teraz01Uganianie się za młodością. Za lekkim bytem pozbawionym zobowiązań. Uprawiałem to z mniejszym lub większym powodzeniem przez dobrych parę lat. I wiecie co? To, że człowiek musi za tą młodością się uganiać, starać się, buntować przeciwko różnym rzeczom kojarzącym się ze starością, osiadłością, kapciami i fajką – to już oznacza, że młodość odeszła. Nie ma jej. Ścigamy złudzenie.

Poczułem się dobrze w swoim wieku dopiero rok, może dwa lata temu. Z Włóczykija zmieniłem się w Tatę Muminka z całą godnością i całym smakiem, jaki jest w tej roli. Zamiłowanie do domu, okolicy i krainy, w której zamieszkaliśmy stało się tak świeże, piękne i pełne poezji, jak wcześniej zamiłowanie do drogi. Towarzyszyło temu uczucie ulgi, poczucie siły i pewna euforia, że oto znowu cały świat należy do mnie. Że ja jestem dla świata. Odpowiedzialność przestała ciążyć, stała się osią tego poczucia mocy. I wiecie co? To nie minionego czasu szukałem, nie siebie-dwudziestolatka, nie młodości. Tylko właśnie tego poczucia mocy, które dawała mi młodość, ale już od dawna nie daje, bo po prostu jej nie ma, choćbym nie wiem jak udawał, że jest inaczej, choćbym nie wiem, jak usiłował udowodnić to innym, choćbym nie wiem, jak kurczowo trzymał się przeszłości przy pomocy stylu życia, sposobu myślenia czy filozofii życiowej. To coś, ta moc, nie jest w młodości, tylko w akceptacji. W akceptacji młodości wtedy, gdy ona trwała. I w akceptacji kolejnych etapów życia, gdy nadchodzą. W zgodzie na nowe wyzwania. W wyprostowanej postawie wobec tego, co przynosi życie.

Dobrze jest znowu odetchnąć pełną piersią. :)