szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: dzieci (page 1 of 2)

Zabawa w zabijanie

IMG_7404_1„Dzieci ogladają za dużo przemocy, grają w krwawe gry i to ma katastrofalny wpływ na ich psychikę, bo bawią się w zabijanie” – grzmią media, eksperci (np. ci) i wszyscy ci mądrzy ludzie, którzy często nigdy nie mieli dzieci (jak np. księża).  Moje dziecko nie ogląda bajek o zabijaniu – telewizji nie mamy, z netu leci tylko Chuck i przyjaciele, Mali Einsteini itp. Gry – układanki, kuleczki, wyścigi. Najbardziej brutalna to Angry Birds. Broni zabawkowej też nie ma, tylko rycerzy i piratów Playmobil i Lego. Czasem najwyżej zobaczy coś przelotnie w TV u kolegi albo u dziadków. Ale bawi się w zabijanie cały czas – chodzi do przedszkola, więc robi to, co inne dzieci. A pistolet robi sobie z patyków.

Myślę, że dziecko w zabawie (szczególnie samodzielnej) układa sobie emocje, wyładowuje się. To dla niego czas wręcz intymny, czasem jedyny, gdzie wszystko jest pod jego kontrolą i nikt mu się nie wtrąca. A ma co wyładowywać – na każdym kroku od takiego pięciolatka ktoś czegoś chce: musi wstawać rano, musi to i tamto wtedy, gdy rodzice lub pani każe, ma się zachowywać w sposób cywilizowany przy ludziach, w szkole, każdy patrzy mu w talerz, kontroluje go… Ciężkie jest życie okruszka. Niech więc sobie robi wojny, bitwy i pojedynki, jeśli tego potrzebuje. Lepsze to, niż gdyby miał tłuc dzieci i nas, niszczyć meble i sprzęt. Trudne emocje też jakoś trzeba wyrazić, tymczasem wielu sposobów stosować (i znowu) „nie wolno”.

Straszenie, że przez przemoc w mediach i grach dzieci są takie, a nie inne, to bzdura. W ogóle nie tędy droga.

minionkowa masakra (niepolecanka)

Gdy Minionki szalały z zachwytu nad festiwalem zła, zacząłem częściej spoglądać na ekran znad książki. Gdy na ekranie pojawiło się wnętrze samochodu złodziei i dzidziuś na przednim siedzeniu podał ojcu pistolet, przestałem czytać. A kiedy Minionki zaczęły pomagać złej Scarlett O’Haracz, uzmysłowiłem sobie, że zawsze powinienem oglądać przynajmniej we fragmentach to, co ogląda mój pięciolatek. Bo Minionki oglądał już czwarty raz. Uwielbia je. Ale wróćmy na ekran: podczas sceny w sali tortur i zabaw na szubienicy zawołałem żonę i odtąd oglądaliśmy całą trójką. A gdy parodia kolesia z Teksańskiej Masakry Piłą Łańcuchową odpaliła narzędzie, a Wojtuś stwierdził „Chce ich przepiłować”, powiedziałem:
– Przecież to jest straszne.
– Dla mnie nie jest straszne – oświadczył synek. – Dla mnie jest fajne.

Cały problem z Minionkami polega na tym, że nie ma w tym filmie prawie żadnych pozytywnych postaci, a główni bohaterowie też czynią zło jako niemądre stworki służące każdemu, kto im akurat wpadnie w oko. Podłość, makabra i okrucieństwo przedstawione są umownie, za pomocą fajnej animacji – tak, że dzieci… mogą się spokojnie z nimi utożsamić. Tymczasem dla najmłodszych wyraźna granica między dobrem a złem jest niezwykle ważna. Zatem rodzice – sami obejrzyjcie kilka scen, a najlepiej całość, zanim zdecydujecie, żeby Wasze dzieci to oglądały. Szczególnie te młodsze. To nic, że w McDonaldsie do posiłków dla dzieci dają figurki Minionków, to nic, że wyglądają one słodziej niż Teletubisie, to nic, że w supermarketach można kupić skarpetki z Minionkami w rozmiarze dla czterolatków. Moim zdaniem film nie nadaje się dla dzieci młodszych niż 7-8 lat. Osobiście w ogóle nie widzę w tej animacji niczego wartościowego. Może poza tym, że film pozwala zauważyć fakt, że zło niekoniecznie bierze się z chciwości lub znikąd, ale czasem z głupoty. Zastanawiam się, czy to komuś specjalnie zależy na postawieniu moralności do góry nogami u dzieci wychowywanych przez popkulturkę, czy to po prostu beznadziejna wypadkowa kapitalizmu i nastawionego na łatwy zysk przemysłu. Mam nadzieję, że to drugie, bo ponoć pierwszy film z Minionkami nie jest aż tak bezsensowny.

Żeby nie było, że jeno grzmię z ambony, polecam inną bajkę, na którą nie szkoda wydać ani złotówki w kinie: Song of the Sea, czyli w wersji polskiej Sekrety morza. Piękna opowieść dla dorosłych i ciekawa dla dzieci. Z muzyką i rysunkami, które zapadają w pamięć na długo. Wybieramy się też z chłopakiem na W głowie się nie mieści – bajkę o… emocjach. Najwartościowsze są chyba te filmy, przy których dziecko może się nie tylko pośmiać, ale i poznać samego siebie i to, co w nim siedzi.

 

 

wyznanie

P1100158Jedną z rzeczy, którą poczytuję sobie za sukces wychowawczy jest to, że mój synek dzieli się ze mną wątpliwościami natury etycznej w sposób bardzo bezpośredni. Po prostu mówi o tym, co mu się przytrafiło i jak zareagował, nawet jeśli istnieje ryzyko, że mi się to nie spodoba. Nawet jeśli wie, że mi się to nie spodoba. Najczęściej okazuje się, że potrzebuje wyjaśnienia, dlaczego coś moim zdaniem jest niewłaściwe. Bardzo to sobie cenię i uważam, żeby nie oceniać go i nie prawić mu kazań, nawet jeśli urwis przyznaje się, że dał komuś w ucho. Na razie udaje mi się reagować przede wszystkim pytaniem, co on o tym myśli, i wspólną analizą sytuacji. W ostateczności, jeśli analiza owa prowadzi na manowce i aż się prosi o autorytarny zakaz lub nakaz (co zdarza się bardzo rzadko), mówię na przykład: „No okej, rozumiem, ale mnie się to nie podoba, wolałbym, żebyś wtedy postąpił inaczej”. Wtedy on pyta dlaczego albo mówi „A mnie się podoba!”. I wtedy zmieniamy perspektywę rozmowy i dochodzimy do konstruktywnych wniosków, zwieńczając wymianę myśli scenariuszem hipotetycznie powtórzonej sytuacji, w której Wojtuś postępuje już inaczej.

Dzisiaj jednak do rozmowy nie doszło, za to Wojtek swoim wyznaniem rozwalił mnie kompletnie. Kąpał się w wannie, a ja się goliłem. I ni stąd ni zowąd z wanny wydobywa się taki oto monolog:
– A wiesz, tato? W przedszkolu na placu zabaw dwie dziewczynki wchodziły po zjeżdżalni w czasie, gdy zjeżdżałem, i ja uderzałem je niechcący w ramię. To była starsza dziewczynka i młodsza. I ja tej młodszej powiedziałem: „Jak nie chcesz, żebym cię uderzał, to nie wchodź tędy, tylko po drabince!”. A tej drugiej tego nie powiedziałem, tylko za każdym razem mówiłem: „No? No?”.
Odwróciłem od niego na chwilę głowę, nie mogąc powstrzymać śmiechu, i czekałem na dalszy ciąg. Ale nie było dalszego ciągu.
– Wiesz, tato? – Wojtuś ewidentnie czekał na reakcję.
– A dlaczego tej drugiej mówiłeś tylko „No? No?” – zapytałem neutralnym tonem, gdy już się uspokoiłem.
– No bo… no booo… no bo tak – wydusił z siebie po namyśle.
– Nie powiesz mi?
Zawahał się. Rozumek pracował bardzo intensywnie. W końcu powoli rzekł:
– Nnnie.
– Czemu?
– Eeee… booo… bo nie.

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

o nocach, dniach i wieczorach ostatnich

Nie widziałem zorzy polarnej. Mój aparat widział, ale zdjęcie jest zbyt słabe, żeby się nim chwalić, szczególnie gdy wokół tyle wspaniałych fotografii tego zjawiska. Niestety, akurat niedawno, po długim oczekiwaniu naprawili nam latarnię koło chałupy, o co sami zabiegaliśmy. I dobrze, można śmieci wieczorem wynosić bez latarki. Tego wieczoru jednak mogliby latarń nie włączać – piękniej byłoby na świecie.

Przez ostatnie trzy noce towarzyszyły mi bardzo konkretne, mocne i jakby symboliczne sny. Symbole, których się w nich dopatrzyłem, były bardzo niepokojące. Patrząc na wszystko racjonalnie, mogłem znaleźć przyczynę owych snów w tym, co ostatnio u mnie się działo i takie podejście uspokoiło mnie trochę, chociaż i tak bliżej mi do najbardziej nawet niepokojących wyjaśnień ponadzmysłowych. Oczywiście tylko do tych, które pochodzą z bliskich mi tradycji myślenia i odczuwania. Dlaczego mimo solidnej racjonalistycznej bazy odziedziczonej przez wychowanie, racjonalizm i tłumaczenie wszystkiego nauką mnie w ogóle nie ciągnie? Po prostu wolę żyć w świecie, w którym życie i śmierć mają sens, a nie tylko przyczynę i skutek. Choćby nawet w owym świecie więcej było pytań, przeczuć i niewiadomych niż „prawdy” i odpowiedzi. Tym lepiej!

Siedzimy w domu z synkiem, bo K. włóczy się gdzieś po małopolskich gęstwach zaludnienia. Pamiętam, że jeszcze dwa lata temu bardzo tego nie lubiłem, choć nie dawałem tego po sobie poznać, bo cieszyłem się jednocześnie, że żonka wyściubia czasem nos poza wioskę. Teraz sytuacja jest inna – radzimy sobie znakomicie i cieszę się, że synek odciąga mnie od komputera, każąc sobie zrobić na przykład maszt i żagiel do statku pirackiego, który sobie urządził w stojącej na polu wannie. Dzisiaj właśnie maszt został umocowany, a na naszym najpiękniejszym niebie na świecie ukazał się widok, który mógłbym nazwać widokiem nie z tej ziemi, gdyby nie był to widok jak najwspanialej z tej ziemi właśnie.

Wiecie co?

Chrzanić zorzę polarną. :)

P1140696 P1140693

P1140689

o tym, że za lat kilkadziesiąt wybitny polski językoznawca i patriota może nazywać się George, i co z tego wynika

Postrzyżyny_MieszkaJuż od niedzieli będzie można nadać swojemu potomkowi imię Justin, Brad, Kim, a może nawet Kardashian. Smutne to trochę, choć przecież nie można ludziom zabraniać nazywać dzieci, jak chcą. Język, czyli to, co chyba najwyraźniej definiuje daną kulturę, powoli zaczyna się zwijać z naszej krainy.  Biorąc pod uwagę dominację kultury anglojęzycznej, czeka nas pewnie powolny zanik jednej z najbardziej pierwotnych i podstawowych rzeczy, która trzyma człowieka przy jego kulturze – imienia.

Z językiem w muzyce sprawa ma się coraz gorzej już od dłuższego czasu. Pewnego razu trafiłem na zestawienie najlepiej zapowiadających się wykonawców 2015 roku. Wśród kilkunastu zespołów i solistów tylko jeden czy dwoje nazywało się tak, że można było to podciągnąć pod język polski. A i tak śpiewają głównie po angielsku. I mamy taką sytuację: polskojęzyczny artysta śpiewa dla polskojęzycznej publiczności po angielsku, kalecząc mniej lub bardziej wymowę. Ludzie się cieszą, klaszczą… Kiedy to się stało normalne? Bo dla mnie taki obrazek wali po oczach (i uszach przede wszystkim) absurdem. Uśmiałbym się jak dziki osioł, gdyby w gruncie rzeczy nie było to smutne. Stajemy się pomału kulturową kolonią Stanów Zjednoczonych. Na własne życzenie. Bo kto nam zabroni?

o zstępowaniu światła i owocach jakie wyda jesień

Brzozowy pieniek nie posłuży już w tym roku za siedzisko. Przeniosłem go znad kręgu kamieni, gdzie leżą jeszcze niedopalone polana z ostatniego ogniska i ustawiłem przy pozostałym z zeszłej zimy stosiku niskokalorycznego drewna. Po raz pierwszy tej jesieni rozległ się na naszym podwórku odgłos rąbanej sosny.

Kurtka wisząca w przedpokoju pachnie jeszcze starą szafą. We wsi cisza. Nawet szosa do Warszawy pomrukuje tylko raz po raz jak przez sen. Jezioro opustoszało, dzikie plaże znów stały się dzikie i piękne. Sierpniowy słoneczny blask zniknął z nieba i osiadł na koronach drzew jak szron, by rozpalać je powoli do czerwoności, żółci i brązu. Rozebrane do naga pola przeciągają się przed zimowym snem. Ziemia wzdycha głęboko przed długim odpoczynkiem.

A w naszym życiu jesień to czas oczekiwania. Akurat teraz, gdy świat wokół pogrąża się w zimowym śnie, w naszym domu dojrzewa owoc, który rozświetli nasze życie w sposób dotychczas niespotykany. Wraz z pierwszym mniej-więcej śniegiem będziemy jak zwykle patrzeć sobie w oczy, ale już nie we dwoje tylko we troje. I żadna obawa, żaden materialny bałagan, żadne „wywracanie się świata do góry nogami” nie jest w stanie nawet odrobinę naruszyć potężnych i jasnych prądów, frontów, strumieni i oceanów miłości, jakie ode mnie w tamtą stronę płyną.

o tym jak można prosto, a pięknie

Słucham sobie dziś płyt, które dostałem od kolegi i nagle…

Pomyśl Ty czasem o innych,
czasem też dla nich coś zrób.
Gdybyś tak kogoś szczęśliwszym
uczynił choćby o ciut…

Świata to pewnie nie zmieni,
a co najwyżej Ciebie
i może coś tam przybędzie
na Twoim koncie w niebie.

Co warte inaczej całe to Twoje istnienie,
jeśli Ty żyjesz tylko sam dla siebie
i jeśli nie chodzi po tej ziemi żaden człowiek,
któremu serce drgnie na myśl o Tobie?

Głupcom głupotę ich wybacz,
no po co zaraz się tak złościć.
Odpuść i tym co zasiali
nienawiść w sercu Twoim.

Żonie kup kwiaty na Solnym na przykład,
nie musisz zaraz gwiazdki z nieba,
i chroń tę Waszą świętą bliskość –
pielęgnuj, dbaj, podlewaj

I przypominaj sobie, przypominaj,
tak łatwo się zapomina
o tym, co ważne, dobre, mądre,
z pozoru drobne.

Waldemar Śmiałkowski, Przypominanie

Śpij
Rankiem gdy się zbudzisz
Znajdziesz na poduszce lalkę lub pajaca
Śpij
Jutro pójdziesz do ludzi
Będziesz się uczyć wybaczać i dawać

Nie kupi ci tata karabinów i czołgów
Samochodów pancernych podwodnych łodzi
Ołowianych żołnierzy pistoletów bombowców
bo tata nie z tego jest świata

Śpij
Nabieraj sił
Na wszystkie naiwne i trudne pytania.
Śpij
Gdy obudzisz się – żyj
Postaraj się być częścią tego świata

Waldemar Śmiałkowski, Kołysanka dla Mateusza

Sami posłuchajcie – http://www.myspace.com/waldemarsmialkowski

o wewnętrznym dziecku

Jeśli masz ochotę zrobić coś, czego jeszcze nigdy nie robiłeś – śpiewać, malować, lepić garnki – zrób to jak najszybciej!

Ewa Foley

:o)

Older posts