szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: cywilizacja (page 1 of 2)

Koniec snu?

Neowieśniakom takim jak ja nie grozi raczej śmierć z pośpiechu, ale nawet mieszkając na wsi, można się pogubić w wartościach – tych obowiązujących i tych, z którymi nam po drodze. A czy na pewno po drodze nam z tym, co wydaje się nasuwać samo, razem z zastanym światem?

Rewelacyjny artykuł, chyba najlepszy, jaki czytałem w ostatnim czasie: http://blowminder.com/2015/11/06/koniec-snu/. Polecam cały blog.

Czym jest twoja prawda?

Esencja. Po co się kłócić i spierać? Swoją prawdę każdy odnajdzie w sercu. Obyśmy o nim nie zapominali w tym, co robimy i mówimy. I w tym, co piszemy, choć to może zbyt wysokie wymaganie. ;)

Drodzy pseudochrześcijanie, uczcie się miłości bliźniego od islamu

„Nagle opuszcza głowę, przygryza dolną wargę ząbkami i powoli podnosi rączki. I stoi w tej pozycji, nie mówiąc ani słowa. To niełatwe – pocieszyć dziecko, które myślało, że aparat fotograficzny to wymierzony w nie karabin, gotów do strzału. Nazywa się Hudea i ma tylko cztery latka. Straciła tatę w bombardowaniu miasta Hama. Przybyła do obozu Atme na granicy turecko-syryjskiej ze swoją – bardzo niespokojną – mamą i trojgiem rodzeństwa”. (C) Turkiye

Jedną z kilku najważniejszych rzeczy w prawie islamskim jest zakaz odmawiania pomocy potrzebującym. I gdyby wszyscy zwykli, gościnni zazwyczaj i przyjaźni muzułmanie poczytali, co wypisuje przytłaczająca większość moich rodaków o przyjmowaniu emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, musieliby zrewidować swój pogląd na nasz temat i przyznać rację islamskim ekstremistom. Że może jednak jesteśmy źli i lepiej by było dla świata, gdyby nas na nim nie było. Wstyd. Przykro. Nie chcę, żeby tak o nas myślano.

Dlaczego tacy jesteśmy? Boimy się terrorystów? Oni i tak tu są, nie potrzebują ludzi poszkodowanych przez wojnę. Boimy się marszów islamskich, krzykaczy i roszczeniowców? Mamy ich też w naszym społeczeństwie. A pseudochrześcijańskich krzykaczy i roszczeniowców spod znaku Radia Maryja, Macierewicza, niby-to-prawdziwych Polaków, „patryjotów zawodowych” itp. ja z kolei coraz bardziej się boję. Nawet nie ma sensu zadawać im pytania, czy Jezus pytał kogokolwiek o wyznanie czy poglądy, gdy mu pomagał. Tu nie o chrześcijańską miłość bliźniego (a raczej jej brak) chodzi – chodzi o ksenofobię i strach o własną tożsamość, za którymi kryje się lęk przed tym, że ich prawda przestanie być uważana za jedyną słuszną, że do głosu zostaną dopuszczeni kolejni ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. Bo przecież cała ich tożsamość oparta jest na tym, że mają rację, na ich poglądach. „Precz z muzułmanami” – piszczy ze strachu ich rozdęte ego – „precz z gejami i lesbijkami, precz ze wszystkimi znakami i symbolami poza krzyżem i orłem białym, precz ze wszystkimi mediami poza naszymi, precz ze wszystkimi poza nami, którzy ośmielają się mieć głos i istnieć w przestrzeni publicznej, bo jeśli jakikolwiek światopogląd inny niż nasz stanie się normą, to zniknę!”. Zupełnie to samo dzieje się prawdopodobnie w umysłach islamskich terrorystów. To są ludzie z tej samej bajki.

Tymczasem nie o ich drogocenne poglądy, sposób życia i przyzwyczajenia tu chodzi, a o zdrowie i życie ludzi. Utkwiło mi w pamięci zdanie z reportażu o łodziach i pontonach emigrantów, który oglądałem w telewizji portugalskiej: „Europa zachowuje się, jakby to ona była ofiarą w tej wojnie”. Świetna ocena strategii i retoryki porażki, którą posługują się pseudochrześcijanie, skamlący tu i ówdzie, jak bardzo katolicyzm jest w Polsce dyskryminowany. Samolubstwo ma to do siebie, że zawsze mu mało, zawsze należy mu się więcej, a jakakolwiek pomoc innym to krzywda. I dotyczy to też zbiorowej tożsamości polskich ksenofobów. Nie pamiętają już, co to jest wojna. Że kiedy chodzi o życie własne i najbliższych, przestają być ważne poglądy walczących stron. Ci ludzie wypływają ze swoimi małymi dziećmi na pełne morze w kruchych pontonach. Jakie piekło muszą przeżywać, że decydują się na coś takiego? I kim jest człowiek, który odnalazłszy ich, nie wyciągnie do nich ręki, lecz – jak chciałby pewien profesor z YouTube’a – im tę łódź utopi?

Do wszystkich niezdecydowanych, czy przyjęcie emigrantów i otwarcie się na nich na co dzień (bo będziemy ich spotykać na ulicach) stanowi naprawdę aż takie zagrożenie: Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to znaczy, że będziecie w stanie to zrobić w odróżnieniu od tych, którzy z góry wszystko wiedzą: poczytajcie o ich kulturze i religii, choćby w Wikipedii. Same podstawy. Poczytajcie, na czym polega islam, co stanowi jego istotę i jak wygląda jego prawo. Posłuchajcie opowieści tych, którzy byli w krajach muzułmańskich jako turyści. W sposób otwarty, z ciekawości, tak jakbyście to zrobili być może wtedy, gdyby wasz sąsiad czy kolega z pracy żenił się z muzułmanką. I błagam, nie porównujcie sytuacji Polski czy Polaków do ogarniętego wyniszczającą wojną kraju.

Osobny akapit dla tych, którzy rozmywają problem, twierdząc, że wiele polskich rodzin potrzebuje pomocy i to im trzeba pomóc. Dobrze. W waszych miastach jest ich pełno – po co się troszczyć o inne? A gdy się lepiej zastanowić, nie wszystko idzie jak trzeba w waszych rodzinach (pomijając waszą znieczulicę, która zresztą wam nie przeszkadza), a Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że rodzina to podstawa. Więc zamiast polskim dzieciom, trzeba najpierw pomóc rodzinie. I tak coraz bardziej można zawężać obszar, w którym działa empatia, aż do czubka własnego nosa. I życzę wam, żebyście się nim zajęli na tyle, by nie chciało się już wam pisać tych szkodliwych bzdur.

A wracając do armii rasistów i ksenofobów, która nagle się ujawniła i z którą nie sposób ani dyskutować, ani ją przegłosować, ani w ogóle nie zostać oplutym za to, co się tutaj pisze – wiecie co, przytłaczająca większości moich rodaków? Nie chce mi się, kurwa, z wami gadać. Cieszę się, że mieszkam daleko od was.

o tym, że za lat kilkadziesiąt wybitny polski językoznawca i patriota może nazywać się George, i co z tego wynika

Postrzyżyny_MieszkaJuż od niedzieli będzie można nadać swojemu potomkowi imię Justin, Brad, Kim, a może nawet Kardashian. Smutne to trochę, choć przecież nie można ludziom zabraniać nazywać dzieci, jak chcą. Język, czyli to, co chyba najwyraźniej definiuje daną kulturę, powoli zaczyna się zwijać z naszej krainy.  Biorąc pod uwagę dominację kultury anglojęzycznej, czeka nas pewnie powolny zanik jednej z najbardziej pierwotnych i podstawowych rzeczy, która trzyma człowieka przy jego kulturze – imienia.

Z językiem w muzyce sprawa ma się coraz gorzej już od dłuższego czasu. Pewnego razu trafiłem na zestawienie najlepiej zapowiadających się wykonawców 2015 roku. Wśród kilkunastu zespołów i solistów tylko jeden czy dwoje nazywało się tak, że można było to podciągnąć pod język polski. A i tak śpiewają głównie po angielsku. I mamy taką sytuację: polskojęzyczny artysta śpiewa dla polskojęzycznej publiczności po angielsku, kalecząc mniej lub bardziej wymowę. Ludzie się cieszą, klaszczą… Kiedy to się stało normalne? Bo dla mnie taki obrazek wali po oczach (i uszach przede wszystkim) absurdem. Uśmiałbym się jak dziki osioł, gdyby w gruncie rzeczy nie było to smutne. Stajemy się pomału kulturową kolonią Stanów Zjednoczonych. Na własne życzenie. Bo kto nam zabroni?

o tym jak pięknie i zdrowo odśnieżyć drogę i jak równie pięknie jej nie odśnieżyć

Korporacja to potężna sprawa. Mówię to w bardzo pozytywnym sensie. W jaki sposób korporacja daje ludziom pracę? Potrzebny jest, dajmy na to, korporacji państwowej kierowca pługa śnieżnego, który od tej do tej będzie miał za takie to, a takie – marne, trzeba przyznać – wynagrodzenie jeździć z tego do tego miejsca, tam i z powrotem. Państwo wywiesza 9-plug-sniezny-na-stacji-benzynowejogłoszenia i czeka. Ktoś się znajduje, bo odpowiada mu z jakichś względów taka praca. Kiedy stan rzeczy u pracownika się zmienia, odchodzi, a korporacja znów szuka. I się wszystko kręci. A człowiek ma skrupuły: „Nie będę proponować czegoś komuś, bo może to mu nie odpowiada”, „nie chcę prosić kogoś o to, bo mu głupio będzie odmówić” itd. Sami ograniczamy własne potrzeby, marzenia i dążenia z powodu tego, że komuś mogą one nie odpowiadać.

Ja natomiast mam wrażenie, że proszenie kogoś o coś lub deklarowanie własnych potrzeb jest świętym i niezbywalnym prawem każdego. Tak jak prawo do mówienia „nie”, odmawiania, nieprzyjmowania oferty czy propozycji, nawet do obrażania się. I to jest zdrowe, póki uczciwe i dobre są intencje. Faktem jest, że nie każdy potrafi prosić, nie każdy potrafi mówić „nie” i odmawiać. Ale zgoda i harmonia możliwe są tylko wtedy, gdy taka nieumiejętność jest przyczynkiem do samorozwoju kogoś, kto nie potrafi, a nie przyczyną poczucia winy lub – w błyskawicznej konsekwencji – poczucia krzywdy drugiej strony. Nie ma nic złego w spokojnym i życzliwym powiedzeniu: „Potrzebuję kogoś, kto odśnieży mi drogę za 10 zł. Czy podjąłbyś się tego?” Nie ma też nic złego w spokojnej i życzliwej odpowiedzi: „Nie, 10 zł. to dla mnie za mało. I nie mam w zwyczaju odśnieżać dróg”.

o szympansiej prawidłowości

Bardzo fajny tekst przytoczyć chciałem, ale jest on tak zwielokrotniony w Internecie, że wkleję linka – O TU. Jeżeli będzie kiedyś, za lat 3 na przykład, jakiś problem z tym linkiem, proszę wpisać w wyszukiwarkę: „Umieść 5 szympansów w jednym pokoju.” Takiej ilości kopii tego tekstu nikt nigdy na pewno nie usunie.

o współczesnych złodziejach czasu

Gdybym tylko grał na instrumentach, byłbym takim sobie nocnym grajkiem w trybie mono. A ja jestem nocnym grajkiem stereo, bo oprócz tego gram jeszcze w gry komputerowe. Ciśnie mi się na ekran dłuższy tekst na temat gier, ale nie mogę się zebrać. Na razie bardzo dużo muzyki wokół (i oby tak dalej!), więc jeśli chodzi o gry – ograniczam się do grania.

Ale podzielę się z Wami tym, co przyszło mi dziś do głowy, gdy skończyłem dzisiejsze posiedzenie nad długo, bardzo długo oczekiwanym Falloutem 3. Takie gry wciągają, pożerają czas, uzależniają, nie można się od nich oderwać.  Człowiek chce wiedzieć co się wydarzy dalej, gdy pójdzie w nowe miejsce, przypomina sobie, że nie przeczytał jeszcze jakiejś znalezionej gdzieś tam notatki, zastanawia się po której stronie stanąć w pewnym rodzinnym sporze, w którym miejscu zapisać grę, żeby móc sprawdzić alternatywne drogi rozwiązania problemu…

I nie chodzi o to, że dopóki nie wymyślono gier takich jak Fallout, Wiedźmin, Oblivion czy Neverwinter Nights, fikcja nie była w stanie wciągnąć kogoś na tyle, by musiał uważać, żeby się od niej nie uzależnić. Owszem, takimi na przykład serialami telewizyjnymi mało kto się dziś ekscytuje. A ja często z łezką w oku wspominam czasy, gdy na kolejny odcinek Kapitana Klossa czy innego tasiemca czekało się z niecierpliwością. Dziś telewizora nie posiadam i nie czuję z tego powodu żadnego braku. Rzadko też oglądam filmy na komputerze. Ale za to jestem ciekaw co też się wydarzy w postapokaliptycznym Waszyngtonie jutro, gdy znów znajdę dwie-trzy godzinki na to, by pobiegać z karabinem po ruinach. I pewnie kiedyś z podobną łezką wspominać będę właśnie to.

Problem z przesadą i uzależnieniem nie leży w samych grach. Gry są dobre i złe, prymitywne i piękne, płytkie i ambitne – tak samo jak i seriale. Kto tego nie wie, ten po prostu słabo je poznał. Cały jednak szkopuł w tym, że o ile telewizja z konieczności sama dba o to, byśmy zbytnio nie zaniedbali codziennych obowiązków i nie mogli uzależnić się od jednego tytułu – odcinek serialu kończy się sam i na następny trzeba poczekać – o tyle grę sami musimy umieć wyłączyć. Podobnie jak serial oglądany na komputerze (znam takich, co potrafią połknąć 15 półgodzinnych odcinków naraz!).

Cały rozwój techniczny idzie w stronę maksymalnej kontroli użytkownika nad tym, co użytkuje, a odbiorcy nad tym, co odbiera. Mamy więcej swobody, ale też ci z nas, którzy są świadomi zagrożeń niesionych przez wszystko, co nam serwuje cywilizacja, mają trudniejsze zadanie. Dawno temu, za czasów wędrownych bajarzy i wieczornych opowieści, kontakt z fikcją był częścią naturalnego biegu rzeczy. Dziś steruje się nim za pomocą wynalazków technicznych, na których łapę położył konsumpcjonizm (podobnie jak na muzyce – vide: poprzedni post) i korporacje, które najchętniej uzależniłyby wszystkich bez reszty od tej czy tamtej opowieści, jak od batoników, gadżetów i innych narkotyków. Płać i wciągaj! Wciągaj i chciej jeszcze!

Chociaż w świecie gier wygląda to inaczej niż w świecie muzyki (muzykę można odbierać biernie, do gry trzeba specjalnie zasiąść), nie jest to również zjawisko wesołe. Proces upopowienia gier (oczywiście nie mówię o strzelankach czy zręcznościówkach, ale o historiach, ilustrowanych opowieściach, czasem może i nawet dziełach sztuki – najlepszych przygodówkach, RPGach) polega mniej-więcej na tym: coraz mniej miejsca na wyobraźnię, coraz więcej narzuconej treści, która ma omamić i uzależnić od siebie. Żeby mimo rosnącej kontroli, jaką nad treścią ma odbiorca, to właśnie on był on coraz bardziej kontrolowany. Ale o tym kiedy indziej, również – niestety – na przykładzie Fallouta.

Cóż to za Fallout? – zapytają ci, którzy nie wiedzą o co biega. Poniższy materiał daje kompleksowy wgląd w treść zjawiska:

I tym optymistycznym akcentem mówię Wam dobranoc. Może jeszcze na chwilkę odpalę sobie F3 ;o)

o magicznym realizmie rynku i pieśni poruszającej aż do bólu

The magic realism of the marketplace has vanished
(Znikł magiczny realizm rynku)

– tak obecny kryzys finansowy skomentował Leonard Cohen podczas koncertu w Berlinie.

Ponoć w dawnych czasach zapowiedzi utworów były dłuższe niż same utwory. Dziś jedyna dłuższa przemowa następuje przed poruszającym do bólu utworem Anthem (Hymn), który kilka razy tutaj cytowałem. Dziś w pełnym brzmieniu:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

The birds they sang
at the break of day
Start again
I heard them say
Don’t dwell on what
has passed away
or what is yet to be.

Ah the wars they will
be fought again
The holy dove
She will be caught again
bought and sold
and bought again
the dove is never free.

Ring the bells that still can ring
Forget your perfect offering
There is a crack in everything
That’s how the light gets in.

We asked for signs
the signs were sent:
the birth betrayed
the marriage spent
Yeah the widowhood
of every government —
signs for all to see.

I can’t run no more
with that lawless crowd
while the killers in high places
say their prayers out loud.
But they’ve summoned, they’ve summoned up
a thundercloud
and they’re going to hear from me.

Ring the bells that still can ring …

You can add up the parts
but you won’t have the sum
You can strike up the march,
there is no drum
Every heart, every heart
to love will come
but like a refugee.

Ring the bells that still can ring …

Nie ma niestety żadnego polskiego tłumaczenia, które choć w ogólnym zarysie wziosłoby się na wyżyny oryginału. Nieznającym dobrze angielskiego polecam zatem słowniki. Znajomość słów i obcowanie z oryginalnym rytmem i wersyfikacją powinny dokonać cudu w Waszych umysłach.

o korporacji i jej wybrańcach

Korporacja jest jak starotestamentowy Bóg. Do wielkiego zadania wybiera tego, który w jej oczach jest największy. Obsypuje go łaskami i bogactwem i wydaje rozkazy. Kiedy zadanie jest skończone, łaski się kończą, zaś korporacja przestaje objawiać się temu, który dla niej i w jej imię dzieła dokonał.

Może porównanie wydać się niestosowne dla kogoś religijnego. Ale tak już na świecie jest – za religię dominującą i siłę najmocniej działającą w społeczeństwie mamy korporacjonizm, a nie teizm.

Older posts