dziadek, niosąc dwa pęki pościnanych gałęzi obwiązanych drutem.
– Miotełkę pan kupisz? Pięć złotych jedna.
– Dziękuję – mówię. – Mamy miotłę – pokazuję stojącą pod ścianą.

Ale dziadek miło wyglądał, miał jasne, pogodne oczy, a w ruchach i w mowie spokój, pytam więc:
– A pan stąd?
– A nie, idę z Kierwin.
Dziadek wędrownik. Super!
– Dobra, daj pan tę miotełkę, jedną wezmę – mówię.
– Weź pan dwie, dziesięć złotych i nie będę niósł z powrotem.

Przeszukałem portfel – nie ma dziesięciu złotych. Nie uwierzy, że w domu gotówki nie mam, ale go w końcu przekonałem, że ja kartą tylko płacę, gotówki mało trzymam. Tylko banknot milionzłotowy z Kukizem wyciągnąłem, co już był w portfelu, gdy go kupowałem, i mówię:
– O tu mam jeszcze milion. Jak pan wyda, to wezmę drugą miotełkę.
– Łoo, panie! – zaśmiał się dziadek.
– No widzi pan, nikt mi nie chce wydać, to po co mi milion.

Dziadek poprosił o szklankę wody, to mu przyniosłem i posiedzieliśmy chwilę pod domem. Wspomniał kowala, który mieszkał tu przed laty, pokazał, gdzie była kuźnia, wypił wodę i poszedł ze swoją miotełką, spróbować dalej u sąsiadów.

Ciekawi ludzie do nas przychodzą. Trochę tu jest tak, jak na moim przystanku w rodzinnym miasteczku, gdzie przesiadywałem ongiś z gitarą. Tyle że na tym przystanku mieszkam na stałe. Raz zawitał tu człowiek skupujący porzucone przez jelenie poroża, zaglądają tu poszukiwacze złomu, innym razem wtoczył mi się na podwórko pijany profesor z leżącego na drugim końcu Polski Krakowa wraz z kolegą. Okazało się, że zna kilku moich wykładowców. Niemile wspominam tylko nocną wizytę (bez pukania) miejscowego chuligana, który na dwa dni rąbnął mi leżący przy oknie portfel i stojący za domem samochód. Oprócz ludzi przychodzą też zwierzęta. Psy przeganiam gniewnymi okrzykami, a gdy nie pomaga, ganiam za nimi z miotłą. Ale już wiedzą, że to nie dla nich żerowisko, bo jedno im trzeba przyznać – bywają inteligentne. Poza całą masą życzliwie przez nas przyjmowanych kotów przybywają tu też lisy, różnego rodzaju ptaki, a dwa lata temu przyplątał się nawet kozioł.

A z tą Portugalią… Ech, wspomnienie blaknie, choć warto napisać. Skoro wspomniałem już o tym i Ktoś czeka (dziękuję za odzew! :))… Dobrze, napiszę, napiszę.

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

o tym, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć

rideNie jestem wrogiem ludzi wierzących ani niewierzących w tego czy innego boga. Nie jestem wrogiem lewo- i prawostronnych, czarnych ani białych, szczepiących dzieci i nieszczepiących, pewnych, że UFO istnieje i pewnych, że nie istnieje. Jestem wrogiem ściemy i manipulacji.

Wpadła mi w oko kiedyś piękna modlitwa, mówiąca o tym, że wszyscy jesteśmy jednością. O miłości, o tym, jak nasze postępowanie i myśli kształtują nasze życie i naszego ducha. Wszystko byłoby super, gdyby nad nią nie napisano, że to prawdziwy, niewykoślawiony przez Kościół przekład „Ojcze nasz” z aramejskiego. Łatwo było sprawdzić, że to bzdura, aramejski tekst „Ojcze nasz” – bardzo podobny do współczesnych wersji językowych, a diametralnie różny od tego nibyprzekładu, można znaleźć w internecie, ludzi uczących się tego języka też nie brakuje. Po co ktoś kala piękne, wymyślone przez siebie lub kogoś innego słowa taką ściemą rodem z telezakupów? I co ważniejsze: kto mu uwierzy, jakich ludzi wokół siebie zgromadzi?

Myślę, że nie tyle ważne, co myślimy i w co wierzymy, ile jak. Ile w tym rozumu, szczerości. Czy nie znajdujemy przypadkiem swojej mądrości i wiary w bagienku kłamstwa i na polu cudzych ambicji? Czyje ego karmimy, wierząc, że piękne słowa naprawdę wypowiedział Einstein czy Dalajlama? Kto zbiera nasze „lajki” na Facebooku? Czy jeśli piękna treść i mądrość są narzędziem marketingu lub cudzych ambicji, czy rzeczywiście mogą zaprowadzić nas w jasną stronę? A może to wszystko jedno, czy w słusznej sprawie staniemy w jednym rzędzie z ziejącym nienawiścią oszołomem czy z dobrym, rozumnym człowiekiem? Może cel uświęca środki?  Nie wiem. Wątpię. Nie chcę, żeby tak było.

Zawsze gdy ktoś powołuje się na jakieś szemrane źródła, dziwne witryny typu „My powiemy Ci prawdę, bo objawił nam ją Wielki Trójkąt” albo „Tajemnice Watykanu, o których nie masz pojęcia”, zadaję mniej lub bardziej wprost powyższe pytania bez względu na to, czy zgadzam się z meritum przekazu czy nie. Tylko słabe treści wymagają grania na emocjach i potrzebie autorytetu. Gdy popieramy ludzi stosujących takie strategie, propagujemy treść z takich witryn, osłabiamy to, w co wierzymy – odstraszamy od tego tych, którzy manipulacją i fałszem się brzydzą, a przyciągamy tych, którym one nie przeszkadzają.

Staram się skłonić ludzi do poszukiwania informacji, a nie bełkotu, który powstał tylko dlatego, że ktoś za wszelką cenę chce przepchnąć własną ideologię, a nie potrafi zrobić tego z szacunkiem dla inteligencji czytającego. Niestety, przeważnie się nie udaje. Ludziom wszystko jedno, czy są oszukiwani czy nie. Może nawet potrzebują, żeby ktoś zagrał im na emocjach, nawet nieczysto. Cóż, ja pozostanę przyjacielem treści głęboko przemyślanych i płynących ze szczerego serca. Nawet tych przeciwnych temu, co sam myślę – lubię zderzać własne poglądy z dobrą, czystą i solidnie podpartą polemiką – to otwiera umysł. Czasem wtedy zmieniam zdanie.

o tym, że za lat kilkadziesiąt wybitny polski językoznawca i patriota może nazywać się George, i co z tego wynika

Postrzyżyny_MieszkaJuż od niedzieli będzie można nadać swojemu potomkowi imię Justin, Brad, Kim, a może nawet Kardashian. Smutne to trochę, choć przecież nie można ludziom zabraniać nazywać dzieci, jak chcą. Język, czyli to, co chyba najwyraźniej definiuje daną kulturę, powoli zaczyna się zwijać z naszej krainy.  Biorąc pod uwagę dominację kultury anglojęzycznej, czeka nas pewnie powolny zanik jednej z najbardziej pierwotnych i podstawowych rzeczy, która trzyma człowieka przy jego kulturze – imienia.

Z językiem w muzyce sprawa ma się coraz gorzej już od dłuższego czasu. Pewnego razu trafiłem na zestawienie najlepiej zapowiadających się wykonawców 2015 roku. Wśród kilkunastu zespołów i solistów tylko jeden czy dwoje nazywało się tak, że można było to podciągnąć pod język polski. A i tak śpiewają głównie po angielsku. I mamy taką sytuację: polskojęzyczny artysta śpiewa dla polskojęzycznej publiczności po angielsku, kalecząc mniej lub bardziej wymowę. Ludzie się cieszą, klaszczą… Kiedy to się stało normalne? Bo dla mnie taki obrazek wali po oczach (i uszach przede wszystkim) absurdem. Uśmiałbym się jak dziki osioł, gdyby w gruncie rzeczy nie było to smutne. Stajemy się pomału kulturową kolonią Stanów Zjednoczonych. Na własne życzenie. Bo kto nam zabroni?

o dobrze spędzonym weekendzie

Po weekendzie jestem jak nowy. Wróciliśmy z Karoliną z tego oto warsztatu rozwoju osobistego. Dwa dni pośród otwartych, wrażliwych ludzi, nakierowanych na poprawienie jakości swoich relacji partnerskich, zawodowych i towarzyskich.

fot.: Clark LittleDwa dni z różnymi technikami, medytacjami, wizualizacjami, ćwiczeniami, z których niektóre podziałały na mnie bardzo silnie. A wszystko pod okiem dwóch wspaniałych, pięknych, mądrych kobiet, obdarzonych mimo młodego wieku ogromną wiedzą.

Wracam. Do rodziny, do własnego imienia, do przyrody, do siebie. Dbam o siebie, szanuję siebie, przyjmuję to, co mi dają inni i nareszcie mam co dawać im. Czuję się oczyszczony i bardzo, bardzo zainspirowany. I nawet nieco zmieniony. Uwolniony strumień wali naprzód, a wszystkie tamy pękają z impetem, który mógłby mnie przerazić, gdyby mnie tak nie cieszył.

Mam za co dziękować sobie, Bogu, wszechświatowi, ludziom. Dziękuję.

o rewelacyjnej rewolucji filmowej, aborcji i nowych pomysłach

revolutionary roadByliśmy w kinie na filmie Revolutionary Road (gorszy, choć polski tytuł: Droga do szczęścia). Takiego filmu, traktującego kwestię stylu życia i poszukiwania sensu wprost, bez żadnych dodatkowych pretekstów, symboli i rekwizytów jeszcze nie było. Wbrew zamierzonym być może pozorom, nie jest to romansidło, kontynuacja Titanica, ani inne superbyleco, tylko mocna, bezpardonowa rozprawa z mieszczańskim stylem życia i brakiem odpowiedzialności za własne szczęście. Polecam wszystkim niezależnym umysłom, wszystkim bigtom i konserwatystom, wszystkim uwikłanym w dziwne relacje rodzinne. Nie ma w tym filmie żadnego zbędnego bohatera i żadnej zbędnej sceny. Aż do momentu, kiedy pod koniec bohaterka żegna swojego męża jadącego do pracy po śniadaniu. Bardzo chciałem, żeby film skończył się w tym momencie, niestety musiano zamalować grubą warstwą melodramatyzmu wszelkie niedomówienia i pytania, jakie mógłby postawić widz i wszystko do końca osądzić i jednostronnie wyjaśnić.Cóż – i tak ten film znaczył dla mnie wiele.

Zastanawia mnie tylko kwestia aborcji, która dla fabuły była bardzo istotna. Dlaczego zarówno tu, jak i w wielu innych obrazach, dyskusjach, filozoficznych schematach życiowa odwaga, wyzwolenie i wzięcie odpowiedzialności za siebie łączy się z postawą proaborcyjną? Czy nie można być niezależnym nonkonformistą, potrafiącym udźwignąć własne życie bez uzależniania się od autorytetów, idei i ideologii, będąc jednocześnie zwolennikiem poglądu, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia? Czy wszyscy twórcy, autorzy i różnego rodzaju działacze muszą potwierdzać zawsze dychotomię: proaborcyjny liberał – antyaborcyjny kołtun?

Poza tym dziś pogoda pozwoliła mi na wyciągnięcie rano roweru i pojeżdżenia sobie tam i z powrotem. Nakręciło mnie to jak mechaniczną zabawkę. Poćwiczyłem emisję głosu, przegrałem z Matim kilka kawałków, popędziłem nas do roboty, wykonałem kilka zaległych telefonów (bezskutecznie), a gdy wracaliśmy z kina, wpadł mi do głowy bardzo konkretny i wyrazisty pomysł na film dokumentalny (a właściwie na dziwną trochę parodię filmu dokumentalnego). Niestety do realizacji trzeba przynajmniej jednej osoby i kamery. A tutaj na razie – choć to przecież Hollyłódź – pustynia. Wszyscy zajmują się Niezwykle Poważnymi Sprawami (głównie zarabianiem pieniędzy w sposób, którego nienawidzą, gonieniem własnego ogona w drodze do cholera wie czego oraz odmawianiem sobie prawa do wszystkiego prócz działań wyżej wymienionych) i nie mają czasu na „głupoty”, które przecież tak pięknie potrafią nadać życiu koloryt i zainspirować do różnych pięknych rzeczy*.

*) To nie o was, wy, jeden z drugą. Tak, tak, wy wiecie, że do was mówię :o)

Older posts