szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: buddyzm (page 2 of 2)

o diable, który nie jest wcale taki straszny

Spotkaliśmy dziś Mistrza Kaisena, o którym wiedzieliśmy do tej pory tyle, że miał wspaniałych uczniów, że napisał kilka dziwnych książek, że są jakieś problemy z jego przekazem Dharmy, że wygląda mało charyzmatycznie (na zdjęciach przynajmniej) i że pali papierosy, choć nie powinno mu wypadać.

Tymczasem okazało się, że wygląda bardzo sympatycznie, a przy tym dostojnie, charyzma od niego bije i że ma w sobie to Coś, co z niektórych ludzi aż promieniuje (zetknąłem się z kilkoma takimi jedynie). Mówił bardzo naturalnie, precyzyjnie i niezbicie o zazen, o zen, o miłości…

Mówił w jaki sposób wytwarzamy sobie wirtualne „ja”, dzięki któremu łatwiej nam rozumieć świat, jak do niego przylegamy, jak powstaje przez to moja prawda i prawda innych, moje szczęście i szczęście innych, moje dobro i dobro innych. Zaczynamy poświęcać dobro innych dla dobra własnego, walczymy o własną prawdę z prawdą innych. Nasze „ja” staje się oddzielone, specjalnie lub niechcący czyni krzywdę innym lub samemu sobie, myśli, że nikt go nie lubi, staje się coraz bardziej samotne.

Mówił o tym, że miłość nie daje się pogodzić z tą oddzielnością i że „nie ma miłości bez uważności”, ukazujac obraz kogoś, kto idąc myśli o miłości, depcząc jednocześnie mrówki. Kiedy się jest uważnym, wtedy idąc, idzie się po prostu, patrząc pod nogi, by starać się nie skrzywdzić żadnego żywego stworzenia, na ile tylko jest to możliwe.

To wszystko stara buddyjska śpiewka, ale Kaisen opowiadał o tym z taką spontanicznością, tak autentycznie i prosto od siebie, że słuchało się tego jak czegoś całkiem nowego.

I już głupio było pytać go o te papierosy.

Jutro kolacja w ośrodku. Zapytam go, z jakimi wyrzeczeniami wiąże się bycie mnichem w jego szkole. Bo jeśli jakimś cudem można to pogodzić z tworzeniem rodziny z Karolinką…

Wraca do mnie spokój.
Wraca do mnie spokój.
Pracy ni ma, ze studiami nie wiadomo, z kasą tak sobie…
ale wraca do mnie spokój. Odkąd znów medytuję.

Majjhima-nikaja 128, cyt. za: Sherab Choedzin Kohn, Życie Buddy, tłum. Kasia Biała, Gdańsk 2005

Jeśli potrafisz znaleźć towarzysza godnego zaufania, z którym będziesz mógł wędrować, ciesząc się dobrem i pewnością, Wędruj z nim, zadowolony i uważny… Jeśli nie potrafisz znaleźć towarzysza godnego zaufania, Wtedy jak król, który opuszcza pokonane królestwo, Wędruj samotnie, podobny słoniowi przemierzającemu dżunglę, Lepiej wędrować w samotności: Nie ma braterstwa z głupcami. Wędruj sam, nie krzywdź innych i nie padnij ofiarą konfliktu; Bądź sam, jak słoń w lesie.

nie jestem buddystą

Trzeba skończyć z tymi utarczkami słownymi. Kiedy określałem się mianem „buddysta”, oprócz satysfakcji z posiadania jakby nowej, błyszczącej tożsamości, myślałem, że to ułatwi pewne sprawy. Ale nie wiedziałem, że większość ludzi nie rozumie znaczenia tego słowa i – co gorsza – myśli, że doskonale je rozumie.

Tymczasem nie da się tego pojąć bez posługiwania się postrzeganiem innym niż dane nam przez naszą kulturę, ponieważ Dharma Buddy jest wyjaśnialna jedynie za pomocą języka przynależnego takiemu właśnie innemu postrzeganiu. A żaden członek zachodniej kultury nie postrzega w ten sposób, jeśli nie kieruje ku temu specjalnych wysiłków. To nie oznacza, że to postrzeganie jest lepsze. Jest inne. I ma prawo takie być, wbrew zarozumialstwu zachodniej kultury, której udziałem jest, jak pisze pewien mądry człowiek, z którym mam styczność, przekonanie o własnej wyższości:

To kultura Zachodu stworzyła naukę o religii. To kultura Zachodu decyduje o tym, co jest religią, a co nie jest. To kultura Zachodu określa, żeby nie powiedzieć nadaje sens zjawiskom obecnym w innych kulturach jako zjawiskom religijnym. To kultura Zachodu jest zdolna tworzyć język opisujący inne kultury nawet kosztem zmiany tradycyjnych znaczeń słów języka własnej kultury.

Z drugiej strony postawa ta jest zrozumiała psychologicznie. Przyznanie się do tego, że nie posiada się adekwatnego języka do opisu zjawisk dekretowanych jako religijne może być odczuwane jako przyznanie się do własnej ułomności, do wrodzonej wady poznawczej, do poznawczej niemocy cechującej własną grupę, a to nikomu nie przychodzi łatwo.

Owo przyznanie się przychodzi na pewno łatwiej tym, którzy studiują kulturoznawstwo (lub od razu Dharmę) pod czyimś kierunkiem – mają kogoś, kto rozbija im z góry wszelkie stereotypy, jakie nieświadomie przypisują obcym kulturowo zjawiskom. Ale tych jest niewielu (ja mam szczęście do nich należeć). Wracając do tematu – będę utrzymywał, że nie jestem buddystą. Zrodzi to nieporozumienia, ale będzie ich mniej i będą one raczej dotyczyć mnie, a nie Dharmy, którą czuję się w obowiązku chronić przed obcymi jej stereotypami. A jeśli ktoś, kto pewne niezależne postrzeganie wypracował choć trochę, powie: „Ej, stary, przecież ty jesteś buddystą!”, to się z nim, jak nikt inny nie będzie słyszał, zgodzę.

Na zakończenie tych wywodów przypomnę tym Braciom Chrześcijanom utrzymującym, że każda religia prowadzi do Boga (a jest ich wg badań ponad 70%) pewien cytat, który można odczytywać jako ostrzeżenie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). I tego się, Bracia, trzymajcie, pozwalając jednocześnie innym, jeśli taka ich wola, do Ojca nie przychodzić.

I cytat z Sangharakszity, dla Braci buddystów: „Są tacy, którzy nie lubią buddyzmu ze słusznego powodu, jak również tacy, co lubią go z niewłaściwego powodu, i trudno byłoby stwierdzić, która forma złego zrozumienia jest ostatecznie bardziej fatalna dla Dharmy„.

moja Shambala

Czy istnieje na świecie jakieś miasteczko buddyjskie podobne do żydowskich miasteczek z opowiadań Izaaka Singera? Miasteczko, gdzie byłby dom nauki z kursami medytacji i biblioteką do studiowania sutr i mądrych książek, gdzie byłby dom modlitwy, w którym zawsze panuje cisza, a w głównej sali przy ścianach są rozłożone maty i poduszki, gdzie każdy może przyjść i usiąść o właściwej dla siebie porze. Dla tych, którzy mają mniej samodyscypliny organizowane są codzienne medytacje zbiorowe, o różnych godzinach, na które, jeśli się przyszło raz, głupio przestać chodzić. W takim miasteczku zawsze mieszka przynajmniej jeden nauczyciel-mistrz, do którego – jak do rabina – można się zawsze zwrócić, i który co tydzień w domu nauki daje wykład… Rozmarzyłem się…

opowieść nauczyciela medytacji

Kiedy byłem młodszy i próbowałem praktykować medytację i buddyzm przez nieco ponad rok, pojechałem na czterotygodniowe odosobnienie (…). Czułem sie wtedy bardzo niepewnie i próbowałem to zrekompensować przez stworzenie swoistego „alter-ego”, które było po prostu maską. Owo „alter-ego” próbowało być odbierane jako ktoś niezwykle zorientowany w buddyzmie i starało się zaimponować innym moją inteligencją. Myślę, że chciałem wtedy, żeby ludzie byli pod moim wrażeniem i przez to lubili mnie. W rzeczywistości byłem, rzecz jasna, tylko zakałą grupy, która w arogancki sposób rzucała opinie na temat wszystkiego wokół, doszukiwała się błędów i krytykowała wszystkich, a przede wszystkim tych, którzy byli znacznie od niej mądrzejsi.

Zastanawiam się, czy ja też się aby nie wywyższam zanadto…

Newer posts