szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: droga (page 1 of 2)

W wodzie

Leje od dwóch dni. Nie wytrzymał starożytny niemiecki drenaż w piwnicy i wody tam po kolana. Wokół siedliska pojawiło się kilka kałuż ogromnych jak małe księżyce. Przesiąkły ściany warsztatu. Z płyt OSB na dachu synkowego domku cieknie jak z gąbki. W kuchni przy kominie pojawiła się wilgotna, ciemna plama.

K. wraca przemoczona z podwórka, a ja po długiej walce z wodą w piwnicy właśnie wziąłem prysznic.
– Masakra – mówi.
– Wyjedźmy stąd – odpowiadam. – Spakujmy się jutro i wyjedźmy na południe. Zostawmy ten przerośnięty moloch naszego życia z milionem otworów, które codziennie trzeba zatykać, żeby chronić to, co w drodze albo jest chronione, albo niepotrzebne. Zostawmy tysiące naszych przedmiotów, powiązań, ważnych rzeczy i wyruszmy w podróż. Weźmiesz laptopa, ja gitarę i poradzimy sobie. Będzie ubogo, ale będziemy bliżej siebie i świata niż kiedykolwiek do tej pory. Zadbamy o edukację synka sami, w podróży nauczy się więcej niż w domu.

Chyba uznała to za żart.

Aleppo egoistycznie, czyli o tym, co mi daje przejmowanie się losem ofiar wojny

Wojna. Bombardowanie. Przerażone, płaczące dzieci wśród gruzów. Krew, zwłoki. Nie chcemy tego widzieć. Mówią nam, że trzeba, że nie wolno się odwracać i odgradzać  własnego wygodnego życia od tragedii dziejącej się na tej samej planecie. Ale my i tak nie chcemy. Dochodzimy do wniosku, że nie możemy nic poradzić na to, co się dzieje. Czujemy niepokój, przerażenie i ból, ale wydają się nam one puste i niepotrzebne, bo jesteśmy daleko i choć współczujemy tym ludziom, to ich tragedia nie dotyczy nas konkretnie. Zamiast oglądać drastyczne materiały, wolimy zatem po prostu wysłać trochę pieniędzy lub nawet ich nie wysyłać, skoro nie jesteśmy pewni, czy w ogóle dotrą. Albo – z różnych powodów – wolimy zamknąć oczy i w ogóle nie wiedzieć nic. Bo po co wiedzieć? Ano, po to, by właśnie zaczęło nas to dotyczyć. Dlaczego? Choćby dla samych siebie. 

Zobaczyłem film pokazujący przerażone dziecko pod maską tlenową po bombardowaniu Aleppo bombami chemicznymi.  Wytrzymałem parę sekund. Przeczytałem bezpośrednie doniesienia z miasta, gdzie celowo zbombardowany został szpital dziecięcy i inne placówki zdrowia. Gdzie zrównano z ziemią wszystkie ośrodki pomocowe. Gdzie działa jedna karetka, dzięki której jeden człowiek zwozi w stosunkowo bezpieczne miejsca ludzi i zwierzęta, stara się zapewnić im podstawową opiekę medyczną i jakiekolwiek środki do życia. Nie mogłem spać dokładnie tak samo jak Asia, która podzieliła się ze mną tymi informacjami, a właściwie wepchnęła mi je na ekran komputera.

Mam taką strategię w życiu, by nie uciekać przed czymś, co bardzo mocno i uporczywie pojawia się w moim życiu i świadomości, więc w końcu przemogłem się i obejrzałem te filmy. I wiele innych. Zacząłem czytać. I rzeczywiście, święta racja, zdołowałem się. Przestałem czerpać przyjemność z czegokolwiek. Przestało mi się chcieć robić cokolwiek dla przyjemności. Dowiedziałem się, gdzie i jak można pomóc. Pomogłem w miarę możliwości. Zrobiłem to dla nich i dla siebie, niekoniecznie w tej kolejności. I to wcale nie był koniec.

Widok, naoczny widok ludzi, którzy muszą walczyć o życie, mocna i konkretna, nie tylko abstrakcyjna świadomość tego, że dzień wcześniej roztrzęsiony chłopiec z maską tlenową pytał przez łzy, czy umiera, widok lekarzy wyjmujących z inkubatorów noworodki, by przenieść je tam, gdzie nie docierają bomby, w konsekwencji nie zabrał mi radości życia, choć obawiałem się, że tak się stanie. Przede wszystkim pogłębił je. Codzienny kontakt z wiadomościami o obleganym Aleppo wywołuje we mnie smutek, współczucie, zniechęcenie wobec tzw. problemów pierwszego świata, odbiera ekscytację czy w ogóle zainteresowanie takimi sprawami jak szybko rozładowujący się telefon albo błędy w jakiejś tam, choćby i ulubionej, grze komputerowej. Dzięki temu, że mój świat nie ogranicza się już do bezpiecznego i przytulnego gniazdka, własnych, małych i wielkich kłopotów oraz skrzętnie wyselekcjonowanych informacji na różne tematy, czuję większy kontakt ze sobą, z nagim człowiekiem w wielkim świecie, którym przecież jestem mimo że obwarowałem tę świadomość tysiącami bodźców, wyrafinowaną rozrywką i hektolitrami nieustannie sączących się w mózg treści. Jestem bardziej. Mocniej. Dzięki temu, że wziąłem do siebie los innych. Własne problemy nie bolą już tak bardzo. Własne przyjemności nie wydają się już tak warte cennego czasu.  Smutek i ból, z którymi związana jest ciągła świadomość rozgrywającej się tragedii, to niewielka cena za te zjawiska, wykraczające daleko poza ramy mojego własnego ja. Bo mam jeszcze większą ochotę robić w życiu coś bardziej sensownego niż dotychczas. Lepiej pożytkować dany mi czas. Spędzać go więcej z najbliższymi. Mieć do nich więcej cierpliwości. A gdy otwieram swoją pełną lodówkę, by coś sobie z niej wybrać do jedzenia, wybieram zdrowiej i jem bardziej świadomie. Doceniam to, co mam. Dbam o to, dzielę się tym. To jedyny sposób, by nie mieć poczucia winy wobec dziewczynki z Aleppo, która do niedawna prowadziła na Tweeterze konto, a jej ostatnie wpisy mówiły o głodzie, nieustannym lęku i wyrażały krańcową, przerażająco dojrzałą rozpacz.

I życzę Wam wszystkim, żebyście też odnaleźli ten jedyny sposób. Żebyście przekroczyli smutek i szok, który przeżyjecie, gdy zetkniecie się pierwszy raz z materiałami z Aleppo. Żebyście nie uciekali od poczucia rozpaczy i bezradności w dywagacje polityczne czy filozoficzne, tylko po prostu zobaczyli każde zdjęcie, obejrzeli od początku do końca każdy film. Na początek tyle, ile dacie radę. Żebyście zostali z tym, co dzieje się z Wami, z Waszymi emocjami, z Waszymi ciałami, gdy to widzicie i słyszycie. Bo gdy to wszystko znajdzie sobie miejsce nie w Waszych umysłach, a w Waszych sercach, a wierzę, że znajdzie je szybko, przemieni Was. Staniecie się bliżsi tych ludzi, pryśnie kłamstwo siedzące w naszych głowach, że my jesteśmy inni, że nas to nie dotyczy. I gdy wrócicie do swoich zajęć, obowiązków i przyjemności, wrócicie inni – pełniejsi i spokojniejsi. Do własnego życia, które – zapewniam – nabierze nowego sensu. Niekoniecznie wielkiego i rewolucyjnego. Po prostu coś się zmieni. Chyba na dobre.

A teraz konkret. Nasza planeta. Nasza Ziemia. Nasi bracia i siostry. Równie dobrze moglibyśmy to być my i nasze rodziny, bo przed wojną tak właśnie w miarę spokojnie jak my sobie żyli:

i filmy. Nie dla dzieci i młodzieży. Dla Was.

 

Chcesz pomóc? Zapraszam TUTAJ. To jedna z bardzo niewielu lub jedyna droga docierająca w tej chwili do potrzebujących w Aleppo.

 

Hineni, hineni

teraz01Uganianie się za młodością. Za lekkim bytem pozbawionym zobowiązań. Uprawiałem to z mniejszym lub większym powodzeniem przez dobrych parę lat. I wiecie co? To, że człowiek musi za tą młodością się uganiać, starać się, buntować przeciwko różnym rzeczom kojarzącym się ze starością, osiadłością, kapciami i fajką – to już oznacza, że młodość odeszła. Nie ma jej. Ścigamy złudzenie.

Poczułem się dobrze w swoim wieku dopiero rok, może dwa lata temu. Z Włóczykija zmieniłem się w Tatę Muminka z całą godnością i całym smakiem, jaki jest w tej roli. Zamiłowanie do domu, okolicy i krainy, w której zamieszkaliśmy stało się tak świeże, piękne i pełne poezji, jak wcześniej zamiłowanie do drogi. Towarzyszyło temu uczucie ulgi, poczucie siły i pewna euforia, że oto znowu cały świat należy do mnie. Że ja jestem dla świata. Odpowiedzialność przestała ciążyć, stała się osią tego poczucia mocy. I wiecie co? To nie minionego czasu szukałem, nie siebie-dwudziestolatka, nie młodości. Tylko właśnie tego poczucia mocy, które dawała mi młodość, ale już od dawna nie daje, bo po prostu jej nie ma, choćbym nie wiem jak udawał, że jest inaczej, choćbym nie wiem, jak usiłował udowodnić to innym, choćbym nie wiem, jak kurczowo trzymał się przeszłości przy pomocy stylu życia, sposobu myślenia czy filozofii życiowej. To coś, ta moc, nie jest w młodości, tylko w akceptacji. W akceptacji młodości wtedy, gdy ona trwała. I w akceptacji kolejnych etapów życia, gdy nadchodzą. W zgodzie na nowe wyzwania. W wyprostowanej postawie wobec tego, co przynosi życie.

Dobrze jest znowu odetchnąć pełną piersią. :)

Gdy całe życie staje się chwilą

Oglądaliśmy film. Gdy się skończył, K. powiedziała, że idzie coś zjeść. I nagle dopadł mnie lęk. Miałem ochotę powiedzieć, żeby nie szła, bo boję się, że już nie wróci.

Prawie 8 tygodni po zdiagnozowaniu u niej śmiertelnej choroby i 6 tygodni po tym, jak się okazało, że w jej przypadku nie okaże się ona najprawdopodobniej śmiertelna, po tych dwóch miesiącach medytacji, przemyśleń, intensywnego rozwoju świadomości nas obojga dopiero teraz naprawdę poczułem, że ona i tak odejdzie. Że odejdzie też nasz synek, a wcześniej – mam ogromną nadzieję – odejdę ja. Poczułem to tak, jakby miało to się stać za chwilę. Co za różnica – za miesiąc, za rok, za 50 lat? To wszystko i tak się skończy.

IMG_6419 (2)Dopiero teraz naprawdę to poczułem, choć wydawało mi się, że jestem tego świadom. Okazało się też, jak wielka niezgoda jest we mnie, jak wielki lęk. Gdyby nie te wszystkie medytacje i uważność, przestraszyłbym się jeszcze jednej rzeczy – że zwariowałem albo że zgorzkniałem, że opanowała mnie ciemność. I powiedziałbym sobie: „Przestań w tej chwili, myśl pozytywnie!”. Ale to nie był zwykły dół, to było olśnienie, tyle że… ciemne. Do tego właśnie prowadził mnie mój sentymentalizm, wiele razy pobrzmiewało to odkrycie w chwilach nagłego smutku w obliczu czegoś pięknego i cudownego – Japończycy nazywają to mono no aware.

Odsuwałem na bok sentymentalizm już od pewnego czasu jako rzecz, która za bardzo przywiązuje mnie do materialnego aspektu istnienia. Pewnego dnia, gdy jechałem do szpitala, gdzie leżała K., i myślałem o naszym względnie beztroskim życiu na skraju wsi i o domku nad jeziorem, od którego się ono zaczęło, wyobraziłem sobie, że zrywam wszystkie te wspomnienia jak wielki plakat z szyby, gniotę w kulkę i wyrzucam przez okno auta. Bez żalu, na zimno. Było w tym tylko trochę złości, że mamiłem się tą wizją przez tyle czasu. Może odrzucony sentymentalizm wrócił właśnie do mnie w silniejszej postaci na podobnej zasadzie, co stłumione emocje wracają pod postacią bólu czy choroby? Niewykluczone, że prawdziwy cel obecnych w większości ścieżek duchowych wyrzeczeniu i dyscyplinie jest właśnie taki – stłumić słabe komunikaty od życia po to, by otrzymać komunikat silniejszy, bardziej sprawczy. Zmienić wygodne, przestronne pomieszczenie, po którym snuje się lekki przeciąg, w ciasny korytarz, w którym rozpędzić się może prawdziwy wicher.

Tak czy inaczej wierzę, że to po prostu kolejny etap drogi. Właściwa świadomość, jakby powiedział buddysta. Memento mori. Następnym przystankiem będzie pewnie pogodna akceptacja faktu, że jesteśmy tu tylko na chwilę, że wszystko, co mam i z czym czuję się związany, jest przejściowe. Bo co? Mam płakać i czekać, aż wszystko stracę i kopnę w kalendarz? Nie ma mowy. Tyle że akceptacja nie dopadnie mnie sama, tak jak świadomość przemijania. Muszę wstać i iść, ćwiczyć się w niej.

Najpierw jednak muszę to wszystko sobie przyswoić – to doświadczenie. Wchodzę w nie śmiałym krokiem, choć mój umysł zacznie pewnie zaraz starać się z całej siły, by o tym zapomnieć, by to ugłaskać i wrócić do beztroskiego ignorowania tematu. Ale nie. Dzisiaj piaszczyste zbocze obsunęło się i poleciałem w dół, by odkryć, że właśnie tędy droga biegnie dalej. Nie ma powrotu – inaczej już będę patrzył na świat i ludzi. Pewnie będę kochał bardziej, może będę lepszym człowiekiem. Trudne to, bardzo trudne. Ale kolejny etap wiedzie ku akceptacji, pogodzeniu się z tym, na co nikt nie ma wpływu. Nikt gdzieś tam spoza nie powiedział nam jeszcze, po co i dlaczego tutaj jesteśmy. Ale jest droga, która niknie we mgle. Idę zobaczyć, co jest za następnym wzgórzem.

Po pomoc zwrócę się jak zwykle do wielkich mistyków. Tym razem zapewne chrześcijańskich – przynajmniej sprawdzę, czy w spuściźnie tej religii nie ma czegoś, na czym mógłbym się wesprzeć. Dlaczego nie buddyzm? Naczytałem się zaawansowanych nauk o życiu i przemijaniu w tak młodym wieku, że nie bardzo je pojąłem. Pewnie i do nich wrócę, ale więcej energii da mi coś „nowego”. No niestety, nie pasuję na mędrca, ja muszę mieć ciekawie i zaskakująco, nie tylko mądrze. Amen.

Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości, s. 232-235

Nie przypuszczałem, że tak szybko będę tego potrzebował. Potęga teraźniejszości stała się dla mnie czymś w rodzaju katechizmu.

Większość ludzi wciąż jeszcze tkwi w nieświadomości, a twardą skorupę ich ego strzaskać może jedynie krytyczna, graniczna sytuacja, zmuszając ich do poddania, a tym samym wyrywając ze snu. Sytuacje takie powstają, gdy wskutek jakiegoś kataklizmu, drastycznego przewrotu, głęboko przeżywanej straty czy innego rodzaju cierpienia cały twój świat nagle się wali i przestaje być zrozumiały. Jest to spotkanie ze śmiercią – fizyczną lub psychiczną. Umysł egotyczny, stwórca tutejszego świata, obraca się w ruinę. Z popiołów starego może się wtedy wyłonić świat nowy.potega terazniejszosci

Nie ma oczywiście żadnej gwarancji, że nawet i sytuacja graniczna spełni to zadanie, zawsze jednak istnieje szansa. U niektórych ludzi sytuacje graniczne jedynie wzmagają opór przed tym, co j e s t, a wtedy zaczyna się droga przez piekło. Inni poddają się tylko częściowo, lecz to już wystarcza, żeby zyskali nieznaną im wcześniej głębię i pogodę ducha. Gdy odpadnie choćby część skorupy ego, przez powstałą w ten sposób szczelinę może błysnąć odrobina promiennego spokoju, ukrytego za barierą umysłu.

Dzięki sytuacjom granicznym zdarza się wiele cudów. Niektórzy mordercy osadzeni w celach śmierci zaledwie na kilka godzin przed egzekucją uwalniają się od ego, odkrywając głęboką radość i spokój, jakie zawsze towarzyszą temu wyzwoleniu. Wewnętrzny opór wobec sytuacji, w której się znaleźli, staje się w pewnej chwili tak silny, że zadaje im nieznośne katusze, a tu nie majak zrobić uniku, nie ma dokąd uciec: zamknięta jest nawet droga w przyszłość, wyświetloną z umysłu. Skazaniec musi więc w pełni zaakceptować to, co wydaje się nie do zaakceptowania. W obliczu przemożnej siły zmuszony jest się poddać. Osiąga dzięki temu stan łaski, z którym idzie w parze odkupienie: całkowite uwolnienie od przeszłości. Oczywiście cud łaski i odkupienia tak naprawdę dokonuje się wcale nie za sprawą sytuacji granicznej, lecz poddania.

Ilekroć więc stajesz wobec katastrofy albo coś mocno się „psuje” (katastrofą może być choroba, kalectwo bądź inna niemoc, utrata domu, majątku albo tożsamości społecznej, rozpad związku z kimś bliskim, śmierć lub cierpienie kochanej osoby czy wreszcie zapowiedź własnej rychłej śmierci), wiedz, że jest to tylko jedna strona medalu, a ciebie zaledwie jeden krok dzieli od czegoś niewiarygodnie ważnego: całkowitej przemiany metali nieszlachetnych, jakimi są ból i cierpienie, w złoto. Ten brakujący krok nazywa się „poddanie”.

Nie twierdzę, że w tego rodzaju sytuacji nagle znajdziesz szczęście. Nie, nie znajdziesz go. Ale strach i ból przeistoczą się w spokój wewnętrzny i pogodę ducha, pochodzące z ogromnej głębi, z samego Nieprzejawionego. Będzie to „pokój boży, przekraczający wszelkie rozumienie”. W porównaniu z nim szczęście jest stanem bardzo płytkim. Wraz z tym promiennym spokojem pojawia się świadomość – nie na poziomie umysłu, lecz w głębi twojego Istnienia – że jesteś niezniszczalny, nieśmiertelny. Nie jest to wiara, ale niezbita pewność, która nie potrzebuje żadnych zewnętrznych potwierdzeń ani dowodów z drugiej ręki.

I jeszcze:

(…) Skoro nie umiesz pogodzić się z tym, co się dzieje na zewnątrz, zgódź się na to, co tkwi w tobie samym. Skoro nie możesz zaakceptować stanu zewnętrznego, zaakceptuj wewnętrzny. Innymi słowy: nie wzbraniaj się przed bólem. Pozwól mu zaistnieć. Poddaj się żalowi, rozpaczy, lękowi, osamotnieniu – cierpieniu we wszelkich postaciach. Obserwuj je, nie opatrując go myślowymi etykietkami. Otwórz się przed nim. I zobacz, jak cud poddania przeistacza głębokie cierpienie w głęboki spokój. To właśnie jest twoje ukrzyżowanie. Pozwól, żeby stało się twoim zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem.

Grajkowe rozkminy o sobie i świecie

IMG_5767Wpadli do mnie na wieczór i noc goście z wielkiego miasta – ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie przebywałem dłużej niż kilka godzin. Trochę starsi ode mnie, nastawieni na małą imprezkę w kameralnym gronie. Zdumieni, że znajduję czas na cokolwiek poza pracą i obowiązkami. Żonki nie było, synek spał. W warunkach tak klarownych zauważyłem dopiero, jak zmienił mi się tryb życia i preferencje co do sposobów spędzania czasu z ludźmi. Zdałem sobie sprawę, jak normalne dla mojego pokolenia jest przesiadywanie w takich sytuacjach do późnej nocy, nawet jeśli rozmowa specjalnie nie wciąga i jest „tylko” miło i przyjemnie, jak zwyczajne jest kompulsywne picie alkoholu bez jakichkolwiek względów na to, co w tej kwestii do powiedzenia ma organizm. Jakie to jest obowiązkowe. Ale nic to – dałem się ponieść sytuacji: wytrzymałem do drugiej, zmusiłem się do wypicia trzech szklanek whisky, której nie lubię, i poszedłem spać. Rano wstałem jak zwykle po siódmej, zjadłem jakąś kanapkę, wypiłem kawę i usiadłem do pracy. Goście obudzili się dwie godziny później i wtedy dopiero zrobiliśmy porządne śniadanie.

A jakby to było po mojemu? Siedzimy do ok. 23, każdy pije co lubi, lub nie pije w ogóle, idzie spać, kiedy chce… Ja bym pewnie ograniczył się tego wieczoru do 1-2 piw, innym razem może wypiłbym 4, jeszcze innym – siorbałbym sobie tylko ziółka. Wyspałbym się. Bo niby dlaczego wspólnemu spędzaniu czasu musi towarzyszyć trucie i poniewieranie organizmu? Przecież nawet w kategoriach relaksu – zawroty głowy, nadkwaśność, a rankiem kac to nic przyjemnego.

IMG_5755Starość mnie dopada, co? Może i tak, a mówiąc ściśle, wiek średni. Skronie mi szpakowacieją, duch się uspokaja… i dobrze mi z tym. To piękny świat, takie lato życia. Dużo słońca, sporo melancholii, dojrzałość. Za oknem sad, przestrzeń, cisza. Podobnie we mnie. Upodabniam się do tego starego domu i do krajobrazu wokół niego. A w życiu codziennym pilnuję, by nie dać się zwariować pędzącemu na złamanie karku otoczeniu i cywilizacji. Wciąż poznaję swoje granice – co we mnie jest tożsame ze światem i z innymi ludźmi, a co osobne i niezależne. Nabieram umiejętności zachowywania spokoju w rozgorączkowanym otoczeniu, czucia się dobrze ze sobą, gdy robię coś przeciwnego niż wszyscy wokół. Od wielu lat moją najbardziej podstawową i jedną z najważniejszych wartości jest świadomość. Czasami muszę mocno się jej trzymać, bywa że rękami i nogami. Tak jak prawa do wolnego czasu codziennie lub – gdy nie da się uniknąć nawału, sytuacji wyjątkowej, spiętrzenia – przynajmniej raz na kilka dni. Jeśli wieje zbyt mocno – puszczam. I zaraz wracam. Jeśli kiedyś zacznie wiać i nie przestanie, bo i tak w życiu bywa, będę musiał zorganizować wszystko inaczej, zrezygnować z tego i z owego. Ale nigdy nie ze świadomości i chwili wytchnienia, dzięki której życie ma smak, w głowie rodzą się nowe pomysły i dzięki której człowiek nie staje się robotem.

Trzydzieści pięć lat. Prawie półmetek. Piękny wiek.

Klimaty prusko-tybetańskie

IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

o tęczach i matowości wcale nie wrześniowej

Trudny i stresujący dzień. Sprzęt odmawiający posłuszeństwa, znudzony pięciolatek, zebranie w wiosce i niełatwa konfrontacja. Dobrze, że żonka wróciła. Przywitała ją ogromna, intensywna tęcza, przepiękne chmury i słońce. A tęcze u nas występują prawie zawsze, gdy pada. I są spektakularne. Niestety, nie wziąłem aparatu, gdy wyjeżdżałem po K. na dworzec, więc musiałem zadowolić się kolejnymi zdjęciami z podwórka wykonanymi po powrocie.

Odkąd synek poszedł do zerówki, sam czuję się trochę jak w szkole. We wtorki basen i angielski,w  czwartki angielski – regularne jechanie tu i tam… Brzemienny od poezji i deszczu wrzesień nabiera znów takiego odcienia, jak przed laty. Tylko moja energia już nie taka – świat widzę bardziej selektywnie, nie wchodzę aż tak głęboko w to, co robię – mimo „potęgi teraźniejszości” i medytacji trochę zmatowiałem. Ale jesień to właśnie dobry czas, by popracować nieco nad ostrością życia. Za tydzień jedziemy do Krakowa na trzydniowe spotkanie z Sakyongiem Miphapem, uczniem samego Czogiama Trungpy – najbardziej przemawiającego do mnie nauczyciela buddyzmu tybetańskiego. Będzie nauka i medytacja. Zabieramy ze sobą kawałek Warmii, czyli Kasię z Wipsowa. Będzie byczo. I pięknie.

No to teraz ta tęcza:

IMG_5320

o krzyżu

IMG_4466Choć chrześcijaninem nazwać mnie nie można, staram się chrześcijaństwo zrozumieć w taki sposób, żeby i ono było dla mnie inspiracją i źródłem siły do poszukiwania odpowiedzi, a przede wszystkim do poszukiwania pytań. Dlatego pozwalam sobie wgłębiać się po swojemu w kluczowe dla tej religii kwestie.

Na przykład krzyż. Kiedy widzę na jakiejś ścianie wizerunek torturowanej istoty ludzkiej, przepełnia mnie gorycz i smutek. Zbyt dosadny i siermiężny to symbol jak na mój gust – cierpiętnictwo, sadyzm, masochizm i ponurość wielka. Mimo że nie jestem ani trochę wrogiem chrześcijaństwa czy katolicyzmu, zdejmuję go z kolejnych ścian, wśród których przychodzi mi mieszkać.  A jednak…

Żeby zrozumieć, co mądrego chce przekazać na temat życia chrześcijanin, buddysta czy indiański szaman, trzeba porzucić na chwilę własne poglądy, odczepić je od siebie, zapomnieć o nich i przywdziać bez oceniania , poglądy, założenia i paradygmaty danej religii. Nie jest to łatwe – z buddyzmem udawało mi się to dopiero po dwóch latach bardzo intensywnego czytania, słuchania i studiów. Czytając w czasopiśmie „Sens” i w internecie na temat św. Hildegardy, pomyślałem sobie: załóżmy, że Bóg to osoba, że Jezus to ów Bóg i człowiek jednocześnie, że Bóg stworzył człowieka itd. – załóżmy prawdziwość wszystkich chrześcijańskich dogmatów.

Według Hildegardy Bóg dał człowiekowi ogromną moc. Taką moc mało kto potrafi udźwignąć. Do takiej mocy większość obdarowanych nawet się nie przyznaje. Posiadaniu takiej mocy najłatwiej jest po prostu zaprzeczyć. Taka moc oznacza bowiem nie tylko wolność i otwarte drzwi do kreowania własnego życia. Oznacza również wielką odpowiedzialność. I wiąże się z ogromną odwagą. To ciężar. Ciężar, który możemy wziąć lub nie. Nikt nas do tego nie zmusza.

Podobnie chrześcijanie mówią o krzyżu.

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Ewangelia wg św. Marka, rozdział 8)

To znaczy: porzucić wszelkie marzenia i cele, skupić się na tym, jak nam ciężko, i zamęczyć się na śmierć? Nigdy nie chciało mi się wierzyć, że w tak starej i mądrej religii chodzi właśnie o to. Co prawda widoczna jest wśród katolików spora grupa myśląca, że najlepiej jest siedzieć na tyłku, dawać się dręczyć wszystkiemu, co może nas zranić, uważać to za cnotę i oskarżać o pychę wszystkich, którzy twierdzą, że człowiek może czegokolwiek dokonać. Na szczęście ta grupa, oprócz zapałowania na śmierć siebie samych, nie jest chyba w stanie zaszkodzić poszukiwaniom duchowym chrześcijan. Krzyż, na którym umarł Jezus, to przecież nie tylko cierpienie, ale i ogromna moc – moc wiary we własne zmartwychwstanie, moc cudu, moc przemiany.

Nadal uważam, że można przekazać radosną, choć trudną nowinę o boskiej naturze człowieka w mniej drastyczny i okrutny sposób niż przybijanie do ścian i stawianie przy drogach wizerunków narzędzi tortur z przytwierdzonym do nich założycielem własnej religii, ale to jest już kwestia specyficznej mentalności i kultury. Jeśli myśląc o krzyżu, przesuniemy punkt ciężkości z cierpienia na dar, jakim są właściwości naszego umysłu, nie tylko połączymy koncepcję krzyża z moim ulubionym biblijnym cytatem (Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do OjcaJ14,12), ale także ze wszystkimi nowymi dość odkryciami fizyki kwantowej i psychologii, które mówią, że nasz umysł kreuje nasze doświadczenia.

Może te moje wywody to kompletny nonsens z punktu widzenia teologii, może popełniam jakiś podstawowy błąd w założeniach. Na pewno stanowią one bluźnierstwo dla tych, których wiara w Boga ogranicza, a nie wyzwala, i którzy twierdzą, że jesteśmy jeno vanitas vanitatis. Ale cóż – oni mają do cytowania całą masę innych niż św. Hildegarda postaci z chrześcijańskiego średniowiecza. I, niestety, współczesności.

Older posts