szuflada nocnego grajka

Długo w nocy stukają klawisze...

Tag: buddyzm (page 1 of 2)

Klimaty prusko-tybetańskie

IMG_5491Jak dobrze jest raz na pewien czas wsiąść w samochód i pojechać na 3-4 dni tam, gdzie akurat człowieka niesie. Tym razem – jak rzadko – niosło mnie do nowo poznanych ludzi, widzianych do tej pory raz lub dwa, przelotnie, ale obiecująco. Było tak różnorodnie, że z trudem sobie przypominam ostatni czwartek: Cudem odnalazłem stare, pruskie grodzisko, trafiłem do otoczonego prawdziwą drewnianą palisadą z wieżyczkami grodu Kazika – wskrzesiciela kultury Prusów, a po długich, nocnych rozmowach na wiele ważnych tematów i po kilku godzinach snu ruszyłem dalej. Spotkałem starych znajomych i przyjaciół w stolicy, po raz pierwszy od lat poszedłem na medytację w grupie, kupiłem dwa meble i farby do ścian, aż w końcu ledwo trafiłem na imprezę ludzi przebranych za Prusów w Łysobykach. Rano życzliwi Prusowie pomogli mi odpalić auto z rozładowanym akumulatorem i w końcu wróciłem do domu. Nieźle, jak na jeden IMG_5513weekend, nawet jeśli dorzucić piątek, prawda?

Wszystko było piękne i inspirujące, a przynajmniej ciekawe i dobre, ale największą przygodą była medytacja. Powinienem raczej rzec – częścią największej przygody, ponieważ ta zaczęła się już tydzień temu w Krakowie, gdzie przyjechał Sakyong Mipham Rinpocze, głowa szkoły Szambala. Pojechaliśmy tam, licząc na jakiegoś kopa, który by nam ułatwił powrót do codziennej medytacji. I otworzył się przed nami nowy świat w ramach tejże. Okazało się, że Sakyong to syn i uczeń samego Chogyama Trungpy, jednego z autorów, których książki trafiły do mnie (a raczej we mnie) najcelniej. Sama medytacja i podejście do niej z początku skojarzyło mi się bardzo z Potęgą teraźniejszości Eckharta Tollego, co wzmogło moje zainteresowanie. Udzielałem się zatem w prowadzonych przez Sakyonga i innych nauczycieli ćwiczeniach, warsztatach i dyskusjach zarówno pasywnie, jak i aktywnie.

IMG_5392Wracaliśmy pociągiem przed świtem, a świecił nam w okno księżyc w zaćmieniu. Właściwie to świecił mnie, bo reszta spała w przedziale, co dla mnie było niepojęte – ja nie mogłem zamknąć oczu – zmieniający kształt i kolor satelita, mgły, jutrzenka, wschód słońca… Nawet bez tych dwóch dni spędzonych na medytacji było to dla mnie zbyt wiele piękna, żeby zasnąć.

W domu zaczęliśmy codzienną medytację. Technika proponowana przez Szambalę jest bardzo zbliżona do zazen, jednak mniej restrykcyjna, jeśli idzie o pozycję i mniej skoncentrowana na oddechu, a bardziej na doświadczaniu chwili obecnej i czymś, co można nazwać „radykalną akceptacją” – przyjmowaniem każdej myśli, jaka pojawia się w głowie, każdej emocji, każdego bodźca z zewnątrz takimi, jakie są, bez względu na to, czy podobają nam się, czy nie. „Everything is welcome”. W ten sposób naprawdę jesteśmy. Żeby ocenić i pochwalić lub zganić, trzeba się od obiektu oceny oddzielić, a tu nie o to chodzi.

W warszawskim ośrodku Szambali medytacje odbywają się w środy i w piątki, zatem w piątkowy wieczór stałem już u drzwi wraz ze Sławkiem, który kilka miesięcy temu zaraził mnie Eckhartem Tollem, a którego zaciekawiły teraz moje opowieści o medytacji. Pierwszy raz spotkałem sanghę tak otwartą na rozmowy o duchowości. I szkołę, która poza medytacją, uczy również… słuchania. Po medytacji bowiem wykonaliśmy coś w rodzaju ćwiczenia polegającego literalnie na świadomym mówieniu i świadomym słuchaniu. Medytacja podczas rozmowy – do tej pory myślałem, że to tylko taki pomysł kiełkujący gdzieś w mojej głowie pośród masy innych. Albo element zwykłej psychoterapii.

Co tu dużo gadać – nie tylko dostałem tego duchowego kopa, którego szukałem w Krakowie. Jestem też coraz bardziej zaskoczony i zainspirowany. I mam takie nieśmiałe marzenie…

o mojej drodze do drogi

Ludwig Wittgenstein

Anthony de Mello

Jedynym zachodnim filozofem, który naprawdę utkwił mi w pamięci i z którym było mi po drodze był Ludwig Wittgenstein. Jego stwierdzenie o tym, że granicami świata człowieka są granice języka i że nie da się wyjść ze swoją wiedzą czy intelektem poza to, co opisane, a więc nie da się powiedzieć czegokolwiek np. o Bogu, co mogłoby choćby ocierać się o prawdę, legły u podstaw mojego światopoglądu (w sumie to wszystko przez Ciebie, Kaziku). Oczywiście nie bez wstępu w postaci książek Anthony’ego de Mello czy Fabula rasy i Oto Stachury. Znamienne – de Mello czy Stachura niewiele mają z Wittgensteinem wspólnego, a w każdym razie moja świadomość zbieżności żadnych nie złapała. Ale pyłek kwiatowy po nich pozostał na tym obszarze i nieomylne pszczółki podświadomości pieczołowicie go zebrały.

Skoro intelekt nie może wyjść poza siebie, pozostaje poznanie pozazmysłowe. Przez długi czas poszukiwałem zatem wglądu przez medytację, przede wszystkim zazen. Zen wydaje mi się najbardziej ze wszystkich znanych mi duchowych dróg milczący, przechodzi obojętnie wobec wszelkiego intelektualizowania i filozofii z jednej, a rytuałów, autorytetów i wiary z drugiej strony. Tylko samodyscypliny brakuje mi do tego, by tak jak kiedyś codziennie siedzieć i patrzeć w ścianę, jak pan Budda przykazał. Samodyscypliny i rezygnacji, bo świat mój musi być kolorowy, pełen tego i owego, inaczej mnie roznosi. A o zazen mógłbym rzec, że jest czarno-biały, gdyby nie to, że ani czarny, ani biały,

Budda Śakjamuni

ani żaden inny on nie jest.

Połączenie koloru i medytacji znalazłem w ezoteryce. Właściwie to ezoteryka znalazła mnie, ale to długa opowieść i ani miejsce na nią, ani czas. Grunt, że tuż przed moim przybyciem do Wimlandu, czyli na Warmię i Mazury, serce moje i umysł rzuciłem w wir tańca z newage’ową duchowością Sekretu, afirmacji i ogólnie kształtowania świata za pomocą myśli. Wszedłem w to równie głęboko, jak wcześniej w buddyzm. Zresztą to, że po drodze znad morza do Krakowa zupełnie spontanicznie zatrzymałem się tutaj, by szukać domu, zawdzięczam właśnie medytacyjnemu natchnieniu, pod

czarodziej :)

wpływem którego byłem. A kształtowaniu rzeczywistości myślą zawdzięczam to, że znaleźliśmy do wynajęcia dom obok jeziora w cenie takiej samej, jak poprzednio przez nas zamieszkała kawalerka przy hałaśliwym skrzyżowaniu w Łodzi. I to, że zostaliśmy w Wimlandzie mimo że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się do odległym i mglistym marzeniem. Pisałem zresztą o tym nieraz na tym blogu. Wiele innych rzeczy również „wykreowałem”. Nadal wierzę w moc wiary, opisaną zresztą również w Ewangeliach (najbardziej wprost chyba w Jana 14:12), a na temat afirmacji prowadziłem nawet warsztaty i – chwaląc się – zebrałem podziękowania od uczestników, którym dzięki tej metodzie pracy nad sobą i życiem coś się udało osiągnąć lub od życia otrzymać.  Wplątawszy się jednak w owo czarodzicielstwo trochę za bardzo jak na swoją duchową odporność, zauważyłem, że wkręcam się w rzecz straszną – skoro każda myśl kreuje, a ja w to wierzę, nie mogę przestać myśli kontrolować ani na chwilę, inaczej zginę marnie w jakimś wypadku wykreowanym przez własny lęk. Taka obawa lęk oczywiście potęgowała. I nie było ratunku poza ciągłą „produkcją” myśli przeciwnych, nawet (szczególnie) gdy wcale nie byłem w nastroju. Podczas gdy na przykład wiara ewangeliczna ma ogromne wsparcie – ktoś nad czyniącym cuda czuwa, ktoś większy od niego i jego demonów, tutaj nie było nic. Tylko ja. Sam sobie bogiem. Człowieczek na tratwie afirmacji dryfującej po wzburzonym, jakże często nieprzewidywalnym oceanie myśli.

Tymczasem pod płytką, sekretowo-motywacyjno-ezoteryczną skorupką całej tej alternatywnej duchowości kryła się wiara w prowadzenie, w wyższą siłę, wyższy plan, nazywany raz Bogiem, raz Kosmosem, innym razem Wszechświatem (choć często „Wszechświat” zdawał się istnieć tylko po to, by bezmyślnie odbijać wysyłane przez miliardy umysłów myśli i kształtować dzieje planety i jej mieszkańców, wszystkich i każdego z osobna, według nich). A ja przypomniałem sobie, że przecież od samego początku, od dziecka działanie takiej dobrej, ojcowskiej czy matczynej siły w swoim życiu czułem, choć na początku myślałem, że ma Ona jedną tylko obowiązującą nazwę, brodę oraz białą szatę i mieszka w niebie. Potem, w czasach buddyjskich, nie zastanawiałem się, jak tę siłę określić, i zgodnie z postawą zen nie chciałem się zastanawiać. Czasem myślałem o Niej z wdzięcznością, ćwiczyłem zaufanie, mówiłem i pisywałem o Niej, terminologię zapożyczając z taoizmu, któremu zen tak przecież jest bliski. A w tych dziwnych czasach ezoterycznych straciłem z Nią kontakt. Sam byłem kreatorem, a istnienie jakichkolwiek sił zależało od tego, czy ja w nie wierzę, czy nie.

Ale jak już wspomniałem, cała ta „ezotera” w swoich głębszych pokładach przypomniała mi o Siłach Najwyższych  – takiego umownego określenia używam najczęściej, a z innych – Tao, Bóg, bogowie, karman, rzeka życia itp. – korzystam zależnie od kontekstu, w ramach praktyki nieprzywiązywania się do etykietek (znowu de Mello). I przywróciła mi rzecz bardzo ważną – przekonanie o mocy wdzięczności. Wdzięczności, która nie musi być skierowana do konkretnej istoty lub siły. Wdzięczności na tyle pokornej, że potrafi złożyć dziękczynny bukiet pod drzwiami i oddalić się, nie śmiąc sprawdzać, kto te drzwi otworzy.

Bert Hellinger

I znowu czuję wsparcie. Kluczową rzeczą stało się też dla mnie znowu zaufanie i gotowość na to, gdzie niesie mnie rzeka życia, niż „wyczarowywanie” różnych fajnych rzeczy za pomocą afirmacji. Które nadal czasem stosuję – dają mi motywację i dobre, mocne nastawienie. Mobilizują do działania, kuszą wizją celu. A religia? Pięknie o niej mówił Bert Hellinger, postać, która szczególnie bliska mi się stała podczas przygody z duchowością alternatywną, i której słowa, czyny, medytacje i metoda pracy nad sobą bardzo dużo mi dały. Powtórzę tu tylko jeden fragment. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, nie muszę chyba mówić, jak bardzo we mnie on rezonuje:

Kto żąda  przysięgi lub ślubowania, ten chce zastraszyć podwładnego, jak gdyby miał Boga po swojej stronie i jak gdyby Bóg był mu poddany. Taki Bóg nie może istnieć. Kto go wzywa w taki sposób lub chce do tego zmusić drugą osobę, stawia się ponad Bogiem. 

Czyli Bóg stawiany na świadka przysiąg, będący usprawiedliwieniem dla jakichkolwiek czynów, a przede wszystkim określony ludzkimi kategoriami nie jest Bogiem lecz bożkiem. Wracając do Wittgensteina, skoro zawiera się w świecie ludzkich pojęć, jak może być od człowieka większy? Jeśli zatem istnieje coś, co przekracza człowieka i jego rozumienie, nie można o tym powiedzieć niczego pewnego. Ani tego, że występuje pod jedną czy wieloma postaciami, ani tego, że jest istotą inteligentną, ani tego, że nią nie jest, że jest siłą lub prawem, ani tego, że jest miłością, ani tego, że jest obojętny/-a/-e. Z pewnym ryzykiem mogę najwyżej powiedzieć, że jest, bo czuję jego działanie. Choć to oczywiście rzecz subiektywna, może to tylko procesy chemiczne w mózgu i interpretacja rzeczywistości. Ja jednak wierzę w istnienie owych sił wyższych i ich źródła lub źródeł, czerpię siłę z tego właśnie, że tak to wszystko dla mnie wygląda. Nie wiem, ale wierzę – to dwie różne rzeczy. Dlatego w stwierdzeniu „Jest jeden Bóg” zawsze były dla mnie o dwa słowa za dużo.

Nie tak dawno przeczytałem książkę Jacka Kleyffa pod tytułem Rozmowa. Jest to wywiad z naszym znanym w wielu kręgach songwriterem, w którym opisuje on swoje sceniczne i pozasceniczne przygody, a przede wszystkim wizję świata, sposób myślenia i poglądy. Pamiętam, że zbierałem szczękę z podłogi, gdy czytałem rzeczy, o których myślałem, że tylko w mojej zrodziły się głowie i że stanowią wyłącznie moje własne spostrzeżenia. Na przykład o wielkim Nie Wiem, które u Jacka zawsze wznosiło się jak niebo i kosmos ponad najwyższymi nawet drabinami złożonymi z logicznych wniosków jak nieskończoność nad milionem, a u mnie rozpościerało się pod każdym założeniem, od jakiego nieuchronnie zaczynać się musi każde rozumowanie, teza i dowód. Pisze też w książce Jacek o wspomnianym zaufaniu, i o wdzięczności, i o świętej naiwności. Określa się zdecydowanie jako taoista. „No to i ja pewnie jestem taoistą” – pomyślałem. „Albo i nie, kogo to obchodzi?”.

Zhuangzi

Wraz z nadchodzącą wiosną zrobiłem coś, czego nie robiłem od lat – poświęciłem cały dzień na wędrówkę. Przyroda coś we mnie obudziła. Odkurzyłem swoje stare ezoteryczne audiobooki z wykładami i medytacjami, dokonałem ostrego przesiewu i zostawiłem trzy, których znowu słucham. Wczoraj coś mnie tknęło i wziąłem do rąk książkę Taoizm dla żółtodziobów, którą z pięć lat temu odłożyłem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron. Otworzyłem jednak spis treści, wybrałem najbardziej interesujący mnie tytuł rozdziału i wsiąkłem. Zrozumiałem, co sprawiało, że choć wiele razy krążyłem wokół taoizmu jak ciekawska mucha, nigdy nawet na nim nie przysiadłem na dłużej. Zatrzymywałem się na opisach Tao, które zawsze znajdują się na początku. Tymczasem dla mnie jako dla dwudziestolatka, który wyszedł z przytulnej kaplicy w gąszcz obcych ulic i próbował przeczytać ze zrozumieniem Dao de jing na działce u babci, było to po prostu zbyt trudne. Lata później, po lekcjach myślenia i postrzegania, jakie otrzymałem w darze, próby opisu tego, jak nieopisywalne jest nieopisywalne, po prostu mnie nudziły. Nie minęła godzina lektury Taoizmu dla żółtodziobów wspartej zapuszczaniem żurawia w zakurzoną Księgę drogi i cnoty, a już wiedziałem, że zamiast w kółko zaczynać intelektualne zgłębianie Tao, lepiej skierować się ku naukom Zhuangziego.

Poszedłem zjeść kolację, ale znowu coś mnie tknęło, zupełnie z czapy, z nieba, z kosmosu. Zadzwoniłem do brata mojej mamy, S., żeby zechciał mi przypomnieć, co to za książki słucha w kółko w samochodzie i mówi, że go tak bardzo inspiruje. Podziwiam S. między innymi za to, że choć lat już ma tyle na karku, nadal potrafi czymś się zachwycić, nie wpadł w tę taką „dorosłą” wyniosłość, która ogranicza skalę doznań i ocen pozytywnych do „ciekawych” i „niezłych”. Dla S. wciąż niektóre rzeczy są „rewelacyjne” i „wspaniałe”. Określenia te w jego ustach mają znaczenie, bo daleko mu do egzaltacji. Zadzwoniłem zatem do niego, a on mówi, że autorem audiobooka jest Eckhart Tolle. Wrzuciłem znane mi już z jakichś przypisów czy cytatów nazwisko w Gugla i co zobaczyłem? To:

Bing! Coś rykoszetem odbiło się od moich przekonań, zburzyło to i tamto – jeszcze nie wiem co – zrobiło przestrzeń. Płyty tektoniczne mojego świata poszły w ruch w łagodnym trzęsieniu-kołysaniu ziemi. Zakotłowało się we mnie. Poczułem ferment.  I miałem dość wrażeń jak na jeden dzień.

Dzisiaj, przerywając lekturę Taoizmu dla żółtodziobówKsięgi, przy okazji zamawiania książki Eckharta Tollego i dzieła Zhuangziego poszukałem na YouTubie innych materiałów Eckharta Tollego i okazało się, że ma on z taoizmem wiele wspólnego. Cóż, taoizm mnie dorwał ze wszystkich stron. Poddaję się! Jak to dobrze, że trzymanie się jednej doktryny naraz przez całe życie to tylko specyficzna cecha zachodniej mentalności, a nie naturalny stan umysłu człowieka! Może dlatego nie przepadam za podróżami, że czuję się, jakbym cały czas odbywał wielką wyprawę…

o tym, że Droga buddyjska jest Drogą buddyjską, a moja Droga – moją Drogą

Nie wiem gdzie teraz bym był (i czy w ogóle bym był), gdyby nie jedna wspólna kolacja z Kaisenem – mistrzem soto-zen, opiekującym się ośrodkiem, w którym medytowałem w Krakowie. Nie wiem gdzie byłbym, gdyby nie medytacja, gdyby nie zen, gdyby nie buddyzm. Właśnie zdałem sobie jednak sprawę, że bałbym się kolejnego takiego spotkania z Mistrzem. Że przerosłoby mnie. Że mogłoby oderwać mnie od tego, co dla mnie tak drogie. Że całe buddyjskie uwolnienie się mogłoby uwolnić mnie też od Karolinki, od domu, od mojego kącika z komputerem, gitarą i sprzętem do nagrywania. A ja nie chcę się od tego uwolnić. Jestem od tego uzależniony. Ale nie jest mi już z tym źle. Nie chcę już oświecenia i nirwany.

Idę własną drogą. Drogą, która istniała na długo przed moim urodzeniem, której nie wymyśliłem, której nie wybrałem. Odkryłem ją. Wiem co mi wolno, a czego nie. Wiem, że nie udźwignę sam całego mojego życia. Wiem, że nie mam potrzeby go dźwigać. Wiem, że ono jest jak rzeka i widzę, że kiedy nią płynę, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wiem, że kiedy próbuję zmieniać jej bieg, zaczyna się cierpienie, a wraz z nim gniew, rozpacz i niespełnienie.
I smile when Im angry.
I cheat and I lie.
I do what I have to do
To get by.
But I know what is wrong,
And I know what is right.

Religia jest tak skomplikowana, a moje życie – takie proste. Jestem szczęśliwy.

Lama Ole w kinie Kijów

W życiu nie byłem na bardziej nudnym wykładzie na temat buddyzmu, wliczając w to zajęcia na uniwersytecie. Przede wszystkim nie wiadomo do kogo właściwie był adresowany. Lama Ole Nydahl, kiedy wreszcie po ponad godzinie zaczął mówić o tym, o czym mówić miał, opowiadał o tym jak się dzielą nauki, że takich jest 68 tysięcy, innych tyle-a-tyle, wymieniał imiona przeszłych i przyszłych Buddów, a zanim przeszedł do czegoś ciekawszego (jeżeli przeszedł), wyszliśmy, bo już nie mogliśmy wytrzymać.

Dowiedziałem się, że chrześcijanie wierzą w Boga zewnętrznego i przez to, że on jest ciągle zewnętrzny, oni muszą ciągle wierzyć. Muzułmanie nie podobają się lamie Olemu, bo wysadzają się w powietrze i wydali tylko pięciu noblistów, zaś buddyzm to wiara w to, że można osiągnąć szczęście przez koncentrację na energii przepływającej od – cytuję – „punktu znajdującego się osiem palców od naturalnej linii włosów” do punktu G u kobiet.

Ktoś tak wprawny w publicznych wystąpieniach i w nauczaniu powinien wiedzieć to, co wie nawet taki niedokończony doktorant i amator jak ja – że kiedy mówi się do laików, należy zacząć od celów, a nie od  najbardziej egzotycznych środków, bo bez docierającego wprost do umysłu omówienia tego na jakie potrzeby odpowiada buddyzm i jaki jest jego sens, punkty na czubku głowy, telefony do pana Boga… tfu! pana Buddy w postaci recytowania zaklęć (tak to wyglądało w wypowiedziach lamy) i 68 tysięcy nauk tysiąca Buddów brzmią śmiesznie.

Jeśli zaś „ten wykładowca”, jak go określiła B., która w ów nieszczęsny sposób pierwszy raz zetknęła się z postacią lamy, zwracał się do tych, którzy o buddyzmie już coś wiedzą, bardzo szkoda, że nie skupił się od razu nad czymś konkretnym – i praktycznym, bo buddyzm ponoć jest praktyczny.

Najbardziej zniesmaczyła mnie jednak antyislamskość w wypowiedziach lamy Olego. Nie chciałbym być w skórze muzułmanina, który przyszedł na wykład szczerze zainteresowany buddyzmem i wierzył w to, że buddyjska tolerancja i otwarcie nie są mitem. Sam wierzyłem, że przynajmniej buddyzm zachodni te wartości zachowuje. Tymczasem lama Ole bezlitośnie wyszydzał islam, sprowadzając go – wzorem najbardziej nietolerancyjnych mediów – do jego fundamentalistycznych form. Ci, którzy na widowni nie spali, nagrodzili to jeszcze brawami. Takie mnożenie i wzmacnianie podziałów, wartościowanie i napuszczanie wyznawców jednej religii na drugą jest skrajnie niebuddyjskie i krzywdzące. Samą koncepcję religii cieżko pogodzić z nauką Buddy, choć ludzie

Najdziwniejsze jest to, że ów człowiek napisał przynajmniej jedną bardzo inspirującą, mądrą i ciekawą książkę – mówię tu o „Buddzie i miłości”. Jej lektura zachęciła mnie do pójścia na wykład i wydania 20 zł. I dzięki temu już wiem skąd pochodzą niektóre opinie niebuddystów na temat uczniów Dharmy – że buddyzm to modlenie się do Buddy, mantry – każda na inną okazję itp. Jeśli lama Ole – najbardziej znany lama na Zachodzie – zaczyna wykłady od takich spraw, ludziom wydaje się, ze właśnie to jest najistotniejsze.

Na szczęście są jeszcze spotkania z mistrzami takimi jak Kaisen – człowiek, od którego bije potężna aura, który bez zbędnych ceregieli zaczyna od rzeczy najważniejszych – od szczęścia, do którego dąży każda istota. A o energiach, czakramach i tym, co słuchaczom kulturowo obce wspomina dopiero wtedy, kiedy jest to niezbędne. Niestety żyjemy w takim świecie, że to Ole jest najsłynniejszym nauczycielem na Zachodzie, a Kaisena mało kto szanuje, bo nie otrzymał jednoznacznego przekazu Dharmy.

Cóż – jest tak jak jest i – jak to powiedział dawny mistrz z innej tradycji duchowej – „kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha…”

o moim małym przekazie Dharmy

Cały impet twórczy kieruję w stronę tłumaczeń piosenek Nicka Drake’a. Tej nocy skończyłem wstępnie kolejny utwór. To zamiast tłumaczenia się z tego, że ostatnio żadnych nowości na blogu nie było.

Wielkanocne przebywanie w moim miasteczku zaskoczyło mnie pozytywnie. Dzięki utyskiwaniom babci na moją religijną konwersję zostały przetarte nowe szlaki pomiędzy członkami rodziny. Dużo rozmów o duchowości, o tolerancji, dużo głębszych dyskusji na temat problemów ze światem i ze sobą, w których czasem brałem udział, choć częściej – nie chcąc psuć intymnej więzi umysłowej, jaka ujawniła się pomiędzy dorosłymi – z zadowoleniem przysłuchiwałem się im z innego pokoju.

Wieczorami spotykałem się ze znajomymi i przyjaciółmi. Miasteczkowe knajpy aż wrzały od powitań, radosnych spotkań po latach i nigdy nie dokończonych rozmów. Kolega, który dwa lata temu usłyszał ode mnie o Dharmie promieniuje dziś szlachetnym spokojem i dobrocią – jest daleko, daleko przede mną na ścieżce. Zupełnie nieświadomie podzielił się swoją energią ze mną – coś się znów łagodnie tli nad moją głową. Może to tylko wiosna, ale chyba nie.

Soto zen okazuje się dla mnie zbyt trudny. W sobotę idę do ośrodka Karma Kagyu. Kupiłem nową książkę lamy Olego Nydahla, Buddę i miłość.

W leniwe wiosenne popołudnie przejażdżka rowerem do sklepu stanowi dla mnie najwyższą przyjemność.

A Wam, wszystkim bez wyjątku, życzę sił potrzebnych do przekształcenia każdej cząsteczki gniewu, nienawiści i smutku w miłość, radość i spokój. Om Mani Padme Hum lub – jeśli wolicie – niech Bóg będzie z Wami.

o tym czy buddyzm jest religią

Na to pytanie w ten czy inny sposób odpowiedzieli już dawno badacze i sami wyznawcy. Jednak wszędzie w internecie, gdzie można przeczytać coś na temat buddyzmu, roi się od komentarzy w stylu: „Autor jest niekompetentny, bo buddyzm to nie religia” itp. Oczywiście nikt z komentujących mądrali nie poda źródła swojej opinii, ani też nie raczy przeanalizować jej głębiej. Zrobię to ja.

Przede wszystkim należy pamiętać, że słowa takie, jak „religia”, „filozofia” i „buddyzm” powstały na zachodzie po to, żeby opisać zjawisko właściwe kulturze, w której tych słów nie ma. U prof. Marty Kudelskiej (w książce hinduizm) znajdujemy opinię, że hinduskim odpowiednikiem słowa „religia” jest wyraz „sanatanadharma”, oznaczający odwieczną Dharmę. Możemy zatem wyłącznie mówić o tym, że buddyzm jest lub nie jest religią w kontekście naszej kultury. Azjata nie będzie miał z tą kwestią żadnego problemu.

Ci, którzy twierdzą, że buddyzm jest tylko i wyłącznie filozofią, wychodzą najprawdopodobniej z założenia, że odbija on poglądy pewnego żyjącego ok. V w. p.n.e. człowieka, który idei religii się przeciwstawiał. Nie potwierdzi tego jednak żaden z azjatyckich wyznawców mahajany. Dla nich Budda Śakjamuni był buddą nie pierwszym i nie ostatnim. Człowiek, o którym wspomniałem był czymś w rodzaju emanacji, awatara. Budda w tradycji mahajany ma trzy ciała: nirmanakaja (ciało emanacji – np. Budda Śakjamuni właśnie), sambhogakaja (ciało szczęścia, manifestacja w sferach wyższych) i dharmakaja (ciało absolutne, wszechogarniający i wszystko rozumiejący umysł Buddy). Można o tym przeczytać nie tylko w Sutrze Doskonałości Mądrości, w podręcznikach do buddyzmu, ale i w starej, poczciwej Wikipedii. To może brzmieć bardzo niedorzecznie dla niektórych sympatyków buddyzmu na Zachodzie, ale za chwilkę spróbuję wyjaśnić dlaczego tak się dzieje.

W istocie, Kanon Palijski uczy, że wiara w absolut jest niedorzeczna, że wszystko przemija. Na pytanie czy Tathagata istnieje po śmierci, Budda ostentacyjnie odpowiedzi nie daje. Przed własną śmiercią mówi: „Mistrza już nie ma” i zaleca, by uczniowie sami byli swoim światłem i trzymali się wskazówek, których im udzielił. Nie należy jednak zapominać o naturalnej, ludzkiej potrzebie odwołania się do istoty wyższej, wszechmocnej, która jest w stanie pomóc nam, lub nawet w ogóle umożliwić osiągnięcie ostatecznego szczęścia. „Pierwotny” buddyzm Therawady, rezerwujący nirwanę wyłącznie dla mnichów i trzymający się ściśle Kanonu Palijskiego, zostawiający człowieka samemu sobie, nie pozwalał na spełnienie tej potrzeby świeckim, dla których Wyzwolenie musi być odłożone do czasu, aż przez nagromadzenie pozytywnego karmana odrodzą się jako przyszli mnisi lub mniszki.

Tam, gdzie obecnie panuje mahajana, a więc w Tybecie, w Mongolii, a także w mniejszym stopniu w Japonii i w Chinach, wyznawano wcześniej religie szamańskie, animistyczne lub takie, które w swojej istocie były bardziej filozofią (konfucjanizm, taoizm). Buddyzm wypełnił w ludzkich umysłach istotną lukę, dając im Buddę w postaci dharmakai, kogoś, kto był jeden, kto był nieskończenie dobry i wszechmocny (często nawet w ten sam sposób, co judeochrześcijański Theos).

U nas buddyzm trafia na inny grunt. Jesteśmy wychowani w kulturze chrześcijańskiej, i wiarę (lub choćby możliwość wiary) w taką wszechmocną istotę, a nawet w stworzyciela, mamy jakby podaną na tacy. Rodzi to jednak pewien problem. Ktoś, kto nie mógł lub nie chciał wierzyć w Boga nie miał przez całe stulecia innej alternatywy jak materializm lub magia, szamanizm czy animizm. W bardziej współczesnych czasach niechrześcijanina określano mianem ateisty, które kojarzyło się automatycznie z materializmem i brakiem jakichkolwiek aspiracji duchowych. Podobnie odbierane jest przez chrześcijan słowo „agnostyk”, tłumaczone nie zawsze trafnie jako „ktoś, kto uważa, że nie wiadomo czy Bóg istnieje, czy nie, i nic go to w związku z tym nie obchodzi).

W przestrzeń pomiędzy wiarą w Boga-stwórcę a materializmem idealnie wpasował się buddyzm, buddyzm filozoficzny, kładący akcent na zaprzeczenie istnieniu Boga i na najwyższy potencjał tkwiący w człowieku. Buddhadharma oferuje duchową ścieżkę rozbudowaną, opartą na wielowiekowej tradycji i o równie doniosłym znaczeniu, co chrześcijaństwo. Ścieżkę dla tych, którzy mając duchowe podejście do rzeczywistości, nie mogą lub nie chcą wierzyć w Najwyższą Istotę. Nic im po przyjęciu, wzorem ludowego buddyzmu z Indochin lub Syczuanu, na miejsce Boga, Buddy Kosmicznego. Wolą przyjmować Nauczyciela jako człowieka, który urodził się, osiągnął oświecenie, poprowadził duchowo swych uczniów i umarł. Buddyzm na Zachodzie, trafiając na inny grunt niż „u siebie”, staje się całkiem nowym nurtem. Tak jak w Tybecie przyjął postać Wadźrajany, w Chinach uformował się w tendai i chan, u nas – odpowiadając na konkretne duchowe zapotrzebowania – rozwija się pomału w konkretne swoje odmiany.

Na Wschodzie jednak buddyzm, mimo, że opiera się na podstawach filozoficznych (w najlepszym, praktycznym znaczeniu), stał się – z powodu istnienia naturalnego instynktu i potrzeby posiadania Istoty ponad sobą (lub jak wolą chrześcijanie – z powodu naturalnego dążenia każdego człowieka do Boga) – religią w pełnym tego słowa znaczeniu. Religią, która buduje świątynie, stupy i wielkie posągi, religią, której nawet w ascetycznym soto zen towarzyszą nieodzowne rytuały, religią, która obfituje w mity i legendy, religią, która stworzyła instytucje, utrzymywane przez swych wyznawców. I wreszcie – religią, która wielu buddystom zachodnim wcale nie jest potrzebna.

Od św. Józefa do nowej Dharmy

A dzisiaj to dopiero miałem dialog chrześcijańsko-buddyjski! Pani Dorota, dentystka, u której bywam co jakiś czas, żeby załatać kolejną dziurę w szkliwach, jest, jak się okazało, bardzo wierzącą chrześcijanką, czytelniczką Mertona, dawniej Stachury i w ogóle – osobą o bardzo pogłębionym spojrzeniu na wszechświat. Zamiast więc wiercić mi dziury nieprzyjemnymi wiertłami, mogła przez chwilę podyskutować z kimś, kto ma inny pogląd na świat.

Troszkę poopowiadałem pani Dorocie o buddyzmie, bo okazało się, że nie bardzo potrafi wyobrazić sobie wizję świata, która do postaci Boga nie odnosi się wcale, w której tego Boga po prostu nie ma. Dosyć szybko jednak dała sobie wyjaśnić kilka kwestii. Z kolei pani Dorota postanowiła odważnie dać świadectwo własnej wiary i roztoczyć przede mną chrześcijańską wizję świata. Znałem tę wizję (nie na darmo studiuję przecież na uczelni teologicznej) i moim głównym zadaniem podczas tej wymiany myśli było uświadomienie pani Doroty, że również i buddyzm ma swój pogląd na inne wierzenia.

Pani Dorota miała jednak nade mną w dyskusji ogromną przewagę strategiczną. Przeszło mi przez myśl, że zechce ją niecnie wykorzystać, gdy zatkała mi paszczę wacikami i włączyła wiertło.
– A ja panu powiem, panie Pawle, że Bóg się cały czas o pana troszczy – mówiła łagodnie i czule, gdy potworne urządzenie w jej dłoni bzyczało złowrogo, by po chwili nieprzyjemnie zajazgotać o moje szkliwo. – Prowadzi pana pańską drogą i bardzo, bardzo pana kocha.

Na szczęście po chwili dana mi została możność wysłowienia się i powiedziałem właśnie to coś, czego nie powiedziałbym jeszcze miesiąc temu:
– Z perspektywy wielu wierzeń buddyjskich można by to samo rzec o Buddzie. Mimo, że nie jest on Bogiem i nie „dał” ludziom chrześcijaństwa, buddyjskie tzw. Ciało Dharmy przenika cały wszechświat nieskończonym współczuciem.

Zgodziliśmy się z panią Dorotą, że wizje są różne, że każdy wierzy w swoje i że jest dobrze, kiedy tylko jest prawdziwie głęboki rozwój duchowy i to, co najważniejsze tu i teraz: miłość. Mój mózg naukowy z kolei wcisnął klawisz ENTER, podsumowując kształtowanie się swej nowej opinii – że tak jak buddyzm zmieniał się trafiając do Chin, zmieniał się przechodząc do Tybetu i do Japonii, tak też zmienia się na Zachodzie. Tutaj bardzo krytykuje się deifikację Buddy i opinię, że bez pomocy buddów i bodhisattwów nie osiągniemy oświecenia. Sam się nie raz po niej przejechałem w te i we wte. Prawda jest jednak taka, że w Azji większość ludzi wierzy w Buddę jako wszechobecną istotę, którą prosi się o pomoc w duchowym i nie tylko duchowym życiu. Sama filozofia Śakjamuniego, tzw. na Zachodzie „buddyzm pierwotny” mówi o tym, że człowiek jest pozostawiony sam sobie w drodze do oświecenia. I to najbardziej trafia w nasze potrzeby, bo wypełnia ogromną przepaść, która zieje pomiędzy bezdusznym i materialistycznym ateizmem a wiarą w Boga. Buddyzm na Zachodzie może pełnić rolę ateizmu uduchowionego. I dlatego jest taki, jaki jest. Nikt nie mówił, że ma być identyczny do tego w Indiach, w Tybecie czy w Chinach. Wyznawcy europejscy nie są przeważnie rolnikami i mieszkańcami wsi, jak to jest w Azji. Buddyzm Zachodu to głównie buddyzm wykształconych mieszkańców dużych miast, którzy mają dostęp do takich nauk, jakie na Wschodzie zarezerwowane są raczej dla mnichów. To buddyzm konwertytów i poszukiwaczy duchowych. To dopiero kształtująca się, nowa wielka gałąź Dharmy.

Ufff… A wszystko zaczęło się od życzliwej rady pani Doroty, bym w sprawie szukania pracy skonsultował się ze św. Józefem…

Książki

Oto najwartościowsze według mnie pozycje na temat buddyzmu, z którymi się zapoznałem. Pogrubioną czcionką zaznaczyłem kilka tych, które w szczególny sposób pomogły mi w rozumieniu Dharmy i w dużym stopniu ukształtowały moje poglądy.

  1. XIV Dalajlama, Moc współczucia, tłum. z angielskiego Joanna Grabiak i Mikołaj Żarnawski, Poznań 2003.
  2. Peter Harvey, An Introduction to Buddhist Ethics, Cambridge 2000.
  3. Damien Keown, Buddyzm, tłum. Tomasz Jurewicz, Warszawa 1997.
  4. Robert le Gall, Jigme Rinpoche, Mnich i Lama, rozm. Frederic Lenoir, tłum. Zofia Piątkowska, Katowice 2001.
  5. Thomas Merton, Zen i ptaki żądzy, tłum. Adam Szostkiewicz, Warszawa 1988.
  6. Thich Nhat Hanh, Gniew, tłum. Justyna Grzegorczyk, Poznań 2004.
  7. Thich Nhat Hanh, Każdy krok niesie pokój, Warszawa 1991.
  8. Hermann Oldenberg, Budda. Życie, nauczanie i wspólnota, tłum. Ireneusz Kania, Kraków 1994.
  9. Walpola Rahula, What the Buddha Taught, Bedford 1959.
  10. Jay Stevenson, Filozofia Wschodu dla żółtodziobów, tłum. Sebastian Musielak, Poznań 2003.
  11. Daisetz Teitaro Suzuki, Wprowadzenie do buddyzmu zen, tłum. Małgorzata i Andrzej Grabowscy, Warszawa 1979.
  12. Chogyam Trungpa, Wolność od duchowego materializmu, tłum. Katarzyna Bazarnik, Marcjanna Przychocka (Wprowadzenie), Kraków 2000.
  13. Chogyam Trungpa, Mit wolności a droga medytacji, tłum. Michał Kłobukowski, Warszawa 2007.
  14. Trzy filary zen, wybór, opracowanie, komentarz: Philip Kapleau, Warszawa 1988.
  15. Tybetańska Księga Umarłych, przeł. z tybetańskiego i opracował Ireneusz Kania, Kraków 2005.
  16. Allan W. Watts, Droga zen, tłum. Sebastian Musielak, Kraków 2002.
  17. Paul Williams, Buddhist Thought. A Complete Introduction to the Indian Tradition, London and New York 2000.
  18. Paul Williams, Nieoczekiwana droga. Nawrócenie z buddyzmu na katolicyzm, tłum. Małgorzata Ruchel, Kraków 2005. (tutaj znajdują się obszerne fragmenty tej książki)

o chwilach wspólnej praktyki z Leonardem Cohenem

Byliśmy dziś z Karolinką w kinie na filmie o „Tybetańskiej Księdze Umarłych”. Przybyliśmy późno, a ludzi było sporo. Wszystkie miejsca w fotelach i pod ścianami były zajęte, natomiast przed pierwszym rzędem jacyś młodzi ludzie urządzili sobie miejsca leżące i półleżące. Dołączyliśmy do nich. Niewielka sala kinowa, pełno ludzi siedzących, kucających, stojących i leżących, blask ekranu, opowieść o tybetańskich rytuałach i buddyjskiej kosmologii, Leonard Cohen w roli lektora – klimat iście beatnikowski!

Mało kto wie o tym, że Cohen jest lektorem w tym filmie. Ja nie wiedziałem. Ogarnęło mnie trudne do opisania przyjemne uczucie, gdy usłyszałem jego głęboki, niesamowity głos. Była to być może osłabiona wersja wrażenia, jakie miałby miłośnik muzyki Cohena praktykujący zen, który trafił na odosobnienie akurat do tego klasztoru, z którym związany jest artysta. I oto ów miłośnik siedzi w dojo gotów do medytacji, a w drzwiach zjawia się jego idol w mnisich szatach, po czym okazuje się, że będzie prowadził medytację.

Ja również poczułem się nagle tak, jakbym w pewnym sensie był z Cohenem w jednej paczce. Oto pojawił się nie jako muzyk, którego twórczość od ósmego roku życia podziwiam, lecz jako kapłan, by wziąć udział w przekazaniu Dharmy dla naszego wąskiego grona praktykujących.

Co do kosmologii – zauważyłem, że cały ten system światów i sfer (dewowie, asurowie, ludzie, zwierzęta, pretowie i demony), wędrówka świadomości, brak początku i końca, cała buddyjska koncepcja wszechświata wydaje mi się dziś znacznie bardziej naturalna i „trzymająca się kupy” niż chrześcijańskie niebo, piekło, ziemia, prapoczątek, chaos i Słowo. Jeszcze trzy lata temu patrzyłem na ten cały wschodni majdan jak na radosną twórczość wariata, a w wizjach biblijnych nie widziałem nic dziwnego.

Kto ma więc rację? Która wizja jest prawdziwa? Logicznie wywnioskować się tego nie da w żaden sposób – nie możemy przeanalizować racjonalnie czegoś, co jest poza nami. Intuicja okazuje się z kolei zwodna, skoro wskazuje mi na tę koncepcję, z którą po prostu częściej obcuję. Wgląd mistyczny zatem? Ten jest ponoć z kolei w dużej mierze uwarunkowany kulturą i wierzeniami.

Rację chyba mają może nie tyle buddyści, ile Budda, gdy mówił o tym, że takie spekulacje do niczego nie prowadzą i że szkoda na nie drogocennego czasu.

Older posts