szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: cisza

O twórczej rezygnacji

2015-05-13 20-27-43Odpuszczam, puszczam, pozwalam płynąć, rezygnuję w ogóle z praw administratora do udzielania takich pozwoleń. Zrzucam ciężar z pleców i prostuję się. Teraźniejszość rzadko jest ciężka. A jeśli nawet, to przez krótki czas, gdy rzeczywiście istnieje potrzeba poradzenia sobie z jakimś problemem. Teraźniejszość wydaje się ciężka, gdy dźwigamy w niej sprawy z przeszłości lub z przyszłości. Rozpamiętujemy to, co już się wydarzyło i bezproduktywnie mielimy w myślach to, na co dopiero przyjdzie czas.

Zrzucam też z siebie chcenie. Nieuzasadnioną odpowiedzialność za innych. Pozostaje odpowiedzialność za siebie, za swoje dziecko i za tę część wspólnych przedsięwzięć, która rzeczywiście mi przynależy. Być może kilka spraw się nie powiedzie, być może zabraknie na nie energii, jeśli nikt nie zechce jej uzupełnić. Ale za to ile sił zostaje na to, co działa i chce się radośnie rozwijać! I na działania nowe…

Czuję coraz więcej spokoju i coraz mniej ciśnienia. Mimo że pracy i innych spraw coraz więcej.

Nad wodospadem

Gdybym miał użyć porównania ze światem religii katolickiej, mógłbym śmiało rzec, że woda płynąca jest dla mnie jak kościół. A wodospad – jak wielka msza po długiej pielgrzymce.

Podczas podróży po Portugalii poszliśmy zatem na taką mszę. Zaczęła się już właściwie wtedy, gdy kilka kilometrów niemalże górskim szlakiem dzieliło naszego niezdolnego do jazdy po wyboistej drodze, pożyczonego fiacika od wodospadu Pulo do Lobo.

2015-04-12 14-58-36 - Parque Natural do Vale do GuardianaPo długim czasie obcowania z przyrodą, a właściwie z resztą przyrody, bo sam się czuję jej częścią, czułem taką tęsknotę do rzeki, że mimo ostrych i niebezpiecznych skał otaczających Guardianę, postanowiłem zejść do samego wodospadu.

2015-04-12 15-34-06 - Pulo do Lobo

Samo przechodzenie z kamienia na kamień stanowiło świetny trening uważności. Świadomość nie mogła opuszczać mojego ciała, inaczej zsunąłbym się w jedną z wypełnionych wodą szczelin, w najlepszym razie mocząc ubranie i obcierając skórę, a w najgorszym łamiąc kończynę.

2015-04-12 15-34-12 - Pulo do Lobo

Piękno tych skał, przez tysiące lat żłobionych przez wodę, zamieszkałych przez dziesiątki gatunków płazów rozpraszało mnie na początku. W pewnym jednak momencie uznałem, że potrafię świadomie stawiać kroki i jednocześnie cieszyć się widokiem. Nie miałem już jednak głowy… do myślenia.

2015-04-12 15-42-03 - Pulo do Lobo

Przechodząc z kamienia na kamień, zbliżałem się do huczącej gniewnie rzeki – tak łagodnej przed wodospadem i w miejscach, gdzie spotykaliśmy się z nią wcześniej.

2015-04-12 15-41-56 - Pulo do Lobo

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie krople spadającej wody mogłem poczuć na twarzy, huk wodospadu zagłuszał mój oddech, a kamienie oddzielające mnie od rzeki były zbyt mokre i śliskie, by dalej iść. Zresztą nie było mnie tam w takim sensie, w jakim jeszcze niedawno byłem na drodze. Czułem się częścią nieograniczonej całości. Uwolniony od wszystkiego – przeszłości, przyszłości, problemów, stresów i konieczności. Szczęśliwy jak prawie nigdy. Jak małe dziecko. I było tak, jakby cała ta droga została wyrzeźbiona przez żywioł specjalnie po to, by człowiek mógł ją uważnie przejść i zjednoczyć się świadomością z Guardianą, Strażniczką. Jakby człowiek był tą drogą, jakby wszystko nią było, a potem wpadało silnym, zdecydowanym strumieniem w skalne rozlewisko rzeki. Sekundy, chwile, godziny, dni i lata stały się kroplami wody rozbijanej o skałę. Mijały w mgnieniu oka, a jednocześnie trwały nieprzerwanie. Stałem tak, śmiejąc się jak głupi, bo i żadna konkretna myśl, która mogłaby mnie zatrzymać, nie pojawiała się w mojej głowie. Przelatywały pewnie przez głowę ich strzępki z taką prędkością, że wyraźnie widać przez nie było świat. Nawet teraz śmieję się, wspominając to wydarzenie.

2015-04-12 15-36-00 - Pulo do Lobo

Tamtego dnia ziemia dała mi lekcję uważności, a spokojna, gniewna i znów spokojna rzeka nauczyła mnie czegoś o moim własnym gniewie i spokoju.

2015-04-12 15-38-32 - Pulo do Lobo

Wracając, zdałem sobie sprawę z tego, o ile łatwiej było ludziom przed wiekami nie zapomnieć o tym, że są częścią natury. Nie potrzebowali do tego książek, filozofii, mistycyzmu itp., bo ich codzienne życie polegało na przemierzaniu trudnego terenu, nasłuchiwaniu każdego szmeru, unikaniu niebezpieczeństw. Musieli wtedy często „przebywać” w takim stanie umysłu jak ja nad Pulo do Lobo. Jak żałośnie brzmią w tym świetle hasła typu „zen w biurze”, „świadomość a efektywność” itp. Człowiek odszedł od świadomości daleko, daleko w stronę tożsamości intelektualnej i teraz usiłuje zaprząc wszystko w jej służbę, nawet to, co najbardziej pierwotne. Ale na szczęście wszystko, co najważniejsze, dostępne jest zawsze, wystarczy się ku temu zwrócić.

 

 

o tym, że czasami nie mam po co iść spać

Po co iść spać, kiedy w ciepłej pościeli nie czekają na mnie ukochane ramiona spragnione bliskości? Po co iść spać, kiedy w sypialni zimno, a nieproszona cisza wdziera się do głowy jak piach przywiany z wielkiej samotnej pustyni?

Dużo już pisałem o tęsknocie, aż za dużo. Tym razem to już na szczęście półmetek pobytu Karolinki w Portugalii. Za niecały tydzień spotkam się w górach z przyjaciółmi, a gdy wrócę, to mieszkanie znowu stanie się domem.

Nie idę zatem spać. Idę paść ze zmęczenia. To był ciężki, ale owocny dzień.

ślimak bonsai

Jest noc. Stoję w kuchni, jedząc kanapkę i spoglądam przez okno. Podwórko. Przeciwległa klatka schodowa owinięta snopem światła 40-watowej żarówki. Cisza. Doglądam swojego nowego drzewka bonsai i co widzę? Ślimaczka! Malutkiego, bez skorupki, pod doniczką. Można by powiedzieć – ślimaczka bonsai. Jak on się tam uchował? Skąd się wziął? Wyrósł po podlewaniu?

Chciałem w pierwszej chwili wziąć go na papierek i wystawić za okno. Ale on nam przecież zdechnie w przeciągu doby. Dałem mu listek sałatki i obfotografowałem razem z drzewkiem. Ciężko było, bo skubaniec uciekał. Co ja z nim teraz zrobię? Chyba poczekam aż troszkę urośnie i wypuszczę w jakimś w miarę bezpiecznym miejscu. A na razie zakryję go na noc jakąś szklanką, żeby nie zwiał i nie wlazł w jakiś kontakt lub wejście w mikserze.

Przecież to jest piękne!

patrzenie

Kiedy się dziś obudziłem, zastałem siebie nucącego słowa jednej z Bartkowych piosenek:
A obok bocznych torów miotełki żółtych traw
Tuliły się do dłoni tych, co gonić chcieli czas

I przestraszyłem się nagle. Przestraszyłem się, że może zabraknąć w moim życiu zapachu wiatru, dróg za lasem i tego całego piękna. Że coś we mnie zgaśnie i nie będe miał na to wpływu. Bo jeśli będę miał, to nie pozwolę. Ale czy to kwestia wyboru? Może uważności? A może to jest poza ludzką kontrolą…

Wczoraj cały dzień siedziałem przy komputerze. Dziś skończę reklamę drukarni. Za oknem widzę pokryte śniegiem pola, drzewa przy drodze na Lgotę i słupy telefoniczne. Przy tej drodze panuje taka cisza, że słychać chrobotanie drutów, wiedzionych przez te słupy za horyzont. Brzmi to jak metaliczny, stłumiony odgłos tysięcy słów biegnących z szaloną prędkością od miasta do miasta, od kraju do kraju, od świata do świata, od kosmosu ludzkiej głowy do drugiego kosmosu.

Chciałbym zawsze potrafić to dostrzec, zawsze móc napisać Wam o tym, zawsze stanąć i się zapatrzyć. I jeżeli mogę, jeżeli potrafię, to nie porzucę tego. Wszystko inne – praca, wydajność, pieniądze, tzw. „życie” jest na drugim miejscu.

Wola Blakowa revisited

Mógłbym być stróżem w jakiejś wieży na rubieżach i patrzeć godzinami w zaśnieżony, płaski horyzont.

Mógłbym siedzieć przy piecu, wtrącony w siebie jak w głęboką studnię, w ciszy, zapomniany przez Boga, i byłoby mi dobrze.

Mógłbym wychodzić po drewno, uśmiechać się do kobiety sprzedającej w sklepie i znikać.

Odczuwać naturę bardziej – nawet jako zimę stulecia lub huragan.

Tak jest lepiej.

Miętus powiedział, że w mieście asfalt jest zawsze czarny.

Polski las, norweski las…

Zostanę druidem.

Wola Blakowa

Mały drewniany domek na pustkowiu, widok za oknem to właściwie biel i szarość, przedzielone kreską horyzontu. W środku kominek, gitara, ludzie… Kiedy spotyka się większa liczba osób niż trzy, ciężko o dobrą rozmowę. Nie ma człowieka, są ludzie. Mieć dar wyodrębnienia w takiej sytuacji kogoś, roztoczenia aury intymności duchowej i intelektualnej – to wielka rzecz… Zawsze może być przynajmniej wesoło – też cudownie! Pustka, cisza, ciepło drewnianego pokoiku, ja i Karolinka – niesamowite poranki, zaczarowane wieczory…

szósta rano

Czasami zdarza się taki piękny, grudniowy poranek, trochę jak z piosenki „Famous Blue Raincoat” Cohena. Siedzę w fotelu obok łóżka i czytam Karolince książkę. W pokoju jest szaro, szarość gromadzi się w każdym kącie, w zakamarkach pościeli, w rysach twarzy, pod stołem… Panuje Cisza – ta prawdziwa, o którą tak trudno w tym mieście… wszystkie meble i sprzęty pogrążone są w czujnym śnie. Mówimy półgłosem, chociaż nikogo oprócz nas tutaj nie ma…