Leje od dwóch dni. Nie wytrzymał starożytny niemiecki drenaż w piwnicy i wody tam po kolana. Wokół siedliska pojawiło się kilka kałuż ogromnych jak małe księżyce. Przesiąkły ściany warsztatu. Z płyt OSB na dachu synkowego domku cieknie jak z gąbki. W kuchni przy kominie pojawiła się wilgotna, ciemna plama.

K. wraca przemoczona z podwórka, a ja po długiej walce z wodą w piwnicy właśnie wziąłem prysznic.
– Masakra – mówi.
– Wyjedźmy stąd – odpowiadam. – Spakujmy się jutro i wyjedźmy na południe. Zostawmy ten przerośnięty moloch naszego życia z milionem otworów, które codziennie trzeba zatykać, żeby chronić to, co w drodze albo jest chronione, albo niepotrzebne. Zostawmy tysiące naszych przedmiotów, powiązań, ważnych rzeczy i wyruszmy w podróż. Weźmiesz laptopa, ja gitarę i poradzimy sobie. Będzie ubogo, ale będziemy bliżej siebie i świata niż kiedykolwiek do tej pory. Zadbamy o edukację synka sami, w podróży nauczy się więcej niż w domu.

Chyba uznała to za żart.