szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: droga (page 2 of 2)

Czym jest twoja prawda?

Esencja. Po co się kłócić i spierać? Swoją prawdę każdy odnajdzie w sercu. Obyśmy o nim nie zapominali w tym, co robimy i mówimy. I w tym, co piszemy, choć to może zbyt wysokie wymaganie. ;)

O twórczej rezygnacji

2015-05-13 20-27-43Odpuszczam, puszczam, pozwalam płynąć, rezygnuję w ogóle z praw administratora do udzielania takich pozwoleń. Zrzucam ciężar z pleców i prostuję się. Teraźniejszość rzadko jest ciężka. A jeśli nawet, to przez krótki czas, gdy rzeczywiście istnieje potrzeba poradzenia sobie z jakimś problemem. Teraźniejszość wydaje się ciężka, gdy dźwigamy w niej sprawy z przeszłości lub z przyszłości. Rozpamiętujemy to, co już się wydarzyło i bezproduktywnie mielimy w myślach to, na co dopiero przyjdzie czas.

Zrzucam też z siebie chcenie. Nieuzasadnioną odpowiedzialność za innych. Pozostaje odpowiedzialność za siebie, za swoje dziecko i za tę część wspólnych przedsięwzięć, która rzeczywiście mi przynależy. Być może kilka spraw się nie powiedzie, być może zabraknie na nie energii, jeśli nikt nie zechce jej uzupełnić. Ale za to ile sił zostaje na to, co działa i chce się radośnie rozwijać! I na działania nowe…

Czuję coraz więcej spokoju i coraz mniej ciśnienia. Mimo że pracy i innych spraw coraz więcej.

Potęga teraźniejszości

To, co negatywne, jest absolutnie sprzeczne z naturą. Ponieważ zaś wszystko, co negatywne, zanieczyszcza psychikę, istnieje głęboki związek między zatruciem i zniszczeniem przyrody a ogromnymi pokładami negatywizmu, nagromadzonymi w zbiorowej psychice ludzkiej. Żadna inna forma życia na kuli ziemskiej nie wie, co to negatywizm: znany jest on wyłącznie ludziom; żadna też spośród innych form życia nie zadaje gwałtu planecie, której zawdzięcza samo swoje trwanie, ani planety tej nie zatruwa. Widziałeś kiedyś nieszczęśliwego delfina, żabę, która miała problemy z samooceną, kota, co nie potrafił się zrelaksować, albo ptaka hołubiącego nienawiść i urazę? Jedynie zwierzęta żyjące w bliskim kontakcie z ludźmi i poprzez nich wchodzące w kontakt z ludzkim umysłem oraz jego obłędem zdradzają czasem coś w rodzaju negatywnych skłonności czy objawów nerwicy. Przyjrzyj się dowolnemu zwierzęciu lub roślinie i ucz się od tego żywego organizmu, jak w pełni akceptować to, co jest – jak poddać się teraźniejszości. Niech zwierzę lub roślina uczy cię Istnienia. Niech cię uczy rzetelności – tego, jak być jednią, jak być całym, być sobą, być rzeczywistym. Niech cię uczy, jak żyć i umierać – i jak z życia i z umierania nie robić problemu.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości

potega terazniejszosciMógłbym cytować Tollego tutaj cały czas. Od kilku tygodni mój umysł zanurzony jest w treści jego książki, a ja dość często w medytacji, która wykroczyła poza siedzenie przed ścianą i zajmuje coraz więcej miejsca w codziennym życiu. I jest tak, jak autor pisze we wstępie – nie czytam niczego nowego. Przypominam lub uświadamiam sobie to, co już wiem lub gdzieś tam we mnie trwało od zawsze.

Trudno jest pisać o życiu, o tym, co było, gdy człowiek nie zajmuje się przeszłością. Ale chciałbym napisać o takiej jednej przygodzie, która mi się przytrafiła kilka dni temu w Portugalii. Zatem „stay tuned”. W końcu się zbiorę i napiszę.

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o moim mistrzu i lekcji bolesnej

Mistrz w swojej łodzi

Mistrz w swojej łodzi

Dziwne – napisałem niedawno, że bardzo dobrze mi tu samemu z dzieckiem, i od razu, jakby na zawołanie zaczęły się wyzwania i problemy. Na szczęście wyłącznie natury psychospołecznej i lajtowopedagogicznej. Ale lekcję wyzbywania się egocentryzmu otrzymałem dzisiaj rzetelną. Polecam wszystkim receptę: 1. spłodzić potomka, 2. wyprowadzić się w głuszę, 3. wysłać współmałżonka w świat, 4. siedzieć kilka dni z dzieckiem w obejściu, nie spotykając prawie nikogo, 5. jeden raz w roku, właśnie pod koniec dłuższego okresu zupełnej niemal samotności przekonać się do udziału w imprezie u dobrych znajomych i nastawić się na wspaniały wieczór, 6. pojechać z potomkiem i poczuć po wielu dniach, jak pięknie jest być wśród ludzi na żywo,  bez internetów, 7. po godzinie, gdy impreza zaczyna się rozkręcać, usłyszeć od znudzonego brakiem towarzyszy zabaw synka stanowcze „Ja chcę do domu!”.

Cóż robić – żadnych innych dzieci w jego wieku nie było, miejsca do zabawy również, bo deszcz siekł niemiłosiernie, ludzi dużo, a chałupa – jak to chałupa – ograniczona. Nudził się chłopczyk, a mnie się już natchnienie na nowe dziecięce zabawy w nietypowych warunkach wyczerpało. I jeszcze kilka osób wokół, z którymi bardzo chciałem porozmawiać, i piękne dziewczyny, i atmosfera… Nie byłem w stanie niczego mu zaproponować. Wsiedliśmy więc z powrotem do auta i wio do domu.

Poza dołem i zazdrością wobec wszystkich, którzy właśnie bawią się u Natalii na Wonnym Wzgórzu, wyniosłem z tego wszystkiego dwie rzeczy: pierwsza to upewnienie się, że jeśli idzie o porzucanie ego, mieszka ze mną mistrz nad mistrzami, którego w tym tygodniu mam zaszczyt być jedynym uczniem. Druga to również upewnienie się z całą mocą, jak bardzo nienawidzę Fejzbuka jako sposobu komunikowania się.

W ogóle to razem z wiosną idą do mnie doświadczenia, które zwiastują (oby! oby!!!) zmiany w moim codziennym funkcjonowaniu. Z jednej strony wszystkie komputery, sieci i inne duperele, którymi byłem otoczony zimą (w zastępstwie ludzi? trafne słowa, Uszaku!) zacinają się, psują, zwalniają i tracą zasięg jak szalone, do tego stopnia, że zanim dzisiaj włączyłem dziecku film, wystygła mi woda w wannie. Tablet spoczął podczas walki z nahalnymi reklamami, a laptop zaczął przeinstalowywać system, bo omsknęła mi się dłoń, gdy wybierałem opcję startową. Z drugiej strony przyszedł czas sadzenia roślinności, otworzyły się przede mną (mentalnie) drogi we wszystkie nieskończone strony świata (żona wraca, ja wypierdzielam z plecakiem w las), a przyroda w odróżnieniu od elektroniki działa zawsze nienagannie i jest to jedyny element rzeczywistości, któremu daję prawo do określeń „jedynie słuszny” oraz „prawda”. Zatem uzupełniając, przyroda działa zawsze nienagannie i w jedyny słuszny sposób.

Dobrze gadają, że pisanie może mieć efekt terapeutyczny. Już mi lepiej, a żal o to, że zamiast być wśród ludzi, znowu rozmawiam z białym ekranem, zaszył się gdzieś między zwojami mózgu.

o nocach, dniach i wieczorach ostatnich

Nie widziałem zorzy polarnej. Mój aparat widział, ale zdjęcie jest zbyt słabe, żeby się nim chwalić, szczególnie gdy wokół tyle wspaniałych fotografii tego zjawiska. Niestety, akurat niedawno, po długim oczekiwaniu naprawili nam latarnię koło chałupy, o co sami zabiegaliśmy. I dobrze, można śmieci wieczorem wynosić bez latarki. Tego wieczoru jednak mogliby latarń nie włączać – piękniej byłoby na świecie.

Przez ostatnie trzy noce towarzyszyły mi bardzo konkretne, mocne i jakby symboliczne sny. Symbole, których się w nich dopatrzyłem, były bardzo niepokojące. Patrząc na wszystko racjonalnie, mogłem znaleźć przyczynę owych snów w tym, co ostatnio u mnie się działo i takie podejście uspokoiło mnie trochę, chociaż i tak bliżej mi do najbardziej nawet niepokojących wyjaśnień ponadzmysłowych. Oczywiście tylko do tych, które pochodzą z bliskich mi tradycji myślenia i odczuwania. Dlaczego mimo solidnej racjonalistycznej bazy odziedziczonej przez wychowanie, racjonalizm i tłumaczenie wszystkiego nauką mnie w ogóle nie ciągnie? Po prostu wolę żyć w świecie, w którym życie i śmierć mają sens, a nie tylko przyczynę i skutek. Choćby nawet w owym świecie więcej było pytań, przeczuć i niewiadomych niż „prawdy” i odpowiedzi. Tym lepiej!

Siedzimy w domu z synkiem, bo K. włóczy się gdzieś po małopolskich gęstwach zaludnienia. Pamiętam, że jeszcze dwa lata temu bardzo tego nie lubiłem, choć nie dawałem tego po sobie poznać, bo cieszyłem się jednocześnie, że żonka wyściubia czasem nos poza wioskę. Teraz sytuacja jest inna – radzimy sobie znakomicie i cieszę się, że synek odciąga mnie od komputera, każąc sobie zrobić na przykład maszt i żagiel do statku pirackiego, który sobie urządził w stojącej na polu wannie. Dzisiaj właśnie maszt został umocowany, a na naszym najpiękniejszym niebie na świecie ukazał się widok, który mógłbym nazwać widokiem nie z tej ziemi, gdyby nie był to widok jak najwspanialej z tej ziemi właśnie.

Wiecie co?

Chrzanić zorzę polarną. :)

P1140696 P1140693

P1140689

o wędrówce, tym razem raczej po płaskim, i okolicznych dziwach

Nie chcąc dać sobie spocząć po niespodziewanej górskiej wędrówce, ruszyłem dziś do lasu. Myślałem o krótkim spacerze, jednak przeszedłszy las na wylot, zrobiłem szeroką pętlę przez inny las i przez moczary. Bogowie, jak mi tego brakowało! Trafiłem w miejsca niesamowite, bo też i w niesamowitej krainie zamieszkałem.

Czasem łapałem się na „dorosłym” myśleniu, które psuło mi wrażenia z wędrówki. Gdy mój wzrok mieszał się z przestrzenią, a ja na wpół tylko istotny szedłem asfaltem ku swojej wiosce, pomyślałem, widząc stodołę: „Ile czasu musieli układać te dachówki?” i zacząłem obliczać przybliżony metraż. Zaraz spostrzegłem, że cały urok chwili prysł i dałem sobie spokój. Ta chwila dała mi jednak pewną wiedzę o tym, co tak naprawdę zestraja mnie z pejzażem i światem. Jest to nic innego jak myślenie niewinne, patrzenie na wszystko, tak jak na rzeczy będące od zawsze, zastane, niestworzone i nienarodzone. Tak pewnie patrzy dziecko. Stodoła i jej czerwony dach stają się Zjawiskiem tylko wtedy, gdy po prostu są, wystają z krajobrazu. Gdy zmieniam je w metraże, gabaryty, odtwarzam strukturę, budowę, a już nie daj Boże koszta, oddzielam się, staję się panem wszelkiego stworzenia, przestaję być kroplą w rzece, a staję się wioślarzem. Wędrują tylko nogi, a głowa kalkuluje. Złe przyzwyczajenie, wredny efekt uboczny bycia odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem.

Na szczęście to był tylko ten jeden moment. Gdy człowiek widzi tyle nowego, spojrzenie samo mu się uniewinnia, tak jak na przykład podczas wypraw w dalekie kraje. Może dlatego są one tak odświeżające i piękne? Najfajniej było, gdy na jakieś pół godziny zabłądziłem na bagnach. Dookoła las, drogę zagradza woda i błoto. W pewnym momencie poczułem, że jest jakoś inaczej. Przestrzeń ustępowała przede mną jak dotknięty rożek ślimaka, niechętnie wycofując się. Panowała zupełna cisza, tylko od strony moczarów co chwilę krzyczały żurawie. Po chwili zobaczyłem powalone, ostro zakończone pnie i pogryzione gałązki, a zaraz potem charakterystyczne bobki. Trafiłem w miejsce, gdzie bardzo dawno nie było człowieka. W ostoję zwierzyny. Nie pasowałem tu.

Nie robiłem zdjęć – wydawało mi się to jakieś niewłaściwe. Moje oczy to już było zbyt wiele, co dopiero obiektyw i wywołany na ekranie obraz tego sanktuarium, które powinno pozostać tajemnicą. Przedzierałem się ostrożnie naprzód przez knieję, aż zobaczyłem strumień. Po drugiej stronie zaczynało się przestronne wzgórze, na którego szczycie mogłem się zorientować, w którą stronę iść. Przebyłem strumień, położywszy w poprzek grubą gałąź, po której posuwałem się ostrożnie, trzymając się konara rosnącego przy strumieniu drzewa.

Poza tym robiłem zdjęcia, proszę bardzo:

P1140599

 

Mimo tego, że przymrozek daje o sobie lekko znać tylko nocami, w dzień zaś od co najmniej tygodnia mamy 5-15 stopni, a śniegu nie widziałem już dawno, to bajoro było całkowicie zamarznięte. Sprawdzałem ciężką, grubą, gałęzią – odbiła się jak od kamiennej posadzki.

P1140611

 

A to ani chybi dawny szlachecki dworek. Dziś mieszka tu rolnicza rodzina, zapewne przesiedleńców. Obok wala się zardzewiały pług, plastikowe beczki i inne graty. Malowniczą alejkę prowadzącą do dworu pomiędzy wzgórzami stratowały opony ciągników. W moich okolicach historia aż krzyczy.

I na koniec…

P1140648

Potwierdzone! Żurawie wróciły i mają się dobrze.

Przeszedłem razem ok. 10 kilometrów, więcej niż w górach tydzień temu. A jakże było przyjemniej! :) Zróżnicowanie terenu w mojej okolicy jest na tyle duże, że pieszo jestem w stanie zrobić przez dzień tyle samo kilometrów co rowerem, i to bez zbytniego forsowania się. Na dodatek rowerem nie wszędzie wjadę, a sam wejdę, jak to dziś udowodniłem, wszędzie.

o tym, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć

rideNie jestem wrogiem ludzi wierzących ani niewierzących w tego czy innego boga. Nie jestem wrogiem lewo- i prawostronnych, czarnych ani białych, szczepiących dzieci i nieszczepiących, pewnych, że UFO istnieje i pewnych, że nie istnieje. Jestem wrogiem ściemy i manipulacji.

Wpadła mi w oko kiedyś piękna modlitwa, mówiąca o tym, że wszyscy jesteśmy jednością. O miłości, o tym, jak nasze postępowanie i myśli kształtują nasze życie i naszego ducha. Wszystko byłoby super, gdyby nad nią nie napisano, że to prawdziwy, niewykoślawiony przez Kościół przekład „Ojcze nasz” z aramejskiego. Łatwo było sprawdzić, że to bzdura, aramejski tekst „Ojcze nasz” – bardzo podobny do współczesnych wersji językowych, a diametralnie różny od tego nibyprzekładu, można znaleźć w internecie, ludzi uczących się tego języka też nie brakuje. Po co ktoś kala piękne, wymyślone przez siebie lub kogoś innego słowa taką ściemą rodem z telezakupów? I co ważniejsze: kto mu uwierzy, jakich ludzi wokół siebie zgromadzi?

Myślę, że nie tyle ważne, co myślimy i w co wierzymy, ile jak. Ile w tym rozumu, szczerości. Czy nie znajdujemy przypadkiem swojej mądrości i wiary w bagienku kłamstwa i na polu cudzych ambicji? Czyje ego karmimy, wierząc, że piękne słowa naprawdę wypowiedział Einstein czy Dalajlama? Kto zbiera nasze „lajki” na Facebooku? Czy jeśli piękna treść i mądrość są narzędziem marketingu lub cudzych ambicji, czy rzeczywiście mogą zaprowadzić nas w jasną stronę? A może to wszystko jedno, czy w słusznej sprawie staniemy w jednym rzędzie z ziejącym nienawiścią oszołomem czy z dobrym, rozumnym człowiekiem? Może cel uświęca środki?  Nie wiem. Wątpię. Nie chcę, żeby tak było.

Zawsze gdy ktoś powołuje się na jakieś szemrane źródła, dziwne witryny typu „My powiemy Ci prawdę, bo objawił nam ją Wielki Trójkąt” albo „Tajemnice Watykanu, o których nie masz pojęcia”, zadaję mniej lub bardziej wprost powyższe pytania bez względu na to, czy zgadzam się z meritum przekazu czy nie. Tylko słabe treści wymagają grania na emocjach i potrzebie autorytetu. Gdy popieramy ludzi stosujących takie strategie, propagujemy treść z takich witryn, osłabiamy to, w co wierzymy – odstraszamy od tego tych, którzy manipulacją i fałszem się brzydzą, a przyciągamy tych, którym one nie przeszkadzają.

Staram się skłonić ludzi do poszukiwania informacji, a nie bełkotu, który powstał tylko dlatego, że ktoś za wszelką cenę chce przepchnąć własną ideologię, a nie potrafi zrobić tego z szacunkiem dla inteligencji czytającego. Niestety, przeważnie się nie udaje. Ludziom wszystko jedno, czy są oszukiwani czy nie. Może nawet potrzebują, żeby ktoś zagrał im na emocjach, nawet nieczysto. Cóż, ja pozostanę przyjacielem treści głęboko przemyślanych i płynących ze szczerego serca. Nawet tych przeciwnych temu, co sam myślę – lubię zderzać własne poglądy z dobrą, czystą i solidnie podpartą polemiką – to otwiera umysł. Czasem wtedy zmieniam zdanie.

Newer posts