szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: duchowość (page 1 of 3)

Gdy całe życie staje się chwilą

Oglądaliśmy film. Gdy się skończył, K. powiedziała, że idzie coś zjeść. I nagle dopadł mnie lęk. Miałem ochotę powiedzieć, żeby nie szła, bo boję się, że już nie wróci.

Prawie 8 tygodni po zdiagnozowaniu u niej śmiertelnej choroby i 6 tygodni po tym, jak się okazało, że w jej przypadku nie okaże się ona najprawdopodobniej śmiertelna, po tych dwóch miesiącach medytacji, przemyśleń, intensywnego rozwoju świadomości nas obojga dopiero teraz naprawdę poczułem, że ona i tak odejdzie. Że odejdzie też nasz synek, a wcześniej – mam ogromną nadzieję – odejdę ja. Poczułem to tak, jakby miało to się stać za chwilę. Co za różnica – za miesiąc, za rok, za 50 lat? To wszystko i tak się skończy.

IMG_6419 (2)Dopiero teraz naprawdę to poczułem, choć wydawało mi się, że jestem tego świadom. Okazało się też, jak wielka niezgoda jest we mnie, jak wielki lęk. Gdyby nie te wszystkie medytacje i uważność, przestraszyłbym się jeszcze jednej rzeczy – że zwariowałem albo że zgorzkniałem, że opanowała mnie ciemność. I powiedziałbym sobie: „Przestań w tej chwili, myśl pozytywnie!”. Ale to nie był zwykły dół, to było olśnienie, tyle że… ciemne. Do tego właśnie prowadził mnie mój sentymentalizm, wiele razy pobrzmiewało to odkrycie w chwilach nagłego smutku w obliczu czegoś pięknego i cudownego – Japończycy nazywają to mono no aware.

Odsuwałem na bok sentymentalizm już od pewnego czasu jako rzecz, która za bardzo przywiązuje mnie do materialnego aspektu istnienia. Pewnego dnia, gdy jechałem do szpitala, gdzie leżała K., i myślałem o naszym względnie beztroskim życiu na skraju wsi i o domku nad jeziorem, od którego się ono zaczęło, wyobraziłem sobie, że zrywam wszystkie te wspomnienia jak wielki plakat z szyby, gniotę w kulkę i wyrzucam przez okno auta. Bez żalu, na zimno. Było w tym tylko trochę złości, że mamiłem się tą wizją przez tyle czasu. Może odrzucony sentymentalizm wrócił właśnie do mnie w silniejszej postaci na podobnej zasadzie, co stłumione emocje wracają pod postacią bólu czy choroby? Niewykluczone, że prawdziwy cel obecnych w większości ścieżek duchowych wyrzeczeniu i dyscyplinie jest właśnie taki – stłumić słabe komunikaty od życia po to, by otrzymać komunikat silniejszy, bardziej sprawczy. Zmienić wygodne, przestronne pomieszczenie, po którym snuje się lekki przeciąg, w ciasny korytarz, w którym rozpędzić się może prawdziwy wicher.

Tak czy inaczej wierzę, że to po prostu kolejny etap drogi. Właściwa świadomość, jakby powiedział buddysta. Memento mori. Następnym przystankiem będzie pewnie pogodna akceptacja faktu, że jesteśmy tu tylko na chwilę, że wszystko, co mam i z czym czuję się związany, jest przejściowe. Bo co? Mam płakać i czekać, aż wszystko stracę i kopnę w kalendarz? Nie ma mowy. Tyle że akceptacja nie dopadnie mnie sama, tak jak świadomość przemijania. Muszę wstać i iść, ćwiczyć się w niej.

Najpierw jednak muszę to wszystko sobie przyswoić – to doświadczenie. Wchodzę w nie śmiałym krokiem, choć mój umysł zacznie pewnie zaraz starać się z całej siły, by o tym zapomnieć, by to ugłaskać i wrócić do beztroskiego ignorowania tematu. Ale nie. Dzisiaj piaszczyste zbocze obsunęło się i poleciałem w dół, by odkryć, że właśnie tędy droga biegnie dalej. Nie ma powrotu – inaczej już będę patrzył na świat i ludzi. Pewnie będę kochał bardziej, może będę lepszym człowiekiem. Trudne to, bardzo trudne. Ale kolejny etap wiedzie ku akceptacji, pogodzeniu się z tym, na co nikt nie ma wpływu. Nikt gdzieś tam spoza nie powiedział nam jeszcze, po co i dlaczego tutaj jesteśmy. Ale jest droga, która niknie we mgle. Idę zobaczyć, co jest za następnym wzgórzem.

Po pomoc zwrócę się jak zwykle do wielkich mistyków. Tym razem zapewne chrześcijańskich – przynajmniej sprawdzę, czy w spuściźnie tej religii nie ma czegoś, na czym mógłbym się wesprzeć. Dlaczego nie buddyzm? Naczytałem się zaawansowanych nauk o życiu i przemijaniu w tak młodym wieku, że nie bardzo je pojąłem. Pewnie i do nich wrócę, ale więcej energii da mi coś „nowego”. No niestety, nie pasuję na mędrca, ja muszę mieć ciekawie i zaskakująco, nie tylko mądrze. Amen.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości, s. 232-235

Nie przypuszczałem, że tak szybko będę tego potrzebował. Potęga teraźniejszości stała się dla mnie czymś w rodzaju katechizmu.

Większość ludzi wciąż jeszcze tkwi w nieświadomości, a twardą skorupę ich ego strzaskać może jedynie krytyczna, graniczna sytuacja, zmuszając ich do poddania, a tym samym wyrywając ze snu. Sytuacje takie powstają, gdy wskutek jakiegoś kataklizmu, drastycznego przewrotu, głęboko przeżywanej straty czy innego rodzaju cierpienia cały twój świat nagle się wali i przestaje być zrozumiały. Jest to spotkanie ze śmiercią – fizyczną lub psychiczną. Umysł egotyczny, stwórca tutejszego świata, obraca się w ruinę. Z popiołów starego może się wtedy wyłonić świat nowy.potega terazniejszosci

Nie ma oczywiście żadnej gwarancji, że nawet i sytuacja graniczna spełni to zadanie, zawsze jednak istnieje szansa. U niektórych ludzi sytuacje graniczne jedynie wzmagają opór przed tym, co j e s t, a wtedy zaczyna się droga przez piekło. Inni poddają się tylko częściowo, lecz to już wystarcza, żeby zyskali nieznaną im wcześniej głębię i pogodę ducha. Gdy odpadnie choćby część skorupy ego, przez powstałą w ten sposób szczelinę może błysnąć odrobina promiennego spokoju, ukrytego za barierą umysłu.

Dzięki sytuacjom granicznym zdarza się wiele cudów. Niektórzy mordercy osadzeni w celach śmierci zaledwie na kilka godzin przed egzekucją uwalniają się od ego, odkrywając głęboką radość i spokój, jakie zawsze towarzyszą temu wyzwoleniu. Wewnętrzny opór wobec sytuacji, w której się znaleźli, staje się w pewnej chwili tak silny, że zadaje im nieznośne katusze, a tu nie majak zrobić uniku, nie ma dokąd uciec: zamknięta jest nawet droga w przyszłość, wyświetloną z umysłu. Skazaniec musi więc w pełni zaakceptować to, co wydaje się nie do zaakceptowania. W obliczu przemożnej siły zmuszony jest się poddać. Osiąga dzięki temu stan łaski, z którym idzie w parze odkupienie: całkowite uwolnienie od przeszłości. Oczywiście cud łaski i odkupienia tak naprawdę dokonuje się wcale nie za sprawą sytuacji granicznej, lecz poddania.

Ilekroć więc stajesz wobec katastrofy albo coś mocno się „psuje” (katastrofą może być choroba, kalectwo bądź inna niemoc, utrata domu, majątku albo tożsamości społecznej, rozpad związku z kimś bliskim, śmierć lub cierpienie kochanej osoby czy wreszcie zapowiedź własnej rychłej śmierci), wiedz, że jest to tylko jedna strona medalu, a ciebie zaledwie jeden krok dzieli od czegoś niewiarygodnie ważnego: całkowitej przemiany metali nieszlachetnych, jakimi są ból i cierpienie, w złoto. Ten brakujący krok nazywa się „poddanie”.

Nie twierdzę, że w tego rodzaju sytuacji nagle znajdziesz szczęście. Nie, nie znajdziesz go. Ale strach i ból przeistoczą się w spokój wewnętrzny i pogodę ducha, pochodzące z ogromnej głębi, z samego Nieprzejawionego. Będzie to „pokój boży, przekraczający wszelkie rozumienie”. W porównaniu z nim szczęście jest stanem bardzo płytkim. Wraz z tym promiennym spokojem pojawia się świadomość – nie na poziomie umysłu, lecz w głębi twojego Istnienia – że jesteś niezniszczalny, nieśmiertelny. Nie jest to wiara, ale niezbita pewność, która nie potrzebuje żadnych zewnętrznych potwierdzeń ani dowodów z drugiej ręki.

I jeszcze:

(…) Skoro nie umiesz pogodzić się z tym, co się dzieje na zewnątrz, zgódź się na to, co tkwi w tobie samym. Skoro nie możesz zaakceptować stanu zewnętrznego, zaakceptuj wewnętrzny. Innymi słowy: nie wzbraniaj się przed bólem. Pozwól mu zaistnieć. Poddaj się żalowi, rozpaczy, lękowi, osamotnieniu – cierpieniu we wszelkich postaciach. Obserwuj je, nie opatrując go myślowymi etykietkami. Otwórz się przed nim. I zobacz, jak cud poddania przeistacza głębokie cierpienie w głęboki spokój. To właśnie jest twoje ukrzyżowanie. Pozwól, żeby stało się twoim zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem.

Klimaty prusko-tybetańskie

IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

o krzyżu

IMG_4466Choć chrześcijaninem nazwać mnie nie można, staram się chrześcijaństwo zrozumieć w taki sposób, żeby i ono było dla mnie inspiracją i źródłem siły do poszukiwania odpowiedzi, a przede wszystkim do poszukiwania pytań. Dlatego pozwalam sobie wgłębiać się po swojemu w kluczowe dla tej religii kwestie.

Na przykład krzyż. Kiedy widzę na jakiejś ścianie wizerunek torturowanej istoty ludzkiej, przepełnia mnie gorycz i smutek. Zbyt dosadny i siermiężny to symbol jak na mój gust – cierpiętnictwo, sadyzm, masochizm i ponurość wielka. Mimo że nie jestem ani trochę wrogiem chrześcijaństwa czy katolicyzmu, zdejmuję go z kolejnych ścian, wśród których przychodzi mi mieszkać.  A jednak…

Żeby zrozumieć, co mądrego chce przekazać na temat życia chrześcijanin, buddysta czy indiański szaman, trzeba porzucić na chwilę własne poglądy, odczepić je od siebie, zapomnieć o nich i przywdziać bez oceniania , poglądy, założenia i paradygmaty danej religii. Nie jest to łatwe – z buddyzmem udawało mi się to dopiero po dwóch latach bardzo intensywnego czytania, słuchania i studiów. Czytając w czasopiśmie „Sens” i w internecie na temat św. Hildegardy, pomyślałem sobie: załóżmy, że Bóg to osoba, że Jezus to ów Bóg i człowiek jednocześnie, że Bóg stworzył człowieka itd. – załóżmy prawdziwość wszystkich chrześcijańskich dogmatów.

Według Hildegardy Bóg dał człowiekowi ogromną moc. Taką moc mało kto potrafi udźwignąć. Do takiej mocy większość obdarowanych nawet się nie przyznaje. Posiadaniu takiej mocy najłatwiej jest po prostu zaprzeczyć. Taka moc oznacza bowiem nie tylko wolność i otwarte drzwi do kreowania własnego życia. Oznacza również wielką odpowiedzialność. I wiąże się z ogromną odwagą. To ciężar. Ciężar, który możemy wziąć lub nie. Nikt nas do tego nie zmusza.

Podobnie chrześcijanie mówią o krzyżu.

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Ewangelia wg św. Marka, rozdział 8)

To znaczy: porzucić wszelkie marzenia i cele, skupić się na tym, jak nam ciężko, i zamęczyć się na śmierć? Nigdy nie chciało mi się wierzyć, że w tak starej i mądrej religii chodzi właśnie o to. Co prawda widoczna jest wśród katolików spora grupa myśląca, że najlepiej jest siedzieć na tyłku, dawać się dręczyć wszystkiemu, co może nas zranić, uważać to za cnotę i oskarżać o pychę wszystkich, którzy twierdzą, że człowiek może czegokolwiek dokonać. Na szczęście ta grupa, oprócz zapałowania na śmierć siebie samych, nie jest chyba w stanie zaszkodzić poszukiwaniom duchowym chrześcijan. Krzyż, na którym umarł Jezus, to przecież nie tylko cierpienie, ale i ogromna moc – moc wiary we własne zmartwychwstanie, moc cudu, moc przemiany.

Nadal uważam, że można przekazać radosną, choć trudną nowinę o boskiej naturze człowieka w mniej drastyczny i okrutny sposób niż przybijanie do ścian i stawianie przy drogach wizerunków narzędzi tortur z przytwierdzonym do nich założycielem własnej religii, ale to jest już kwestia specyficznej mentalności i kultury. Jeśli myśląc o krzyżu, przesuniemy punkt ciężkości z cierpienia na dar, jakim są właściwości naszego umysłu, nie tylko połączymy koncepcję krzyża z moim ulubionym biblijnym cytatem (Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do OjcaJ14,12), ale także ze wszystkimi nowymi dość odkryciami fizyki kwantowej i psychologii, które mówią, że nasz umysł kreuje nasze doświadczenia.

Może te moje wywody to kompletny nonsens z punktu widzenia teologii, może popełniam jakiś podstawowy błąd w założeniach. Na pewno stanowią one bluźnierstwo dla tych, których wiara w Boga ogranicza, a nie wyzwala, i którzy twierdzą, że jesteśmy jeno vanitas vanitatis. Ale cóż – oni mają do cytowania całą masę innych niż św. Hildegarda postaci z chrześcijańskiego średniowiecza. I, niestety, współczesności.

Czym jest twoja prawda?

Esencja. Po co się kłócić i spierać? Swoją prawdę każdy odnajdzie w sercu. Obyśmy o nim nie zapominali w tym, co robimy i mówimy. I w tym, co piszemy, choć to może zbyt wysokie wymaganie. ;)

Nad wodospadem

Gdybym miał użyć porównania ze światem religii katolickiej, mógłbym śmiało rzec, że woda płynąca jest dla mnie jak kościół. A wodospad – jak wielka msza po długiej pielgrzymce.

Podczas podróży po Portugalii poszliśmy zatem na taką mszę. Zaczęła się już właściwie wtedy, gdy kilka kilometrów niemalże górskim szlakiem dzieliło naszego niezdolnego do jazdy po wyboistej drodze, pożyczonego fiacika od wodospadu Pulo do Lobo.

2015-04-12 14-58-36 - Parque Natural do Vale do GuardianaPo długim czasie obcowania z przyrodą, a właściwie z resztą przyrody, bo sam się czuję jej częścią, czułem taką tęsknotę do rzeki, że mimo ostrych i niebezpiecznych skał otaczających Guardianę, postanowiłem zejść do samego wodospadu.

2015-04-12 15-34-06 - Pulo do Lobo

Samo przechodzenie z kamienia na kamień stanowiło świetny trening uważności. Świadomość nie mogła opuszczać mojego ciała, inaczej zsunąłbym się w jedną z wypełnionych wodą szczelin, w najlepszym razie mocząc ubranie i obcierając skórę, a w najgorszym łamiąc kończynę.

2015-04-12 15-34-12 - Pulo do Lobo

Piękno tych skał, przez tysiące lat żłobionych przez wodę, zamieszkałych przez dziesiątki gatunków płazów rozpraszało mnie na początku. W pewnym jednak momencie uznałem, że potrafię świadomie stawiać kroki i jednocześnie cieszyć się widokiem. Nie miałem już jednak głowy… do myślenia.

2015-04-12 15-42-03 - Pulo do Lobo

Przechodząc z kamienia na kamień, zbliżałem się do huczącej gniewnie rzeki – tak łagodnej przed wodospadem i w miejscach, gdzie spotykaliśmy się z nią wcześniej.

2015-04-12 15-41-56 - Pulo do Lobo

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie krople spadającej wody mogłem poczuć na twarzy, huk wodospadu zagłuszał mój oddech, a kamienie oddzielające mnie od rzeki były zbyt mokre i śliskie, by dalej iść. Zresztą nie było mnie tam w takim sensie, w jakim jeszcze niedawno byłem na drodze. Czułem się częścią nieograniczonej całości. Uwolniony od wszystkiego – przeszłości, przyszłości, problemów, stresów i konieczności. Szczęśliwy jak prawie nigdy. Jak małe dziecko. I było tak, jakby cała ta droga została wyrzeźbiona przez żywioł specjalnie po to, by człowiek mógł ją uważnie przejść i zjednoczyć się świadomością z Guardianą, Strażniczką. Jakby człowiek był tą drogą, jakby wszystko nią było, a potem wpadało silnym, zdecydowanym strumieniem w skalne rozlewisko rzeki. Sekundy, chwile, godziny, dni i lata stały się kroplami wody rozbijanej o skałę. Mijały w mgnieniu oka, a jednocześnie trwały nieprzerwanie. Stałem tak, śmiejąc się jak głupi, bo i żadna konkretna myśl, która mogłaby mnie zatrzymać, nie pojawiała się w mojej głowie. Przelatywały pewnie przez głowę ich strzępki z taką prędkością, że wyraźnie widać przez nie było świat. Nawet teraz śmieję się, wspominając to wydarzenie.

2015-04-12 15-36-00 - Pulo do Lobo

Tamtego dnia ziemia dała mi lekcję uważności, a spokojna, gniewna i znów spokojna rzeka nauczyła mnie czegoś o moim własnym gniewie i spokoju.

2015-04-12 15-38-32 - Pulo do Lobo

Wracając, zdałem sobie sprawę z tego, o ile łatwiej było ludziom przed wiekami nie zapomnieć o tym, że są częścią natury. Nie potrzebowali do tego książek, filozofii, mistycyzmu itp., bo ich codzienne życie polegało na przemierzaniu trudnego terenu, nasłuchiwaniu każdego szmeru, unikaniu niebezpieczeństw. Musieli wtedy często „przebywać” w takim stanie umysłu jak ja nad Pulo do Lobo. Jak żałośnie brzmią w tym świetle hasła typu „zen w biurze”, „świadomość a efektywność” itp. Człowiek odszedł od świadomości daleko, daleko w stronę tożsamości intelektualnej i teraz usiłuje zaprząc wszystko w jej służbę, nawet to, co najbardziej pierwotne. Ale na szczęście wszystko, co najważniejsze, dostępne jest zawsze, wystarczy się ku temu zwrócić.

 

 

Potęga teraźniejszości

To, co negatywne, jest absolutnie sprzeczne z naturą. Ponieważ zaś wszystko, co negatywne, zanieczyszcza psychikę, istnieje głęboki związek między zatruciem i zniszczeniem przyrody a ogromnymi pokładami negatywizmu, nagromadzonymi w zbiorowej psychice ludzkiej. Żadna inna forma życia na kuli ziemskiej nie wie, co to negatywizm: znany jest on wyłącznie ludziom; żadna też spośród innych form życia nie zadaje gwałtu planecie, której zawdzięcza samo swoje trwanie, ani planety tej nie zatruwa. Widziałeś kiedyś nieszczęśliwego delfina, żabę, która miała problemy z samooceną, kota, co nie potrafił się zrelaksować, albo ptaka hołubiącego nienawiść i urazę? Jedynie zwierzęta żyjące w bliskim kontakcie z ludźmi i poprzez nich wchodzące w kontakt z ludzkim umysłem oraz jego obłędem zdradzają czasem coś w rodzaju negatywnych skłonności czy objawów nerwicy. Przyjrzyj się dowolnemu zwierzęciu lub roślinie i ucz się od tego żywego organizmu, jak w pełni akceptować to, co jest – jak poddać się teraźniejszości. Niech zwierzę lub roślina uczy cię Istnienia. Niech cię uczy rzetelności – tego, jak być jednią, jak być całym, być sobą, być rzeczywistym. Niech cię uczy, jak żyć i umierać – i jak z życia i z umierania nie robić problemu.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości

potega terazniejszosciMógłbym cytować Tollego tutaj cały czas. Od kilku tygodni mój umysł zanurzony jest w treści jego książki, a ja dość często w medytacji, która wykroczyła poza siedzenie przed ścianą i zajmuje coraz więcej miejsca w codziennym życiu. I jest tak, jak autor pisze we wstępie – nie czytam niczego nowego. Przypominam lub uświadamiam sobie to, co już wiem lub gdzieś tam we mnie trwało od zawsze.

Trudno jest pisać o życiu, o tym, co było, gdy człowiek nie zajmuje się przeszłością. Ale chciałbym napisać o takiej jednej przygodzie, która mi się przytrafiła kilka dni temu w Portugalii. Zatem „stay tuned”. W końcu się zbiorę i napiszę.

Saūli

Zakochałem się w słowie ze starego, niemal zapomnianego języka.

saūli

saūlike

(„U” wymawiane w pełni, nieprzechodzące w „ł”).

Słońce. U leśnych ludzi zamieszkujących tereny Warmii i Mazur w zamierzchłych czasach również bogini. Dawni Bałtowie czcili i ubóstwiali zjawiska przyrody bezpośrednio, inaczej niż np. starożytni Grecy czy Rzymianie. Bogini nie opiekowała się Słońcem – Słońce było boginią. W słowie „Saūli” brzmi piękno, krągłość, dobroć, delikatność, wdzięczność. Wymawiając je w myślach, czuję Słońce w sobie. Mówiąc „saūli”, patrzę prosto w Słońce, nie niszcząc wzroku.

A jeśli Mojżesz… (inne spojrzenie na górę Synaj)

Czytam, słucham, myślę sobie i w trakcie tego wszystkiego naszła mnie refleksja na temat pierwszego przykazania religii chrześcijańskiej. Dawniej chrześcijaństwo wydawało mi się bardzo oddalone od religii i duchowości Wschodu. Nadal tak uważam, choć zaczynam dostrzegać w jego korzeniach to samo, co i wszędzie, tyle że wyrażone na sposób taki, by potrafiło się przebić w ówczesnej rzeczywistości bliskowschodnich społeczeństw. W gruncie rzeczy pierwsze przykazanie daje się zinterpretować w bardzo duchowy, a mało religijny sposób. Otóż „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” w najprostszej zdawałoby się wykładni oznacza „Jestem jedynym prawdziwym bogiem i nie wolno ci czcić żadnych Manitou, Zeusów i Trygławów, a już szczególnie Złotych Cielców”. Mnie jednak kojarzy się ono z powszechną od wieków wśród duchowych nauczycieli Wschodu, a ostatnio i Zachodu tezą, że tak naprawdę istnieje jedna duchowość, jedno połączenie pomiędzy człowiekiem a transcendencją, a wszelkie podziały na bogów, religie, dogmaty itp. wynikają nie z faktycznego stanu rzeczy, a z kultury, z mentalności, ze sposobu myślenia o sprawach ostatecznych różnych kultur, z potrzeby opisywania tej transcendencji tak, a nie inaczej. I z władzy, bo kontrola nad tym, jak ludzie postrzegają sens swojego życia i śmierci daje ogromną władzę, z której mnóstwo wielkich, mniejszych i całkiem malutkich organizacji zawsze skwapliwie korzystało.

W Biblii Tysiąclecia znajdujemy rozwinięcie tego przykazania: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. Te słowa to przecież tylko inaczej, w formie nakazu, wyrażone przekonanie, że jakiekolwiek ukonkretnianie, opisywanie czy wyobrażanie tego, co poza materialną, zmysłową świadomością nie jest już nieskończonością i transcendencją, jest fałszywe. Absolut jest nieopisywalny i niewyrażalny. Jeśli mam rację, wielkim nieporozumieniem jest upieranie się, że jedyną transcendencję stanowi opisywany w Biblii Bóg, tak jak się go tam opisuje. Transcendencja jest transcendencją i w swej istocie jest jedyna. A nawet jeśli nie jest, jeśli jest dwoista, potrójna czy wielokrotna, to nadal jest to transcendencja – jedna. A przynajmniej tak tylko ją możemy postrzegać w opozycji do „świata widzialnego”. Opisywanie tej transcendencji to redukcja jej do opisu, upieranie się, że owa zredukowana wersja transcendencji (a więc jakiś jej obraz, wizerunek) jest transcednencją to nic innego jak… złamanie pierwszego przykazania. Mojżesz łamiący swoje pierwsze przykazanie w chwili wygłaszania go! I dalej, uznanie tej wersji transcendencji za jedyną słuszną daje pożywkę władzy i wszystkim wojnom religijnym, jakie z udziałem judaizmu i chrześcijaństwa miały miejsce od tamtej chwili. Nie dalej jak ok. tydzień później Mojżesz mówił nad zasłaną trupem ziemią: „«Tak mówi Pan, Bóg Izraela: „Każdy z was niech przypasze miecz do boku. Przejdźcie tam i z powrotem od jednej bramy w obozie do drugiej i zabijajcie: kto swego brata, kto swego przyjaciela, kto swego krewnego”». Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza, i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów. Mojżesz powiedział wówczas do nich: «Poświęciliście ręce dla Pana, ponieważ każdy z was był przeciw swojemu synowi, przeciw swemu bratu. Oby Pan użyczył wam dzisiaj błogosławieństwa!»” (pełny kontekst – Wj 32).

W opisie pierwszego przykazania w Biblii Tysiąclecia są słowa „…ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”.  Z mojego niekatolickiej i niechrześcijańskiej perspektywy nierealistyczne wydaje mi się to, że tak szczegółowy, słowny przekaz mógł pochodzić z Niewiadomej. Wyobrażam sobie bieg wydarzeń tak, że człowiek doznający wówczas mistycznego widzenia (czyli wg przekazów Mojżesz) bardzo chciał, żeby ludzie wysłuchali go, żeby drogocenna wizja nie została tylko z nim. A najlepszym sposobem na skłonienie ziomków do przyjęcia nowych prawd wydało mu się (zapewne słusznie) wzbudzenie u nich strachu. Powiedział zatem to, co stanowiło istotę sprawy i żeby swoim słowom nadać mocy, dodał: „bo jak tego nie posłuchacie, zginiecie wy, wasze dzieci i wnuki!”. Poskutkowało…

Older posts