szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: film

minionkowa masakra (niepolecanka)

Gdy Minionki szalały z zachwytu nad festiwalem zła, zacząłem częściej spoglądać na ekran znad książki. Gdy na ekranie pojawiło się wnętrze samochodu złodziei i dzidziuś na przednim siedzeniu podał ojcu pistolet, przestałem czytać. A kiedy Minionki zaczęły pomagać złej Scarlett O’Haracz, uzmysłowiłem sobie, że zawsze powinienem oglądać przynajmniej we fragmentach to, co ogląda mój pięciolatek. Bo Minionki oglądał już czwarty raz. Uwielbia je. Ale wróćmy na ekran: podczas sceny w sali tortur i zabaw na szubienicy zawołałem żonę i odtąd oglądaliśmy całą trójką. A gdy parodia kolesia z Teksańskiej Masakry Piłą Łańcuchową odpaliła narzędzie, a Wojtuś stwierdził „Chce ich przepiłować”, powiedziałem:
– Przecież to jest straszne.
– Dla mnie nie jest straszne – oświadczył synek. – Dla mnie jest fajne.

Cały problem z Minionkami polega na tym, że nie ma w tym filmie prawie żadnych pozytywnych postaci, a główni bohaterowie też czynią zło jako niemądre stworki służące każdemu, kto im akurat wpadnie w oko. Podłość, makabra i okrucieństwo przedstawione są umownie, za pomocą fajnej animacji – tak, że dzieci… mogą się spokojnie z nimi utożsamić. Tymczasem dla najmłodszych wyraźna granica między dobrem a złem jest niezwykle ważna. Zatem rodzice – sami obejrzyjcie kilka scen, a najlepiej całość, zanim zdecydujecie, żeby Wasze dzieci to oglądały. Szczególnie te młodsze. To nic, że w McDonaldsie do posiłków dla dzieci dają figurki Minionków, to nic, że wyglądają one słodziej niż Teletubisie, to nic, że w supermarketach można kupić skarpetki z Minionkami w rozmiarze dla czterolatków. Moim zdaniem film nie nadaje się dla dzieci młodszych niż 7-8 lat. Osobiście w ogóle nie widzę w tej animacji niczego wartościowego. Może poza tym, że film pozwala zauważyć fakt, że zło niekoniecznie bierze się z chciwości lub znikąd, ale czasem z głupoty. Zastanawiam się, czy to komuś specjalnie zależy na postawieniu moralności do góry nogami u dzieci wychowywanych przez popkulturkę, czy to po prostu beznadziejna wypadkowa kapitalizmu i nastawionego na łatwy zysk przemysłu. Mam nadzieję, że to drugie, bo ponoć pierwszy film z Minionkami nie jest aż tak bezsensowny.

Żeby nie było, że jeno grzmię z ambony, polecam inną bajkę, na którą nie szkoda wydać ani złotówki w kinie: Song of the Sea, czyli w wersji polskiej Sekrety morza. Piękna opowieść dla dorosłych i ciekawa dla dzieci. Z muzyką i rysunkami, które zapadają w pamięć na długo. Wybieramy się też z chłopakiem na W głowie się nie mieści – bajkę o… emocjach. Najwartościowsze są chyba te filmy, przy których dziecko może się nie tylko pośmiać, ale i poznać samego siebie i to, co w nim siedzi.

 

 

Kosmos

Jestem pod wrażeniem serialu dokumentalnego Kosmos wyprodukowanego przez National Geographic. Twórcy przyznają się do czerpania z tradycji Carla Sagana, który był gospodarzem serialu o tym samym tytule z 1980 r. Powiem tylko tyle, że Sagan nie ma się czego wstydzić. Oglądałem już kilka produkcji na temat astronomii i bez wahania polecam nowy Kosmos jako najlepszą. Ważna rzecz – jest to serial interdyscyplinarny – pięknie ukazuje, ile wspólnego mają ze sobą astronomia, fizyka i biologia. W dodatku twórcy nie obrażają inteligencji widza katastroficzną retoryką i językiem tabloidu. Zamiast zapowiedzi ogromnej katastrofy niby to czekającej ludzkość po zderzeniu dwóch galaktyk, z której jeden z podobnych seriali tłumaczył się potem przez pół odcinka (sensacja musi być, nawet jeśli nieprawdziwa), w Kosmosie mamy opowieść o „tańcu galaktyk”, któremu towarzyszy piękna wizualizacja.

Szczególnie namieszał mi w mojej małościsłej głowie odcinek na temat ewolucji. Dał mi zupełnie inne spojrzenie na dzieje gatunków i na przyrodę. Zainspirował do myślenia w sposób, w jaki do tej pory nie myślałem. Bardzo, bardzo mocno polecam przynajmniej ten jeden odcinek wszystkim, których interesuje coś więcej niż czubek własnego nosa. Wiem, nieładnie tak mówić, ale usprawiedliwia mnie to, że sam z biologią byłem zawsze na bakier. Gdyby jednak lekcje w szkołach planowano tak jak scenariusz serialu Kosmos, byłby to być może mój ulubiony przedmiot.

o rewelacyjnej rewolucji filmowej, aborcji i nowych pomysłach

revolutionary roadByliśmy w kinie na filmie Revolutionary Road (gorszy, choć polski tytuł: Droga do szczęścia). Takiego filmu, traktującego kwestię stylu życia i poszukiwania sensu wprost, bez żadnych dodatkowych pretekstów, symboli i rekwizytów jeszcze nie było. Wbrew zamierzonym być może pozorom, nie jest to romansidło, kontynuacja Titanica, ani inne superbyleco, tylko mocna, bezpardonowa rozprawa z mieszczańskim stylem życia i brakiem odpowiedzialności za własne szczęście. Polecam wszystkim niezależnym umysłom, wszystkim bigtom i konserwatystom, wszystkim uwikłanym w dziwne relacje rodzinne. Nie ma w tym filmie żadnego zbędnego bohatera i żadnej zbędnej sceny. Aż do momentu, kiedy pod koniec bohaterka żegna swojego męża jadącego do pracy po śniadaniu. Bardzo chciałem, żeby film skończył się w tym momencie, niestety musiano zamalować grubą warstwą melodramatyzmu wszelkie niedomówienia i pytania, jakie mógłby postawić widz i wszystko do końca osądzić i jednostronnie wyjaśnić.Cóż – i tak ten film znaczył dla mnie wiele.

Zastanawia mnie tylko kwestia aborcji, która dla fabuły była bardzo istotna. Dlaczego zarówno tu, jak i w wielu innych obrazach, dyskusjach, filozoficznych schematach życiowa odwaga, wyzwolenie i wzięcie odpowiedzialności za siebie łączy się z postawą proaborcyjną? Czy nie można być niezależnym nonkonformistą, potrafiącym udźwignąć własne życie bez uzależniania się od autorytetów, idei i ideologii, będąc jednocześnie zwolennikiem poglądu, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia? Czy wszyscy twórcy, autorzy i różnego rodzaju działacze muszą potwierdzać zawsze dychotomię: proaborcyjny liberał – antyaborcyjny kołtun?

Poza tym dziś pogoda pozwoliła mi na wyciągnięcie rano roweru i pojeżdżenia sobie tam i z powrotem. Nakręciło mnie to jak mechaniczną zabawkę. Poćwiczyłem emisję głosu, przegrałem z Matim kilka kawałków, popędziłem nas do roboty, wykonałem kilka zaległych telefonów (bezskutecznie), a gdy wracaliśmy z kina, wpadł mi do głowy bardzo konkretny i wyrazisty pomysł na film dokumentalny (a właściwie na dziwną trochę parodię filmu dokumentalnego). Niestety do realizacji trzeba przynajmniej jednej osoby i kamery. A tutaj na razie – choć to przecież Hollyłódź – pustynia. Wszyscy zajmują się Niezwykle Poważnymi Sprawami (głównie zarabianiem pieniędzy w sposób, którego nienawidzą, gonieniem własnego ogona w drodze do cholera wie czego oraz odmawianiem sobie prawa do wszystkiego prócz działań wyżej wymienionych) i nie mają czasu na „głupoty”, które przecież tak pięknie potrafią nadać życiu koloryt i zainspirować do różnych pięknych rzeczy*.

*) To nie o was, wy, jeden z drugą. Tak, tak, wy wiecie, że do was mówię :o)

o tym co literatura wyrzuca na śmietnik

Zbigniew Nienacki, w Uwodzicielu, powszechnie uważanym, w skutek ludzkiej ignorancji, za powieść pornograficzną, wydaje taki oto ostry osąd:

Mam ogromną prośbę do krytyków literackich. Pokażcie mi choćby jednego bohatera literackiego, który reprezentowałby filozofię egzystencjalizmu, a nie nosił cech schizofrenika – nie charakteryzowały go autyzm, stępienie uczuciowe i urojenia ksobne. Cóż jest warta filozofia, która można egzemplifikować jedynie poprzez ludzi chorych psychicznie?

Proszę was, weźcie jeszcze raz do reki książkę Kierkegaarda „Bojaźń i drżenie” albo „Z pamietnika uwodziciela”. Jest to przecież autentyczny i kliniczny zapis przeżyć psychotycznych i schizofrenicznych urojeń. Chcecie, abym ze zwierzeń chorego człowieka uczynił sobie nową Ewangelię? (uwagi pisarza o Kierkegaarze zamieściłem tutaj).

Pisze on też, że dziś (a właściwie pod koniec lat 70., kiedy pisał Uwodziciela) panuje moda na schizofrenię, tak jak kiedyś popularne były omdlenia i sole trzeźwiące. I kto tej modzie nie podda się w literaturze, ten jest skazany na zapomnienie.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie ma miłości u Camusa, u Kafki, u Shultza, u Joyce’a? Bohaterem współczesnej wielkiej literatury jest schizofrenik lub osobnik z defektem schizofrenicznym. A taki człowiek nie umie i nie potrafi kochać. Cechuje go autyzm i stępienie uczuciowe. Jest on zaabsorbowany wyłącznie sobą. Współczesny bohater żyje „ku sobie”, a nie „od siebie”, jak żyli dawni bohaterowie. Miłość zaś wymaga życia „od siebie”, wymaga zainteresowania drugą istotą. Jak mówi Fromm: „Nie można kochać naprawdę drugiej istoty, nie kochając zarazem całego świata”.

Mój Martin Even – pisze Nienacki o jednym ze swoich bohaterów – chciał nawracać kobiety na miłość nie dlatego, że był chory, ale dlatego, że naprawdę kochał kobiety i chciał żyć „od siebie”. I zginął – zgodnie ze współczesnym smakiem i dobrym gustem.

Pisarz przewidział tu niechcący własny los. Zarówno Uwodziciela, jak i inne wspaniałe książki, takie jak Sumienie, Wielki Las, a przede wszystkim Raz w roku w Skiroławkach i Dagome Iudex znaleźć można głównie na stoiskach w przejściach wielkomiejskich dworców. Pamiętam jak chcieliśmy z Karolinką kupić w antykwariacie Skiroławki i pan właściciel powiedział: „Nie, nie mamy TAKICH książek”. Wydawnictwa też mają w tym swój niechlubny udział, gdy zaopatrują książki Nienackiego w obsceniczne okładki (najlepszy przykład – Wielki Las wyd. Euro z 1999 r.).

Tymczasem Nienacki krytykuje po prostu utarte schematy myślenia o literaturze, stara się ją odbrązowić i zarzuca jej nierealistyczność, operowanie tanim wzruszeniem za pomocą ukazywania chorych na oziębłość lub po prostu nienormalnych i psychicznie chorych bohaterów jako zdrowych i godnych współczucia nie ze względu na ich chorobę lecz na niesprawiedliwość jaka ich spotkała. Ten sąd jest nadal aktualny – mamy dziś przecież tak głośne i wychwalane pod niebiosa filmy jak np. Porozmawiaj z nią Pedro Almodovara, w którym ogarnięty chorobliwą obsesją człowiek gwałci dziewczynę w śpiączce, po czym wtrącony do więzienia popełnia samobójstwo. Na uwagę zasługuje tu fakt, że w rzeczywistości ktoś taki został by zamknięty nie w więzieniu, a w szpitalu dla obłąkanych pod ścisłą obserwacją, właśnie po to, by się nie targnął na swoje życie…

Sam Nienacki też próbuje budować swoje światy w „nieschizofreniczny” sposób. Wprowadza w życie wspaniale zarysowanych i niesamowicie plastycznych bohaterów nie tylko cnoty i przywary intelektualne i duchowe lecz także cielesne. Przez to właśnie zyskał on miano pornografa. Tymczasem, choć Wielki las rzeczywiście zawiera sporo opisów scen erotycznych, w Skiroławkach opisane są one w sposób albo czysto medyczny albo świadomie obrzydliwy, co wpisuje się w bardzo specyficzną, oryginalną i bogatą stylistykę powieści. W cytowanym w tej notce Uwodzicielu są bodajże dwie lub trzy krótkie sceny erotyczne w pełnym tego słowa znaczeniu na 304 strony.

Przecież erotyka jest częścią naszego dorosłego życia – mówił Nienacki w wywiadzie – wyrasta z naturalnego prawa do zachowania gatunku. Bez erotyki nie rodziłyby się dzieci. To, co się dzieje między mężczyzną a kobietą jest piękne, naturalne, uczciwe i moralne. (…) Myślę, że małżeństwo bez wzajemnego pragnienia siebie jest niemoralne i w ogóle nikomu niepotrzebne.

Książki Nienackiego są prawdziwe. Ich głównymi bohaterami są ludzie zdrowi psychicznie, a przy tym mają barwną, zróżnicowaną, nieraz szlachetną osobowość, którą autor wspaniale potrafi wyrazić. Nie mówię tu o cyklu przygód o Panu samochodziku, które są świetną lekturą dla młodzieży, jednak, jak sam autor przyznaje, powielają stare archetypy właściwe literaturze popularnej (tak samo jak utwory Karola Maya czy Juliusza Verne’a, które uwielbiałem w dzieciństwie). Późniejsze utwory Nienackiego nie są popularne, choć wrzuca się je do szufladki z napisem „czytadła”. A niepopularność wraz z popularnościową etykietką to chyba najgorszy los, jaki może spotkać dzieła tak odkrywcze, uniwersalne i mądre.

Żałuję, Panie Zbigniewie, że już nic Pan nie napisze. Żałuję, że nikt nie podjął tego, co niósł Pan przez Uwodziciela, Skiroławki i Dagome Iudex, lecz pojawiają się tylko niegodne oryginału sequele Pana Samochodzika, pisane pod pseudonimem dla pieniędzy. Żałuję, że nie mogę dziś pojechać do Jerzwałdu, zapukać do drewnianych drzwi i powiedzieć Panu, że nie tylko Pan Samochodzik potrafi zwabić czytelników. Myślę, że kiedyś, kiedy schizofrenia przestanie być modna, ktoś wydobędzie Pana książki ze śmietnika literatury i ustawi je tam, gdzie powinny się znaleźć, tam, gdzie stoją u mnie – na najwyższej i najważniejszej półce.

o chwilach wspólnej praktyki z Leonardem Cohenem

Byliśmy dziś z Karolinką w kinie na filmie o „Tybetańskiej Księdze Umarłych”. Przybyliśmy późno, a ludzi było sporo. Wszystkie miejsca w fotelach i pod ścianami były zajęte, natomiast przed pierwszym rzędem jacyś młodzi ludzie urządzili sobie miejsca leżące i półleżące. Dołączyliśmy do nich. Niewielka sala kinowa, pełno ludzi siedzących, kucających, stojących i leżących, blask ekranu, opowieść o tybetańskich rytuałach i buddyjskiej kosmologii, Leonard Cohen w roli lektora – klimat iście beatnikowski!

Mało kto wie o tym, że Cohen jest lektorem w tym filmie. Ja nie wiedziałem. Ogarnęło mnie trudne do opisania przyjemne uczucie, gdy usłyszałem jego głęboki, niesamowity głos. Była to być może osłabiona wersja wrażenia, jakie miałby miłośnik muzyki Cohena praktykujący zen, który trafił na odosobnienie akurat do tego klasztoru, z którym związany jest artysta. I oto ów miłośnik siedzi w dojo gotów do medytacji, a w drzwiach zjawia się jego idol w mnisich szatach, po czym okazuje się, że będzie prowadził medytację.

Ja również poczułem się nagle tak, jakbym w pewnym sensie był z Cohenem w jednej paczce. Oto pojawił się nie jako muzyk, którego twórczość od ósmego roku życia podziwiam, lecz jako kapłan, by wziąć udział w przekazaniu Dharmy dla naszego wąskiego grona praktykujących.

Co do kosmologii – zauważyłem, że cały ten system światów i sfer (dewowie, asurowie, ludzie, zwierzęta, pretowie i demony), wędrówka świadomości, brak początku i końca, cała buddyjska koncepcja wszechświata wydaje mi się dziś znacznie bardziej naturalna i „trzymająca się kupy” niż chrześcijańskie niebo, piekło, ziemia, prapoczątek, chaos i Słowo. Jeszcze trzy lata temu patrzyłem na ten cały wschodni majdan jak na radosną twórczość wariata, a w wizjach biblijnych nie widziałem nic dziwnego.

Kto ma więc rację? Która wizja jest prawdziwa? Logicznie wywnioskować się tego nie da w żaden sposób – nie możemy przeanalizować racjonalnie czegoś, co jest poza nami. Intuicja okazuje się z kolei zwodna, skoro wskazuje mi na tę koncepcję, z którą po prostu częściej obcuję. Wgląd mistyczny zatem? Ten jest ponoć z kolei w dużej mierze uwarunkowany kulturą i wierzeniami.

Rację chyba mają może nie tyle buddyści, ile Budda, gdy mówił o tym, że takie spekulacje do niczego nie prowadzą i że szkoda na nie drogocennego czasu.

o tym, że urodziłem się o wiele za późno i o wiele za daleko na wschód

Obejrzałem The Last Waltz Martina Scorsese’a o ostatnim koncercie zespołu The Band. Takie filmy wzbudzają we mnie emocje jak u małego chłopca – podziwu pomieszanego z zazdrością i chęcią do działania, grania, śpiewania, zabawy w wielki zespół.

Ale jak mam się bawić, skoro mam 26 lat? Nie mam jeszcze dzieci, z którymi mógłbym. A nawet gdyby udało mi się założyć zespół, to taka muzyka nie jest już w modzie.

Chyba znów muszę wejść do starej szafy dziadka, gdzie trzyma on wehikuł czasu, nastawić datę na lata 60., miejsce na Greenwich Willage, Missisipi albo Nashville i trochę tam zabawić…

sen

Dzisiejszy sen fantastycznie sportretował obecny stan mojej psychiki w czasach nacisków, tęsknoty, mieszkania w cudzym domu, niepewności i uzależnienia materialnego od innych. Nadmienię jeszcze, że oglądałem przed zaśnięciem zakończony masakrą film Meet the Feebles o szmacianych kukłach, narkotykach, pornobiznesie i całą zgnilizną artystycznego światka wielkich amerykańskich miast.

Chodziłem do szkoły. Mieliśmy bardzo dziwną lekcję o narkotykach. Dostaliśmy przepisy na najróżniejsze substancje, powiedziano nam wszystko o szkodliwości zażywania owych substancji, po czym wraz ze składnikami potrzebnymi do ich sporządzenia wysłano nas do domu. Oczywiście, kiedy lekcja się skończyła, wszyscy zażyliśmy wyprodukowane przez nas prochy. Sen był na tyle realistyczny, że nie pamiętam dokładnie tego, co się działo potem. Tyle tylko do mojej świadomości doszło, że przez piwnice, korytarzami, wzdłuż których biegły rury wydostałem się jakoś na tyły szkoły (okazało się nią być moje liceum w Chełmie). I tu rozpoczęła się odyseja.

Miasto było pogrążone w półmroku, wszystkie budynki i staroświeckie latarnie zdawały się być krzywe, ludzie zaś i samochody poruszały się bezszelestnie i powoli, jakby centymetr nad ziemią. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Panował jakiś dziwny, bagienny zaduch, a w powietrzu unosiła się mgła, przez którą ledwie przebijały się światła mieszkań. Nie wiem dokąd szedłem ani czego szukałem. Czułem się całkowicie zagubiony i nieszczęśliwy. Nie pamiętam zbyt wiele. Pamiętam, że ktoś mi powiedział, a może był to tylko głos w mojej głowie, że mogę iść na skróty kanałami. Wszedłem więc w pierwszą napotkaną studzienkę kanalizacyjną i brnąc po kolana w szlamie, wdychając narkotyczne opary, sunąłem przed siebie. Gdy już wydawało mi się, że zaraz się uduszę, korytarz zaczął się podnosić i wyszedłem na ulicę, która wyglądała jak Lwowską, ale budynki były wyższe i pochylały się złowrogo nad brukowanym chodnikiem. Usłyszałem na górze hałas. Na balkonie na pierwszym piętrze jednej z kamieniczek stała kobieta w skórzanej, jaskrawoczerwonej kurtce. Balkon połączony był ze schodami prowadzącymi na ulicę. Kobieta mówiła rozpaczliwym tonem w stronę drzwi od balkonu, za którymi prawdopodobnie stało jej dziecko:
– Przepraszam cię, moje maleństwo, ja naprawdę już nie mogę. Nie wytrzymam ani chwili dłużej…
Poczułem do tej kobiety nagłe współczucie i pomyślałem, że muszę z nią porozmawiać, bo intuicja mówiła mi, że jesteśmy w podobnej sytuacji. Ale wtem przestąpiła ona balustradę i poleciała w dół. Upadła kilka metrów ode mnie martwa jak czerwony worek cementu albo kukła z Feeblesów. Poszedłem dalej.

Kiedy dotarłem do domu, wróciła mi pełna świadomość, zupełnie tak, jakbym się obudził. Opowiadałem mamie co zaszło. Kręciła głową, nic nie mówiąc. Po chwili pojawił się ojciec, który wrócił od babci zdenerwowany i powiedział, że babcia straciła przytomność i do wtorku na pewno umrze (babcia, jak pisałem na samym wstępie tego bloga, umarła późną jesienią). Zobaczywszy mnie, zaczął mi robić wyrzuty, że się szlajam nie wiadomo gdzie, zamiast ją odwiedzić i że teraz jest za późno. Próbowałem mu tłumaczyć, że to był jakiś sen i nie zdawałem sobie w nim sprawy z istnienia czegokolwiek, nawet babci.
– Tylko ze swojego istnienia zdajesz sobie sprawę, prawda?!- mówił swoim podniesionym, zirytowanym tonem. – Ważne są dla ciebie tylko jakieś kanały i samobójstwa obcych ludzi!
Wpadałem w coraz większą wściekłość. Przewróciłem stół.
– Gdybym wiedział, że z babcią tak źle, poszedłbym do niej!
– To było się dowiedzieć! Byłeś w mieście, nikt nie bronił ci wstąpić na chwilę po drodze!
– Ja nie wiedziałem co robię, rozumiesz? To był sen!
– To dlaczego nie przyśniło ci się, żeby pójść do babci? Tylko o sobie myślisz!
Kłócąc się z nim, zacząłem miotać się po kuchni rozwalając w bezsilnej złości wszystko, co mi wpadło w ręce.
– Tak, niszcz wszystko, niszcz – mimo, że zły, wydawał się panować nad sobą doskonale. – Udowodnij tym, że obchodzi cię cokolwiek poza tym, co roi się w twojej głowie.

Zadzwonił budzik. Obudziłem się z uczuciem straszliwej samotności, totalnym mętlikiem w głowie i wyrzutami sumienia, które tylko trochę zniwelowało uświadomienie sobie że jestem nie w Chełmie, a w Woli Blakowej i że babcia spoczywa w spokoju na cmentarzu pod lasem, gdzie szumią drzewa i księżyc świeci najjaśniej.