szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: codzienność (page 1 of 2)

Grajkowe rozkminy o sobie i świecie

IMG_5767Wpadli do mnie na wieczór i noc goście z wielkiego miasta – ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie przebywałem dłużej niż kilka godzin. Trochę starsi ode mnie, nastawieni na małą imprezkę w kameralnym gronie. Zdumieni, że znajduję czas na cokolwiek poza pracą i obowiązkami. Żonki nie było, synek spał. W warunkach tak klarownych zauważyłem dopiero, jak zmienił mi się tryb życia i preferencje co do sposobów spędzania czasu z ludźmi. Zdałem sobie sprawę, jak normalne dla mojego pokolenia jest przesiadywanie w takich sytuacjach do późnej nocy, nawet jeśli rozmowa specjalnie nie wciąga i jest „tylko” miło i przyjemnie, jak zwyczajne jest kompulsywne picie alkoholu bez jakichkolwiek względów na to, co w tej kwestii do powiedzenia ma organizm. Jakie to jest obowiązkowe. Ale nic to – dałem się ponieść sytuacji: wytrzymałem do drugiej, zmusiłem się do wypicia trzech szklanek whisky, której nie lubię, i poszedłem spać. Rano wstałem jak zwykle po siódmej, zjadłem jakąś kanapkę, wypiłem kawę i usiadłem do pracy. Goście obudzili się dwie godziny później i wtedy dopiero zrobiliśmy porządne śniadanie.

A jakby to było po mojemu? Siedzimy do ok. 23, każdy pije co lubi, lub nie pije w ogóle, idzie spać, kiedy chce… Ja bym pewnie ograniczył się tego wieczoru do 1-2 piw, innym razem może wypiłbym 4, jeszcze innym – siorbałbym sobie tylko ziółka. Wyspałbym się. Bo niby dlaczego wspólnemu spędzaniu czasu musi towarzyszyć trucie i poniewieranie organizmu? Przecież nawet w kategoriach relaksu – zawroty głowy, nadkwaśność, a rankiem kac to nic przyjemnego.

IMG_5755Starość mnie dopada, co? Może i tak, a mówiąc ściśle, wiek średni. Skronie mi szpakowacieją, duch się uspokaja… i dobrze mi z tym. To piękny świat, takie lato życia. Dużo słońca, sporo melancholii, dojrzałość. Za oknem sad, przestrzeń, cisza. Podobnie we mnie. Upodabniam się do tego starego domu i do krajobrazu wokół niego. A w życiu codziennym pilnuję, by nie dać się zwariować pędzącemu na złamanie karku otoczeniu i cywilizacji. Wciąż poznaję swoje granice – co we mnie jest tożsame ze światem i z innymi ludźmi, a co osobne i niezależne. Nabieram umiejętności zachowywania spokoju w rozgorączkowanym otoczeniu, czucia się dobrze ze sobą, gdy robię coś przeciwnego niż wszyscy wokół. Od wielu lat moją najbardziej podstawową i jedną z najważniejszych wartości jest świadomość. Czasami muszę mocno się jej trzymać, bywa że rękami i nogami. Tak jak prawa do wolnego czasu codziennie lub – gdy nie da się uniknąć nawału, sytuacji wyjątkowej, spiętrzenia – przynajmniej raz na kilka dni. Jeśli wieje zbyt mocno – puszczam. I zaraz wracam. Jeśli kiedyś zacznie wiać i nie przestanie, bo i tak w życiu bywa, będę musiał zorganizować wszystko inaczej, zrezygnować z tego i z owego. Ale nigdy nie ze świadomości i chwili wytchnienia, dzięki której życie ma smak, w głowie rodzą się nowe pomysły i dzięki której człowiek nie staje się robotem.

Trzydzieści pięć lat. Prawie półmetek. Piękny wiek.

Dziwny wpis, jak na nocnego grajka

IMG_0350Odkąd zacząłem znowu medytować, wprowadzając medytację w codzienne życie, przestawił się mój zegar biologiczny. Przez tyle lat usiłowałem zmienić swoje „godziny otwarcia” z 11-3 na, powiedzmy, 8-24. I nic. Teraz wreszcie się udało. Również dlatego, że ułożyłem sobie inaczej plan dnia – tak, żeby motywował mnie do wstania rano. Pracę staram się bowiem zaczynać najwcześniej w południe, a najlepiej dopiero po obiedzie i nie dbam o to, by skończyć ją przed 23. W ten sposób mój wolny czas przypada na poranek i zwyczajnie szkoda mi go przesypiać. A po skończonej pracy tak mi się już chce spać, że nie mam ochoty na nic, uderzam zatem w kimę mocno i zdecydowanie.

Myślę jednak, że bardziej pomogła mi w dokonaniu tej zmiany orientacja na „teraz”.  A to dlatego, że na początku nie udało się. Nie ważne dlaczego. Po prostu skończyło się tak jak za każdym razem, gdy próbowałem przestawić godziny snu. Zasiedziałem się nad jakąś grą i następnego dnia wstałem o 10. Wcześniej jednak zupełnie inaczej patrzyłem na ten fakt. Miałem w głowie historię o tym, że przechodzę nieudaną próbę, muszę zebrać siły na kolejną, przemyśleć strategię itp. Kolejna akcja następowała po kilku miesiącach, gdy późne chodzenie spać i wstawanie znów dawało mi się szczególnie mocno we znaki. Tym razem żadnych takich refleksji nie miałem. Może gdzieś tam się tłukły po mózgu, ale po prostu nie zwracałem na nie uwagi, bo w znacznie większym niż kiedyś stopniu skoncentrowany jestem na obserwacji, na danym momencie. Wprawiłem się w tym do tego stopnia, że teraz, gdy piszę te słowa, nie tylko o nich myślę, ale czuję też klawiaturę pod palcami, słyszę przyjemne klikanie klawiszy, słyszę ptaka za oknem, zauważam własny oddech… i uśmiecham się. Po nieudanej próbie położenia się spać o pożądanej porze po prostu ją wznowiłem. Od razu, następnego dnia. W pewnym momencie coś musiało się ruszyć w moim biologicznym mechanizmie, bo nawet po koncertowym after-party, które skończyło się ok. 2 w nocy, wstałem bez problemu o 8 i poczułem się senny dopiero po południu. Po smacznej drzemce wszystko wróciło do normy i przed północą smacznie chrapałem. Żadnych analiz, refleksji, znajdowania problemów i szukania rozwiązań. Dobrze mówi Tolle: tu i teraz nie ma problemów. Problemy są tylko w przyszłości lub w przeszłości. Chwilę obecną albo akceptujemy taką, jaka jest, albo się z nią mierzymy i coś zmieniamy – również tu i teraz. Gdy nie możemy nic zmienić, pozostaje nam tylko akceptacja. Gdy zmiana będzie już możliwa, dokonujemy jej.  Ale wtedy też jest „teraz”.  Kwestia mojego przestawiania zegara biologicznego to świetny przykład na to, jak coś rozwiązać dzięki zaprzestaniu robienia z tego problemu.

No to teraz do roboty! Już 14…

A zimą… wschody słońca na co dzień… Ech…

O twórczej rezygnacji

2015-05-13 20-27-43Odpuszczam, puszczam, pozwalam płynąć, rezygnuję w ogóle z praw administratora do udzielania takich pozwoleń. Zrzucam ciężar z pleców i prostuję się. Teraźniejszość rzadko jest ciężka. A jeśli nawet, to przez krótki czas, gdy rzeczywiście istnieje potrzeba poradzenia sobie z jakimś problemem. Teraźniejszość wydaje się ciężka, gdy dźwigamy w niej sprawy z przeszłości lub z przyszłości. Rozpamiętujemy to, co już się wydarzyło i bezproduktywnie mielimy w myślach to, na co dopiero przyjdzie czas.

Zrzucam też z siebie chcenie. Nieuzasadnioną odpowiedzialność za innych. Pozostaje odpowiedzialność za siebie, za swoje dziecko i za tę część wspólnych przedsięwzięć, która rzeczywiście mi przynależy. Być może kilka spraw się nie powiedzie, być może zabraknie na nie energii, jeśli nikt nie zechce jej uzupełnić. Ale za to ile sił zostaje na to, co działa i chce się radośnie rozwijać! I na działania nowe…

Czuję coraz więcej spokoju i coraz mniej ciśnienia. Mimo że pracy i innych spraw coraz więcej.

o różnobarwnych odwiedzinach

wiosnaPrzyszedł do nas dziadek, niosąc dwa pęki pościnanych gałęzi obwiązanych drutem.
– Miotełkę pan kupisz? Pięć złotych jedna.
– Dziękuję – mówię. – Mamy miotłę – pokazuję stojącą pod ścianą.

Ale dziadek miło wyglądał, miał jasne, pogodne oczy, a w ruchach i w mowie spokój, pytam więc:
– A pan stąd?
– A nie, idę z Kierwin.
Dziadek wędrownik. Super!
– Dobra, daj pan tę miotełkę, jedną wezmę – mówię.
– Weź pan dwie, dziesięć złotych i nie będę niósł z powrotem.

Przeszukałem portfel – nie ma dziesięciu złotych. Nie uwierzy, że w domu gotówki nie mam, ale go w końcu przekonałem, że ja kartą tylko płacę, gotówki mało trzymam. Tylko banknot milionzłotowy z Kukizem wyciągnąłem, co już był w portfelu, gdy go kupowałem, i mówię:
– O tu mam jeszcze milion. Jak pan wyda, to wezmę drugą miotełkę.
– Łoo, panie! – zaśmiał się dziadek.
– No widzi pan, nikt mi nie chce wydać, to po co mi milion.

Dziadek poprosił o szklankę wody, to mu przyniosłem i posiedzieliśmy chwilę pod domem. Wspomniał kowala, który mieszkał tu przed laty, pokazał, gdzie była kuźnia, wypił wodę i poszedł ze swoją miotełką, spróbować dalej u sąsiadów.

Ciekawi ludzie do nas przychodzą. Trochę tu jest tak, jak na moim przystanku w rodzinnym miasteczku, gdzie przesiadywałem ongiś z gitarą. Tyle że na tym przystanku mieszkam na stałe. Raz zawitał tu człowiek skupujący porzucone przez jelenie poroża, zaglądają tu poszukiwacze złomu, innym razem wtoczył mi się na podwórko pijany profesor z leżącego na drugim końcu Polski Krakowa wraz z kolegą. Okazało się, że zna kilku moich wykładowców. Niemile wspominam tylko nocną wizytę (bez pukania) miejscowego chuligana, który na dwa dni rąbnął mi leżący przy oknie portfel i stojący za domem samochód. Oprócz ludzi przychodzą też zwierzęta. Psy przeganiam gniewnymi okrzykami, a gdy nie pomaga, ganiam za nimi z miotłą. Ale już wiedzą, że to nie dla nich żerowisko, bo jedno im trzeba przyznać – bywają inteligentne. Poza całą masą życzliwie przez nas przyjmowanych kotów przybywają tu też lisy, różnego rodzaju ptaki, a dwa lata temu przyplątał się nawet kozioł.

A z tą Portugalią… Ech, wspomnienie blaknie, choć warto napisać. Skoro wspomniałem już o tym i Ktoś czeka (dziękuję za odzew! :))… Dobrze, napiszę, napiszę.

o nocach, dniach i wieczorach ostatnich

Nie widziałem zorzy polarnej. Mój aparat widział, ale zdjęcie jest zbyt słabe, żeby się nim chwalić, szczególnie gdy wokół tyle wspaniałych fotografii tego zjawiska. Niestety, akurat niedawno, po długim oczekiwaniu naprawili nam latarnię koło chałupy, o co sami zabiegaliśmy. I dobrze, można śmieci wieczorem wynosić bez latarki. Tego wieczoru jednak mogliby latarń nie włączać – piękniej byłoby na świecie.

Przez ostatnie trzy noce towarzyszyły mi bardzo konkretne, mocne i jakby symboliczne sny. Symbole, których się w nich dopatrzyłem, były bardzo niepokojące. Patrząc na wszystko racjonalnie, mogłem znaleźć przyczynę owych snów w tym, co ostatnio u mnie się działo i takie podejście uspokoiło mnie trochę, chociaż i tak bliżej mi do najbardziej nawet niepokojących wyjaśnień ponadzmysłowych. Oczywiście tylko do tych, które pochodzą z bliskich mi tradycji myślenia i odczuwania. Dlaczego mimo solidnej racjonalistycznej bazy odziedziczonej przez wychowanie, racjonalizm i tłumaczenie wszystkiego nauką mnie w ogóle nie ciągnie? Po prostu wolę żyć w świecie, w którym życie i śmierć mają sens, a nie tylko przyczynę i skutek. Choćby nawet w owym świecie więcej było pytań, przeczuć i niewiadomych niż „prawdy” i odpowiedzi. Tym lepiej!

Siedzimy w domu z synkiem, bo K. włóczy się gdzieś po małopolskich gęstwach zaludnienia. Pamiętam, że jeszcze dwa lata temu bardzo tego nie lubiłem, choć nie dawałem tego po sobie poznać, bo cieszyłem się jednocześnie, że żonka wyściubia czasem nos poza wioskę. Teraz sytuacja jest inna – radzimy sobie znakomicie i cieszę się, że synek odciąga mnie od komputera, każąc sobie zrobić na przykład maszt i żagiel do statku pirackiego, który sobie urządził w stojącej na polu wannie. Dzisiaj właśnie maszt został umocowany, a na naszym najpiękniejszym niebie na świecie ukazał się widok, który mógłbym nazwać widokiem nie z tej ziemi, gdyby nie był to widok jak najwspanialej z tej ziemi właśnie.

Wiecie co?

Chrzanić zorzę polarną. :)

P1140696 P1140693

P1140689

o tym, jak dzięki piratom częściej słucham legalnej płyty i co warto kupić zamiast miniwieży

No i kupiłem kolejną płytę Nohavicy, choć popularność i szum potrafią mnie zniechęcić nawet do najwybitniejszych artystów, poza Leonardem Cohenem oczywiście. Mam jednak wrażenie, że nohavicomania w Polsce minęła,  skoro więc ucichła w mojej głowie wrzawa, mogą cichutko popłynąć akustyczne dźwięki gitary genialnego Czecha. Słucham głównie empetrójek, lecz napęd CD w moim komputerze odmówił odczytu płyty i zripowania jej na dysk. Całe szczęście istnieją piraci, więc empetrójki mogłem sobie ściągnąć. :) Zresztą gdy żona nie pracuje akurat w salonie, a dziecko tam się nie bawi, czasem wracam do płyt. Za radą kolegi Jędrusia, zamiast wydawać 700 zł na miniwieżę, kupiłem stary, porządny, używany wzmacniacz, odtwarzacz CD i pudełeczko zbierające muzykę z komputerów przez wifi. Podłączyłem stare, radzieckie kolumny, które dawno temu kupił tata i mam dźwięk piękny jak z żadnej miniwieży. A jeśli odtwarzacz się zepsuje, co niestety się zdarza często (w miniwieżach jeszcze częściej), sprawię sobie za 100-200 zł drugi.

Tymczasem Nohavica i pierwsza piosenka z nowozakupionego albumu. Bardzo, bardzo w moim stylu.

o tym, co w międzyczasie

2011.11.01 13-22-28-P1060821Myślałem, żeby wrócić do tego opuszczonego, a przecież najstarszego i najdłużej prowadzonego z moich nielicznych blogów, już od pewnego czasu. I wracam, choć nie wiem, jak często będę pisał. W międzyczasie sporo się u mnie pozmieniało.

Przede wszystkim jestem starszy. Nie czuję się dwudziestotrzylatkiem, jak jeszcze kilka lat temu. Świadomość towarzyszy chyba mojemu prawdziwemu wiekowi, a w tym roku stuknie mi już trzydzieści pięć… Tak jest lepiej i dobrze mi z tym. Rzadko łapię się na tym, że chciałbym mentalnie wrócić do młodości. Cenię sobie cierpliwość, której całe pokłady ułożyły się we mnie i wokół mnie jak miękka zbroja, odkąd mam dziecko (chłopczyk, o którym pisałem tutaj, ma już cztery lata…), całe doświadczenie tylu bogatych lat, różnych miejsc, stanów ducha, poszukiwań, lubię spokojną stanowczość, na jaką mnie stać, siłę, którą czuję. Świat i jego wyzwania przestały być zbyt wielkie, czuję się jego pełnoprawnym mieszkańcem.

Brakuje mi tylko tej bezpośredniości, świeżości i koloru patrzenia na świat gołymi oczyma. Teraz czuję ciążące na nosie, głowie i karku wielkie szkła 2011.12.10 15-01-24-P1070168światopoglądu, różnych obaw i lęków. Góra nie jest już górą, woda nie jest już wodą. Droga to nie tylko droga, to też paliwo, ceny paliwa, niebezpieczeństwo wypadku, woda i kurz na szybach, opony letnie i zimowe… Metaforyzuję, ale i dosłownie tak jest: obfitość różnych przedmiotów, akt własności domu, samochód wiążą i ciążą. Niech bym się o to wszystko tylko martwił, byłoby dobrze. Ale cały ten domowy inwentarz ciąży na percepcji, odwraca uwagę od tego, co tak zawsze było dla mnie drogie – od natury, powietrza i przestrzeni. W bezpiecznych ścianach własnego domu, w ciepłym i otulonym muzyką wnętrzu samochodu to, co na zewnątrz, staje się obce, czasem nawet groźne.
2011.12.21 14-14-07-P1070336To zabawny paradoks, bo przecież mieszkam na wsi, a od ponad trzech lat na znacznie większym wygwizdowie niż Dorotowo, gdzie pisałem ostatnie słowa na tym blogu. Co z tego, skoro wszelkie zakupy, odwiedziny, sprawy codzienne i niecodzienne nie wymagają już pójścia na miasto, bezpośredniego kontaktu ciała i oddechu z otoczeniem, czucia wiatru na twarzy i ziemi pod stopami. W mojej wiosce nie ma nic i nikogo, poza kilkorgiem dobrych sąsiadów. Wychodzę z domu, wsiadam w auto, odgradzając się metalem i szybami od świata, i jadę. A gdy nie jadę – siedzę przed komputerem, bo pracuję, albo bawię się z dzieckiem w domu. Na specjalnie wydzielone, regularne godziny spaceru, kontaktu z naturą itp. brakuje czasu, samozaparcia i motywacji. Jak już pisałem, jestem w swoim wieku, a to wiąże się też z wyborem tych aktywności, które połączyłem już ze swoim życiem i odrzucenie tych, do których nie do końca jestem przekonany. Tak się składa, że niemal wszystko, co lubię i potrafię robić, robi się w domu przy klawiaturze. Cóż, jeśli idzie o naturę, pozostaje jej obecność dookoła i przebogate wrażenia wzrokowe (patrz zdjęcia przy tym wpisie – wszystkie pochodzą z pierwszej jesieni spędzonej tutaj).

Co jeszcze działo się u mnie przez te lata? Smutno było nam opuszczać nasz domek nad jeziorem i nadal trochę do niego tęsknimy. Gdy jedziemy na południe, czasem skręcamy do Dorotowa i przejeżdżamy sobie powoli przez nie. W pewnym momencie przestałem to robić, bo wspomnienia bolały. Chcieliśmy co prawda mieć swój dom, ale trochę się pogubiliśmy w wyborze miejsca – niby wszystko się zgadzało nawet z piosenką o wymarzonym miejscu, którą jeszcze nad jeziorem napisałem, ale… Własny, kupiony za ciężko pożyczone od banku pieniądze stuletni dom i hektar ziemi, na który przenieśliśmy się jesienią 2011 roku (błąd – takie przeprowadzki urządza się wiosną), i opieka nad maluchem przytłoczyły nas z początku, mnie w pewnym momencie nawet bardzo. To wszystko razem było chyba większą rewolucją i wstrząs niż szukanie sobie miejsca na świecie po skończeniu studiów, które tu opisywałem osiem, dziesięć lat temu. Ale i ja miałem więcej siły. Powrót do miasta – absolutnie! Jeszcze jedna przeprowadzka blisko jeziora i lasu, tam gdzie do sklepu można na piechotę – całkiem możliwe.2011.10.30 16-12-39-P1060800

W pewnym momencie założyłem bloga o nazwie Neowieśniak Codzienny. Nie traktowałem go zbyt poważnie – ot, miał mnie rozruszać i utrzymać w formie, jeśli idzie o pisanie. Spełnił swoje zadanie i opuściłem go już być może na dobre. Ale jeśli chcecie poczytać trochę śmiesznych, trochę błahych wpisów o życiu mieszczuchów na wsi, zapraszam. Teraz piszę i redaguję różne rzeczy mniejsze i większe, mam nadzieję, że raz na jakiś krótszy czas znajdę chwilę, by coś skrobnąć do starej Szuflady. A jeśli nawet nie, zawsze mogę wrzucić tu kilka zdjęć. :)

o mentalnej redukcji szumów i o tym, że czas w drogę

Przestawiłem biurko tak, by nie siedzieć plecami do Karolinki, kiedy przebywamy razem w pokoju i żeby mieć dostęp do okna. Monitor znalazł się zupełnie z boku i nie wznosi się już tak władczo nade mną, gdy siedzę przy biurku i coś piszę lub czytam. Nie absorbuje też mojej uwagi, kiedy włączam komputer, żeby posłuchać muzyki, wspaniale zastępuje pulpit z tekstem, gdy pracuję nad piosenką lub sobie coś gram. Jego pozycja nie przeszkadza w załatwianiu spraw związanych z koncertami i płytą. Tylko kiedy siedzę nad ścieżkami dźwiękowymi lub piszę dłuższe teksty, muszę specjalnie ustawiać fotel, myszkę i klawiaturę. I dobrze – nie zajmuję się tym codziennie. Po co komputer, z całą masą zaśmiecaczy umysłu, ma stanowić centralny punkt mojej przestrzeni?

Pożyczyłem od M. gitarę elektryczną, żeby cisza nocna i sen Karolinki nie uniemożliwiały mi grania. Niepodłączony Telecaster z jedenastkami brzmi bardzo klarownie, a jednocześnie cicho. Chyba kupię sobie jakąś tanią „deskę” bez elektroniki na Allegro.

Kiedy nie korzystam z biurka i z komputera, fotel stoi sobie przy szafce i stojaku z gitarą. Mogę siedzieć, palić fajkę i patrzeć w okno. Kącik roboczy stał się kącikiem roboczo-relaksacyjnym.

Zacząłem pić ziółka z czerwoną herbatą i błonnikiem. Znacznie mniej jem. Nie łażę bez sensu po Internecie, bo niewygodnie. Śledzę sobie tylko ulubione witryny za pomocą Google Readera (polecam – bardzo oszczędza czas). Poza tym – gdy nie szukam niczego konkretnego – wchodzę tylko na jedyne forum, na jakim czasem coś piszę. Z gier zostawiłem sobie komputerową edycję Monopolu. I tak wyżywam się ostatnio głównie na planszówkach – w soboty w ŁDK są spotkania klubu miłośników fantastyki i gier, gdzie w dobrym towarzystwie można rozegrać kilka partii. Tytułów jest cała masa – do wyboru, do koloru.

przestrzenieZrezygnowałem też na razie z lekcji śpiewu. Długie ćwiczenia artykulacyjne, śpiewanie z korkiem w zębach itd. nie należą jednak do mojego świata. Nie jestem typem wykonawcy, wokalisty, muzyka. Jestem wymyślaczem, przekształcaczem, zbieraczem i wyrazicielem. Przez tych kilka miesięcy nauki zwiększyła się bardzo moja umiejętność samokontroli i nie czuję już, że utknąłem z moim głosem w ślepym zaułku. Wystarczy. Mogę teraz spokojnie, w swoim zwykłym tempie, dalej go udoskonalać, nie zaniedbując gitary i harmonijek. Równie ważne, a nawet ważniejsze jest dla mnie zresztą czuwanie nad utrzymaniem czystego przepływu pomiędzy światem, mną, a moimi piosenkami. Chodzi o autentyczność, a nie doskonałość. Moimi mistrzami nie są Luciano Pavarotti i Paco de Lucia, ale Leonard Cohen, Bob Dylan, Nick Drake i Jan Krzysztof Kelus. Żaden z nich nie ma wykształcenia wokalnego czy instrumentalnego, żaden z nich nie wspiął się na prawdziwe wyżyny warsztatowe, za wyjątkiem Nicka Drake’a, który jest prawdziwym wirtuozem gitary.

Dlatego też jadę jutro do Warszawy spotkać się z S. i połazić po stołecznej przestrzeni miejskiej. Może uda mi się umówić jeszcze ze znajomymi. Czuję ogromne zapotrzebowanie na stukot kół pociągu, uciekający krajobraz, dobrą, bliską i szczerą rozmowę z przyjacielem i samotne snucie się pod wielkim dachem nieba.

o moim uzależnieniu

No dobra.

Jestem psychicznie uzależniony od alkoholu.

I od herbaty.

I od czytania.

Od Internetu, od bułek z serem, od słuchania muzyki, od gitary, od śpiewania, od występowania na scenie, od palenia fajki w pociągu, od Karolinki, od spotkań z przyjaciółmi, od poważnych i niepoważnych rozmów, od letniej włóczęgi, od sypiania byle gdzie, od siedzenia długo w nocy, od śledzenia biografii ulubionych twórców, od pisania, od gier komputerowych, od wyścigów, od jeżdżenia rowerem, od rysowania głupich min, gdy w pobliżu znajduje się długopis i papier, od wymyślania i od jeszcze paru zapewne rzeczy.

Older posts