szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: Eckhart Tolle

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości, s. 232-235

Nie przypuszczałem, że tak szybko będę tego potrzebował. Potęga teraźniejszości stała się dla mnie czymś w rodzaju katechizmu.

Większość ludzi wciąż jeszcze tkwi w nieświadomości, a twardą skorupę ich ego strzaskać może jedynie krytyczna, graniczna sytuacja, zmuszając ich do poddania, a tym samym wyrywając ze snu. Sytuacje takie powstają, gdy wskutek jakiegoś kataklizmu, drastycznego przewrotu, głęboko przeżywanej straty czy innego rodzaju cierpienia cały twój świat nagle się wali i przestaje być zrozumiały. Jest to spotkanie ze śmiercią – fizyczną lub psychiczną. Umysł egotyczny, stwórca tutejszego świata, obraca się w ruinę. Z popiołów starego może się wtedy wyłonić świat nowy.potega terazniejszosci

Nie ma oczywiście żadnej gwarancji, że nawet i sytuacja graniczna spełni to zadanie, zawsze jednak istnieje szansa. U niektórych ludzi sytuacje graniczne jedynie wzmagają opór przed tym, co j e s t, a wtedy zaczyna się droga przez piekło. Inni poddają się tylko częściowo, lecz to już wystarcza, żeby zyskali nieznaną im wcześniej głębię i pogodę ducha. Gdy odpadnie choćby część skorupy ego, przez powstałą w ten sposób szczelinę może błysnąć odrobina promiennego spokoju, ukrytego za barierą umysłu.

Dzięki sytuacjom granicznym zdarza się wiele cudów. Niektórzy mordercy osadzeni w celach śmierci zaledwie na kilka godzin przed egzekucją uwalniają się od ego, odkrywając głęboką radość i spokój, jakie zawsze towarzyszą temu wyzwoleniu. Wewnętrzny opór wobec sytuacji, w której się znaleźli, staje się w pewnej chwili tak silny, że zadaje im nieznośne katusze, a tu nie majak zrobić uniku, nie ma dokąd uciec: zamknięta jest nawet droga w przyszłość, wyświetloną z umysłu. Skazaniec musi więc w pełni zaakceptować to, co wydaje się nie do zaakceptowania. W obliczu przemożnej siły zmuszony jest się poddać. Osiąga dzięki temu stan łaski, z którym idzie w parze odkupienie: całkowite uwolnienie od przeszłości. Oczywiście cud łaski i odkupienia tak naprawdę dokonuje się wcale nie za sprawą sytuacji granicznej, lecz poddania.

Ilekroć więc stajesz wobec katastrofy albo coś mocno się „psuje” (katastrofą może być choroba, kalectwo bądź inna niemoc, utrata domu, majątku albo tożsamości społecznej, rozpad związku z kimś bliskim, śmierć lub cierpienie kochanej osoby czy wreszcie zapowiedź własnej rychłej śmierci), wiedz, że jest to tylko jedna strona medalu, a ciebie zaledwie jeden krok dzieli od czegoś niewiarygodnie ważnego: całkowitej przemiany metali nieszlachetnych, jakimi są ból i cierpienie, w złoto. Ten brakujący krok nazywa się „poddanie”.

Nie twierdzę, że w tego rodzaju sytuacji nagle znajdziesz szczęście. Nie, nie znajdziesz go. Ale strach i ból przeistoczą się w spokój wewnętrzny i pogodę ducha, pochodzące z ogromnej głębi, z samego Nieprzejawionego. Będzie to „pokój boży, przekraczający wszelkie rozumienie”. W porównaniu z nim szczęście jest stanem bardzo płytkim. Wraz z tym promiennym spokojem pojawia się świadomość – nie na poziomie umysłu, lecz w głębi twojego Istnienia – że jesteś niezniszczalny, nieśmiertelny. Nie jest to wiara, ale niezbita pewność, która nie potrzebuje żadnych zewnętrznych potwierdzeń ani dowodów z drugiej ręki.

I jeszcze:

(…) Skoro nie umiesz pogodzić się z tym, co się dzieje na zewnątrz, zgódź się na to, co tkwi w tobie samym. Skoro nie możesz zaakceptować stanu zewnętrznego, zaakceptuj wewnętrzny. Innymi słowy: nie wzbraniaj się przed bólem. Pozwól mu zaistnieć. Poddaj się żalowi, rozpaczy, lękowi, osamotnieniu – cierpieniu we wszelkich postaciach. Obserwuj je, nie opatrując go myślowymi etykietkami. Otwórz się przed nim. I zobacz, jak cud poddania przeistacza głębokie cierpienie w głęboki spokój. To właśnie jest twoje ukrzyżowanie. Pozwól, żeby stało się twoim zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem.

Klimaty prusko-tybetańskie

IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

Dziwny wpis, jak na nocnego grajka

IMG_0350Odkąd zacząłem znowu medytować, wprowadzając medytację w codzienne życie, przestawił się mój zegar biologiczny. Przez tyle lat usiłowałem zmienić swoje „godziny otwarcia” z 11-3 na, powiedzmy, 8-24. I nic. Teraz wreszcie się udało. Również dlatego, że ułożyłem sobie inaczej plan dnia – tak, żeby motywował mnie do wstania rano. Pracę staram się bowiem zaczynać najwcześniej w południe, a najlepiej dopiero po obiedzie i nie dbam o to, by skończyć ją przed 23. W ten sposób mój wolny czas przypada na poranek i zwyczajnie szkoda mi go przesypiać. A po skończonej pracy tak mi się już chce spać, że nie mam ochoty na nic, uderzam zatem w kimę mocno i zdecydowanie.

Myślę jednak, że bardziej pomogła mi w dokonaniu tej zmiany orientacja na „teraz”.  A to dlatego, że na początku nie udało się. Nie ważne dlaczego. Po prostu skończyło się tak jak za każdym razem, gdy próbowałem przestawić godziny snu. Zasiedziałem się nad jakąś grą i następnego dnia wstałem o 10. Wcześniej jednak zupełnie inaczej patrzyłem na ten fakt. Miałem w głowie historię o tym, że przechodzę nieudaną próbę, muszę zebrać siły na kolejną, przemyśleć strategię itp. Kolejna akcja następowała po kilku miesiącach, gdy późne chodzenie spać i wstawanie znów dawało mi się szczególnie mocno we znaki. Tym razem żadnych takich refleksji nie miałem. Może gdzieś tam się tłukły po mózgu, ale po prostu nie zwracałem na nie uwagi, bo w znacznie większym niż kiedyś stopniu skoncentrowany jestem na obserwacji, na danym momencie. Wprawiłem się w tym do tego stopnia, że teraz, gdy piszę te słowa, nie tylko o nich myślę, ale czuję też klawiaturę pod palcami, słyszę przyjemne klikanie klawiszy, słyszę ptaka za oknem, zauważam własny oddech… i uśmiecham się. Po nieudanej próbie położenia się spać o pożądanej porze po prostu ją wznowiłem. Od razu, następnego dnia. W pewnym momencie coś musiało się ruszyć w moim biologicznym mechanizmie, bo nawet po koncertowym after-party, które skończyło się ok. 2 w nocy, wstałem bez problemu o 8 i poczułem się senny dopiero po południu. Po smacznej drzemce wszystko wróciło do normy i przed północą smacznie chrapałem. Żadnych analiz, refleksji, znajdowania problemów i szukania rozwiązań. Dobrze mówi Tolle: tu i teraz nie ma problemów. Problemy są tylko w przyszłości lub w przeszłości. Chwilę obecną albo akceptujemy taką, jaka jest, albo się z nią mierzymy i coś zmieniamy – również tu i teraz. Gdy nie możemy nic zmienić, pozostaje nam tylko akceptacja. Gdy zmiana będzie już możliwa, dokonujemy jej.  Ale wtedy też jest „teraz”.  Kwestia mojego przestawiania zegara biologicznego to świetny przykład na to, jak coś rozwiązać dzięki zaprzestaniu robienia z tego problemu.

No to teraz do roboty! Już 14…

A zimą… wschody słońca na co dzień… Ech…

Potęga teraźniejszości

To, co negatywne, jest absolutnie sprzeczne z naturą. Ponieważ zaś wszystko, co negatywne, zanieczyszcza psychikę, istnieje głęboki związek między zatruciem i zniszczeniem przyrody a ogromnymi pokładami negatywizmu, nagromadzonymi w zbiorowej psychice ludzkiej. Żadna inna forma życia na kuli ziemskiej nie wie, co to negatywizm: znany jest on wyłącznie ludziom; żadna też spośród innych form życia nie zadaje gwałtu planecie, której zawdzięcza samo swoje trwanie, ani planety tej nie zatruwa. Widziałeś kiedyś nieszczęśliwego delfina, żabę, która miała problemy z samooceną, kota, co nie potrafił się zrelaksować, albo ptaka hołubiącego nienawiść i urazę? Jedynie zwierzęta żyjące w bliskim kontakcie z ludźmi i poprzez nich wchodzące w kontakt z ludzkim umysłem oraz jego obłędem zdradzają czasem coś w rodzaju negatywnych skłonności czy objawów nerwicy. Przyjrzyj się dowolnemu zwierzęciu lub roślinie i ucz się od tego żywego organizmu, jak w pełni akceptować to, co jest – jak poddać się teraźniejszości. Niech zwierzę lub roślina uczy cię Istnienia. Niech cię uczy rzetelności – tego, jak być jednią, jak być całym, być sobą, być rzeczywistym. Niech cię uczy, jak żyć i umierać – i jak z życia i z umierania nie robić problemu.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości

potega terazniejszosciMógłbym cytować Tollego tutaj cały czas. Od kilku tygodni mój umysł zanurzony jest w treści jego książki, a ja dość często w medytacji, która wykroczyła poza siedzenie przed ścianą i zajmuje coraz więcej miejsca w codziennym życiu. I jest tak, jak autor pisze we wstępie – nie czytam niczego nowego. Przypominam lub uświadamiam sobie to, co już wiem lub gdzieś tam we mnie trwało od zawsze.

Trudno jest pisać o życiu, o tym, co było, gdy człowiek nie zajmuje się przeszłością. Ale chciałbym napisać o takiej jednej przygodzie, która mi się przytrafiła kilka dni temu w Portugalii. Zatem „stay tuned”. W końcu się zbiorę i napiszę.

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…