szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: jesień (page 1 of 2)

Wietrzna niedziela przy RAW-ach

Pierwszy porządny jesienny wicher duje wokół chałupy, rozrzuca liście, com je pieczołowicie zgrabił pod jabłonki, szarpie folią, w którą owinięta jest stojąca na podwórku paczka z nowymi drzwiami i przechyla niebezpiecznie stracha na wróble, cośmy go latem z synkiem zrobili dla żonki. Idzie sema, czyli zima – tak Prusowie zwali porę zimną, oddzieloną od dagis – czyli pory ciepłej – krótkim okresem pogody takiej, że ani jeszcze po jeziorach chodzić nie można, ani już oziminy siać i łąk kosić. Idealny to czas, by wywołać zalegające na dysku zdjęcia. Oto jesienne migawki z naszej zagrody i najbliższej okolicy:

IMG_6086

IMG_6111

IMG_6117

IMG_6118

IMG_6149 IMG_6165

IMG_6174IMG_6261

 

 

IMG_6255

IMG_6265

o tęczach i matowości wcale nie wrześniowej

Trudny i stresujący dzień. Sprzęt odmawiający posłuszeństwa, znudzony pięciolatek, zebranie w wiosce i niełatwa konfrontacja. Dobrze, że żonka wróciła. Przywitała ją ogromna, intensywna tęcza, przepiękne chmury i słońce. A tęcze u nas występują prawie zawsze, gdy pada. I są spektakularne. Niestety, nie wziąłem aparatu, gdy wyjeżdżałem po K. na dworzec, więc musiałem zadowolić się kolejnymi zdjęciami z podwórka wykonanymi po powrocie.

Odkąd synek poszedł do zerówki, sam czuję się trochę jak w szkole. We wtorki basen i angielski,w  czwartki angielski – regularne jechanie tu i tam… Brzemienny od poezji i deszczu wrzesień nabiera znów takiego odcienia, jak przed laty. Tylko moja energia już nie taka – świat widzę bardziej selektywnie, nie wchodzę aż tak głęboko w to, co robię – mimo „potęgi teraźniejszości” i medytacji trochę zmatowiałem. Ale jesień to właśnie dobry czas, by popracować nieco nad ostrością życia. Za tydzień jedziemy do Krakowa na trzydniowe spotkanie z Sakyongiem Miphapem, uczniem samego Czogiama Trungpy – najbardziej przemawiającego do mnie nauczyciela buddyzmu tybetańskiego. Będzie nauka i medytacja. Zabieramy ze sobą kawałek Warmii, czyli Kasię z Wipsowa. Będzie byczo. I pięknie.

No to teraz ta tęcza:

IMG_5320

o tym, co w międzyczasie

2011.11.01 13-22-28-P1060821Myślałem, żeby wrócić do tego opuszczonego, a przecież najstarszego i najdłużej prowadzonego z moich nielicznych blogów, już od pewnego czasu. I wracam, choć nie wiem, jak często będę pisał. W międzyczasie sporo się u mnie pozmieniało.

Przede wszystkim jestem starszy. Nie czuję się dwudziestotrzylatkiem, jak jeszcze kilka lat temu. Świadomość towarzyszy chyba mojemu prawdziwemu wiekowi, a w tym roku stuknie mi już trzydzieści pięć… Tak jest lepiej i dobrze mi z tym. Rzadko łapię się na tym, że chciałbym mentalnie wrócić do młodości. Cenię sobie cierpliwość, której całe pokłady ułożyły się we mnie i wokół mnie jak miękka zbroja, odkąd mam dziecko (chłopczyk, o którym pisałem tutaj, ma już cztery lata…), całe doświadczenie tylu bogatych lat, różnych miejsc, stanów ducha, poszukiwań, lubię spokojną stanowczość, na jaką mnie stać, siłę, którą czuję. Świat i jego wyzwania przestały być zbyt wielkie, czuję się jego pełnoprawnym mieszkańcem.

Brakuje mi tylko tej bezpośredniości, świeżości i koloru patrzenia na świat gołymi oczyma. Teraz czuję ciążące na nosie, głowie i karku wielkie szkła 2011.12.10 15-01-24-P1070168światopoglądu, różnych obaw i lęków. Góra nie jest już górą, woda nie jest już wodą. Droga to nie tylko droga, to też paliwo, ceny paliwa, niebezpieczeństwo wypadku, woda i kurz na szybach, opony letnie i zimowe… Metaforyzuję, ale i dosłownie tak jest: obfitość różnych przedmiotów, akt własności domu, samochód wiążą i ciążą. Niech bym się o to wszystko tylko martwił, byłoby dobrze. Ale cały ten domowy inwentarz ciąży na percepcji, odwraca uwagę od tego, co tak zawsze było dla mnie drogie – od natury, powietrza i przestrzeni. W bezpiecznych ścianach własnego domu, w ciepłym i otulonym muzyką wnętrzu samochodu to, co na zewnątrz, staje się obce, czasem nawet groźne.
2011.12.21 14-14-07-P1070336To zabawny paradoks, bo przecież mieszkam na wsi, a od ponad trzech lat na znacznie większym wygwizdowie niż Dorotowo, gdzie pisałem ostatnie słowa na tym blogu. Co z tego, skoro wszelkie zakupy, odwiedziny, sprawy codzienne i niecodzienne nie wymagają już pójścia na miasto, bezpośredniego kontaktu ciała i oddechu z otoczeniem, czucia wiatru na twarzy i ziemi pod stopami. W mojej wiosce nie ma nic i nikogo, poza kilkorgiem dobrych sąsiadów. Wychodzę z domu, wsiadam w auto, odgradzając się metalem i szybami od świata, i jadę. A gdy nie jadę – siedzę przed komputerem, bo pracuję, albo bawię się z dzieckiem w domu. Na specjalnie wydzielone, regularne godziny spaceru, kontaktu z naturą itp. brakuje czasu, samozaparcia i motywacji. Jak już pisałem, jestem w swoim wieku, a to wiąże się też z wyborem tych aktywności, które połączyłem już ze swoim życiem i odrzucenie tych, do których nie do końca jestem przekonany. Tak się składa, że niemal wszystko, co lubię i potrafię robić, robi się w domu przy klawiaturze. Cóż, jeśli idzie o naturę, pozostaje jej obecność dookoła i przebogate wrażenia wzrokowe (patrz zdjęcia przy tym wpisie – wszystkie pochodzą z pierwszej jesieni spędzonej tutaj).

Co jeszcze działo się u mnie przez te lata? Smutno było nam opuszczać nasz domek nad jeziorem i nadal trochę do niego tęsknimy. Gdy jedziemy na południe, czasem skręcamy do Dorotowa i przejeżdżamy sobie powoli przez nie. W pewnym momencie przestałem to robić, bo wspomnienia bolały. Chcieliśmy co prawda mieć swój dom, ale trochę się pogubiliśmy w wyborze miejsca – niby wszystko się zgadzało nawet z piosenką o wymarzonym miejscu, którą jeszcze nad jeziorem napisałem, ale… Własny, kupiony za ciężko pożyczone od banku pieniądze stuletni dom i hektar ziemi, na który przenieśliśmy się jesienią 2011 roku (błąd – takie przeprowadzki urządza się wiosną), i opieka nad maluchem przytłoczyły nas z początku, mnie w pewnym momencie nawet bardzo. To wszystko razem było chyba większą rewolucją i wstrząs niż szukanie sobie miejsca na świecie po skończeniu studiów, które tu opisywałem osiem, dziesięć lat temu. Ale i ja miałem więcej siły. Powrót do miasta – absolutnie! Jeszcze jedna przeprowadzka blisko jeziora i lasu, tam gdzie do sklepu można na piechotę – całkiem możliwe.2011.10.30 16-12-39-P1060800

W pewnym momencie założyłem bloga o nazwie Neowieśniak Codzienny. Nie traktowałem go zbyt poważnie – ot, miał mnie rozruszać i utrzymać w formie, jeśli idzie o pisanie. Spełnił swoje zadanie i opuściłem go już być może na dobre. Ale jeśli chcecie poczytać trochę śmiesznych, trochę błahych wpisów o życiu mieszczuchów na wsi, zapraszam. Teraz piszę i redaguję różne rzeczy mniejsze i większe, mam nadzieję, że raz na jakiś krótszy czas znajdę chwilę, by coś skrobnąć do starej Szuflady. A jeśli nawet nie, zawsze mogę wrzucić tu kilka zdjęć. :)

o zstępowaniu światła i owocach jakie wyda jesień

Brzozowy pieniek nie posłuży już w tym roku za siedzisko. Przeniosłem go znad kręgu kamieni, gdzie leżą jeszcze niedopalone polana z ostatniego ogniska i ustawiłem przy pozostałym z zeszłej zimy stosiku niskokalorycznego drewna. Po raz pierwszy tej jesieni rozległ się na naszym podwórku odgłos rąbanej sosny.

Kurtka wisząca w przedpokoju pachnie jeszcze starą szafą. We wsi cisza. Nawet szosa do Warszawy pomrukuje tylko raz po raz jak przez sen. Jezioro opustoszało, dzikie plaże znów stały się dzikie i piękne. Sierpniowy słoneczny blask zniknął z nieba i osiadł na koronach drzew jak szron, by rozpalać je powoli do czerwoności, żółci i brązu. Rozebrane do naga pola przeciągają się przed zimowym snem. Ziemia wzdycha głęboko przed długim odpoczynkiem.

A w naszym życiu jesień to czas oczekiwania. Akurat teraz, gdy świat wokół pogrąża się w zimowym śnie, w naszym domu dojrzewa owoc, który rozświetli nasze życie w sposób dotychczas niespotykany. Wraz z pierwszym mniej-więcej śniegiem będziemy jak zwykle patrzeć sobie w oczy, ale już nie we dwoje tylko we troje. I żadna obawa, żaden materialny bałagan, żadne „wywracanie się świata do góry nogami” nie jest w stanie nawet odrobinę naruszyć potężnych i jasnych prądów, frontów, strumieni i oceanów miłości, jakie ode mnie w tamtą stronę płyną.

o nocnej zmianie warty nad wioską

Na Jeziora opadł dziś wrzesień. Powietrze zmatowiało, słońce uśmiechnęło się smutno, drzewa zatańczyły na wietrze. Nocą leniwe lato podniosło się z ziemi na gęstych mgłach. Wśród zupełnej ciszy uśpionej wioski tylko przemarsz chmur w świetle pełnego księżyca zwiastował zmiany. Podziwiałem ten piękny spektakl do późnej nocy. Kiedy świetlisty krążek pozostał na niebie sam, było to już inne niebo. Zmiana warty dobiegła końca.

Zdjęcie z wczoraj. A wiersz sprzed roku:

Jesień bracie
Pora szukać ciepłej izby i przyjaznych dłoni
Trakt błotnisty od Zalesia nie zawiedzie nas już nigdzie
Te twarzyczki drobnych listków spoglądają na nas obco
Wrony nisko nad ugorem poszarzały las
Na bocznicach śpią wagony już niedługo posłuchamy
Jak uderza taran wichru w stal
Idzie bracie zima ciepłe dłonie miast czekają na nas
Bo nad drogą od Zalesia tlą się drzewa
W Zawadówce pnie przy torach
Ogień z drzew zejdzie do domów
I spod białych kart przestrzeni znów historia się odkryje
Nowa choć powtarzać ją lubimy tak

o wczesnym wrześniu pod Chełmem

obraz mamy

obraz mamy

A w moim rodzinnym Miasteczku pięknie, bujnie, zielono. Słońce grzeje, choć ledwo starcza mu sił. Duszki wspomnień leniwie przeciągają się i fruwają nad dojrzałą, ciemną trawą, po miedzach… A może to babie lato? Żołnierze śpią spokojnie wśród topól na małym wojskowym cmentarzyku. Babcia prawie po sąsiedzku, pod lasem koło Stratowanej Dziedziny Bawarów – to taka droga prowadząca z osiedla w krainę wspomnień, rozmów z nieobecnymi, rozmów ze sobą, do świątyni tego czegoś, co uleci, gdy nazwę.

Mama rozmraża lodówkę.

Ja leczę migdał.

o listopadowych demonach

Z mglistego listopadowego nieba wyłaniają się postaci – gniew, pycha chciwość… Były tu zawsze, ale nie aż tak wyraźnie widoczne. To, na czym lub na kim komu zależy, to, co nieporadnie ukrywane głęboko tkwi w ludziach, szacunek dla jednych, brak szacunku dla drugich, animozje, nagromadzenia…

Demony, demony… Widać je wyraźnie w bladych płomieniach listopada. Pojawiają się i spalają, wydając jeszcze jeden przeciągły, piskliwy wrzask, który rozpada się na porywany przez echo krzyk tysięcy wron.

Listopadowa mgła to parujące łzy skrzywdzonych.

o tym jak pachnie jesień w mieście smoka

Nad Wisłą wiatr, Wawel nieufnie i posępnie spogląda na jesienne uliczki, na moście proporce furkoczą jak tybetańskie flagi modlitewne, zapach rzeki roznosi się po chodniku, ścieżce rowerowej, aż na szczyt skarpy. Kamienice, podwórza, krawężniki i rynny gładko wpasowały się w deszczową pogodę, dodając jej nieco ciepła i domowego nastroju angielskich baśni i XIX-wiecznych opowieści. Ludzie nie mogą jeszcze rozstać się z latem. Zderzenia z rzeczywistością w przykry sposób odbijają się kaszlem i gorączką. Również tą emocjonalną. Coś zasypia, nic się nie budzi…

jesienny blues

Wspaniałe gadanio-granie z Macieją i Karolinką.
Pierwszy naprawdę mroźny i wietrzny wieczór na Emausie.
Jesienne duszki i niewidzialne stworzonka powoli zaczynają zamieszkiwać kąty, szafy i kaloryfery w naszym mieszkanku.

Pojutrze wyjazd na ukochane Polesie. Spotkać się ze starymi przyjaciółmi, zarobić trochę grosza, nałapać jesiennego wiatru z Bazylanów, posłuchać szumu drzew przy grobie Babci i wrócić…

Zagrałem minutowe solo harmonijkowe na scenie z Jerzym Styczyńskim – wszystko dzięki Maciei i liderowi jego zespołu. A pod koniec listopada jadę pierwszy raz w życiu na koncert jako harmonijkarz.

Older posts