szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: chrześcijaństwo

o krzyżu

IMG_4466Choć chrześcijaninem nazwać mnie nie można, staram się chrześcijaństwo zrozumieć w taki sposób, żeby i ono było dla mnie inspiracją i źródłem siły do poszukiwania odpowiedzi, a przede wszystkim do poszukiwania pytań. Dlatego pozwalam sobie wgłębiać się po swojemu w kluczowe dla tej religii kwestie.

Na przykład krzyż. Kiedy widzę na jakiejś ścianie wizerunek torturowanej istoty ludzkiej, przepełnia mnie gorycz i smutek. Zbyt dosadny i siermiężny to symbol jak na mój gust – cierpiętnictwo, sadyzm, masochizm i ponurość wielka. Mimo że nie jestem ani trochę wrogiem chrześcijaństwa czy katolicyzmu, zdejmuję go z kolejnych ścian, wśród których przychodzi mi mieszkać.  A jednak…

Żeby zrozumieć, co mądrego chce przekazać na temat życia chrześcijanin, buddysta czy indiański szaman, trzeba porzucić na chwilę własne poglądy, odczepić je od siebie, zapomnieć o nich i przywdziać bez oceniania , poglądy, założenia i paradygmaty danej religii. Nie jest to łatwe – z buddyzmem udawało mi się to dopiero po dwóch latach bardzo intensywnego czytania, słuchania i studiów. Czytając w czasopiśmie „Sens” i w internecie na temat św. Hildegardy, pomyślałem sobie: załóżmy, że Bóg to osoba, że Jezus to ów Bóg i człowiek jednocześnie, że Bóg stworzył człowieka itd. – załóżmy prawdziwość wszystkich chrześcijańskich dogmatów.

Według Hildegardy Bóg dał człowiekowi ogromną moc. Taką moc mało kto potrafi udźwignąć. Do takiej mocy większość obdarowanych nawet się nie przyznaje. Posiadaniu takiej mocy najłatwiej jest po prostu zaprzeczyć. Taka moc oznacza bowiem nie tylko wolność i otwarte drzwi do kreowania własnego życia. Oznacza również wielką odpowiedzialność. I wiąże się z ogromną odwagą. To ciężar. Ciężar, który możemy wziąć lub nie. Nikt nas do tego nie zmusza.

Podobnie chrześcijanie mówią o krzyżu.

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Ewangelia wg św. Marka, rozdział 8)

To znaczy: porzucić wszelkie marzenia i cele, skupić się na tym, jak nam ciężko, i zamęczyć się na śmierć? Nigdy nie chciało mi się wierzyć, że w tak starej i mądrej religii chodzi właśnie o to. Co prawda widoczna jest wśród katolików spora grupa myśląca, że najlepiej jest siedzieć na tyłku, dawać się dręczyć wszystkiemu, co może nas zranić, uważać to za cnotę i oskarżać o pychę wszystkich, którzy twierdzą, że człowiek może czegokolwiek dokonać. Na szczęście ta grupa, oprócz zapałowania na śmierć siebie samych, nie jest chyba w stanie zaszkodzić poszukiwaniom duchowym chrześcijan. Krzyż, na którym umarł Jezus, to przecież nie tylko cierpienie, ale i ogromna moc – moc wiary we własne zmartwychwstanie, moc cudu, moc przemiany.

Nadal uważam, że można przekazać radosną, choć trudną nowinę o boskiej naturze człowieka w mniej drastyczny i okrutny sposób niż przybijanie do ścian i stawianie przy drogach wizerunków narzędzi tortur z przytwierdzonym do nich założycielem własnej religii, ale to jest już kwestia specyficznej mentalności i kultury. Jeśli myśląc o krzyżu, przesuniemy punkt ciężkości z cierpienia na dar, jakim są właściwości naszego umysłu, nie tylko połączymy koncepcję krzyża z moim ulubionym biblijnym cytatem (Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do OjcaJ14,12), ale także ze wszystkimi nowymi dość odkryciami fizyki kwantowej i psychologii, które mówią, że nasz umysł kreuje nasze doświadczenia.

Może te moje wywody to kompletny nonsens z punktu widzenia teologii, może popełniam jakiś podstawowy błąd w założeniach. Na pewno stanowią one bluźnierstwo dla tych, których wiara w Boga ogranicza, a nie wyzwala, i którzy twierdzą, że jesteśmy jeno vanitas vanitatis. Ale cóż – oni mają do cytowania całą masę innych niż św. Hildegarda postaci z chrześcijańskiego średniowiecza. I, niestety, współczesności.

Ludzie i pseudoreligia

(C) Reuters

Patrzysz na drugiego człowieka lub myślisz o nim, rozmawiasz z nim. Czy naprawdę jest to człowiek, czy może jego pogląd i sposób myślenia? Pytanie wydaje się banalne, ale w czasach, gdy wielu z nas jest „mieszkańcami Facebooka”, wcale takie nie jest. Przy okazji czytania w różnych miejscach sieci odpowiedzi na mój poprzedni post na temat imigrantów, zadawałem sobie pytanie o największą różnicę pomiędzy tymi, którzy nie mają nic przeciwko niesieniu im pomocy, a tymi, którzy nawołują do zamknięcia drzwi. I chyba znalazłem: ci ostatni nie mówią w ogóle o ludziach. Mówią o religii i poglądach, a nierzadko w rozbitkach (bo tak w sumie można nazwać „załogi” emigranckich łodzi płynących przez Morze Śródziemne) widzą terrorystów islamskich, od których ci rozbitkowie często właśnie uciekają. Lub w ogóle nie widzą ludzi, tylko religię. To religia wsiadła w ponton, to religia ledwo żywa dotarła do europejskich wybrzeży lub statków i to religia wchodzi na nasz ląd. Religię można utopić lub wyrzucić bez łamania jakichkolwiek zasad moralnych (niektórzy nawołują, by uratowanych rozbitków pytać o wyznanie, co już stanowi zaawansowane stadium dehumanizacji). Ja jednak widziałem wyraźnie nawet w telewizji ludzi – mieli ręce, nogi, głowę, oczy. Nie widzę więc szans, by dogadać się z przeciwnikami ratowania ich. Z mojego punktu widzenia ulegają głębokiemu złudzeniu. Nie da się rozmawiać z ludźmi, którzy zamiast żywej rzeczywistości widzą wiadomości ze stron internetowych i telewizji, bo żyją w innym świecie, więc dałem sobie spokój. Piszę do tych, którzy nie oślepili się, przedawkowując media i wytwory intelektu.

Oczywiście w myśl założenia, że na pontonach dryfują ku nam nie ludzie, a islam, i to radykalny, ja staję się nie zwolennikiem pomagania ludziom w potrzebie, a islamofilem. A cała dyskusja przybiera postać sporu o religie. Dla mnie to absurd, gdy trzeba ratować ludzi, nie pytam o ich wyznanie. Mogę zapytać później, gdy będzie potrzeba zapewnienia im i nam spokoju. Ale na tym etapie są tylko ludzie do uratowania. I gdybym stał na statku ratowniczym, wyciągając rękę, by wciągnąć na pokład ojca lub matkę z przemoczonym dzieckiem na rękach, a ktoś obok zacząłby im zadawać jakieś pytania lub wymądrzać się, kazałbym mu przynieść koc dla dziecka, a gdyby nie posłuchał, wrzasnąłbym na niego lub kazał się wynosić. Bez dyskusji.

Osobna obserwacja – żaden z polemizujących ze mną chrześcijan ani razu nie zająknął się na temat Ewangelii czy nauk Jezusa, mimo że kilkakrotnie wzywałem ich do tego, by się odnieśli do podstawowej treści religii, którą zdają się wyznawać. Wniosek – cóż, nie wyznają jej, wyznają pseudoreligię, którą być może stał się polski katolicyzm, jak twierdzi w wywiadzie dla Gazety teolog Stanisław Obirek. Pseudoreligię nie mającą nic wspólnego z duchowością, a szkodliwą, bo przeciwną wszystkiemu, co nie sprzyja jej samej. Również ratowaniu życia ludzkiego. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, choć nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak źle.

Jeden z argumentów przeciwko emigrantom z Syrii i Afryki to fakt, że większość muzułmanów w Europie wyznaje szowinistyczne poglądy, są wrogami Zachodu, antysemitami i uważają, że ich religia jest jedyną słuszną – dlatego według pseudochrześcijan należy ich utopić. Ciekawe, że dokładnie takie same szowinistyczne poglądy wyznają właśnie pseudochrześcijanie – są wrogami Wschodu, antysemitami i uważają, że ich religia… itd. Czy według swojej papierowo-intelektualnej wizji świata i człowieka też powinni iść się utopić? Pozostawiam to pytanie otwartym.

Co zrobiłbym ja? Wysłałbym ich wszystkich do tej samej szkoły, posadził w ławkach – szowinistyczny emigrant z szowinistycznym Polakiem – i nauczył, wszystko jedno czy za pomocą terminologii islamskiej czy chrześcijańskiej, czym przede wszystkim jest drugi człowiek.

A terroryzm islamski to osobny temat, z którym należy się rozprawić w sposób niezależny od pomagania potrzebującym. Chyba że ktoś chce być taki sam jak ci terroryści.

 

Drodzy pseudochrześcijanie, uczcie się miłości bliźniego od islamu

„Nagle opuszcza głowę, przygryza dolną wargę ząbkami i powoli podnosi rączki. I stoi w tej pozycji, nie mówiąc ani słowa. To niełatwe – pocieszyć dziecko, które myślało, że aparat fotograficzny to wymierzony w nie karabin, gotów do strzału. Nazywa się Hudea i ma tylko cztery latka. Straciła tatę w bombardowaniu miasta Hama. Przybyła do obozu Atme na granicy turecko-syryjskiej ze swoją – bardzo niespokojną – mamą i trojgiem rodzeństwa”. (C) Turkiye

Jedną z kilku najważniejszych rzeczy w prawie islamskim jest zakaz odmawiania pomocy potrzebującym. I gdyby wszyscy zwykli, gościnni zazwyczaj i przyjaźni muzułmanie poczytali, co wypisuje przytłaczająca większość moich rodaków o przyjmowaniu emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, musieliby zrewidować swój pogląd na nasz temat i przyznać rację islamskim ekstremistom. Że może jednak jesteśmy źli i lepiej by było dla świata, gdyby nas na nim nie było. Wstyd. Przykro. Nie chcę, żeby tak o nas myślano.

Dlaczego tacy jesteśmy? Boimy się terrorystów? Oni i tak tu są, nie potrzebują ludzi poszkodowanych przez wojnę. Boimy się marszów islamskich, krzykaczy i roszczeniowców? Mamy ich też w naszym społeczeństwie. A pseudochrześcijańskich krzykaczy i roszczeniowców spod znaku Radia Maryja, Macierewicza, niby-to-prawdziwych Polaków, „patryjotów zawodowych” itp. ja z kolei coraz bardziej się boję. Nawet nie ma sensu zadawać im pytania, czy Jezus pytał kogokolwiek o wyznanie czy poglądy, gdy mu pomagał. Tu nie o chrześcijańską miłość bliźniego (a raczej jej brak) chodzi – chodzi o ksenofobię i strach o własną tożsamość, za którymi kryje się lęk przed tym, że ich prawda przestanie być uważana za jedyną słuszną, że do głosu zostaną dopuszczeni kolejni ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. Bo przecież cała ich tożsamość oparta jest na tym, że mają rację, na ich poglądach. „Precz z muzułmanami” – piszczy ze strachu ich rozdęte ego – „precz z gejami i lesbijkami, precz ze wszystkimi znakami i symbolami poza krzyżem i orłem białym, precz ze wszystkimi mediami poza naszymi, precz ze wszystkimi poza nami, którzy ośmielają się mieć głos i istnieć w przestrzeni publicznej, bo jeśli jakikolwiek światopogląd inny niż nasz stanie się normą, to zniknę!”. Zupełnie to samo dzieje się prawdopodobnie w umysłach islamskich terrorystów. To są ludzie z tej samej bajki.

Tymczasem nie o ich drogocenne poglądy, sposób życia i przyzwyczajenia tu chodzi, a o zdrowie i życie ludzi. Utkwiło mi w pamięci zdanie z reportażu o łodziach i pontonach emigrantów, który oglądałem w telewizji portugalskiej: „Europa zachowuje się, jakby to ona była ofiarą w tej wojnie”. Świetna ocena strategii i retoryki porażki, którą posługują się pseudochrześcijanie, skamlący tu i ówdzie, jak bardzo katolicyzm jest w Polsce dyskryminowany. Samolubstwo ma to do siebie, że zawsze mu mało, zawsze należy mu się więcej, a jakakolwiek pomoc innym to krzywda. I dotyczy to też zbiorowej tożsamości polskich ksenofobów. Nie pamiętają już, co to jest wojna. Że kiedy chodzi o życie własne i najbliższych, przestają być ważne poglądy walczących stron. Ci ludzie wypływają ze swoimi małymi dziećmi na pełne morze w kruchych pontonach. Jakie piekło muszą przeżywać, że decydują się na coś takiego? I kim jest człowiek, który odnalazłszy ich, nie wyciągnie do nich ręki, lecz – jak chciałby pewien profesor z YouTube’a – im tę łódź utopi?

Do wszystkich niezdecydowanych, czy przyjęcie emigrantów i otwarcie się na nich na co dzień (bo będziemy ich spotykać na ulicach) stanowi naprawdę aż takie zagrożenie: Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to znaczy, że będziecie w stanie to zrobić w odróżnieniu od tych, którzy z góry wszystko wiedzą: poczytajcie o ich kulturze i religii, choćby w Wikipedii. Same podstawy. Poczytajcie, na czym polega islam, co stanowi jego istotę i jak wygląda jego prawo. Posłuchajcie opowieści tych, którzy byli w krajach muzułmańskich jako turyści. W sposób otwarty, z ciekawości, tak jakbyście to zrobili być może wtedy, gdyby wasz sąsiad czy kolega z pracy żenił się z muzułmanką. I błagam, nie porównujcie sytuacji Polski czy Polaków do ogarniętego wyniszczającą wojną kraju.

Osobny akapit dla tych, którzy rozmywają problem, twierdząc, że wiele polskich rodzin potrzebuje pomocy i to im trzeba pomóc. Dobrze. W waszych miastach jest ich pełno – po co się troszczyć o inne? A gdy się lepiej zastanowić, nie wszystko idzie jak trzeba w waszych rodzinach (pomijając waszą znieczulicę, która zresztą wam nie przeszkadza), a Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że rodzina to podstawa. Więc zamiast polskim dzieciom, trzeba najpierw pomóc rodzinie. I tak coraz bardziej można zawężać obszar, w którym działa empatia, aż do czubka własnego nosa. I życzę wam, żebyście się nim zajęli na tyle, by nie chciało się już wam pisać tych szkodliwych bzdur.

A wracając do armii rasistów i ksenofobów, która nagle się ujawniła i z którą nie sposób ani dyskutować, ani ją przegłosować, ani w ogóle nie zostać oplutym za to, co się tutaj pisze – wiecie co, przytłaczająca większości moich rodaków? Nie chce mi się, kurwa, z wami gadać. Cieszę się, że mieszkam daleko od was.

A jeśli Mojżesz… (inne spojrzenie na górę Synaj)

Czytam, słucham, myślę sobie i w trakcie tego wszystkiego naszła mnie refleksja na temat pierwszego przykazania religii chrześcijańskiej. Dawniej chrześcijaństwo wydawało mi się bardzo oddalone od religii i duchowości Wschodu. Nadal tak uważam, choć zaczynam dostrzegać w jego korzeniach to samo, co i wszędzie, tyle że wyrażone na sposób taki, by potrafiło się przebić w ówczesnej rzeczywistości bliskowschodnich społeczeństw. W gruncie rzeczy pierwsze przykazanie daje się zinterpretować w bardzo duchowy, a mało religijny sposób. Otóż „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” w najprostszej zdawałoby się wykładni oznacza „Jestem jedynym prawdziwym bogiem i nie wolno ci czcić żadnych Manitou, Zeusów i Trygławów, a już szczególnie Złotych Cielców”. Mnie jednak kojarzy się ono z powszechną od wieków wśród duchowych nauczycieli Wschodu, a ostatnio i Zachodu tezą, że tak naprawdę istnieje jedna duchowość, jedno połączenie pomiędzy człowiekiem a transcendencją, a wszelkie podziały na bogów, religie, dogmaty itp. wynikają nie z faktycznego stanu rzeczy, a z kultury, z mentalności, ze sposobu myślenia o sprawach ostatecznych różnych kultur, z potrzeby opisywania tej transcendencji tak, a nie inaczej. I z władzy, bo kontrola nad tym, jak ludzie postrzegają sens swojego życia i śmierci daje ogromną władzę, z której mnóstwo wielkich, mniejszych i całkiem malutkich organizacji zawsze skwapliwie korzystało.

W Biblii Tysiąclecia znajdujemy rozwinięcie tego przykazania: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. Te słowa to przecież tylko inaczej, w formie nakazu, wyrażone przekonanie, że jakiekolwiek ukonkretnianie, opisywanie czy wyobrażanie tego, co poza materialną, zmysłową świadomością nie jest już nieskończonością i transcendencją, jest fałszywe. Absolut jest nieopisywalny i niewyrażalny. Jeśli mam rację, wielkim nieporozumieniem jest upieranie się, że jedyną transcendencję stanowi opisywany w Biblii Bóg, tak jak się go tam opisuje. Transcendencja jest transcendencją i w swej istocie jest jedyna. A nawet jeśli nie jest, jeśli jest dwoista, potrójna czy wielokrotna, to nadal jest to transcendencja – jedna. A przynajmniej tak tylko ją możemy postrzegać w opozycji do „świata widzialnego”. Opisywanie tej transcendencji to redukcja jej do opisu, upieranie się, że owa zredukowana wersja transcendencji (a więc jakiś jej obraz, wizerunek) jest transcednencją to nic innego jak… złamanie pierwszego przykazania. Mojżesz łamiący swoje pierwsze przykazanie w chwili wygłaszania go! I dalej, uznanie tej wersji transcendencji za jedyną słuszną daje pożywkę władzy i wszystkim wojnom religijnym, jakie z udziałem judaizmu i chrześcijaństwa miały miejsce od tamtej chwili. Nie dalej jak ok. tydzień później Mojżesz mówił nad zasłaną trupem ziemią: „«Tak mówi Pan, Bóg Izraela: „Każdy z was niech przypasze miecz do boku. Przejdźcie tam i z powrotem od jednej bramy w obozie do drugiej i zabijajcie: kto swego brata, kto swego przyjaciela, kto swego krewnego”». Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza, i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów. Mojżesz powiedział wówczas do nich: «Poświęciliście ręce dla Pana, ponieważ każdy z was był przeciw swojemu synowi, przeciw swemu bratu. Oby Pan użyczył wam dzisiaj błogosławieństwa!»” (pełny kontekst – Wj 32).

W opisie pierwszego przykazania w Biblii Tysiąclecia są słowa „…ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań”.  Z mojego niekatolickiej i niechrześcijańskiej perspektywy nierealistyczne wydaje mi się to, że tak szczegółowy, słowny przekaz mógł pochodzić z Niewiadomej. Wyobrażam sobie bieg wydarzeń tak, że człowiek doznający wówczas mistycznego widzenia (czyli wg przekazów Mojżesz) bardzo chciał, żeby ludzie wysłuchali go, żeby drogocenna wizja nie została tylko z nim. A najlepszym sposobem na skłonienie ziomków do przyjęcia nowych prawd wydało mu się (zapewne słusznie) wzbudzenie u nich strachu. Powiedział zatem to, co stanowiło istotę sprawy i żeby swoim słowom nadać mocy, dodał: „bo jak tego nie posłuchacie, zginiecie wy, wasze dzieci i wnuki!”. Poskutkowało…

o pedagogice w Ewangelii

Coś pięknego! Nieczęsto linkuję blogi – chciałbym, żeby moja linkownia cechowała się jakością, a nie ilością – ale pisaninom Romana J. dłużej miejsca w wąskiej szpalcie odmawiać nie zamierzam. Nie po przeczytaniu tego wpisu.

Lama Ole w kinie Kijów

W życiu nie byłem na bardziej nudnym wykładzie na temat buddyzmu, wliczając w to zajęcia na uniwersytecie. Przede wszystkim nie wiadomo do kogo właściwie był adresowany. Lama Ole Nydahl, kiedy wreszcie po ponad godzinie zaczął mówić o tym, o czym mówić miał, opowiadał o tym jak się dzielą nauki, że takich jest 68 tysięcy, innych tyle-a-tyle, wymieniał imiona przeszłych i przyszłych Buddów, a zanim przeszedł do czegoś ciekawszego (jeżeli przeszedł), wyszliśmy, bo już nie mogliśmy wytrzymać.

Dowiedziałem się, że chrześcijanie wierzą w Boga zewnętrznego i przez to, że on jest ciągle zewnętrzny, oni muszą ciągle wierzyć. Muzułmanie nie podobają się lamie Olemu, bo wysadzają się w powietrze i wydali tylko pięciu noblistów, zaś buddyzm to wiara w to, że można osiągnąć szczęście przez koncentrację na energii przepływającej od – cytuję – „punktu znajdującego się osiem palców od naturalnej linii włosów” do punktu G u kobiet.

Ktoś tak wprawny w publicznych wystąpieniach i w nauczaniu powinien wiedzieć to, co wie nawet taki niedokończony doktorant i amator jak ja – że kiedy mówi się do laików, należy zacząć od celów, a nie od  najbardziej egzotycznych środków, bo bez docierającego wprost do umysłu omówienia tego na jakie potrzeby odpowiada buddyzm i jaki jest jego sens, punkty na czubku głowy, telefony do pana Boga… tfu! pana Buddy w postaci recytowania zaklęć (tak to wyglądało w wypowiedziach lamy) i 68 tysięcy nauk tysiąca Buddów brzmią śmiesznie.

Jeśli zaś „ten wykładowca”, jak go określiła B., która w ów nieszczęsny sposób pierwszy raz zetknęła się z postacią lamy, zwracał się do tych, którzy o buddyzmie już coś wiedzą, bardzo szkoda, że nie skupił się od razu nad czymś konkretnym – i praktycznym, bo buddyzm ponoć jest praktyczny.

Najbardziej zniesmaczyła mnie jednak antyislamskość w wypowiedziach lamy Olego. Nie chciałbym być w skórze muzułmanina, który przyszedł na wykład szczerze zainteresowany buddyzmem i wierzył w to, że buddyjska tolerancja i otwarcie nie są mitem. Sam wierzyłem, że przynajmniej buddyzm zachodni te wartości zachowuje. Tymczasem lama Ole bezlitośnie wyszydzał islam, sprowadzając go – wzorem najbardziej nietolerancyjnych mediów – do jego fundamentalistycznych form. Ci, którzy na widowni nie spali, nagrodzili to jeszcze brawami. Takie mnożenie i wzmacnianie podziałów, wartościowanie i napuszczanie wyznawców jednej religii na drugą jest skrajnie niebuddyjskie i krzywdzące. Samą koncepcję religii cieżko pogodzić z nauką Buddy, choć ludzie

Najdziwniejsze jest to, że ów człowiek napisał przynajmniej jedną bardzo inspirującą, mądrą i ciekawą książkę – mówię tu o „Buddzie i miłości”. Jej lektura zachęciła mnie do pójścia na wykład i wydania 20 zł. I dzięki temu już wiem skąd pochodzą niektóre opinie niebuddystów na temat uczniów Dharmy – że buddyzm to modlenie się do Buddy, mantry – każda na inną okazję itp. Jeśli lama Ole – najbardziej znany lama na Zachodzie – zaczyna wykłady od takich spraw, ludziom wydaje się, ze właśnie to jest najistotniejsze.

Na szczęście są jeszcze spotkania z mistrzami takimi jak Kaisen – człowiek, od którego bije potężna aura, który bez zbędnych ceregieli zaczyna od rzeczy najważniejszych – od szczęścia, do którego dąży każda istota. A o energiach, czakramach i tym, co słuchaczom kulturowo obce wspomina dopiero wtedy, kiedy jest to niezbędne. Niestety żyjemy w takim świecie, że to Ole jest najsłynniejszym nauczycielem na Zachodzie, a Kaisena mało kto szanuje, bo nie otrzymał jednoznacznego przekazu Dharmy.

Cóż – jest tak jak jest i – jak to powiedział dawny mistrz z innej tradycji duchowej – „kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha…”

Od św. Józefa do nowej Dharmy

A dzisiaj to dopiero miałem dialog chrześcijańsko-buddyjski! Pani Dorota, dentystka, u której bywam co jakiś czas, żeby załatać kolejną dziurę w szkliwach, jest, jak się okazało, bardzo wierzącą chrześcijanką, czytelniczką Mertona, dawniej Stachury i w ogóle – osobą o bardzo pogłębionym spojrzeniu na wszechświat. Zamiast więc wiercić mi dziury nieprzyjemnymi wiertłami, mogła przez chwilę podyskutować z kimś, kto ma inny pogląd na świat.

Troszkę poopowiadałem pani Dorocie o buddyzmie, bo okazało się, że nie bardzo potrafi wyobrazić sobie wizję świata, która do postaci Boga nie odnosi się wcale, w której tego Boga po prostu nie ma. Dosyć szybko jednak dała sobie wyjaśnić kilka kwestii. Z kolei pani Dorota postanowiła odważnie dać świadectwo własnej wiary i roztoczyć przede mną chrześcijańską wizję świata. Znałem tę wizję (nie na darmo studiuję przecież na uczelni teologicznej) i moim głównym zadaniem podczas tej wymiany myśli było uświadomienie pani Doroty, że również i buddyzm ma swój pogląd na inne wierzenia.

Pani Dorota miała jednak nade mną w dyskusji ogromną przewagę strategiczną. Przeszło mi przez myśl, że zechce ją niecnie wykorzystać, gdy zatkała mi paszczę wacikami i włączyła wiertło.
– A ja panu powiem, panie Pawle, że Bóg się cały czas o pana troszczy – mówiła łagodnie i czule, gdy potworne urządzenie w jej dłoni bzyczało złowrogo, by po chwili nieprzyjemnie zajazgotać o moje szkliwo. – Prowadzi pana pańską drogą i bardzo, bardzo pana kocha.

Na szczęście po chwili dana mi została możność wysłowienia się i powiedziałem właśnie to coś, czego nie powiedziałbym jeszcze miesiąc temu:
– Z perspektywy wielu wierzeń buddyjskich można by to samo rzec o Buddzie. Mimo, że nie jest on Bogiem i nie „dał” ludziom chrześcijaństwa, buddyjskie tzw. Ciało Dharmy przenika cały wszechświat nieskończonym współczuciem.

Zgodziliśmy się z panią Dorotą, że wizje są różne, że każdy wierzy w swoje i że jest dobrze, kiedy tylko jest prawdziwie głęboki rozwój duchowy i to, co najważniejsze tu i teraz: miłość. Mój mózg naukowy z kolei wcisnął klawisz ENTER, podsumowując kształtowanie się swej nowej opinii – że tak jak buddyzm zmieniał się trafiając do Chin, zmieniał się przechodząc do Tybetu i do Japonii, tak też zmienia się na Zachodzie. Tutaj bardzo krytykuje się deifikację Buddy i opinię, że bez pomocy buddów i bodhisattwów nie osiągniemy oświecenia. Sam się nie raz po niej przejechałem w te i we wte. Prawda jest jednak taka, że w Azji większość ludzi wierzy w Buddę jako wszechobecną istotę, którą prosi się o pomoc w duchowym i nie tylko duchowym życiu. Sama filozofia Śakjamuniego, tzw. na Zachodzie „buddyzm pierwotny” mówi o tym, że człowiek jest pozostawiony sam sobie w drodze do oświecenia. I to najbardziej trafia w nasze potrzeby, bo wypełnia ogromną przepaść, która zieje pomiędzy bezdusznym i materialistycznym ateizmem a wiarą w Boga. Buddyzm na Zachodzie może pełnić rolę ateizmu uduchowionego. I dlatego jest taki, jaki jest. Nikt nie mówił, że ma być identyczny do tego w Indiach, w Tybecie czy w Chinach. Wyznawcy europejscy nie są przeważnie rolnikami i mieszkańcami wsi, jak to jest w Azji. Buddyzm Zachodu to głównie buddyzm wykształconych mieszkańców dużych miast, którzy mają dostęp do takich nauk, jakie na Wschodzie zarezerwowane są raczej dla mnichów. To buddyzm konwertytów i poszukiwaczy duchowych. To dopiero kształtująca się, nowa wielka gałąź Dharmy.

Ufff… A wszystko zaczęło się od życzliwej rady pani Doroty, bym w sprawie szukania pracy skonsultował się ze św. Józefem…

nie jestem buddystą

Trzeba skończyć z tymi utarczkami słownymi. Kiedy określałem się mianem „buddysta”, oprócz satysfakcji z posiadania jakby nowej, błyszczącej tożsamości, myślałem, że to ułatwi pewne sprawy. Ale nie wiedziałem, że większość ludzi nie rozumie znaczenia tego słowa i – co gorsza – myśli, że doskonale je rozumie.

Tymczasem nie da się tego pojąć bez posługiwania się postrzeganiem innym niż dane nam przez naszą kulturę, ponieważ Dharma Buddy jest wyjaśnialna jedynie za pomocą języka przynależnego takiemu właśnie innemu postrzeganiu. A żaden członek zachodniej kultury nie postrzega w ten sposób, jeśli nie kieruje ku temu specjalnych wysiłków. To nie oznacza, że to postrzeganie jest lepsze. Jest inne. I ma prawo takie być, wbrew zarozumialstwu zachodniej kultury, której udziałem jest, jak pisze pewien mądry człowiek, z którym mam styczność, przekonanie o własnej wyższości:

To kultura Zachodu stworzyła naukę o religii. To kultura Zachodu decyduje o tym, co jest religią, a co nie jest. To kultura Zachodu określa, żeby nie powiedzieć nadaje sens zjawiskom obecnym w innych kulturach jako zjawiskom religijnym. To kultura Zachodu jest zdolna tworzyć język opisujący inne kultury nawet kosztem zmiany tradycyjnych znaczeń słów języka własnej kultury.

Z drugiej strony postawa ta jest zrozumiała psychologicznie. Przyznanie się do tego, że nie posiada się adekwatnego języka do opisu zjawisk dekretowanych jako religijne może być odczuwane jako przyznanie się do własnej ułomności, do wrodzonej wady poznawczej, do poznawczej niemocy cechującej własną grupę, a to nikomu nie przychodzi łatwo.

Owo przyznanie się przychodzi na pewno łatwiej tym, którzy studiują kulturoznawstwo (lub od razu Dharmę) pod czyimś kierunkiem – mają kogoś, kto rozbija im z góry wszelkie stereotypy, jakie nieświadomie przypisują obcym kulturowo zjawiskom. Ale tych jest niewielu (ja mam szczęście do nich należeć). Wracając do tematu – będę utrzymywał, że nie jestem buddystą. Zrodzi to nieporozumienia, ale będzie ich mniej i będą one raczej dotyczyć mnie, a nie Dharmy, którą czuję się w obowiązku chronić przed obcymi jej stereotypami. A jeśli ktoś, kto pewne niezależne postrzeganie wypracował choć trochę, powie: „Ej, stary, przecież ty jesteś buddystą!”, to się z nim, jak nikt inny nie będzie słyszał, zgodzę.

Na zakończenie tych wywodów przypomnę tym Braciom Chrześcijanom utrzymującym, że każda religia prowadzi do Boga (a jest ich wg badań ponad 70%) pewien cytat, który można odczytywać jako ostrzeżenie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). I tego się, Bracia, trzymajcie, pozwalając jednocześnie innym, jeśli taka ich wola, do Ojca nie przychodzić.

I cytat z Sangharakszity, dla Braci buddystów: „Są tacy, którzy nie lubią buddyzmu ze słusznego powodu, jak również tacy, co lubią go z niewłaściwego powodu, i trudno byłoby stwierdzić, która forma złego zrozumienia jest ostatecznie bardziej fatalna dla Dharmy„.